Wehikuł do mrocznych czasów. Kupa w gaciach, dwójka w plecy
Weszło

Wehikuł do mrocznych czasów. Kupa w gaciach, dwójka w plecy


Dwanaście lat minęło. Już nie patrzymy na osobę mówiącą w jednym zdaniu „latte”, „guacamole” i „jarmuż” jak na wyciągniętą z psychiatryka. Już nie manifestujemy na ulicach, tylko w hasztagach. Już nie siedzimy na Naszej Klasie czy MySpace, tylko „budujemy swoją markę w Internecie” na Instagramie, Snapchacie, Twitterze, Facebooku. Słowem – rzeczywistość życia w Polsce przeszła wiele zmian.

Nie zmieniło się jedno – na pierwszy mecz mistrzostw świata tak jak biało-czerwoni wychodzili, tak nadal wychodzą z kupą w gaciach.

Zawodnicy Nawałki zafundowali nam dziś jakiś kompletnie irracjonalny powrót do przeszłości. Do czasów, kiedy obroną dowodził gość mało grający w średniaku Serie B, a szatnię miał trzymać w ryzach Władysław Jerzy, niesamowity megaloman. Do chwil, gdy upokarzali nas w meczu otwarcia mundialu Ekwadorczycy, ci sami, których pół roku wcześniej pogoniliśmy trójką. 

Wtedy pełne portki i dwójka w plecy.

Dzisiaj pełne portki i dwójka w plecy.

Naprawdę chcieliśmy dzisiaj móc napisać tekst tak cukierkowy, tak tonący w lukrze, że cukrzycy dostawałoby się od samego czytania. Oczyma wyobraźni widzieliśmy Lewandowskiego, który – bo przecież to nie pierwszy raz – spojrzy na czytelników Weszło z dłońmi uniesionymi w geście triumfu. Bo przecież demony nie miały prawa wrócić. Nie z tą drużyną, która przecież dwa lata temu przyciągnęła przed telewizory największych futbolosceptyków. Nie z tym selekcjonerem, który zawsze, gdy podejmował nieoczywiste decyzje, doczekiwał się ich obrony na boisku.

Dziś miał do podjęcia przede wszystkim tę, kto zastąpi Kamila Glika w środku bloku defensywnego. Czy będzie to Jan Bednarek, który rozegrał 428 minut na finiszu Premier League, czy Thiago Cionek, którego solidne występy w biało-czerwonych barwach można policzyć na palcach jednej ręki. Drwala. Niezbyt wprawnego drwala.

I trzeba mu współczuć, bo po 90 minutach okazało się, że jakkolwiek by wybrał, dostałby po głowie.

Na Cionka postawił od pierwszej minuty, za co obrońca SPAL odwdzięczył się mu samobójem. Taką zmianą toru lotu piłki po uderzeniu Gueye, że pewny interwencji Wojciech Szczęsny mógł tylko skierować tęskny wzrok w drugą stronę i patrzyć, jak dzieje się nieuniknione.

Bednarek zaś wszedł w przerwie, zmieniając kontuzjowanego Błaszczykowskiego. Pal licho, że skrzydłowego w sytuacji, kiedy kadra Nawałki przegrywa 0:1, zmienia stoper. Gdyby dał pewność w tyłach – której zdecydowanie brakowało – bylibyśmy w stanie to przyjąć. Zamiast tego stwierdził, że wracający zza linii bocznej na boisko Mbaye Niang to nieistotny detal. Dzięki czemu rywal mógł minąć Szczęsnego i popędzić w kierunku bramki ze stuprocentową pewnością powodzenia misji: dobić.

Łatwo oczywiście wylać kubeł pomyj na tę dwójkę – bo zawaliła najbardziej spektakularnie – ale gdyby oceny za mecz wystawiała Dorota Zawadzka, nie starczyłoby karnych jeżów w Smyku. Krychowiak mniej więcej od piętnastej minuty balansował na granicy czerwonej kartki, którą chyba nawet w pewnym momencie przekroczył, a dokładnych przerzutów, z których przecież słynie, było mniej niż wartościowej treści na Pudelku. Skrzydła nie funkcjonowały, a Łukasz Piszczek zagrał jeden z najgorszych meczów nie tylko w biało-czerwonej koszulce, ale chyba w całej zawodowej karierze. Milik? Symbolem niech będzie dośrodkowanie z rożnego, który miał być szansą na nawiązanie walki, a skończył przy drugiej chorągiewce. Lewandowski? Trudno, by cokolwiek – poza strzałem z wolnego wybronionym przez N’Diaye – w tych warunkach zrobił, gdy Senegalczycy mogli spokojnie go potrajać, bez obaw o to, że ktoś inny ruszy mu z odsieczą.

Gdy zaś – jak każdy inny rywal afrykańskich zespołów na tym mundialu – za sprawą Krychowiaka zapakowaliśmy Senegalczykom gola po stałym fragmencie, wiary w sukces było w biało-czerwonych tyle, co skandali obyczajowych w filmikach z Łączy Nas Piłka. Zamiast ułańskiej szarży – powrót do tego, czym podopieczni Nawałki męczyli przez wcześniejsze 85 minut. Podanie do najbliższego i włączeniem trybu Gianfranco Obsranco, gdy trzeba je wykonać na więcej niż dziesięć metrów. Zawodnicy mistrza Niemiec, wicemistrza Włoch, doświadczeni na wielu frontach, mieli problem z podjęciem ryzyka i zagraniem wychodzącym jakkolwiek poza szablon. Sorry, ale twórcy stron od 301 do 303 telegazety prezentują na co dzień więcej polotu i finezji niż dziś zawodnicy biało-czerwonych, których podejrzewaliśmy o największą boiskową kreatywność.

Senegalczycy nie zagrali wybitnego spotkania. Oni w zasadzie strzelili dwa gole z jednych uderzeń, które potrafili skierować w światło bramki. Nie powiemy o nich, że zagrali jak faworyci do miana czarnego konia mundialu. Taki to koń, że gdyby tylko podstawić mu wyższy płotek, to wyrżnie się, połamie kopyta i poharata łeb.

Trzeba to powiedzieć wprost – to my ten mecz, na własne życzenie, zajebaliśmy.

fot. FotoPyK