O lesie samobójców
Weszło Extra

O lesie samobójców

Las, w którym depresja wygrywa ze strachem. Las, który jest wynikiem chorej kultury pracy, chorej presji społecznej, chorych korporacji, w których pracownicy wypalają się nawzajem. Las, który „pokochali” japońscy samobójcy. Japonia to kraj zawładnięty problemami społecznymi, jakich nie spotka się nigdzie indziej. To właśnie tam występuje śmierć z przepracowania. To właśnie tam kobiety dokonują aborcji, bo ciąża nie jest dobrze przyjmowana w pracy. To właśnie w Japonii wykształciła się hikikomori – jedna z ostrzejszych form depresji, polegająca na nieopuszczaniu czterech ścian przez ponad pół roku. Jedni wracają po niej do życia. Drudzy – idą załatwić problem w inny sposób. Zapraszamy was do podróży od 12-godzinnego dnia pracy, przez depresję, aż po odwiedzenie lasu samobójców z liną w plecaku. 

***

Wyszedłem z lasu Aokigahara. 

W 2017 roku ta sztuka nie udała się ponad stu osobom.

W minionej dekadzie liczba ta przekroczyła tysiąc.  

***

Las Aokigahara to drugie po moście Golden Gate w San Francisco najchętniej wybierane przez samobójców miejsce na świecie. W wielu rankingach to ścisła czołówka najbardziej upiornych lokalizacji. Wybrałem się tam sam.

Nie będę ściemniał, że zszedłem las wzdłuż i wszerz. Nie latałem za sznurkami porozwieszanymi przez samobójców jak Krzysztof Gonciarz. Nie obrałem sobie za cel znalezienie porośniętej mchem czaszki. Nie obchodziły mnie puszki konserw, które zjedli przyszli wisielcy bądź ci, którzy tylko poważnie zastanawiali się nad swoim losem. Tabletki, które zjedli po raz ostatni. Bielizna, jaką zostawili po sobie. Namioty, w których decydowali o swoim końcu.

Jest ich od groma.

Wejście samemu w głąb tak upiornego lasu byłoby skrajną głupotą. W las tak gęsty, tak dziwny, tak tajemniczy. W las, w którym wszystkie drzewa wyglądają tak samo, a lawirowanie pomiędzy nimi to sztuka wyższego kalibru. Las, w którym potrafi pogubić się nie tylko człowiek (dosłownie i w przenośni), ale także zasięg, internet i GPS. W las, z którego – jestem przekonany – niejedna osoba chciała wyjść, ale nie dała rady.

Idę szlakiem turystycznym. Ludzi nie ma tu wcale. Panuje przerażająca cisza.

Przyrodę, jaka tu panuje, określiłbym słowem „bujna”. Widzę bardzo dużo wielkich, wystających korzeni i połamane konary, przez które nie da się przejść. Drzewa porośnięte bardzo blisko siebie skutecznie wytłumiają dźwięki. Jest upiornie. Czuć to w powietrzu, choć nie wykluczam, że to tylko efekt tych wszystkich strasznych tekstów, jakie przeczytałem po drodze. Może to normalny las, a ja tylko sobie coś wmawiam. Nie wiem. Robi jednak ogromne wrażenie.

DSC01544 DSC01558

Zastanawiam się, dlaczego samobójcy upatrzyli sobie akurat ten las. Poza sprawami symbolicznymi – w minionym stuleciu wydano w Japonii powieść, w którym para kochanków kończy ze sobą właśnie w Aokigaharze, a poprawiono ją „Kompletnym podręcznikiem samobójstwa” wskazującym za idealną destynację właśnie ten las – jest to miejsce, w którym nie znajdzie cię absolutnie nikt. Las jest ogromny. Mieści się on u podnóży góry Fuji. Region niby znany jest z turystyki, ale do samej Aokigahary turyści raczej nie docierają. Za daleko. Możesz znaleźć tu swoją głuszę, w której spędzisz kilka dni i zastanowisz się, czy iść w stronę śmierci, czy  jednak życia.

I nawet, jeśli coś pójdzie nie tak, nikt cię tu nie uratuje.

Las oddalony jest o 1,5 godziny drogi od największego miasta Japonii, Tokio, i tyle samo od trzeciej w kolejności Jokohamy, stosunkowo niedaleko jest też czwarta w kolejności Nagoya. Dojazd do Aokigahary jest trudny. Najlepiej wyruszyć tam samochodem. Zastanawiam się, czy wyruszanie samochodem na swoją ostatnią drogę to dobry pomysł i czy samobójca w ogóle myśli wtedy, że rozsądniej byłoby to auto komuś zostawić. Część z nich – ta działająca z zimną krwią – pewnie tak myśli. W Aokigaharze z zimną krwią działa większość, choć po internecie krążą zdjęcia stojących przed lasem opuszczonych samochodów. Do wyboru samobójca ma też jazdę pociągiem z trzema przesiadkami, z czego ostatnia to już typowa, turystyczna kolejka. Jadę właśnie nią. Będąc na ostatniej stacji – pośrodku pensjonatów i jezior – trzeba przemierzyć jeszcze 14 kilometrów do lasu. Taksówką bądź piechotą.

Jest sporo czasu, by się rozmyślić. Albo namyślić.

Podczas trzeciej przesiadki ludzie jedzą czipsy, opowiadają sobie dowcipy, czytają książki, słuchają muzyki, przeglądają zdjęcia z aparatu, trzymają się za ręce, podejmują rozmowy z obcokrajowcami, śmieją się i pokazują palcem przez szybę wesołe miasteczko.

Obok ktoś patrzy tępym wzrokiem w ziemię. Po drugiej stronie ktoś zamyka oczy i próbuje zasnąć. Dalej smutny pracownik korporacji jedzie ubrany cały na czarno, w garniturze. Próbuje czytać książkę.

Oczywiście nie podejrzewam, że ktokolwiek z nich chce się zabić. Ale okoliczności zawsze są niepozorne.

Ostatnia droga samobójcy to nie całotygodniowe zalewanie się łzami, to nie mówienie na każdym kroku o swoich problemach, to nie wyraźny dramat, po którym wszyscy zgodnie stwierdzą, że faktycznie można było tego nie przetrwać.

Droga samobójcy to zwykły dzień w pracy, kurtuazyjny small talk, telefon do mamy, polajkowanie kilku zdjęć na Instagramie i przejażdżka kolejką z rozbawionym tłumem. Z liną w plecaku.

DSC01561 DSC01560 DSC01549 DSC01550 DSC01555

***

DSC01562

„Życie jest cennym darem, który otrzymałeś od swoich rodziców. Prosimy, pomyśl o swoich rodzicach, rodzeństwie i dzieciach. Nie zatrzymuj tego dla siebie. Powiedz o swoich problemach. Skontaktuj się z telefonem zaufania 0555-22-0110”.

***

– Dzień dobry, czy zawiezie mnie pan do lasu Aokigahara?

– Aokigahara… Yes, but… Are you alone? – odpowiada wyraźnie zakłopotany taksówkarz.

Uspokaja się dopiero, gdy pokazuję mu swój aparat i zapewniam, że jestem tylko turystą i chcę podziwiać ciekawą przyrodę.

Aokigahara stała się kultowa. W zawładniętej przeróżnymi problemami społecznymi Japonii zabicie się właśnie tam to dla niektórych jedyna szansa na dołączenie do jakiejś wspólnoty. Szacuje się, że targa się tam na życie rocznie około stu osób, choć – zabrzmi brutalnie – w tak wielkim lesie trupów zliczyć się nie da. Co roku specjalnie powołane do tego patrole przeczesują cały las w poszukiwaniu ciał, ale wszystkich nie znajdą – zbyt gęste drzewa, zbyt duża mgła, zbyt wielka powierzchnia lasu, zbyt mało pozostawionych po sobie śladów. Można jednak bez problemu je znaleźć – internet roi się od zdjęć rzeczy osobistych pozostawionych po tych, którzy w lesie odbyli ostatnią noc w życiu. Upiorne zdjęcia ich ciał także można spokojnie odszukać w sieci.

Jak Japończycy chcieli przeciwdziałać? W pewnym momencie zaczęli wyłapywać potencjalnych samobójców i zawiadamiać rodziny. Później wydano odgórny zakaz mówienia w przestrzeni publicznej o lesie. Liczono, że uda się wyprzeć istnienie Aokigahary ze zbłąkanych głów. Oczywiście się nie udało. Las osiągnął w Japonii (i nie tylko) status miejsca, w którym – jakkolwiek to brzmi – fajnie się zabić.

Przeraża, że po lesie odbywają się zorganizowane wycieczki.

Wycieczki, których przewodnicy wiedzą, gdzie znaleźć jeszcze świeżego wisielca lub jego szczątki.

Wycieczki, na których ludzkie dramaty urastają do rangi eksponatu.

Wycieczki, na których znajdujesz już ten najzajebistszy eksponat, lecz jesteś proszony o to, by nie robić zdjęć.

I żałujesz, że przepadło ci kilkaset lajków na Instagramie.

W Polsce nazwalibyśmy ten biznes „po trupach do celu”.

DSC01563 DSC01565 DSC01566 DSC01569

***

Nigdzie nie czujesz się tak przeraźliwie sam jak w Tokio.

Jadę metrem. Ludzie śpią, słuchają muzyki, patrzą się tępo w ziemię. Łapię kontakt wzrokowy z kobietą, która siedzi naprzeciwko, lecz ta szybko odwraca głowę. Po chwili patrzę na jakiegoś gościa i znów widzę zakłopotanie na twarzy. Patrzenie się na ludzi to tutaj faux pas. Japońską mentalność, znów powołam się na Gonciarza, można sprowadzić do jednego zdania – nie przeszkadzać drugiej osobie.

W Tokio ludzie na siebie nie patrzą. Nie zaczepiają. Możesz iść przez miasto w zielonym garniturze, wielkim cylindrze i królikiem pod pachą, a i tak nikt prawdopodobnie do ciebie nie podejdzie, nie zagada, nie wskaże palcem. Nie będziesz ciekawostką. Pomyślą o tobie „co za wariat”, ale nie dadzą ci tego odczuć nawet krzywym spojrzeniem.

14 milionów mieszkańców Tokio na co dzień się nie zauważa. Ludzie wkładają na usta maseczki, by nie zarazić swoją chorobą kogoś innego. Wiedzą, że ta osoba mogłaby przez chorobę zawalić swoją pracę, że stałaby się jej przez to wielka krzywda, bo praca jest w Japonii najważniejsza. Maska na twarzy to świetna metafora Japonii. Maskę nakłada się w każdej sytuacji społecznej. Niekoniecznie dlatego, by nie zarazić drugiej osoby.

Idąc przez skrzyżowanie Shibuya, przez które w godzinach szczytu w jednym momencie przechodzi dwa tysiące osób, nikt cię nie szturcha, nikt się nie obciera. Tłum jest idealnie zorganizowany i odsuwa się od ciebie za każdym razem, gdy już prawie niechcący na niego wpadłeś. Dwa tysiące ludzi w jednym miejscu i zero kolizji. To niesamowite.

Przechodzę przez miasto jak anonim. W głowie gra kawałek Quebonafide: Tutaj ludzie nie patrzą w ogóle, nawet nie że dziwnie, nawet nie że z dystansem. Tak niewidzialny się nigdzie nie czułem, stoję i notuję, a każdy pędzi jak Shinkansen.

DSC01061

***

Bar w hotelu kapsułowym. Kilka osób siedzi obok siebie na wysokich krzesłach. Piszę tekst. Kolega obok siedzi przy laptopie ze smartfonem w ręku. Przysypia. Przebudza się po dziesięciu minutach, kliknie coś trzy razy, znów przysypia. Znów się przebudza, znów przysypia. Za każdym razem próbuje dorzucić do swojego arkusza w Excelu kolejne dane. Po godzinie odchodzę, a on dalej kontynuuje ten maraton.

Powinien iść spać. Nie daje rady. Jest zajechany.

DZdRROWUQAEj-Wl

Ale spać sam z siebie nie pójdzie. Walczy. Wie, że musi wykonać swoją robotę. Ludzie w Tokio usypiają w wielu miejscach. Robią to jadąc metrem – to jedyny moment na drzemkę podczas ciężkiego dnia – przez co przejeżdżają swoje przystanki. W restauracjach. W barach. Przy stanowisku pracy.

Raz w tygodniu szef zaprasza po pracy na drinka. Hotele kapsułowe zostały stworzone dla pracowników korporacji, którym po drinku z szefem ucieka ostatni pociąg (w Japonii instytucja nocnej komunikacji miejskiej nie funkcjonuje). Żaden podwładny nie ma prawa odmówić. Wyjście opłaca szef, któremu trzeba nadskakiwać i broń Boże nie pomyśleć o tym, by nie zaśmiać się z jego żartu.

Dzień Japończyka wygląda wtedy następująco: początek pracy o 7:00, koniec o 20:00, drink do 24:00, noc w hotelu kapsułowym, pobudka wcześnie rano, zejście do spożywczaka po białą koszulę i bieliznę (można je kupić naprawdę wszędzie) i kolejne dwanaście godzin w pracy, po których Japończyk wreszcie ma czas dla rodziny wraca do swojego domu. Z rodziną czasu jednak nie spędza – idzie spać. Musi odpocząć, skoro jutro znów od piątej na nogach.

Tak dzień w dzień, tydzień w tydzień, rok w rok.

Dzielnica Akihabara. Kilka minut po północy. Kilkunastu pracowników korporacji idzie roześmianych przez miasto. Gdy dopadają taksówkę, jeden z nich z największą czołobitnością otwiera tylne drzwi, dwóch pozostałych pomaga wtoczyć się tam kompletnie nastukanemu szefowi, po czym wszyscy oddają mu pokłony. Czynią je dopóki taksówka nie zniknie z zasięgu wzroku.

Szef jest w Japonii ważniejszy niż żona, dziecko, matka. Gdy szef siedzi w pracy, kultura zabrania wyjścia z biura. Z premedytacją siedzi więc jak najdłużej, by dać dobry przykład swoim pracownikom.

Jest wkurzony, bo chciałby już iść do domu. Pracownicy są wkurzeni, bo chcieliby już iść do domu.

W efekcie wszyscy są sfrustrowani i wypaleni.

I tak przez 40 lat.

***

***

Hikikomori, choroba zwana też syndromem wycofania społecznego, polega na skrajnym wyobcowaniu się i zerwaniu jakichkolwiek kontaktów ze społeczeństwem. Hikikomori spędza całe dnie w domu. Nie chodzi do szkoły, do pracy, nie spotyka się ze znajomymi, nie spotyka się z nikim. Unika współlokatorów. Je wtedy, gdy może przemknąć niezauważony do kuchni lub gdy ktoś z drugiego pokoju pozostawi mu przed drzwiami talerz. Do sklepu idzie w nocy, tak, by nikogo po drodze nie spotkać. Do toalety nie wychodzi – woli skorzystać z miski, wiaderka, butelki z szerokim korkiem. Ma ją zawsze pod ręką.

Prawdopodobnie nie ma cięższej choroby społecznej i nie ma przypadku, że rozwinęła się ona właśnie w Japonii.

Hikikomori spędza swój dzień na grach komputerowych. Jeśli nawiązuje jakieś relacje, to z wirtualnymi postaciami bądź ludźmi z internetu. Stan chorobowy stwierdza się, jeśli sytuacja trwa dłużej niż sześć miesięcy. Cierpią na nią głównie mężczyźni w wieku 16-24. Szacuje się, że w Japonii na hikikomori cierpi do 1,2 miliona osób. Chory zwykle nie wykazuje woli do jakiejkolwiek terapii. Najczęściej zostaje ona inspirowana przez bliskie osoby, które wynajmują do tego internetową terapeutkę – zazwyczaj jest to kobieta – która ma nawiązać kontakt z zamkniętą w pokoju osobą.

W dużym uproszczeniu choroba wygląda mniej więcej tak jak ta, na którą cierpiał główny bohater Sali Samobójców.

W rzeczywistości jest w niej jednak dużo mniej fajerwerków.

DSC01065

***

Wojciech Buła wraz ze swoją żoną Dagmarą mieszka od kilku lat w Japonii, gdzie doskonale poznał korporacyjne życie. Po godzinach wraz z wybranką prowadzi bloga Tokyo Pongi. Spotkaliśmy się w Tokio, bym wysłuchał opowieści o tym, jak wygląda japoński wyścig szczurów.

– Obecnie jestem swoim własnym szefem i nie skomponowałem sobie hymnu, ale znam korporacje, które zaczynają pracę wyjściem przed budynek i odśpiewaniem pochwalnej pieśni na cześć firmy. W Japonii nie ma indywidualności. Jesteś tylko malutkim trybikiem. Gdy sekretarka szukała mi mieszkania, w ogóle nie słuchała o moich potrzebach i wybierała tylko takie lokalizacje, które są blisko miejsca pracy po to, bym nie miał swojego życia. W dużych firmach zdarza się, że szef potrafi obwieścić w czwartek wieczorem, że jest pożar. Ustala deadline na zeszły piątek i nie wypuszcza z pracy aż do rana. Niby można wyjść, ale jakoś nikt się nie kwapi. Mój były przełożony spędzał w pracy codziennie dziesięć godzin. Mało? Tak, ale poświęcał przy tym trzy godziny na podróż w jedną stronę, czyli pracował łącznie 16 godzin. Reguła to 12-godzinny dzień pracy, choć kolega śmieje się, że 80% jego pracy to podchodzenie do Japończyków i pytanie ich: – Co ty tak właściwie robisz i dlaczego nic?

Japończycy siedzą w pracy po 14 godzin, ale efektów nie ma. Projekty się ślimaczą. Zdarza się, że Japończyk wykonuje pracę, którą korporacja zleciła zewnętrznej firmie, o czym on doskonale wie. Siedzisz całymi dniami w firmie, nie masz życia, a w dodatku robić coś, co i tak jest niepotrzebne, bo robi to już ktoś inny. Po co? Nie wiem. Jeszcze tego nie rozgryzłem. Tak tu po prostu jest. Stawiają na piedestał nie tego, któremu się udało, a tego, który się poświęcił.

Pracownik przychodzi przed szefem i wychodzi po nim – wtedy pokazuje, jak bardzo jest oddany firmie. Każdemu zależy na tym, by wszyscy widzieli, jak dużo pracuje. Szef z kolei stara się przychodzić przed pracownikiem i wychodzić po nim. Błędne koło. Jeśli opuścisz obowiązkowe picie z szefem, jesteś łamistrajkiem i przestają cię lubić. To nie jest radosne życie. Tłumy jednakowo ubranych w garnitury smutnych panów, tzw. „salarymanów”, nie wyglądają na zbyt szczęśliwych.

Gdy kobieta zachodzi w ciążę, musi przeprosić swoich kolegów z pracy za to, że ci będą musieli przejąć jej obowiązki. Zawiodła. Firma lubi w takich sytuacjach robić problemy. Prawnie ciąża jest ucywilizowana, ale kultura pracy zakrawa o patologię. Japończycy mają w swoim słowniku specjalne słowo oznaczające prześladowanie w pracy z powodu ciąży. Zdarzało się, że po zajściu w ciążę grupa wystawiała kobietę poza nawias. W ekstremalnych przypadkach niektóre kobiety ulegały presji i dokonywały aborcji. W firmie patrzą na ciebie nieprzychylnie, gdy jesteś chory. Nie idąc do pracy ryzykujesz. Idąc – też ryzykujesz, że pozarażasz innych i przez ciebie cała firma będzie nieefektywna. Na domiar złego w wielu firmach masz tylko 11 dni wolnych w roku i gdy jesteś chory pracodawca chętnie odliczy ci od urlopu dni, które spędziłeś w łóżku.

DSC01136

Każdy Japończyk w zależności od sytuacji zakłada maskę. Widziałem potulnych pracowników, którzy po fajrancie tańczą na stołach, drą się, są totalnie naprani, mimo że na co dzień zawsze są „very busy, very busy”. Są mistrzami w udawaniu. Jeden z pracowników pisał maile przez cały dzień i specjalnie wysyłał je o trzeciej w nocy, by pokazać wszystkim, jaki jest zapracowany.

Gdy jedziesz na wakacje, dobrze widziane jest wysłanie kartki do pracowników z przeprosinami, że muszą wykonywać twoją pracę za ciebie, a ty jesteś tym leniwym gnojkiem, który leży na plaży i który ma z tego powodu wielkie wyrzuty sumienia.

Zdarza się, że ktoś jedzie na wakacje na tydzień, ale skruszony wraca po czterech dniach. To naprawdę częste.

Mój szef wziął kiedyś urlop na dziesięć dni i robił wtedy rzeczy mniej ważne, których w normalnym dniu pracy nigdy by nie zrobił.

Weekendy Japończycy spędzają na odsypianiu. Wielu z nich uważa, że to ich pasja.

– Jakie jest wasze hobby? – pytam kiedyś studentów.
– Największym spanie.

Istnieje też wersja „spanie z kotem”. Nie wnikałem w szczegóły.

Dawałem kiedyś na uczelni wykład. Miałem wrażenie, że wszyscy mają mnie kompletnie gdzieś. Mój szef był jednak wniebowzięty.

– Super wykład! Zajebisty! Bardzo interesujący!
– Jak interesujący, skoro jedna trzecia studentów spała?
– No właśnie!

Cieszył się, bo zwykle śpi 80%.

Gramatyka języka zmienia się w zależności do tego, z kim rozmawiasz. Z szefem jest inaczej, z osobą na równym poziomie inaczej, z podwładnym jeszcze inaczej. Przed każdym mailem trzeba wysmażyć kilka akapitów w stylu: „bardzo przepraszam, że zaburzyłem mir rodzinny i ośmielam się zabrać cenny czas, który Szanowny Pan mógłby poświęcić na rozwiązywanie problemów świata, ale gdyby Szanowny Pan zechciał odczytać mojego maila i rozważyć, czy miałby chwilę na spełnienie mojej malutkiej prośby…”. Po takim wywodzie przechodzisz do konkretu w stylu: „czy mógłbym dostać raport z wczoraj?”. Gdybym jednak od razu przeszedł do konkretów, ktoś mógłby się obrazić. Miałbym pogadankę na temat szacunku wobec pracowników.

W Japonii nigdy nie usłyszysz normalnego polecenia. Koleżanka pracowała w restauracji. Słyszała co chwilę „wyjmij ziemniaki z worka”. „Wsadź ziemniaki do zlewu”. „Odkręć wodę kurkiem w prawo”. „Włóż pod wodę ziemniaki i umyj”. Wystarczyło powiedzieć tylko „ugotuj ziemniaki”. Po kilkudziesięciu dniach obdarzyli ją zaufaniem i byli bardzo zaskoczeni, że nie trzeba podpowiadać jej każdego kroku, który musi wykonać.

Japonia jest owładnięta procedurami, a Japończycy opanowali optymalizowanie i stosowanie ich do perfekcji. Ma to swoje zalety – średnie opóźnienie pociągu w Japonii wynosi około 50 sekund na rok, wliczając trzęsienia ziemi i związane z nimi automatyczne zatrzymania składów. Ma też wady – zabija innowacyjność i powoduje, że wprowadzenie lepszych rozwiązań napotyka na silny opór. W końcu, „jeśli dziadek tak robił, ojciec tak robił, to ja, moje dzieci i wnuki też będziemy tak robić”. W efekcie to, co Japończyk robi w ciągu tygodnia, Europejczyk zrobi w ciągu jednego dnia. Albo może nawet pół. To, co japońska firma wysyłała nam 4,5 miesiąca, chińska ogarnęła w dziesięć minut. Działają bardzo powoli, gospodarka stara się utrzymać na powierzchni, z rozwojem i konkurencyjnością jest problem. Zanim ich innowacja zostanie wdrożona, Koreańczycy mają już na rynku trzecią wersję produktu.

Koncept małżeństwa jest inny niż w świecie zachodnim. To kontrakt na to, by dwójka ludzi zrobiła dziecko i je wychowała. Miłość bywa czasami, ale zdarzają się aranżowane małżeństwa. Gdy starasz się o kobietę, musisz mieć odpowiednią pracę, wtedy twoje szanse rosną. Ankieta przeprowadzona wśród grupy wiekowej 18-34 wykazała, że prawie 70% nieżonatych mężczyzn i 60% niezamężnych kobiet nie jest w żadnym związku. I 43% respondentów przyznało się, że nie ma żadnych doświadczeń seksualnych. Żadnych. I część z nich nie jest zainteresowana jakąkolwiek zmianą, nie chce znaleźć partnera, chcą tylko chodzić do pracy i spać.

Dużo par żyje oddzielnie – mają swoje własne pokoje, własne życia. 47% Japończyków i Japonek żyje w tzw. sexless marriage. Facet przynosi kasę, więc jest dobrze. Potem on przychodzi na emeryturę, a ona mówi: dobrze, dziadu, dajesz mi odprawę i żyjesz z emerytury, a ja jadę z koleżankami na tournee zrobić to wszystko, czego nie zrobiłam wychowując dzieci. Przejście na emeryturę to dramat. Żona nie widywała męża prawie wcale, bo całe życie spędził w pracy. Dzieci? Tata wie, jak wyglądają, ale w sumie to ich nie zna. Widział się z nimi przez całe życie tyle, co w weekend, gdy się przebudził i zaraz przekręcił na drugi bok odsypiając cały tydzień. Jeśli oczywiście w weekendy bywał w domu. Według krążącego dowcipu, ojciec, który spędził długi majowy weekend (tzw. Złoty Tydzień) w domu, wręczył swoim dzieciom wizytówki.

Zamiast drugą osobę, niektórzy Japończycy wolą pokochać idola. W Japonii jest około 20 tysięcy nastolatek, które zajmują się śpiewaniem (albo udawaniem) i byciem „idolem”. Mają krótkie spódniczki i obcisłe ubranka. Piosenki i choreografia są na jedno kopyto. Na ich koncertach pod sceną nie ma nastolatek. Średnia wieku to 40 lat – stojący tam panowie wyglądają na takich, co nigdy nie widzieli dziewczyny na oczy. Kiedyś koncert obywał się tuż pod moim oknem, więc obserwowałem ich choreografię, która była dość perwersyjna. W telewizji widziałem reportaż o pewnym facecie, któremu nie udało się znaleźć żony, bo kobieta, którą kochał, wybrała gościa z lepszymi perspektywami zawodowymi. Cały zgromadzony posag postanowił przepieprzyć na jeżdżenie za jakąś nastolatką. Kupował jej drogie prezenty, płacił za możliwość pójścia za kolację i zamienienia trzech słów… Totalny odjazd. Wybierają sobie kogoś, kogo kochają i są z nim na 150%.

Funkcjonują kapliczki, w których możesz wziąć wirtualny ślub. Przychodzisz w garniturze, stajesz przed kobiercem i wychodzisz za jakąś wirtualną postać, na przykład za bohaterkę bajki. Dostajesz tam specjalne gogle, widzisz ją w 3D i możesz nawet dotknąć i pocałować pannę młodą. Jeśli chcesz, możesz spędzić ze swoją panną młodą nawet noc poślubną – są roboty, które to załatwią. W Japonii nie jest to uważane za coś dziwnego. Jest po prostu OK. Dopiero kilka lat temu Japonia uregulowała sytuację prawną dotyczącą pornografii dziecięcej. Ale wciąż można spotkać w metrze salarymanów, którzy bez skrępowania czytają odmianę hentai, czyli oglądają anime i mangę traktującą o perwersyjnych praktykach seksualnych dotyczących dzieci. Tak, rysunki tego typu są legalne i podobno można je kupić w każdym sklepie 24-godzinnym.

Inni z kolei są tak zapatrzeni w Zachód, tak chcą mieć zachodni ślub – z welonem, piękną panną młodą – że wynajmują udawanego księdza oraz udawany kościół i udają całą uroczystość. Kolega jest takim księdzem. W dobrych miesiącach, pracując w weekendy, potrafi dorobić około 2000 dolarów do stypendium. Podobno jest tak dobry, że niedługo dostanie własnych ministrantów.

Gdy już Japończycy żyją ze sobą, jest bardzo ciasno. Statystycznie, najwięcej ludzi żyje w mieszkaniach, gdzie przypada od 9 do 11 metrów kwadratowych na osobę. Gdy mieszkaliśmy na 90 metrach kwadratowych, japońscy znajomi, którzy nas odwiedzili zrobili wielkie oczy, a ich dziecko biegało przez dwie godziny wokół stołu krzycząc „ale szeroko, ale szeroko!”.  Inni znajomi, gdy zobaczyli nasze mniejsze mieszkanie o powierzchni 45 metrów kwadratowych, mówili, że na takiej powierzchni można spokojnie upchnąć rodzinę w modelu dwa+dwa+dziadkowie. W Japonii cała rodzina śpi w jednym pokoju na wspólnej macie. Znajomy opowiadał, że poznał swoją dziewczynę w jednym z krajów europejskich i gdy przyjechali był w szoku: w jednym pomieszczeniu spała córka, matka, ojciec i męski gość z Europy. W pokoju znajdował się ołtarzyk ze zdjęciami i prochami przodków, którzy odeszli. Nie mógł usnąć, myślał sobie o tej relacji i nagle przodkowie zaczęli wydawać jakieś pomruki. Urny zaczęły się trząść. Myślał, że z tego ołtarzyka zstąpi zaraz duch przodka, który wyrazi niezadowolenie, że jakiś Europejczyk plami honor japońskiej kobiety. To było jednak tylko trzęsienie ziemi.

Stąd właśnie bardzo popularna jest w Japonii instytucja love hotelu. Gdy dzielisz mieszkanie z dziećmi i dziadkami, musisz chodzić tam z własną żoną i wynajmować pokój na godziny.

Pod przykrywką salonów masażu albo salonów mydlarskich działają domy miłości. Powstają też hostess bary – bogaci faceci przychodzą tam i płacą podstawionym kobietom po to, by te śmiały się z ich żartów. Piją z nimi alkohol, śpiewają karaoke, a potem rachunek jest odpowiednio powiększany. Komplementują, doceniają, to taka bliskość za pieniądze. Współczesna gejsza, choć gejsza to była sztuka dużo wyższego lotu niż podtrzymywanie rozmowy z bredzącym pracownikiem korporacji w knajpie.

Widząc tokijski tłum zdajesz sobie sprawę, że ludzkość nie wyewoluowała jeszcze z kopca termitów. A dokładnie, że na poziomie społecznym nie odeszliśmy od tego kopca zbyt daleko. Raz w życiu jechałem metrem, w którym ludzie nie zmieścili się do środka. Jechałem spóźniony, chciałem napisać wiadomość z przeprosinami, ale jedną rękę miałem w górze, drugą pod kimś, nie dało się nawet sięgnąć do kieszeni. W najwyższym stopniu załadowania pociągu podniosłem stopy do góry i lewitowałem. Ważne jest, by nie oddychać w kontrze do swojego „przeciwnika”, bo ci zgniecie klatkę piersiową. Gdyby każdy wziął wdech w tym samym momencie, pociąg by wybuchł. Po Tokio każde miasto, jakie widziałem, to wioska.

Jednocześnie w pociągach panuje duża kultura. Rozmowy są niemile widziane. Moi znajomi wyciągnęli raz kasę z bankomatu. W portfelu mieli wszystkie dokumenty, karty, paszporty, no i dopiero co wyciągnięte pieniądze, za które coś tam po drodze kupli. Przy zgłaszaniu kradzieży zapytano ich, ile gotówki mieli przy sobie. Odpowiedzieli na oko: – 30000 jenów.

W rzeczywistości mieli ich trochę mniej, bo po drodze poszli na jakieś jedzenie. W poniedziałek zadzwonili ze stacji z informacją, że portfel się znalazł. Wszystko było, włącznie z… równym 30000 jenów. Sądzą, że ktoś mógł dołożyć do równego rachunku zgodnie z deklaracją, tak by nie pomyśleli sobie, że w Japonii się kradnie. Japończycy w pociągach, kinach i kawiarniach, do rezerwacji miejsc używają osobistych rzeczy takich jak portfel, aparat fotograficzny, laptop, telefon komórkowy. Powszechne jest wkładanie wielkiego portfela do tylnej kieszeni czy chodzenie z otwartą torebką. Te przyzwyczajenia drogo jednak Japończyków kosztują za granicą; wielu moich znajomych padło w Europie ofiarą złodziei.

Zapracowany i zmęczony pracą w korporacji Japończyk ma utrudniony dostęp do opieki psychologicznej, bo jest szczątkowa i istnieje odium społeczne. Gdy ma problemy, jest mu o wiele trudniej z nich wyjść niż człowiekowi z zachodniego świata. W Europie pójdziesz do psychologa, psychiatry, na terapię, dostaniesz lekarstwa i wsparcie od bliskich. Tu nie jest to raczej dostępne. Problemy zamiata się pod dywan. Gdy idziesz do rodziców i mówisz o swoich problemach – że rzuciła cię dziewczyna czy jesteś prześladowany – słyszysz, że musisz wziąć się w garść, bo przynosisz rodzinie wstyd. Problemy załatwiasz samemu – pod pociągiem.

Słyszałem pogłoskę, że ostatnio problem samobójstw został jednak rozwiązany. Mówi się, że gdy Japończycy zobaczyli się na pierwszym miejscu w światowym rankingu samobójców na sto tysięcy mieszkańców, licznik samobójstw bardzo szybko drastycznie spadł. Rzucenie się pod pociąg kwalifikowane jest jako „wypadek kolejowy z udziałem ciała”.

Zdarzają się szczęśliwi ludzie, ale przypadkowo spotkany salaryman nie kipi radością i szczęściem. To nie jest społeczeństwo, gdzie wszystko jest super, wspaniałe i cool.  Bo nie wszystko jest, ale również dlatego, że Japończyków uczy się od małego powściągliwości i nieokazywania uczuć. Pracowałem kiedyś przez dwa lata z człowiekiem, którego emocji nie byłem w stanie rozgryźć. Nie wiedziałem, czy jest wniebowzięty, czy wściekły. Nic, zero emocji.

Japończycy nie dają po sobie poznać depresji, choć wielu z nich nie ma żadnej radości życia.

DSC01100

***

90% Japończyków korzystających z aplikacji do randkowania deklaruje, że wystarczy im samo pisanie z drugą osobą. Spotkanie jej w rzeczywistości nie jest im do niczego potrzebne.

W Japonii wśród kobiet stwierdzono „syndrom męża na emeryturze”, a konkretnie „syndrom stresu wywoływany przebywaniem męża w domu”. Problem dotyka 60% Japonek.

Wypuszczony na japoński rynek „Kompletny podręcznik samobójstwa” sprzedał się w milionowym nakładzie.

Samobójstwo nie jest w Japonii uznawane za grzech albo powód do wstydu. Czasami to nawet – odwołując się do harakiri – honorowe wyjście z trudnej sytuacji.

W 2007 roku samobójstwo po skandalu finansowym popełnił minister Toshikatsu Matsuoka. Były burmistrz Tokio nazwał go po tym czynie publicznie „prawdziwym samurajem”.

Najważniejszą rzeczą, jaką uczono kamikadze, było niezamykanie oczu. Aż do samego końca, czyli do zderzenia.

Na hikikomori cierpi do 1,2 miliona Japończyków.

Trzy czwarte japońskich samobójców to mężczyźni.

Najczęściej wybieraną metodą samobójstwa jest powieszenie się.

W 2003 roku zanotowano rekordową liczbę samobójstw. Skończyło ze sobą wówczas 34 427 Japończyków.

W latach 1998-2011 liczba samobójców zawsze przekraczała 30 tysięcy.

Samobójstwo jest w Japonii główną przyczyną zgonu ludzi w przedziale wiekowym 15-39.

4% dzieci w wieku 9-12 lat cierpi na depresję.

Z wiekiem współczynnik tylko rośnie. Szacuje się, że z powodu depresji cierpi co dziesiąty japoński nastolatek.

Najczęściej wybieranym dniem przez samobójców jest pierwszy września. Dokładnie wtedy zaczyna się w japońskich szkołach drugi semestr roku szkolnego.

Istnieją w japońskiej sieci miejsca, gdzie można umówić się na zbiorowe samobójstwo.

Japonia jest na pierwszym miejscu na świecie w niewykorzystanym zwolnieniu zdrowotnym na pracownika.

Najczęstsze motywy japońskich samobójców to utrata pracy, ciężkie życie, depresja, finanse.

Średni urlop japońskiego pracownika wynosi 7,9 dnia rocznie.

Średni dzienny czas pracy pracownika korporacji wynosi 12 godzin.

Tylko w Japonii występuje zjawisko śmierci z przepracowania. W 2012 roku z jej powodu zmarło 800 osób.

Przepracowanie prowadzi do samotności.

Samotność prowadzi do depresji.

Depresja…

Tylko pić.

Jeść.

Spać.

Jak Tamagochi.

Z JAPONII JAKUB BIAŁEK 

DSC01151

WSZYSTKIE ODCINKI CYKLU VITAY SENEGAL:

– tekst o akademii, w której wychował się Sadio Mane – CZYTAJ TUTAJ

– reportaż z Wyspy Goree, czyli wyspy niewolników – CZYTAJ TUTAJ

– wywiad z renomowanym dziennikarzem Bambą Kasse o realiach senegalskiej piłki – CZYTAJ TUTAJ

– dzień z życia senegalskiej redakcji – CZYTAJ TUTAJ

– o wyrzucaniu dzieci i dziewczynie szamana – CZYTAJ TUTAJ

WSZYSTKIE ODCINKI CYKLU VITAY JAPONIA:

– tekst o Vegalcie Sendai, czyli klubie z miasta, które podniosło się po straszliwym tsunami – CZYTAJ TUTAJ

– o klimacie japońskich niższych lig – CZYTAJ TUTAJ

– wywiad z Takeshim Ono, pracownikiem japońskiej federacji odpowiadającym za szkolenie młodzieży – CZYTAJ TUTAJ

– reportaż o Jubilo Iwata, klubie Krzysztofa Kamińskiego – CZYTAJ TUTAJ

– O spotkaniu z Kazu Miurą, Daisuke Matsuim i japońskim kibicem, który pisał listy do Marcina Żewłakowa – CZYTAJ TUTAJ

POZOSTAŁE ODCINKI VITAY KOLUMBIA:

– wywiad z najpiękniejszą dziennikarką świata, Mariną Granzierą – CZYTAJ TUTAJ

– barwna rozmowa z Manuelem Arboledą – CZYTAJ TUTAJ

– o miejscu, które wychowało Jamesa Rodrigueza – CZYTAJ TUTAJ

– srebro albo ołów – śladami Pablo Escobara – CZYTAJ TUTAJ

Vitay_Senegal

KOMENTARZE (34)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
koziolzbrodom
WKS Śląsk Wrocław

Mocne.

Clonluk

Brawa za artykuł Panie Białek.

LordInfamous
Armia Szatana-antyżydochrześcijaństwo

No i za czym oni tak gonią? 15h dziennie, spanie w jakiejś kurwa kapsule niczym z cyberpunka
Gra na wyniszczenie, chyba bym zwariował po takim zapierdolu mieć tylko 3-4h dla siebie a potem do wyra spać
A potem się dziwią, że taki Azjata w końcu odchodzi od swojego stanowiska i skacze z okna
Jedyne co mi się u nich podoba to właśnie ta „społeczna maska”, raj dla introwertyków

Janko_Buszewski

sami nie wiedzą za czym. tak zostali nauczeni i nie wiedzą jak przestać. zostali wychowani na zatwardziałych konserwatystów, którym nawet do głowy nie przyjdzie zmiana czegokolwiek, a codopiero wprowadzenie tej zmiany w zycie.

footballisanart

Czytam większość artykułów na „Weszło”, ale to będzie mój pierwszy komentarz – dziękuję za ten reportaż!

JohnnyCasino
Lech Poznań

Świetny tekst

Clonluk

Jeszcze jedno – przyznam, że wszystkie artykuły i wywiady na Weszło na temat ogólnie pojętej Japonii wychodzą Wam świetnie. Akurat za to wypada pochwalić ten portal.

danny_trejo

Bardzo mi sie podobal ten tekst, oby wiecej takich.

nigello

Ciekawi mnie jak to działa, że tak zapieprzają od rana do nocy, umierają z przepracowania, a to właśnie Japończycy są nabardziej długowieczni.
Oczywiście wyłączając pradziadka Sarkiego.

Janko_Buszewski

jak widać przepracowanie nie wpływa mocno na długość życia. aczkolwiek wpływa na jego jakosć. co z tego, że zyjesz 90 lat, jesli przez pierwsze 70 tylko pracujesz i spisz, a przez ostatnie 20 nie wiesz co ze sobą zrobić, bo nawet nie ma do kogo się odezwać.

lewastoparobertocarlosa

Rewelacyjny artykuł! Idealnie pokazuje , ze życie trzeba jakoś wyposrodkowac żeby znaleźć szczęście

paolo91

Zgrabnie napisane

Laguna

Pierwsze objawy Hikikomori można rozpoznać u naszych kadrowiczów. Ostatni miesiąc zamknięci w pokojach, odżywiający się wyłącznie Black Label.

Dzięki za tekst, dobra robota.

MarekKoniarek

Ee tam energetyki turbo grosika naparzali

Baton

Chyba jednak lepiej wybrać się do Korei na wycieczkę. W Japonii robią takie porno, a ludzie w najlepszym wieku do tego typu zabaw, nie uprawiają tego „sportu” 😉

igor2

W Korei jest jeszcze gorzej… bo masz to samo + bardziej agresywny temperament + wojo.

wscieklybajpas

„Ostatnia droga samobójcy to nie całotygodniowe zalewanie się łzami, to nie mówienie na każdym kroku o swoich problemach, to nie wyraźny dramat, po którym wszyscy zgodnie stwierdzą, że faktycznie można było tego nie przetrwać.”
to akurat zależy od samego człowieka i jego płci. jeden będzie wprost wołac o pomoc a drugi się po prostu zajebie. mój sąsiad się zabił mówiąc o tym wszystkim. nikt nie potraktował go poważnie a on w tym czasie się powiesił.

StalinMourinho

Miałem kumpla – Jurka. On krzyczał wniebogłosy – przez alko i narko. Nikt tego nie słyszał – łącznie ze mną – wszyscy myśleli, że to taka pozerka. A potem zrobiło się już za późno – to jak obserwowanie na niebie spadającego na ziemię samolotu. Nic nie możesz zrobić.

MiLow

Rzadko czytam niesportowe teksty na weszlo w całości, ale ten był na tyle ciekawy że głupio było przerywać. Szacunek

Szyderca

Nic dziwnego, że TW Bolek chciał nam zbudować drugą Japonię.

egzekutor_77
Pogoń Szczecin

Dobre … btw – Tamagotchi

ReReKumKum

Dobry tekst, ale jak się zrzyna z paranormalne.pl, to warto byłoby może o tym wspomnieć. Nie, żebym się czepiał.

StalinMourinho

Świetny, wstrząsający tekst. A końcówka wbija szpadel prosto w ryj. Dzięki.

veaver

Eksperyment Calhouna (hodowla myszy na ograniczonej przestrzeni), za wiki:

„Redukcja naturalnej umieralności w warunkach ograniczonej przestrzeni doprowadziła do nadmiernego zagęszczenia populacji. Młode osobniki dojrzewając nie znajdowały miejsca dla siebie w organizacji społecznej, w której wszystkie role były już obsadzone (…)
Walczyły więc o te role tak zaciekle, że efektem ubocznym stał się upadek normalnej organizacji społecznej.
Ponadto nadmierna liczba spotkań z innymi osobnikami doprowadziła do unikania kontaktów społecznych.
Kolejne młode urodzone w takich warunkach były przedwcześnie porzucane przez matki oraz grupy rodzinne i, wychowując się w zaburzonych warunkach, nabywały cech autystycznych.”

StalinMourinho

Tu kłania się pamiętny film z Billem Murray’em i Scarlett Johansson, czyli „Między słowami”.

Zenon Zawodowiec

Przeczytałem ten artykuł po zerwaniu się godzinę wcześniej z pracy, narzekając że dziś muszę wracać do domu autobusem, całe 15 minut. Aż mi się głupio zrobiło.
Fascynuje mnie Japonia, jej kultura, język, historia, ogólnie żaden inny kraj nie robi na mnie tak wielkiego wrażenia. I żaden inny mnie tak nie przeraża. Tak więc doceniajmy czasem to, co mamy u siebie.
Świetny artykuł.

MarekKoniarek

Polecam film „see of trees” z Mathew mcconaughey opowiadający historie gościa który wybrał się do owego lasu. Krytycy go objechali ale wg mnie był świetny.

Kamil Anchor
Przegrywająca

Komentarze świadczą o jakości artykułu. Same pozytywne. Gratulacje dla autora i oby tak dalej. Swietnie sie czytało do poduszki.

MonsterBlock
FC Sukces

Zarejestrowałem się na tym portalu, tylko po to żeby powiedzieć autorowi, że jest to kolejny niezły reportaż, ale trochę zbyt sensacyjny. Ze względu na to, że część mojej rodziny jest Japończykami, jestem bardzo uczulony na większość sensacyjnych artykułów i opowieści typu: „…tak jest w Japonii, wiem bo byłem tam 3 tygodnie”. Na szczęście ten wpis do nich nie należy.

Niemniej do ogólnego tonu bym się nieco przyczepił. Wydaje mi się, że autor stara się zaszokować statystykami – ale liczba samobójstw w Polsce jest (niestety) na niemal porównywalnym poziomie co w Japonii. Jeśli chodzi o radość z życia – ja akurat widzę w japońskiej kulturze bardzo dużo ciekawości i radości. Choć może Tokio jest nieco inne niż Japonia, którą znam. Poza tym te wirtualne śluby to raczej bardzo niszowa sprawa – tak jak te słynne automaty z używaną bielizną.

Poza tym ta informacja, że średni urlop japońskiego pracownika wynosi 7,9 dnia rocznie jest nie do końca prawdziwa. Proszę zwrócić uwagę, na ilość świąt w Japonii. Z tego co pamiętam to jest to 16 dni rocznie. Choć to nie zmienia faktu, że nie chciałbym tam pracować. Tak czy inaczej – dobra robota.

theremik

Więcej takich reportaży !! Już nawet pozasportowe treści przebijają większość obserwowanych przeze mnie portali. Dobra robota

Tamagoczin
Czikago Bulls

Bardzo dobry artykuł.
Specjalnie założyłem konto, żeby napisać ten komentarz.

Pumpkin

Przerażający artykuł. Ale jednocześnie świetnie napisany i wciągający. Jeden z najlepszych, jakie przeczytałem tu od kilkunastu miesięcy.

fronda

Super się czyta,ale chora kultura.

hubabuba

Zacny artykuł

wpDiscuz