Łukasz Kubot: nie ma nic starszego niż wczorajszy sukces
Inne sporty

Łukasz Kubot: nie ma nic starszego niż wczorajszy sukces

Kiedy polscy piłkarze w żenującym stylu dostawali lanie od Kolumbii, on w parze z Marcelo Melo triumfował w turnieju na trawiastych kortach w Halle. Kiedy Adam Nawałka i Robert Lewandowski próbowali nas przekonać, że kadra zagrała na miarę swoich możliwości i w sumie nic się nie stało, on przekonywał, że nie ma nic starszego niż wczorajszy sukces. I nie wymyślił tego na poczekaniu, powtarza to powiedzenie od lat. Łukasz Kubot – prawdopodobnie najbardziej pracowity, profesjonalny i skupiony na celu tenisista na świecie.

Łukasz Kubot przez lata był solidnym singlistą. Zaliczył dwa finały turniejów rangi ATP oraz ćwierćfinał wielkoszlemowego Wimbledonu. Znacznie więcej ugrał w grze podwójnej – dwa wielkoszlemowe triumfy i 20 w innych turniejach, pierwsze miejsce w rankingu, finał turnieju ATP Finals. W sumie z kortów podniósł już ponad 6,7 mln dolarów. Nikt w zawodowym tourze nie ma wątpliwości, że na każdego z tych dolarów zapracował w 100%. Bo syn Janusza Kubota, byłego piłkarza, a dziś trenera Kolejarza Stróże, to gość, który wszystko osiągnął tytaniczną pracą. Opisuje ją we właśnie wydanej książce „Łukasz Kubot – żyjąc marzeniami” oraz oczywiście w rozmowie z Weszło.

Lada dzień rusza Wimbledon. Czy jako obrońca tytułu w turnieju debla czujesz większą presję?

To jedno z najpiękniejszych wspomnień z całej kariery. Oczywiście, będzie na nas ciążyć dodatkowa presja, bronimy tytułu i bardzo wielu punków rankingowych. Ale razem z Marcelo Melo po prostu chcemy zagrać jeden dobry mecz, potem następny i tak dalej. To jest świątynia tenisa, chcemy się cieszyć obecnością w takim miejscu.

Zdaje się, że to ubiegłoroczne zwycięstwo sporo zmieniło w twoim życiu, znacznie więcej niż wygrana w Australian Open cztery lata temu.

Na pewno zmieniło się to, że stałem się osobą dużo bardziej medialną, znajduję się bardziej w centrum uwagi. Ale jeśli chodzi o moje nastawienie, nie zmieniło się nic. Staram się grać swoje, podchodzić do wszystkiego dokładnie tak samo. Celem jest powtarzalność i dobra gra.

Na ile cię męczy zainteresowanie mediów?

Uczę się tego, to dla mnie ciągle coś nowego. Oczywiście, było to wliczone w to, co się działo w ubiegłym roku. Muszę to po prostu zaakceptować i z tym żyć. To zabiera trochę czasu, ale nie narzekam, robię swoje.

Opowiedz coś więcej o swojej książce.

Każdy z nas ma marzenia, ja też. Musiałem pokonać długą drogę, żeby je realizować. Z roku na rok się rozwijałem, doskonaliłem, łapałem powtarzalność. Podjąłem wiele decyzji, nie wszystkie były najlepsze, ale każda mnie czegoś nauczyła. Przebyłem ciekawą drogę, żeby osiągnąć sukces i spełnić marzenia. O tym jest ta książka.

Ile marzeń udało się zrealizować?

Trudno powiedzieć. Całe życie to jest droga, droga do spełniania marzeń.

Ty chyba byłeś skazany na uprawianie sportu.

Rzeczywiście, wychowałem się w sportowej rodzinie, mama grała w koszykówkę, tata w piłkę nożną, geny sportowe na pewno mi pomogły. Ale w tenisa to ja zawsze chciałem grać, nikt mnie nie musiał zmuszać.

Przy tacie piłkarzu nie ciągnęło cię do piłki?

Grałem w piłkę do 13-14 roku życia. Ale nie było to profesjonalne. Potem zdecydowałem, że chciałbym spróbować zawodowo grać w tenisa. Wiedziałem, że nawet, jeśli nie wyjdzie, to miałem otwartą furtkę, mogłem studiować w USA. Po ćwierćfinale juniorskiego Wimbledonu miałem oferty z trzech różnych uczelni.

Czyli raczej byłeś skazany na życie poza domem…

Najtrudniejsze w tym zawodzie jest właśnie to, że większość roku spędzam poza domem, z dala od bliskich. Tak jest od lat i to męczy. Ale dopóki mam szansę grać i rywalizować na najwyższym poziomie, to skupiam się na tym. Wiem, że ten sportowy pociąg mi odjeżdża, że zostały mi dwa, trzy lata. Chcę wycisnąć z tego maksimum. Kiedy skończę karierę, będę miał dla najbliższych więcej czasu. Teraz takie spotkania w przerwach między turniejami są dla mnie niezastąpione, bardzo dużo z nich czerpię.

W zawodowym tourze masz opinię pracowitego do bólu i stuprocentowo profesjonalnego. Zawsze taki byłeś?

Doszedłem do tego. Nauczyłem się słuchać innych oraz własnego organizmu. Dorosłem. Opracowałem swój system i taki reżim treningowy, który daje mi spokój i sprawia, że dobrze czuję się sam ze sobą. Znalazłem balans. Swój charakter musiałem ukształtować, podejmując często trudne decyzje. Jak choćby ta o wyjeździe do Stanów Zjednoczonych. Nie wiedziałem, co z tego wyjazdu wyjdzie, czy na pewno będę zawodowym tenisistą. Pojechałem, żeby się uczyć, nie tylko tenisa, ale także choćby języka. Dzięki temu dziś na przykład potrafię się dogadać w pięciu różnych językach. Nic w życiu nie dzieje się przez przypadek. Przechodzenie kolejnych szczebli daje doświadczenie. Ja do wielu rzeczy doszedłem sam, po latach. Inny system trenowania, inne podejście, odżywianie i tak dalej.

Twój deblowy partner podchodzi do tego tak samo?

Każdy z nas jest inny. Na pewnym etapie muszę iść na kompromis z Marcelo, on idzie na kompromis ze mną. Łączy nas biznes, ważne jest to, żebyśmy obaj byli zadowoleni z tej współpracy. W deblu jest dwóch, nie jesteś sam. Czasem partner ci pomoże, kiedy indziej przeszkodzi, trzeba to zaakceptować, choć nie jest to łatwe. Debel uczy cierpliwości. Najważniejsze, żeby czuć się dobrze z samym sobą. W zawodowym tourze jest mnóstwo napięć i stresów. Trzeba nauczyć się w tym żyć.

W zawodowym tourze właśnie wygrałeś kolejny turniej. Bardzo ważny, bo wyniki ostatnio mieliście z Melo mocno średnie.

Ostatnie pół roku było ciężkie. Płaciliśmy cenę za to, co było w 2017. Wyszło, jak wyszło, trzeba z tego wyciągnąć wnioski. Teraz wracamy na trawę i wygląda na to, że będzie dobrze: półfinał w s’Hertogenbosch, zwycięstwo w Halle i dzięki temu w dobrych nastrojach będziemy jechać na Wimbledon.

Który sukces z Londynu był cenniejszy: ćwierćfinał singla, czy zwycięstwo w deblu?

Nie da się tego porównać. Ja jestem ambitnym człowiekiem i zawsze chcę wygrać. Nie ma nic większego niż podniesienie pucharu na Korcie Centralnym Wimbledonu. Ktoś powie, że to tylko debel, ale to nie dla mnie ma znaczenia. Tak, jakby pytać, czy lepiej wygrać Wielkiego Szlema, czy być numerem 1. Dopóki się tego nie przeżyje, nie da się porównać. U mnie wygranie Wimbledonu doprowadziło do tego, że potem zostałem numerem 1.

Wspaniała sprawa.

Kiedy pojawiła się taka szansa, bardzo chciałem zostać liderem rankingu. Teraz, gdy na to patrzę, nie jest to aż tak ważne.

11

Osiągnąłeś coś, co nie udało się twojemu guru, czyli Wojciechowi Fibakowi. Czy to on jest twoim najważniejszym mentorem?

Każde miejsce, w którym się uczyłem, każdy trener, z którym pracowałem – to wszystko są te puzzle, układające się w pewną całość. Umiałem je poukładać. Rozmowy z Wojtkiem Fibakiem też są dla mnie bardzo ważne. Siadamy i rozmawiamy przez trzy godziny o różnych elementach taktyki, trenowania, podejścia, przygotowania. A ja z tej rozmowy zapamiętam trzy, cztery zdania, które potem bardzo mi pomogą. Nauczyłem się uczyć.

A Fibak to już Wojtek, czy jeszcze Pan Wojciech?

Guru. Ale już tyle razy dostałem opie…l, że mam do niego mówić po imieniu. Ale… powoli. Guru to guru.

Skoro mowa o marzeniach i ich spełnianiu. Czego żałujesz ze swojej kariery, czego nie udało się zrealizować?

Patrząc z perspektywy czasu i używając słowa „gdyby”, którego bardzo nie lubię, mogę powiedzieć, że gdybym kiedyś miał taki team, jak dziś, mógłbym osiągnąć więcej, mógłbym więcej pograć w singla. Dziś mam trenera, trenera od przygotowania fizycznego, mentalnego, fizjoterapeutę, kinezjologa, osteopatę i tak dalej. Ale nie żałuję, po prostu wtedy nie było mnie na to stać.

Cały tłum ludzi. Ktoś też ma taki wśród deblistów?

Bracia Bryanowie mają duży zespół, widać to zresztą po wynikach. Oni są znakomici w roli ambasadorów debla, bardzo promują naszą dyscyplinę. Jest kilka par, które podchodzą do tego podobnie, bardzo profesjonalnie.

Mówi się, że „każdy ma taki dzień, który wszystko zmienia”. Który dzień zmienił wszystko u Łukasza Kubota?

W 2011 roku miałem piłki meczowe w meczu o ćwierćfinał Wimbledonu z Feliciano Lopezem. Do dziś pamiętam te punkty. Nauczyłem się na nich bardzo dużo, wyciągnąłem wnioski. Innym momentem była decyzja o tym, żeby zacząć grać debla. Nie było łatwo: miałem 27 lat, grałem challengery, w sumie wygrałem tylko dwa. Prawda jest taka, że nie miałem za co jeździć na turnieje. Nie chciałem grać challengerów, potem jakiś rozgrywek ligowych, żeby zarabiać na wyjazdy. Na debla się zdecydowałem, bo miałem w ten sposób opłacone hospitality, czyli hotel i tak dalej. W ten sposób mogłem sobie pozwolić na to, żeby jeździć na turnieje, czasem zagrać także singla.

Dziś jest łatwiej się przebić?

Zawsze było ciężko, ale dziś w tenisie jest więcej pieniędzy. Dziś za sam start w pierwszej rundzie Wielkiego Szlema dostaje się około 50 tysięcy dolarów. Jeszcze w 2013 roku, żeby dostać takie pieniądze, musiałem wygrać dwa mecze. Czyli dziś, jeśli ktoś zagra cztery razy w turnieju głównym, ma 200 tysięcy dolarów. Za takie pieniądze można opłacić team, wziąć jednego, drugiego, trzeciego trenera. Ale teraz też bywa ciężko, choćby z powodu systemu punktacji. Trudno jest przebić się przez challengery, nie jest łatwo do nich nawet awansować. W dużych turniejach jest dużo więcej punktów. Zawodnik z czołówki może przegrać dwa, trzy razy w pierwszej rundzie, potem zagra jeden niezły turniej i utrzymuje wysoki ranking. A ten, który się wspina, żeby zdobyć tyle punktów, musi wygrać kilka challengerów.

Jakie jeszcze masz marzenia? Ale nie dobry mecz, czy dobre przygotowania, tylko konkrety.

Doświadczenie z życia nauczyło mnie tyle, że dziś nie mogę podać konkretów. Nie mogę powiedzieć, że chcę wygrać wielkoszlemowy turniej, taki, czy taki. Ja chcę grać na najwyższym poziomie, a do tego muszę być zdrowy. Dopóki będzie mi to sprawiało przyjemność, będę walczył. Dlatego codziennie wstaję i chcę być coraz lepszy. Nie umiem też powiedzieć, czy lepiej by było znowu wygrać Wimbledon, czy jakiś inny turniej Wielkiego Szlema. Wiem, jak smakuje wygrana w Londynie i Melbourne, nie wiem, jak w Paryżu czy Nowym Jorku. Nie wiem, jak to porównać.

Ćwierćfinał singla na Wimbledonie, dwa wygrane Wielkie Szlemy w deblu, książka, udział w kampanii reklamowej w roli modela. Co z tego było dla ciebie najbardziej zaskakujące?

Tak na to nie patrzę. Ja wykonuję swoją pracę, inne rzeczy po prostu się pojawiają. Widocznie tak musiało być, nic w życiu nie dzieje się bez przyczyny. Książka czy reklamy pojawiły się dlatego, że wcześniej przyszły sukcesy na korcie. Ale, że książka tak szybko powstanie, tego się nie spodziewałem.

Masz 36 lat, rocznikowo masz tyle samo, co Roger Federer. W takim wieku tenisiści często odwieszają rakietę na kołek. Długo jeszcze planujesz grać?

Dopóki zdrowie pozwoli i będę mógł walczyć na najwyższym poziomie, będę występował. Dbam o zdrowie, inwestuję w siebie dużo. Przed Wimbledonem na przykład spędzę kilka dni w Centrum Osteopatii. Na razie gram i nie myślę o tym, co będzie potem. Znam ludzi na całym świecie, będę miał różne możliwości. Na pewno po zakończeniu kariery będę chciał spędzić czas z rodziną, z rodzicami, z siostrą. Mam z nią świetne relacje, ona ma dwójkę dzieci, chciałbym pobyć wujkiem.

Na razie jesteś trochę wujkiem dla grupy młodych, polskich tenisistów. Pasuje ci taka rola?

Bardzo się cieszę, że u Huberta Hurkacza zatrybiło, bardzo mu kibicowałem i wierzyłem w niego. Pamiętam, jak przegrywał pierwsze mecze w Pucharze Davisa, mocno to przeżywał. Byłem najbliżej niego, mówiłem: zobaczysz, przyjdą zwycięstwa. I rzeczywiście, w tym roku zdobył decydujący punkt w Słowenii. Krok po kroku idzie do góry, w wieku 21 lat jest tuż koło pierwszej setki. Wczoraj wieczorem dzwonił do mnie, pytał o rady na eliminacje Wimbledonu. Zawsze chętnie pomagam młodszym kolegom. Hubert ma przed sobą super karierę, ma ogromny potencjał i znakomite warunki fizyczne.

Jakaś rada dla młodych?

Nie ma nic starszego niż wczorajszy sukces.

JAN CIOSEK

Fot. Newspix.pl

KOMENTARZE (0)

Dodaj komentarz

Powiadom o
wpDiscuz