Panie Paragwajczyk, zmień pan robotę!
Weszło

Panie Paragwajczyk, zmień pan robotę!

Można odpaść jak Polska. Bez wiary, bez klasy, bez pasji, wyłapać dwa razy w ryj i rozpocząć pakowanie walizek. Ale można też odpaść jak Iran – w takim stylu, że aż serce krwawi, iż to był dla wojowniczych Irańczyków ostatni mecz w turnieju. Bo są drużyny, które chce się oglądać, nawet jeżeli się im nie kibicuje. Taką drużyną nie jest Polska, nie oszukujmy się. Takim zespołem rzadko bywa Portugalia, która miała dziś więcej szczęścia niż rozumu i po swojemu męczyła bułę. Jednak z pewnością takim zespołem jest wspaniały Iran. Gloria victis.

Zacznijmy jednak od gościa, którego w tym mundialu nie chcemy już widzieć. Ten mecz był sam w sobie jak przepyszna potrawa, z idealnie dobranymi składnikami, perfekcyjnie przyprawiona. Aż tu nagle pojawił się pan Enrique Caceres, otworzył opakowanie z pieprzem cayenne i od serca sypnął do garnka. Dało się zjeść, ale cholernie piekło i nie ma wątpliwości, że jutro zapiecze jeszcze raz.

Najpierw przeoczył karnego dla Portugalii, ale uratował się VAR-em. Nawet dobrze. Zawsze lepiej, kiedy arbiter coś sprawdzi, niż gdy pójdzie w zaparte, jak Szymon Marciniak.

Później nie zauważył, że Cristiano Ronaldo zaatakował rywala bez piłki. Cios, zaciśnięta pięść, czysta premedytacja, bo akcja toczyła się w zupełnie innej części boiska. Znowu VAR. Wydawało się jasne, że Portugalczyk wyleci z boiska. I wtedy się okazało, że pan Caceres czegoś na ten mecz nie zabrał. Gdybyśmy chcieli być lekko zgryźliwi, to napisalibyśmy, że nie zabrał czerwonych kartek. Ale nie chcemy być lekko, tylko srogo zgryźliwi, więc powiemy, że sędzia nie zabrał ze sobą na boisko jaj. Gapił się na tę powtórkę jak cielę w niemalowane wrota, aż wreszcie wymyślił wyjście, w swoim mniemaniu, salomonowe. Pokazał Cristiano żółty kartonik.

I wtedy arbiter na dobre stracił ten mecz. Cristiano go wyśmiał, Iran poczuł się oszukany. Niestety, sędzia błądził dalej i w doliczonym czasie gry postanowił swoje poprzednie tchórzostwo naprawić kolejnym błędem. 90 minuta już minęła, futbolówka dosłownie otarła się o rękę Soaresa. Caceres znowu poleciał do VAR-u. Karnego w tej sytuacji nie było, ale on postanowił się zrehabilitować i podyktował jedenastkę, która mogła wywrócić do góry nogami cały porządek w grupie B.

Iran wyrównał i dosłownie otarł się o awans. Bodaj w szóstej minucie dodatkowego czasu, Mehdi Taremi miał na nodze piłkę na wagę wejście do 1/8 finału mistrzostw świata. Nie trafił w światło bramki. Zabrakło chłodnej głowy, precyzji. O lepszej sytuacji nie mógł w tych okolicznościach marzyć.

Paragwajski sędzia, jedyny uczestnik tych mistrzostw bardziej elektryczny od Thiago Cionka, już podsumowany, więc wróćmy na chwilę do boiskowych wydarzeń. Pierwsza połowa zdecydowanie dla mistrzów Europy, zasłużenie spuentowana golem. Iran za rzadko się odgryzał, dopóki był remis, Queiroz jak zawsze ustawił swój zespół głęboko, zachowawczo i po cwaniacku. Zemściło się, kiedy Ricardo Quaresma swoim firmowym uderzeniem wyprowadził Portugalczyków na prowadzenie. Klasyczny gol do szatni i jedno z piękniejszych trafień turnieju.

Quaresma jest jak Ronaldo, tylko że gorszy. Ten drugi dzisiaj znowu z rzutu wolnego przyfanzolił prosto w mur, ale i tak z tych mistrzostw w skali historycznej zostanie zapamiętany wyłącznie obrazek, gdy strzela gola Hiszpanom. Quaresmie te uderzenia zewniakiem też siadają odpowiednio na stopie raz na ruski rok, lecz w mundialowych kronikach już się zapisał.

W drugiej odsłonie podopieczni Queiroza zaserwowali specialite de la maison – heroiczne odrabianie strat. Gigantyczna przewaga w posiadaniu piłki wciąż była po stronie Portugalii, ale to Iran zaczął atakować coraz śmielej i sprytniej. Kiedy karnego spierniczył Cristiano Ronaldo, zrobił się już naprawdę dym.

Po pierwsze – bo Ronaldo się pomylił. Nie da się ukryć, że portugalska super-gwiazda z każdym meczem mistrzostw słabnie. Dzisiaj wyróżniał się tylko na minus.

Po drugie – z uwagi na okoliczności podyktowania karnego. Zagotowali się trenerzy, awanturowali się rezerwowi, z wściekłości kipieli piłkarze.

Po trzecie – bo Iran naprawdę uwierzył, że Portugalia jest do dziabnięcia.

Była. Opisywana już żółta kartka dla Cristiano z niczego się przecież nie wzięła – to był przejaw głębokiej frustracji, który zasłużył na poważniejsze napomnienie. Portugalczycy grali jak za swoich najgorszych momentów podczas Euro we Francji. Klepanie piłki, jak mawiał Piotr Nowak, po umbrelli, ty do mnie, ja do ciebie, brak przyspieszeń, mało wymienności pozycji.

Iran? Iran po prostu zapieprzał. Jak brakowało umiejętności, nadrabiali pasją. Jak brakowało pasji, nadra… Nie. Pasji nie zabrakło im ani na moment.

Ostatecznie polegli, ale tanio skóry nie sprzedali. Kto wie, czy heroiczne boje z Iranem i Marokiem nie odbiją się na Europejczykach w fazie pucharowej jak pocałunek Almanzora. Jedno jest pewne – kiedy za cztery, osiem, szesnaście, trzydzieści dwa lata Irańczycy znowu awansują na mundial, a my będziemy robić cykl „Cofamy licznik”, to z przyjemnością wspomnimy ich niesamowitą rosyjską przygodę. Rywalizacja w grupie B to był futbol w pigułce. Wszystkie cztery ekipy zagwarantowały nam fenomenalne show, a swoich kibiców na pewno wielokrotnie przyprawiły o palpitacje serca.

Warto było obejrzeć ten mecz. Wspaniała odtrutka po wczorajszych wyczynach pewnego zespołu, który zagrał na miarę swoich możliwości. Szczerze mówiąc, zżera nas zazdrość. Wcale nie wobec Portugalczyków, bo ci awansowali. Są mistrzami Europy, mają klasową ekipę, wypełnili swoją powinność. Zazdrościmy Iranowi, że odpadli tak romantycznie i pięknie. Jeszcze raz: gloria victis!

Iran – Portugalia 1:1 (0:1)
0:1 – Quaresma 45′
1:1 – Ansarifard 90+3′ karny

fot. 400mm.pl