W Sączu jednak można zrobić wielki futbol. Nie w Nowym, a w Starym – na Turnieju Sokolika
Weszło

W Sączu jednak można zrobić wielki futbol. Nie w Nowym, a w Starym – na Turnieju Sokolika

Lubimy historie o tych drobniejszych, otrzymujących zewsząd mniejsze wsparcie czy muszących radzić sobie całkowicie samodzielnie, a robiących dużo lepszego od innych. Nowy Sącz a Stary Sącz. Niemal sto tysięcy a około dziesięć tysięcy mieszkańców. W tym pierwszym mieście Ekstraklasa, chociaż poziom taki, jakby jej tam nigdy nie było. A w drugim? No to tym bardziej – czego spodziewać się po niewielkim Starym Sączu? Widoki piękne, ale nie futbolowe? Tak mogłoby się wydawać. 

Pojechaliśmy do Starego Sącza na Turniej Sokolika. Długa droga, a pod jej koniec mijany stadion Sandecji. Ten, który przy odpowiednim zarządzaniu mógłby być chlubą tego regionu. Ale nie jest.  Sandecja kojarzy nam się z paździerzowym futbolem. A w ubiegłym sezonie ekstraklasy oglądanie jej akcji – odważne słowo – ofensywnych bywało gorsze od nadepnięcia bosą stopą na klocek Lego albo uderzenie się dużym palcem w kant łóżka. Mniejsza o tej Sandecji, już w minionym sezonie zdążyliśmy wypisać parę długopisów na ich temat.

35268542_1805714256403352_8187375463488815104_n

Musieliśmy napisać trochę o klubie z Nowego Sącza, bo zmusiła nas do tego tabela Turnieju Sokolika. A tam jak w Ekstraklasie – Sandecja na dnie. Ostatnia z ośmiu zespołów. No a wiecie jak z nami jest. Jeśli jest za co, to ganimy. Ale tym bardziej – jak jest za co, to chwalimy. Pierwszy przykład – Sandecja. Drugi – to, co zrobiono w Starym Sączu z Turniejem Sokolika.

35158917_1805458416428936_1514006436043030528_n

Na co dzień to miasteczko nawet po zażyciu sterydów nie przypominałoby Poznania, Krakowa czy Warszawy. Ale jest w roku jeden weekend, w którym piłkarsko zjada te miasta razem wzięte. 

Ponad 30 drużyn. Liverpool, Marsylia, Hertha Berlin, Lipsk, Feyenoord, Legia, Lech, Wisła… Marki poważne. Co za tym idzie – zjeżdżają się tu trenerzy z całej Europy. Wyjeżdżają po finale, ale zostawiają ogromną wiedzę i dużo spostrzeżeń. W piłce istnieje mit, że od razu trzeba wszystko robić doskonale. Panuje opinia, że pytania, to zadają słabi, no bo czegoś nie wiedzą. Wstyd zabija ciekawość. A na tym turnieju, atmosfera sprzyja rozmowie z jednym, drugim i dziesiątym trenerem. Nie ma problemu, żeby podpytać o ich spojrzenie na futbol i piłkę młodzieżową. A wiadomo – najlepszy nauczyciel to taki, który jest równocześnie najlepszym uczniem.

DSC04253

35438349_1805713646403413_1008247287882711040_n

Można się zastanawiać, czy z perspektywy zwykłego kibica można oglądać juniorską piłkę przez dłużej niż godzinę. Tutaj niejedna osoba przekonała się, ze można i przez dwa dni. Bo technika, zwody i piękne strzały są opakowane pasją, walką i olbrzymim zaangażowaniem. To dzieci z wielką frajdą przy grze, a nie Obraniak, który najszybciej po boisku biegał, gdy brał rozbieg przy wykonywaniu rzutu wolnego. 

Kilkunastu chłopaków było jak musująca, pomarańczowa pastylka, która wrzucona do szklanki o dowolnym kształcie, wypełnia ją swoją barwą. Do tego stopnia, że gdyby wyliczyć procent posiadania piłki w niektórych meczach, to 30% posiadania miała jedna drużyna, 30% druga, a 40% chłopaczek z „dychą” na plecach. Przez lata wiele może się zmienić, ale kluczowe jest utrzymywanie w dzieciach pasji. Pierwszy trener Antonio Di Natale powiedział do jego rodziców: „Jeśli myślicie, że zrobimy z niego Maradonę to się mylicie”. No, Diego Armando może z niego nie wyrósł, ale kto wysyłając swojego syna na pierwszy trening w ciemno nie chciałby zrobić takiej kariery jak słynny włoski napastnik?

Rok temu stwierdzono, że oglądać poczynania dzieciaków przychodzi tak wiele osób, że za barierkami oddzielającymi boiska stoi zbyt dużo rzędów. Trzeba było coś z tym zrobić… więc postawiono trzy trybuny. Jak widzicie na fotkach – zapełnione miejscowymi kibicami, rodzicami dzieciaków oraz grupami, które przyjechały na turniej specjalnie za daną drużyną, jak choćby za Marsylią. I tu rodziców trzeba gorąco pochwalić. Nie było krzyków na dzieci i arbitrów, a uśmiech i żywy doping. Świadczy to o tym, że ten temat nie jest mielony przez media wyłącznie dla uspokojenia, jak guma przez Sir Alexa Fergusona, lecz faktycznie ma wpływ na stan rzeczy na trybunach wypełnionych rodzicami. Coraz bardziej rozsądnymi rodzicami. 

Działanie na zasadzie:

– Mistrzu, ile trzeba czekać aby coś się zmieniło na lepsze?

– Jeżeli będziesz tylko czekał, to bardzo długo. 

Tak twierdzi organizator Turnieju Sokolika Tomasz Popiela: – Co roku idziemy do przodu. Moglibyśmy robić zwykły, regionalny turniej, ale kiedy rozpędzony maratończyk robi świetne czasy, to nie zatrzymuje się, żeby odpocząć. Do rozwoju popycha nas wzrastający poziom gry dzieciaków i coraz większe marki zapisujące sobie w kalendarzu, że początek czerwca poświęcają na odwiedziny Starego Sącza.

Przy boiskach zauważyliśmy znajomą z ekstraklasowych boisk twarz. Był to Krzysztof Wołczek, mistrz Polski ze Śląskiem. 

Co się z panem stało po zakończeniu kariery?

Żyję, to na pewno. Przede wszystkim zajmuje się szkółką – Olympikiem Wrocław. Jestem prezesem, trenerem. Podobnie jak w Śląsku Wrocław – tam również prowadzę drużynę trampkarzy. Cały czas kręcę się gdzieś blisko piłki. 

Jak podoba się panu impreza w Starym Sączu?

Przyjechałem tu czwarty raz z rzędu, więc znam te rozgrywki bardzo dobrze i wydaje mi się, że jest to najlepszy turniej w Polsce. Ponownie zjechały się zespoły z całej Europy. Nasi chłopcy z Wrocławia dostali szansę konfrontacji z jednymi z najlepszych młodych zawodników z ich rocznika. Zbierają cenne doświadczenie. Jeżeli nie trzeba podróżować po świecie, a można pojechać te kilkaset kilometrów i dostać to samo w swoim kraju – scenariusz jest idealny. Dobrze znam organizatora Tomka Popielę, więc zawsze chętnie tu przyjeżdżam i obserwuję również zespoły rywali. 

Która drużyna wywarła na panu największe wrażenie? 

Zdecydowanie Hertha Berlin. Widać, że w stolicy Niemiec została przeprowadzona bardzo skrupulatna selekcja. Co więcej – niedawno dowiedziałem się, że Hertha przyjechała z młodszym rocznikiem 2009. 

A pod jakimi względami, poza wiekiem, imponowali chłopcy z Herthy?

Przede wszystkim wyszkolenie techniczne tych zawodników stoi na naprawdę wysokim poziomie. Nawet nie wspomnę o koordynacji, kondycji. Top. Mój przyjaciel, z którym przyjechałem do Starego Sącza, stwierdził, że te dzieciaki wyglądają jak poważni, dorośli piłkarze. A oni mają dopiero dziesięć lat! Przed nimi jeszcze wiele treningów, meczów, turniejów. To tylko pokazuje, jak fajną pracę wykonują w berlińskiej akademii trenerzy. 

A może jakaś polska drużyna?

Szczerze mówiąc – nie obserwowałem na tyle zmagań polskich drużyn, by móc wyciągać jakieś wnioski. Teraz oglądam Lecha Poznań. „Kolejorz” ma jedną z lepszych drużyn w roczniku 2008 z naszego kraju, a na turnieju brakuje wyników. Pamiętajmy, że nie zawsze wynik przekłada się na grę poszczególnych zespołów. Także Lech Poznań oraz Śląsk Wrocław – te dwa kluby wiodą prym, moim zdaniem. 

Pan również wyznaje zasadę, że powinniśmy uczyć grać w piłkę, a nie wygrywać?

Oczywiście. Wszyscy trenerzy o tym powtarzają, ale tylko pierwiastek z nich to faktycznie stosuje. Wrócę na chwilę do Lecha – trafili do słabszej grupy, stąd zdziwienie, dlaczego z niej nie wyszli. Patrząc na tych chłopców można dostrzec w nich piłkarskie ruchy, zagrania. A czy oni zajmą niższe miejsce – nie ma znaczenia. Czasami porażka przydaje się. Dla młodych piłkarzy, ale również dla ich rodziców, którzy zapewne myślą, że mają w domu kolejnego Messiego.

Do czego przywiązuje pan największą wagę na treningach?

Zależy od grupy wiekowej. Teraz, gdy w Śląsku współpracuję z trampkarzami, skupiamy się na makro- lub mikro-cyklach. Jeżeli jednak mówimy o dziesięciolatkach – stawiam na wyszkolenie techniczne. Ci chłopcy już od najmłodszych lat powinni uczyć się zwodów, techniki podania, aby potem tylko dołożyć tzw. niuanse. Kolejnym ważnym elementem, co zresztą widać po niektórych drużynach, jest taktyka. Zwraca się na to uwagę. Jednak – powtórzę – w tym wieku na pierwszym miejscu technika wkomponowana w mikro-taktykę. 

A baza tlenowa? 

Bazę tlenową chłopcy wyrabiają sobie z czasem. Jeśli chodzi o te kwestie, postawiłbym na koordynację. 

Czy treningi mentalne dla tak młodych chłopców są potrzebne?

Jasne, możemy to wprowadzać. Tu się jednak rozbija o to, że nie wszyscy mają trenerów mentalnych w klubach. Naturalnie, takie rozmowy mogą im pomóc. Powinniśmy pamiętać, że pierwszym takim specjalistą powinien być rodzic, który z dzieckiem przebywa 24 godziny na dobę.

Ciekawie wypowiadał się też trener Jakub Nowak (Dunajec Nowy Sącz), choćby o… niedokończonym meczu z Austrią Wiedeń.

Wygraliście z Liverpoolem, Żalgirisem Wilno, Austrią Wiedeń, Lechem Poznań, zremisowaliście ze Spartą Praga. Spodziewał się pan takich rezultatów?

Rocznik, z którym pracuję, jest jednym z najbardziej licznych w całej akademii. Mamy wielu utalentowanych chłopców. Wynik faktycznie lekko zaskakuje. Jednak patrząc po ilości zostawianego na murawie zdrowia, serca, nie powinno być postrzegane w kategorii sensacji. Przyjmuję to ze spokojem. 

A jak pańscy podopieczni przyjęli zwycięstwa z tak dużymi firmami? 

To była sinusoida. Najpierw duże zadowolenie po wygranym meczu z Liverpoolem i zremisowanym ze Spartą Praga. W późniejszych starciach zabrakło nam pary, więc nie wiodło nam się. W mojej drużynie jest kilku chłopców, którzy wpadli w oko trenerom z większych akademii. Co więcej – niektórzy z nich mają już za sobą pobyt w Zagłębiu Lubin. Już jakiś czas rywalizujemy na wysokim poziomie. Byliśmy na turnieju w Niemczech, gdzie graliśmy chociażby z Austrią Wiedeń. Wówczas nie udało nam się odnieść triumfu. Takie mecze dla nich powoli zbliżają się do poziomu normalności. 

A co się stało w meczu z Austrią Wiedeń? Czemu goście zeszli z murawy w połowie meczu? 

Spotkaniu towarzyszyła napięta atmosfera. Goście nie oszczędzali moich chłopców, wielokrotnie faulowali, a my im odpowiedzieliśmy wybitnie, zdobywając dwie bramki. Takowy obrót spraw nie podobał się szkoleniowcowi Austriaków. Następnie sędzia nie zaliczył im prawidłowo strzelonego gola. Próbowałem przekazać trenerowi po drugiej stronie barykady, że to tylko zabawa, gra dla młodych chłopców. Sędziowie to też są przecież ludzie, zdarzają im się pomyłki. Uważałem, że trzeba było spotkanie kontynuować. To akurat działanie na szkodę dzieci. 

Za to o zagranicznych ekipach porozmawialiśmy z organizatorem turnieju, Tomaszem Popielą.

Jak trudno ściągnąć do Starego Sącza najlepsze marki z Anglii, Niemiec czy Francji? 

– Nie wymieniłeś Hiszpanów i Włochów, bo faktycznie to oni są najbardziej wymagający. Zapewniamy dzieciakom i sztabom jak najlepsze warunki, dobre hotele, jedzenie, transport, ale jak przyleciał do nas zwiadowca z Juventusu, to można było pomyśleć, że przeszuka całe miasto i za chwilę zajrzy nawet za obraz w szatni, żeby upewnić się, czy mogą do nas przyjechać. Ale patrzę na to z uśmiechem, to skrajne. Wielkie kluby jak Liverpool przysyłają swoich ludzi na kilka miesięcy przed turniejem, żeby sprawdzić, jak jesteśmy przygotowani, ale to nie problem. Zazwyczaj żegnają się z nami słowami uznania, o czym świadczy to, że co roku mamy coraz lepsze ekipy, a wiele z nich przyjeżdża do nas na turniej kolejny raz. W przyszłym roku będą nawet Hiszpanie, obecność potwierdził już Espanyol Barcelona. Teraz mieliśmy inny hiszpański akcent, grała u nas Escola Varsovia. (śmiech)

Mówisz o drużynach na przyszły rok, a dopiero co mieliśmy ostatni gwizdek tegorocznego turnieju. W takim razie – ile trwa organizacja?

Zaczynamy ją na trochę przed głównym turniejem, ale rok do przodu. Tak naprawdę to nie są te dwa dni turnieju albo licząc inaczej – cały tydzień, bo sporo drużyn przyjeżdża do nas wcześniej, żeby tu wypocząć i się zaaklimatyzować. Ten tydzień to wisienka na torcie. A generalnie to praca przez cały rok. Zaczęło się od malowania linii i szukania drużyn z regionu, teraz – pomijając same zespoły zza granicy – mamy wiele rozmów ze sponsorami, firmami zapewniającymi transport, hotelami… I co roku staramy się o jak najlepsze nagrody dla dzieciaków – i te zespołowe i indywidualne. Tu trzeba działać, od mieszania łyżeczką herbata słodsza się nie zrobi.

Chłopaki faktycznie wychodzą stąd z pełnymi torbami.

Tak. Choć przede wszystkim z głową pełną wspomnień, to jest najważniejsze. Oglądam ich mecze na – niech to zabrzmi swojsko – rodzimej ziemi przez osiem lat i liczę, że niedługo jednego z uczestników turnieju obejrzę sobie odpalając w środę Ligę Mistrzów. A talenciaków jest tutaj masa, sami widzicie. 

Jeśli chodzi o zagraniczne ekipy, sporo czasu w Starym Sączu spędziliśmy z chłopcami z Wielkiej Brytanii – z Liverpoolu oraz Crystal Palace. Jeżeli ktoś jednak uważał, że będą one wiodły prym i powalczą o najwyższe miejsca – mógł się srogo zdziwić. Albowiem „The Reds” zajęli 27. miejsce, a chłopcy z Londynu – 25. Czy było to spowodowane brakiem umiejętności? Może systemem rozgrywek… Chociaż słysząc takie usprawiedliwienia prędzej z nich szydzimy, więc tym bardziej trudno szukać błahych powodów na alibi Liverpoolu. Nawet, jeśli chodzi o juniorów. Dla jasności – mecze trwały po piętnaście minut. Na pierwszy rzut oka widać było, że Anglicy są znacznie niżsi i wątlejsi od rówieśników z Czech, bądź z Polski. Na boisku było łatwo ich zdominować, z czego korzystali m.in. chłopcy z Dunajca Nowy Sącz. 

35267358_1805455296429248_4000924600736153600_n

Wszystko przez inną selekcję wiekową. U nas dzielimy na roczniki – od stycznia do grudnia. Na wyspach wygląda to inaczej. Weźmy pod uwagę rocznik 2008. W nim trenują dzieciaki od września 2008, aż do sierpnia 2009. 

Niektórzy pomyślą, że to raptem kilka miesięcy różnicy. Ale akurat na takim etapie jest to kolosalna różnica. Chociaż tak słabemu wynikowi następców Mohameda Salaha czy… Lorisa Kariusa dziwił się selekcjoner reprezentacji Polski U-15 Bartłomiej Zalewski. – Rok temu zrobili furorę, bo pamiętajmy, że przyjechali młodszym rocznikiem i zajęli wysokie miejsce. Tym razem im nie wyszło, co nie zmienia faktu, iż posiadają kilku chłopców z dużym potencjałem. 

Kolejną rzeczą, którą niełatwo pominąć, jest nieustanny uśmiech na twarzach Anglików. Podchodząc do nich po zdjęcie, nie trzeba było się specjalnie prosić. Momentalnie wyszczerzyli zęby i powiedzieli słynne „cheese”. Potem jeden z nich podszedł do nas i zapytał:

– A znacie Dominica Solanke? 

– Tak, oczywiście, że tak – odpowiedzieliśmy, choć musimy przyznać, że zaskoczyła nas reakcja adepta LFC. 

– Oooooh, Solanke! – zanucili i zaczęli śpiewać na cześć młodego Anglika.

 

DSC04211

Porozmawialiśmy z trenerami Liverpoolu Johnem Thompsonem oraz Crystal Palace – Philem Hingstonem.

Co według was jest najważniejszym aspektem do rozwijania, gdy ma się dziesięć lat? Skupienie się na szybkości, wytrzymałości czy technice?

John Thompson, Liverpool: – Wydaje mi się, że chłopcy powinni mieć trochę tego, trochę tego. W Liverpoolu mamy dwóch trenerów-specjalistów, którzy biorą mój zespół dwa razy w tygodniu na zajęcia dotyczące poprawiania wszystkich fizycznych atrybutów. Oczywiście, chcemy, aby technika nie była im obca, ale najpierw – szybkość. Wraz z dorastaniem będą uczyli się, jak dobrze podać, czy wykonać zwód. Musimy również pamiętać, że ci chłopcy mają jedynie dziewięć czy dziesięć lat. Dla mnie przede wszystkim powinni traktować futbol jak pasję i cieszyć się uprawiając go. Bez tego to całe przedsięwzięcie jest bezsensu. 

Phil Hingston, Crystal Palace: – Przede wszystkim muszą umieć wrócić do siebie po porażce. Są młodzi, z pewnością będą popełniali błędy. Po nich muszą chcieć ponownie nawiązać rywalizację. Potem dopiero stawiam na technikę, bądź taktykę. Oni mają dziesięć lat. Będą się uczyć i z czasem siła mentalna przyjdzie. Dla mnie najważniejsza jest technika oraz rozumienie gry. 

Dla Crystal Palace to pierwszy turniej w tym sezonie?

Nie, przed pobytem w Starym Sączu, byliśmy na trzech innych turniejach – w Dortmundzie, w Hiszpanii oraz na jednym w naszym kraju – Anglii. Sokolik jest czwarty.

W tym roku?

Nie, w ostatnich dwóch tygodniach. 

To strasznie dużo!

Każdy z tych turniejów różnił się od siebie, ale zgodzę się – to dużo. Na samym końcu sezonu możemy sobie na to pozwolić.

Co sądzi pan o formule rozgrywek i o całym turnieju?

John Thompson, Liverpool: – Jestem tu drugi raz i jestem zadowolony. Rok temu wyglądało to niemal identycznie, jak w tym. Wówczas przywieźliśmy do Polski chłopców z rocznika 2007 i 2008. Tym razem, gdy teoretycznie są to rozgrywki dla 2008, my wzięliśmy głównie 2009. Ci starsi są z września, października, listopada, czy grudnia. U nas, w Anglii, wygląda to zatem trochę inaczej. Nie można ich porównywać do zespołu Sparty Praga, gdyż Czesi są znacznie więksi od moich podopiecznych. Oczywiście, mają przed sobą ciężkie zadanie, ale przez to uczą się znacznie więcej. A formuła? Jest ona z pewnością ciekawą formą rywalizacji dla chłopców. W Anglii zwykliśmy grać 60-minutowe spotkania z lokalnymi rywalami typu Manchester United, City, Evertonem… Według mnie powinniśmy grać więcej. Cztery kwarty, każda po dwadzieścia minut – najlepsza opcja. Jednak tutaj bycie jedynie przez piętnaście minut na boisku jest dobre dla młodych. Gdy gramy tym systemem tylko przez jeden tydzień – okej, super sprawa. Jednak trzy, cztery takie turnieje na małej przestrzeni czasu byłyby zbyt trudne.

W sztabie Crystal Palace zauważyliśmy aż pięciu trenerów. Czym oni się zajmują?

Phil Hingston, Crystal Palace: –  Zwykle podróżujemy w trzyosobowym składzie. Główny szkoleniowiec – ja, następnie mój asystent Michael oraz fizjoterapeuta. Nasz bramkarz jest o rok młodszy, więc zabraliśmy trenera bramkarzy, aby pomóc mu wdrożyć się do drużyny. Do Polski pojechał również szef akademii Crystal Palace. Niby mała rzecz, a chłopcy widzą, że klubowi na nich zależy.

Rozpoznaje pan Jarosława Jacha?

 Tak, oczywiście. Przywieźliśmy nawet jego koszulkę z podpisem i wręczymy ją organizatorowi. Sądzę, że Jach (Phil Hingston powiedział zangielszczoną wersję nazwiska – „Jacz”) jest niezłym stoperem, ale musi dużo pracować, żeby u nas grać.

Można było zakładać, że będzie rozgrywać się jakaś mała rywalizacja między obiema drużynami, ale wszyscy mieli przyjazne nastawienie i łączyli siły przy grze w dziadka lub siatkonogę. 

Można w sumie uznać, że przyjazd Anglików łączył się jedynie z pozytywnymi akcentami. Jednak prawdziwą petardę zaserwowali nam chłopcy z miasta Beatles’ów na sam koniec. Po ceremonii zamknięcia, na murawie pojawił się niepełnosprawny chłopiec – wielki fan Liverpoolu – z rodzicami. Pochodził on z okolicy, także skorzystał z okazji, aby spotkać jego młodszych reprezentantów. Dostał od rówieśników kilka drobiazgów w tym sam medal. I wtedy pojawił się niewidzialny „ninja”, krojący cebulę…

35943720_2156041471295160_962740975510224896_n

35319082_1805456886429089_5957371049757638656_n

Trochę dłużej porozmawialiśmy z trenerami Escoli Varsovii oraz Wisły Kraków – Jarosławem Toborkiem i Sebastianem Tłokiem.

Jakie wrażenia towarzyszą panu po turnieju?

Jarosław Toborek: Muszę przyznać, że sam turniej wywarł na mnie ogromne wrażenie. Do Starego Sącza przyjechały zespoły zarówno z Polski, jak i zza granicy. Wydarzenie na dużą skalę. Jeśli chodzi o moją drużynę – mam ogromny niedosyt. Wiemy, że stać nas na lepszą grę. Zbieramy doświadczenie i musimy wyciągnąć wnioski. 

Wygraliście z Liverpoolem, Herthą Berlin, zremisowaliście z Marsylią. Punkty potraciliście z rywalami teoretycznie od was słabszymi, tzn. Sandecją, Sokolikami Stary Sącz, czy AP Sanok. W każdym z meczów staraliście się grać w piłkę. Nawet z Pogonią Szczecin, gdy dostaliście łomot 4-0. 

Z tego jestem najbardziej dumny. Choć to największy paradoks. Właściwie ze wszystkimi graliśmy jak równy z równym. Dla nas to też jest lekcja – musimy nauczyć się, jak stawić czoła takim ekipom i z nimi wygrywać. Mimo wszystko sądzę, iż pozostawiamy po sobie dobre wrażenie. 

35386846_1805713739736737_7484672458281189376_n

A po którym spotkaniu pozostał największy niedosyt?

Wydaje mi się, że po meczu z AP Sanok. Przez piętnaście minut mieliśmy piłkę, byliśmy na połowie przeciwnika, budowaliśmy akcje, ale nie udało nam się strzelić gola. W przypadku wygranej – awansowalibyśmy do turniejowej Ligi Mistrzów. Kolejny rywal to Olympique Marsylia. Wówczas szybko zdobyliśmy bramkę, ale nie dowieźliśmy tego prowadzenia do końca. Francuzi trafili do naszej siatki po błędzie naszej drużyny. Spotkanie z Sandecją – prowadzimy grę, ostatnia sekunda, gol z połowy. Zatem mamy dużo niedosytu. 

Przypomnijmy, że gra się w sześciu plus bramkarz. Wasze ustawienie jest czymś nowym, bo postawiliście na 1-3-2-1. W czym pomaga takie rozmieszczenie zawodników na boisku?

Mamy określone założenie w klubie, które stwierdza, aby naszym początkowym ustawieniem było wspomniane 1-3-2-1. Dwójka środkowych pomocników jest zobligowana do podchodzenia po piłkę, muszą być mobilni. Jest napastnik, który rozciąga grę. Co do dwóch wahadłowych – oni zapełniają miejsce na bokach. Oprócz asekurowania, mogą podłączyć się do ataku i dają nam wiele opcji na rozegranie akcji. Dzięki tej formacji możemy dobrze wykorzystać do gry środek pola. Także jest to ustawienie kompleksowe. 

W momencie, gdy obaj boczni obrońcy podłączą się do ofensywy, stoper zostaje sam. Nie jest to zbyt duże ryzyko?

Dlatego staramy się tak budować grę, że w momencie, gdy jeden wahadłowy idzie do przodu, drugi przesuwa się do środka i lekko zmieniamy ustawienie. Nigdy nie stwarzamy sytuacji, w której środkowy obrońca zostaje sam. Wówczas przeciwnik zyskałby przewagę i stworzyłby zagrożenie. Staramy się zachować balans. Jeżeli chłopcy wykonują swoje założenia, to nasz system sprawdza się idealnie. Od czasu do czasu ktoś zapomni, wiadomo, to dzieci. 

Jakie wnioski można wyciągnąć po takim turnieju? 

Największy pozytywem jest to, że pomimo presji turniejowej, staraliśmy się grać w piłkę i z reguły udawało nam się. Jestem z tego niesamowicie dumny. Kontynuujemy to, co zaczęliśmy kilka lat temu. Wychodzimy na mecz i robimy te same rzeczy, jak na treningu. Dobrze, że chłopcy wierzą i praktykują. Robimy jednak zbyt dużo błędów indywidualnych, które najczęściej prowadzą do utraty goli. 

DSC04301

Przed chwilą byłem świadkiem sytuacji, w której pan rozmawiał ze swoim bramkarzem i na spokojnie tłumaczył mu, że błędy to naturalna kolej rzeczy. Większość szkoleniowców w Polsce tak nie potrafi.

Sebastian Tłok: W Polsce jesteśmy na takim etapie, że trenerzy dopiero uczą się spokojnej rozmowy ze swoimi podopiecznymi. Chłopcy muszą zrozumieć, że błędy to coś naturalnego. Popełniają je i będą popełniać w przyszłości, choćby nie wiem co. Aby stali się lepszymi zawodnikami, potrzeba wpoić im, by wyciągali z nich wnioski. Co z tego, że ja będę na chłopców krzyczał i wylewał na nich swoje żale. Mi ulży, ale oni nie nauczą się grać w piłkę. My trenerzy ciągle uczymy się komunikacji z młodymi zawodnikami, ale nadal nam sporo brakuje. Jednak zmierza to dobrym kierunku.
A czy zbyt duże parcie na wynik nie jest przyczyną takiego stanu rzeczy?

Owszem, w Polsce mamy bardzo duże parcie na wynik. Mieliśmy mecz z Marsylią, w którym prowadziliśmy 2-1. Końcówka spotkania, a moi chłopcy nagle zaczynają wybijać piłkę. Potem wziąłem ich na bok i zapytałem: jakie mamy korzyści z tego, że futbolówka znajdzie się na aucie, czy na połowie przeciwnika? My chcemy grać w w w piłkę. Wygrywamy, to fakt, ale przez ile czasu mieliśmy futbolówkę przy nodze? Poprawiliście przyjęcie, podanie? Oczywiście, że nie. Później te braki przełożą się na piłkę seniorską. Okej, może i będą wyniki, natomiast nadal nie będziemy potrafili grać. A co do parcia na wynik – dużo zależy od trenerów i ludzi zarządzających. Jeżeli szkoleniowiec musi przywieźć dobry rezultat, swoją presję przełoży na dzieci. My, w Wiśle, również chcemy wygrywać w każdej kategorii wiekowej, ale tylko w sposób jaki trenujemy Czyli, tzw. „Krakowska piłka” – krótkie podania, kreatywne pomysły, a nie wybijanie.

Pracuje pan w Wiśle już trzy i pół roku. Czy kiedykolwiek zdarzyło się, aby któryś z zawodników – mówiąc kolokwialnie – odleciał?

Takiego przypadku nie miałem, ale myślę, że jest to spowodowane zdrowym podejściem trenerów oraz dzięki współpracy z paniami psycholog, które przydzielone są do każdej z grup prowadząc warsztaty oraz rozmowy indywidualne nawet z tymi najmłodszymi rocznikami. Choć zdarzyło się kilka razy, że niektórzy do tej granicy niebezpiecznie się zbliżali. Słyszałeś moją rozmowę z bramkarzem i to nie był przypadek. My tak postępujemy z chłopcami zawsze – podchodzimy do problemu z zimną głową, bez napinki. Zagrałeś słabo w meczu? Trudno, będzie następny, ale pomyśl o tym co możesz poprawić z poprzedniego meczu by stać się lepszym w kolejnym.

Czy rywalizacja w lidze z Cracovią nakręca chłopaków? 

Dzieci, które na co dzień trenują w dobrych akademiach w Polsce, zawsze czują presję z zewnątrz. Stojąc przy linii słyszę słowa, od osób związanych z klubem z którym właśnie gramy, że cieszą się że akurat z nami wygrali bo my jesteśmy Wisła Kraków. Nie patrząc w jakim stylu wygrali i ile dzieci w tym meczu się nauczyły. Mecze z Cracovią zawsze wzbudzają większe emocje niż z innymi drużynami. Staram się chłopcom tłumaczyć że, emocje większe lub mniejsze zawsze będą elementem rywalizacji na boisku a oni muszą przekuć je w jak najlepszą postawę na boisku. Niestety nie zawsze jest to możliwe. Dużą rolę odgrywają tutaj rodzice – wiadomo, trenerzy nie przebywają z chłopcami 24 godziny na dobę. Tata, czy mama, odbierając dziecko po meczu, mówią swoje. Próbujemy nakierowywać takie osoby poprzez warsztaty dla rodziców, ale to proces długotrwały. Nie stanie się ot, tak.

***

Złapaliśmy też Macieja Chorążyka z PZPN.

Co pana sprowadza do Starego Sącza?

Zostałem zaproszony przez organizatora turnieju jako ambasador tych rozgrywek. Muszę przyznać, że to dopiero moje pierwsze starcie zarówno z Sokolikiem, jak i z rywalizacją w tak niskiej kategorii wiekowej. Jestem zadowolony, że się tu znalazłem. Otworzyły mi to oczy, że ci młodzi chłopcy naprawdę już potrafią bardzo dobrze grać w piłkę. 

System rozgrywek pozwala realnie ocenić talent chłopaków?

Od godziny ósmej, aż do trzynastej, chłopcy grają w systemie „każdy z każdym”, po kwadrans. Łącznie mają na kontach aż 105 minut. To strasznie duża liczba. Przy czwartym, piątym, czy szóstym meczu wychodzi zmęczenie z młodych i jest im ciężej. Ten turniej w głównej mierze jest chwalony przez trenerów za tę formułę. Przez pierwsze sześć godzin zespoły wybiegają na boisko, a popołudnie mają wolne na park linowy, basen etc. O tej trzynastej przyjeżdżają kolejne drużyny i ich starcia trwają aż do wieczora. W innych turniejach w całej Europie te zmagania rozciągnięte są na cały dzień. Tu jest znacznie intensywniej. Ale sądzę, że jest w sam raz. Nie ma takiej sytuacji, że chłopcy grają mecz po meczu, tylko zawsze mają tę chwilę odpoczynku i przerwy. Przyjechała tu przykładowo drużyna z Liverpoolu, która wydaje się być w sam raz skrojona pod turnieje. Z czasem rozkręcają się, gdyż umieją szachować siłami. Zespoły z Polski po czterech, czy pięciu spotkaniach są zmęczone i to widać. Także wydaje mi się, iż jest to idealne formuła. 

Chwali pan Liverpool, zatem na czym polega ich mankament, skoro póki co nie osiągają dobrych rezultatów?

Nie wszyscy dzielą chłopców na kategorie wiekowe, tak jak robimy to my, w Polsce. Kilka krajów, w tym Anglia, bierze pod uwagę dwie połówki roku. Ci z wiosny i lata – grają z młodszymi ze starszego rocznika. Natomiast ci z jesieni i zimy ze starszymi z młodszego rocznika. Niektórzy pewnie powiedzą, że to nie dużo, ale, proszę mi uwierzyć, iż na tym poziomie różnica jest kolosalna. Trenerzy z Liverpoolu pozwalają swoim zawodnikom na indywidualną grę, niekoniecznie zespołową. Gdy chłopak z ekipy „The Reds” dostaje piłkę, momentalnie ciągnie na bramkę przeciwnika. Mało podań – taka specyfika szkolenia. 

A która drużyna zaprezentowała się najlepiej? Moim zdaniem RB Lipsk, który wydaje się być idealnym odwzorowaniem seniorów. 

Jest to drużyna, która gra jak dorośli. Widać u tych młodych mężczyzn piłkarskie ruchy. Są wybiegani, świetni technicznie. Prezentują się najrówniej. Mają również indywidualności – bramkarza, pomocnika z „dychą” na plecach, rosłego napastnika ze smykałką do strzelania goli. Oprócz Lipska, wyróżniłbym z pewnością Śląska Wrocław. Fizycznie ci chłopcy są najmniejsi z wszystkich, ale są zorganizowani i przede wszystkim – potrafią grać w piłkę. A ten aspekt wydaje się najważniejszy. 

A ktoś z Polski jeszcze?

Świetny turniej rozgrywa Raków Częstochowa (ósme miejsce na końcu). Jednak na mnie osobiście największe wrażenie wywarł Dunajec Nowy Sącz, który ledwo co, a zakwalifikowałby się do „Ligi Mistrzów”. Pokonali Lecha Poznań, Liverpool czy Austrię Wiedeń. 

35464641_1806118723029572_977598860819955712_n

Ostatni wywiad, który oddajemy w wasze ręce to rozmowa z Bartłomiejem Zalewskim, selekcjonerem reprezentacji Polski U-15.

Ile znaczą te lata od U-10 do U-15? 

Potencjał danego zawodnika jest zdecydowanie lepiej widoczny. Widzimy te wysokie umiejętności piłkarskie, sposób poruszania się, dobrą koordynację, pewne elementy, które cechują zawodnika na każdym etapie rozwoju. Pytanie jest, czy taki chłopak, mający załóżmy 14 lat, będzie miał dalej wystarczającą ilość determinacji, aby zajść jak najdalej – to klucz do sukcesu. Swoją rolę ma również rozwój biologiczny. Juniorzy różnie dojrzewają – jedni ten etap mają za sobą wcześniej, drudzy później. Potencjał zostaje. 

Co zrobić, aby ten potencjał rozwinąć w starszych latach?

Trzeba zadbać o dobrą eksploatację organizmu. Odpowiednio szachować siłami w taki sposób, aby nie przemęczyć organizmu. Najważniejszym elementem jest systematyczna, spokojna i zaplanowana praca nad talentem młodego zawodnika oraz koncentracja na celu do którego każdy zawodnik musi dążyć z olbrzymią determinacją.

Która drużyna prezentuje się bardzo dobrze?

Legia Warszawa. Jest to najbardziej wyrównany zespół. Z zagranicznych podobał mi się Feyenoord Rotterdam. Mają wielu utalentowanych zawodników. Hertha Berlin – również świetna drużyna. W pierwszej fazie turnieju nie bronią tej tezy wyniki, ale jeśli chodzi o indywidualności, stołeczny zespół stoi na wysokim poziomie i myślę, że zajdzie bardzo daleko na Sokoliku. Ponadto z Polski Śląsk Wrocław, Raków Częstochowa, Pogoń Szczecin, Lech Poznań. Ale ja też nie zwykłem podawać nazwisk. To najkrótsza droga, aby zachłysnąć się własnym sukcesem. Nie dajemy chłopakom pracować w spokoju.

Czy rezultaty na takim poziomie mają aż tak duże znaczenie? Odnosimy wrażenie, że w Polsce nie przywiązujemy wagi do samej gry, a raczej do wyników. Zgadza się pan z taką teorią?

Tak, zdecydowanie. Oczywiście sam wynik to ważny aspekt, który buduje młodych piłkarzy. Jednak my, trenerzy, najbardziej stawiamy na rozwój danych jednostek. Chcemy wprowadzić ich na reprezentacyjny, bądź klubowy poziom. Wynik jest kwestią drugorzędną, lecz nie marginalną. Juniorzy muszą uczyć się zarówno jak wygrywać, ale i jak pogodzić się z porażką. 

Z przeczytanych wypowiedzi można wyciągnąć wniosek, że nowotworem rozwoju w szkoleniu jest wynik. A skupiając się jedynie na wyniku, można ten nowotwór uaktywnić. Ale przecież o finale też należy wspomnieć. Co ciekawe, nikt szczególnie nie chwalił Legii Warszawa. Dziwne? Dziwne, na pewno zastanawiające, bo zmierzamy do tego, że pierwszy raz od czterech lat turniej wygrała polska drużyna. Tak, tak, zgadliście – Legia. Wygrała ze Spartą Praga. Ich fenomen polegał na tym, że byli skuteczni. Co mieli – to strzelali. Nie chcemy napisać, że grali z tyłu i liczyli jedynie na kontry, bo paru chłopaków wyróżniało się też indywidualnie. Ale jeśli wybierać polskie drużyny, które zachwyciły, to prędzej Śląsk czy Raków. Cóż, zwycięstwo jest w słowniku bardzo blisko słowa zaplecze. Pamiętajmy o tym. Dzieciaki z Częstochowy czy Wrocławia były kujonami z pierwszej ławki, którym Legia zabiera kanapki.

35297258_1806118993029545_756715985641144320_n

Kuba Wojewódzki mówi: „Jak masz program, to rób go tak, że jak zniknie, to ludzie będą za nim tęsknić”. Z kolei Turniej Sokolika daje dzieciakom tyle radości, że może nie tęsknota, ale sentyment i sportowe wspomnienia zostają w nich na długo. A poza typowo sportowymi – gdzie indziej zagra dla nich orkiestra wojskowa? Z kolei my wyjeżdżamy do domu z nadzieją, że nasze dzieciaki już się szkolą, by nie było posuchy po Robercie Lewandowskim i spółce. A nie zdziwimy się, jak ktoś oglądany przez nas w Starym Sączu trafi kiedyś do reprezentacji. 

Samuel Szczygielski, Dominik Klekowski