Spotkanie Miury, Matsuiego i kibica, który pisał listy do Żewłakowa
Weszło Extra

Spotkanie Miury, Matsuiego i kibica, który pisał listy do Żewłakowa

Wychodzi na to, że do mundialu przygotowani byliśmy tylko my. Zostawiliśmy przed – wydawało nam się – najważniejszym meczem w grupie dla podgrzania atmosfery dwa duże teksty z Japonii, lecz piłkarze sprawili nam psikusa. Efektów naszej podróży wraz z firmą PKN Orlen wyrzucać do kosza jednak nie zamierzamy – zapraszamy na tekst, w którym opisujemy efekt spotkania z Kazu Miurą, Daisuke Matsuim i japońskim kibicem, który wypisywał do Marcina Żewłakowa. 

***

Czekając na wywiad z Daisuke Matsuim przeżyłem jeden z większych szoków kulturowych w życiu. Jokohama. Trzecie co do wielkości japońskie miasto – prawie czteromilionowe – posiadające stadion narodowy i trzy poważne drużyny piłkarskie – jedną w J1-League (Yokohama F. Marinos), drugą w J-2 (Yokohama FC, w której gra nie tylko Matsui, ale i 51-letni Kazu Miura, pierwowzór Tsubasy, legendarna postać dla japońskiej piłki), a trzecią – uwaga, zaskoczenie – w J-3 (Yokohama SCC, w której grał Filip Wichman). Daisuke Matsui godzi się na wywiad, gdy tylko zorganizuję tłumacza. Udaje się ściągnąć z Nagoyi dobrze mówiącego po angielsku Japończyka, który w przeszłości związał się z Polką. Na spotkanie przynosi ze sobą podpisaną przez piłkarzy Wisły koszulkę zawodnika KTS Weszło, Tomasza Kłosa. 

Jest bardzo, bardzo sympatyczny. Ale i bardzo, bardzo zestresowany.

Rozmawiamy o meczu, polskiej piłce, Morioce, Sebastianie Szymańskim, którego jest kibicem (serio) i Marcinie Żewłakowie, który w 2003 roku grając w Belgii odpisał na jego list. Dino – tak prosił na siebie mówić – potrafi wymienić chyba wszystkich zawodników z kadry Engela. Pyta, co robi dzisiaj Żurawski. Wspomina bramki Olisadebe. Opowiada, jak podczas finału w Stambule kibicował Jerzemu Dudkowi. W Japonii nie kibicuje się drużynom, a poszczególnym piłkarzom. W Japonii piłkarze mają status półbogów, choć to pewnie i tak zbyt delikatne słowo.

To właśnie dlatego Dino jest bardzo, bardzo zestresowany.

Za chwilę będzie rozmawiał z Daisuke Matsuim. Piłkarzem, który w Japonii wywołuje tak duże zainteresowanie, że po mieście musi chodzić w specjalnej masce, którą Japończycy zakładają ze względów higienicznych. Piłkarzem, który był już tak zmęczony wiecznym spełnianiem próśb kibiców, że aż wyemigrował do Opola, by pożyć europejskim życiem. Piłkarzem, który wraz ze swoją małżonką, wziętą aktorką, tworzy jedną z gorętszych celebryckich par w Kraju Kwitnącej Wiśni.

– Mam w życiu dwa marzenia. Chcę się spotkać z Davidem Beckhamem i Kazu Miurą. Potem mogę umierać, naprawdę.
– A z Matsuim?
– Matsui to wielka postać. Ale Kazu to bóg. Kazu to King.
– To może spotkasz się z nim dzisiaj?

Zestresował się tak, że spuścił głowę w dół i nie odpowiedział absolutnie nic.

DSC01679

***

Kazu Miura to w Japonii bóg. Ma 51 lat, a dalej gra w piłkę. Ma 51 lat, a dalej ma większą pozycję niż Kagawa, Nakamura i Okazaki razem wzięci. Ma 51 lat, a to on towarzyszy Neymarowi, gdy ten odwiedza Japonię, to właśnie on pokazywany jest przy Ronaldinho podczas wizyty w Kraju Kwitnącej Wiśni.

51 lat na karku. 727 meczów rozegranych w oficjalnych rozgrywkach klubowych, 89 meczów i 55 bramek w kadrze. Gol strzelony Krzysztofowi Kamińskiemu w wieku 48 lat. 32 lata w zawodowej piłce.

W roku, w którym Kazu Miura debiutował w dorosłym futbolu, polska reprezentacja prowadzona przez Antoniego Piechniczka odpadła z mistrzostw świata (w składzie Buncol, Młynarczyk, Matysik, Smolarek), Boniek rzucał mundialową klątwę, naszym krajem rządził Wojciech Jaruzelski, wyemitowano pierwsze wydanie Teleexpressu, a Jakub Błaszczykowski obchodził swoje pierwsze urodziny. Raz jeszcze przypomnijmy – ten gość wciąż gra w piłkę na zawodowym poziomie.

Jest szczupły, pełen wigoru, strzela po 2-3 bramki w sezonie i absolutnie nie wygląda na swój wiek.

Czemu poza wiekiem Kazu Miura zawdzięcza swój fenomen? Był pierwszym Japończykiem, który osiągnął cokolwiek na międzynarodowej arenie. Posiadał wielkie (jak na ówczesną Japonię) możliwości, ale w kraju bez profesjonalnej ligi osiągnąć wiele nie mógł. Szybko wyjechał do Brazylii, gdzie nabierał szlifów w szkółce Santosu. Do kraju wrócił dwa lata przed utworzeniem zawodowych rozgrywek – w glorii gwiazdy, która nauczy wszystkich futbolu. I rzeczywiście – mimo że w pierwszym sezonie J-League jej reprezentantami byli Zico czy Gary Lineker, piłkarzem sezonu został właśnie Miura. Do dziś w Japonii wspomina się o tym, że to właśnie King Kazu stał się pierwowzorem Tsubasy.

Przełomowy moment dla rozwoju japońskiej piłki? Każdy napotkany kibic wskazuje dwie wersje: kariera Kazu Miury i bajka o Tsubasie, co stanowi niejako spójną całość. Zresztą nie tylko kibic. Wypowiedź Takeshiego Ono, oficjela, człowieka od lat zajmującego się szkoleniem w JFA: – W Japonii najbardziej popularnym sportem był kiedyś baseball i tylko na nim skupiały się dzieciaki. Gdy ruszyła J-League i Kazu stał się jej gwiazdą, zmieniło się wszystko. Dzieci grały w piłkę, bo chciały być jak on. To wielka inspiracja dla naszego społeczeństwa. Na podstawie jego kariery nakręcono Kapitana Tsubasę, bez którego futbol w Japonii nie byłby popularny.

Shunsuke Nakamura: – Czy chciałbym być jak pan Kazu? Są różne karty kredytowe – zwykła, srebrna, złota, platynowa… Pan Kazu jest jak diamentowa. Poza skalą. Bierze piłkę bardzo na poważnie i dlatego wciąż jest w stanie w nią grać. Nikt jednak nie może pobić rekordu pana Kazu i grać dłużej, japoński futbol mógłby tego dobrze nie odebrać. Tutaj jest królem. Często chodzimy na obiady i rozmawiamy podczas nich tylko o piłce. Zawsze pyta: „widziałeś ten mecz?”. Albo: „a co sądzisz o tym młodym piłkarzu?”. Wciąż dopytuje mnie, jak robię na boisku pewne rzeczy. Zawsze rozczula mnie w nim to, jak bardzo wciąż chce się rozwijać.

Tak, Shunsuke Nakamura nazywał Kazu Miurę „panem”. On sam jest podobnie nazywany przez kolegów z zespołu.

Na stadionie Yokohama FC wielu kibiców ubranych jest w koszulki swojego klubu, ale w zasadzie nie widać ani gładkich trykotów, ani tych z nazwiskiem innego piłkarza niż Miura. Z Kingiem Kazu utożsamiają się wszyscy. Kibice Yokohama FC chcą wyników, ale chcą też Kazu Miury. Ich bóg pojawia się na boisku tylko wtedy, gdy na tablicy świetlnej widnieje już korzystny rezultat i można wpuścić na plac gry maskotkę. Życie kibica Yokohama FC to ciągłe czekanie aż będzie 3:0 i podczas ostatniego kwadransa zaszczyci ich legenda. Największa legenda japońskiej piłki.

W meczu z Avispą Fukuoka (2:2) King Kazu nie pojawił się ani na moment. W sezonie 2018 wykręcił dopiero 25 minut.

Za każdym razem, gdy wejdzie, kibice mogą sobie jednak myśleć: – A może to już ostatni raz?

DSC01682 DSC01680

***

Centrum treningowe Yokohama FC. Właśnie trwa pomeczowe rozbieganie, w którym biorą udział Matsui i Miura. Stoimy wraz z Dino tuż przy linii bocznej, w narożniku. Gdy wyciągam telefon, ochroniarz od razu doskakuje do mnie z komunikatem „no photos”, ale interweniuje sam Miura, pozwalając cykać sobie fotki. Gdy podbiega do nas na odległość dziesięciu metrów, Dino omal nie postrada zmysłów. Ręce mu się trzęsą. Nie chce rozmawiać. Patrzy w ziemię, gdy obok biega ten, z którym tak bardzo chciał się spotkać. Marzył o tym do tego stopnia, że po tym spotkaniu (no, i po spotkaniu Beckhama, ale jego niech lepiej już nie spotyka!) może umierać.

Kazu i Dausike przebiegają obok nas. Wyciągam telefon, nagrywam krótką relację na Instagram, chowam. Dino wciąż patrzy w ziemię.

Kazu i Dausike mijają właśnie chorągiewkę po przeciwległym rogu. Dino dopiero wtedy zdobywa się na odwagę i robi im zdjęcie. Obaj wyglądają z odległości ponad stu metrów jak mróweczki. Dino robi strzałkę i podpisuje ją „King Kazu”.

IMG_3546

Gdy za kilkadziesiąt sekund przebiegają obok, znów wbija wzrok w ziemię.

Za chwilę Dino decyduje się na kolejny krok. Pyta:

– Czy mógłbyś zrobić zdjęcie, gdy przebiegają obok nas?
– Oczywiście, że mógłbym. A ty tak właściwie czemu nie możesz tego zrobić?
– Ja?! Kim ja jestem przy panu Kazu? Nikim.
– Ja też, ale czemu nie możesz zrobić mu zdjęcia?
– Jestem zbyt nisko w hierarchii społecznej przy kimś takim jak pan Kazu. Spaliłbym się ze wstydu. Nie mogę. Ciebie jako obcokrajowca nasze zasady nie zobowiązują.

Wziąłem telefon, zrobiłem zdjęcie. Dino podskoczył z radości. Wciąż jednak się stresował.

Rozbieganie trwało jakieś 20 minut. Po wszystkim Kazu Miura podszedł do nas i sam się przywitał, pokazując swoją otwartość i samemu proponując fotkę. Dino po tym geście przełamał cały swój strach i zaczął opowiadać Miurze – naprawdę, naprawdę przejęty – jakąś historię, z której nie rozumiałem oczywiście nic. Kazu i tak słabo mówił po angielsku, więc niewiele straciłem. Wywiad? Konsekwentnie odmawia wszystkim, ostatnio nawet BBC. Tłumaczy, że gdyby chciał udzielać wywiadów, nie robiłby prawdopodobnie niczego innego. Nie udziela więc nikomu. Redakcja Weszło była oczywiście niepocieszona, ale nie czuła się też jak redaktor bloga Piłkarska Prawda pytający o wywiad Kubę Błaszczykowskiego.

– Dino, o czym ty opowiadałeś temu Miurze? Wyglądałeś na niesamowicie przejętego.
– Podziękowałem mu za całe swoje życie. Zawdzięczam mu wszystko.
– Wszystko?
– Gdyby Kazu Miura w młodym wieku nie wyjechał do Ameryki Południowej, ja także nigdy nie wyjechałbym do Kostaryki, gdzie poznałem swoją obecną żonę. Był moją inspiracją. Bałem się, ale King Kazu pokazał, że można. Trzeba tylko chcieć. Spakowałem wszystko i wyjechałem. Dziś jestem szczęśliwym człowiekiem.
– I faktycznie Kazu był dla ciebie taką inspiracją?
– Zawdzięczam mu wszystko.

Japończycy trochę inaczej postrzegają piłkarzy niż my.

DSC01686 DSC01684

Jeden z najważniejszych dni w życiu. Na twarzy wymalowana trochę radość, a trochę jednak stres. 

***

Daisuke Matsui to jeden z najbardziej europejskich Japończyków w tamtejszej piłce. Otwarcie mówi kolegom w szatni, że wolałby piłkarzy, którzy – jak w Europie – potrafią na siebie wzajemnie krzyknąć, opierdzielić się. Gdy japońscy piłkarze, by się zbytnio nie spoufalać, witają się z żonami swoich kolegów z zespołu machaniem ręki, on stosuje buziaki w policzek. Lubi europejski styl życia i dąży do niego – stąd właśnie transfery do Lechii czy Odry.

Matsui jest jednak Japończykiem. I jak każdy Japończyk wie, że w oficjalnych wypowiedziach musi wzbić się na szczyty kurtuazji i powściągliwości. Wie, że odpięcie wrotek byłoby wielkim faux pas, więc zachowuje dyplomację.

– W Gdańsku klub, miasto, kibice i wszystko dookoła było super. Opole to z kolei zupełnie inna sprawa. Ciężki czas. Nie wszedłem do środka tej drużyny, czułem się jakbym był trochę na uboczu. Próbowałem się zaadaptować, byłem przyjacielski, pytałem zawodników o pójście na obiad, ale nie zdołałem się wkomponować w zespół.

Ten transfer od początku mi się nie kleił. Miałeś w Japonii dużą pozycję, wysokie zarobki, a Opole to beniaminek pierwszej ligi, nie płaci dużo, organizacyjnie bez szału, miasto takie sobie… Po co ci był w ogóle ten transfer? 

Zdaję sobie sprawę, że w wieku 36 lat raczej wraca się do kraju, a nie z niego wyjeżdża. Pomyślałem sobie, że to w mojej karierze ostatnia szansa na jakieś wyzwanie. Japończycy nie wyjeżdżają już w tym wieku i chciałem pokazać, że można inaczej. Poszedłem do małego klubu z zamiarem poprowadzenia go do Ekstraklasy.

Słyszałem, że przytłaczała cię sława, jaką jesteś owiany w Japonii i chciałeś uciec w spokojniejsze miejsce. 

Nie, absolutnie. To bzdura. Miałem naprawdę dobry czas w Gdańsku, skąd musiałem przedwcześnie wrócić do Japonii. Po prostu pomyślałem sobie, że skoro za pierwszym razem w Polsce było dobrze, za drugim też może tak być. Chciałem dokończyć pewną historię. Wiem, że inni piłkarze w moim wieku dążą za pieniędzmi, a ja w Opolu nie zarabiałem dużo. Ważniejsze było dla mnie napisanie success story. Spróbowałem, nie wyszło – trudno. Wróciłem do Japonii, ale – przestraszę cię – pojadę do Polski raz jeszcze! Żartuję, ale jeśli byłoby możliwy transfer do Polski lub innego fajnego kraju, na pewno bym to rozważyłbym.

Odczuwasz zmęczenie kibicami? 

Na szczęście moja żona jest o wiele bardziej popularna niż ja, więc wszystko spada na nią (śmiech). Gdy idę z nią przez miasto faktycznie się wkurzam, bo każdy chce sobie zrobić z nami zdjęcie. Ale gdy idę sam – nie ma dramatu.

W Opolu i tak cię dopadła jedna fanka. 

Byłem szczerze zaskoczony. Przyjechała odwiedzić mnie i zobaczyć mecz. Polscy koledzy opowiedzieli jej, jakie miejsca w Polsce warto odwiedzić i było ogólnie sympatycznie. Uwielbiam europejski styl życia zwłaszcza dlatego, że kibice potrafią uszanować prywatność sportowca. Gdy mieszkałem w Opolu, w wolnym czasie jechałem samochodem do innych krajów, na przykład do Pragi, i chłonąłem to europejskie życie. Żyłem tam samemu. W Europie pary zawsze są razem, ale dla Japończyków najważniejszą rzeczą w jest praca i życie osobno jest czymś zupełnie naturalnym. Skoro moja żona miała pracę marzeń na miejscu, a ja swoje wyzwanie w Europie – po prostu żyliśmy jakiś czas oddzielnie. Wszystko było w jak najlepszym porządku.

Jako jeden z niewielu japońskich piłkarzy nie tylko dopasowałeś się do europejskiego stylu życia, ale wręcz go polubiłeś. Co na początku było największą przeszkodą?

Wbrew pozorom – na tle innych krajów – polska mentalność jest stosunkowo bardzo bliska japońskiej. Przeszkody? Język – zarówno we Francji, jak i w Polsce. Pierwszym szokiem w Polsce był natomiast moment, gdy w mieszkaniu zabrakło prądu. Zgasło światło, a ja nie potrafiłem nic powiedzieć po polsku. Nie miałem pojęcia, co robić. Mój tłumacz był ze mną tylko przez pierwsze trzy dni. Na szczęście ktoś przyszedł do mnie i pomógł mi w tej opresji. No i wielką różnicą są… toalety! W Japonii mamy wypasione sedesy, a u was nie mają one żadnej funkcji. Brakowało mi ich. W Europie nie potrafiłem też zrozumieć, dlaczego widzicie różnicę pomiędzy meczami u siebie i wyjazdowymi. Myślicie, że u siebie trzeba wygrać wszystko, a na wyjeździe zadowalacie się remisem, a czasami jedziecie jak na ścięcie. „Jeden punkt, uff, daliśmy radę” – mówicie po meczu. U nas tego zupełnie nie było.

Co najlepiej wspominasz z twojego pierwszego pobytu w Polsce? Pewnie Sopot! 

Byłem tam dwa-trzy razy, podobało mi się molo i restauracja na nim. Najlepiej wspominam jednak mecz z Legią Warszawa, w którym zdobyłem dwie bramki. Fantastycznie wspominam także kibiców i moment, w którym lider ultrasów sam zaprosił mnie na obiad. Największy zaszczyt, jaki mógł mnie spotkać. Czułem się kochany przez gdańskich kibiców. Byłem także pod wrażeniem trenera Probierza. To człowiek, który cały czas próbował stawać się lepszy i mam nadzieję, że kiedyś będzie selekcjonerem reprezentacji. Potrafi rozmawiać z piłkarzami i ci po tych rozmowach stają się silniejsi. Gdy skończę swoją karierę, chciałbym pojechać do niego na staż i się nauczyć jego warsztatu.

Pójdziesz w trenerkę? 

Nie, w pierwszej kolejności spróbuję być menedżerem Krzyśka Kamińskiego!

Obecny siedzi obok nas, może być ciężko. 

Wtedy zastanowię się nad innymi opcjami.

Kojarzysz jeszcze Przemysława Frankowskiego?

Kogo?

Grałeś z nim. Niewiele zabrakło, by pojechał na mundial. Znalazł się w szerokiej kadrze. 

Aaaa. Prawoskrzydłowy? Oczywiście, że kojarzę. Wtedy był bardzo młody. Ile miał lat? Osiemnaście? I naprawdę mówisz, że mógł rywalizować z Błaszczykowskim? Niesamowite. Jestem zaskoczony. Gdy razem graliśmy, przejawiał symptomy dobrej gry. To miłe, że piłkarz, którego znam, tak się rozwinął. Gra dalej w Polsce?

Tak, w Jagiellonii.

Jeśli czyta ten wywiad – zapraszam go do J-League. Wierzę, że znaleźlibyśmy mu dobry klub, ale skoro tak się rozwinął, może teraz odejść w dobre miejsce do Europy. Pewnie najlepiej sprawdziłby się w Bundeslidze – pasuje tam swoją dynamiką, poza tym ten kraj to wasz sąsiad. Polskiemu piłkarzowi o wiele łatwiej jest pójść do topowej, europejskiej ligi – nie jest dla niego zaskoczeniem ani język, ani jedzenie. Uważam, że powinniście pójść za ciosem Lewandowskiego i postawić teraz na jak największy rozwój akademii, bo trochę tego u was brakuje. Polska ma wielki potencjał. Macie wielki atut w postaci sąsiedztwa z Niemcami, do których możecie wysyłać najlepszych młodych piłkarzy. Dla nas każdy wyjazd do Europy jest pewnym szokiem. Mamy teraz w Niemczech Kagawę, ale generalnie każdy japoński zawodnik zaczyna w Japonii – czyli od zera. Musi pracować na to, by zostać zauważonym przez Europę. Jest ciężej.

Która liga stoi wyżej w twojej hierarchii – polska pierwsza liga czy J2-League? 

Ciężko mi to ocenić. Gdyby dobry polski piłkarz przyszedł do J2-League, też mógłby sobie nie poradzić niekoniecznie ze względów sportowych. Według rankingu polska liga stoi wyżej, ale oceniłbym ten poziom raczej jako 50 na 50. W Opolu problemem było to, że… na takiej murawie nie da grać się w piłkę. Nigdy nie wyobrażałem sobie, że tak w ogóle może być. Dziura na dziurze! Gdy inne drużyny przyjeżdżały do Opola, przegrywały tylko dlatego, że nie potrafiły odnaleźć się na murawie, którą piłkarze Odry już dobrze znali. Nie dało się nawet zagrać celnego podania. Piłkarz bazujący na technice – jak ja – męczył się w takich warunkach. Jak teraz to wygląda? Mam nadzieję, że się poprawiło. Musiało.

To nie widziałeś przed podpisaniem kontraktu, na jakiej murawie przyjdzie ci grać?

No właśnie niestety nie. Gdy przyjechałem podpisać kontrakt w Jokohamie, najpierw wybiegłem na stadion sprawdzić, czy murawa wygląda lepiej (śmiech).

DSC01687

***

– Dziękuję ci za możliwość poznania Kazu Miury. I za rozmowę z Daisuke Matsuim. Dziękuję.
– OK, OK.
– Naprawdę dziękuję. To najlepszy dzień mojego życia.
– OK…
– Dziękuję!

Nasza rozmowa z Dino po przeprowadzeniu wywiadu z Matsuim przybrała tak absurdalny obrót, że aż zapomniałem, kto komu wyświadczał przysługę. Nigdy nie usłyszałem tyle razy słowa „dziękuję”. Byłem skołowany do tego stopnia, że aż zapomniałem się z nim rozliczyć, o czym on – jako powściągliwy i kulturalny Japończyk – nie potrafił mi przypomnieć. Po tym jak poszliśmy w swoje strony, pojawił się problem, o którym wprost mi nie powiedział – dowiedziałem się o nim dopiero przez osobę, która nas umawiała. Oczywiście się rozliczyliśmy, ale cała sytuacja wyglądała dość absurdalnie.

To nie był jednak pierwszy wielki dzień w kibicowskim życiu Dino. Koniec 2002 roku. Dino, wówczas szczęśliwy mąż pochodzącej z Częstochowy Polki, zafascynował się polską piłką. Przy językowej pomocy swojej ukochanej napisał list do swojego ulubionego polskiego piłkarza, Marcina Żewłakowa. Gdy w styczniu 2003 prosto z Mouscron przyszła odpowiedź na 1,5 strony, nie dowierzał. List od polskiego piłkarza trzyma do dziś. I do dziś wspomina ten dzień jako jeden z najlepszych w życiu.

DSC01693 DSC01694

– Gdybyś kiedyś miał okazję rozmawiać z Marcinem Żewłakowem, koniecznie przekaż podziękowania. Ten list do dziś jest dla mnie niezwykle ważny – powiedział Dino.

Okazji nie miałem, ale miałem Twittera, za którego pośrednictwem opublikowałem ów list i oznaczyłem pana Marcina. Odpowiedział jak zwykle z klasą (pisownia oryginalna): – Sam jestem mile zaskoczony po tylu latach tą historią. Faktem jest ze za czasów kariery z szacunkiem pochodziłem do takich spraw. Jako dzieciak sam pisałem listy do klubów, wiec wiem co czuło się w oczekiwaniu na odpowiedź.

Urocza historia.

Szacunek.

Z JOKOHAMY JAKUB BIAŁEK

WSZYSTKIE ODCINKI CYKLU VITAY SENEGAL:

– tekst o akademii, w której wychował się Sadio Mane – CZYTAJ TUTAJ

– reportaż z Wyspy Goree, czyli wyspy niewolników – CZYTAJ TUTAJ

– wywiad z renomowanym dziennikarzem Bambą Kasse o realiach senegalskiej piłki – CZYTAJ TUTAJ

– dzień z życia senegalskiej redakcji – CZYTAJ TUTAJ

WSZYSTKIE ODCINKI CYKLU VITAY JAPONIA:

– tekst o Vegalcie Sendai, czyli klubie z miasta, które podniosło się po straszliwym tsunami – CZYTAJ TUTAJ

– o klimacie japońskich niższych lig – CZYTAJ TUTAJ

– wywiad z Takeshim Ono, pracownikiem japońskiej federacji odpowiadającym za szkolenie młodzieży – CZYTAJ TUTAJ

– reportaż o Jubilo Iwata, klubie Krzysztofa Kamińskiego – CZYTAJ TUTAJ

POZOSTAŁE ODCINKI VITAY KOLUMBIA:

– wywiad z najpiękniejszą dziennikarką świata, Mariną Granzierą – CZYTAJ TUTAJ

– barwna rozmowa z Manuelem Arboledą – CZYTAJ TUTAJ

– o miejscu, które wychowało Jamesa Rodrigueza – CZYTAJ TUTAJ

– srebro albo ołów – śladami Pablo Escobara – CZYTAJ TUTAJ

Vitay_Senegal

KOMENTARZE (3)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

thekingofbet

http://polskagrupa72.blogspot.com/ – Trafiają kursy po 200, 300! sam gram z nimi od 2 tyg i potwierdzam że są uczciwi! skany kuponów dają na bloga! na dziś mają kolejny kupon

wpDiscuz