Byliśmy zachwyceni po wygranej z Niemcami. Oni mogli się z nas śmiać
Weszło Extra

Byliśmy zachwyceni po wygranej z Niemcami. Oni mogli się z nas śmiać

Nikomu się nie kłaniali, przed nikim nie klękali. Nigdy nie sprzedali swojej tożsamości. Gdy przegrywali, zawsze robili to na własnych warunkach. Duńczycy z lat 80. są jednym z najmilej wspominanych, kultowych wręcz zespołów w historii futbolu. Nie tylko dzięki pamiętnym koszulkom Hummela z mistrzostw świata w Meksyku, ale też dlatego, że grali piłkę niesamowicie otwartą, ofensywną. Kochali futbol i rozkochali w nim cały swój kraj, a i kilka innych. Doszli do półfinału Euro 1984 i 1/8 finału mistrzostw świata dwa lata później, w obu przypadkach będąc wyeliminowanymi przez Hiszpanów.

Jednym z ich symboli był Morten Olsen – libero, który nie tyle, że świetnie wyprowadzał piłkę. On potrafił przedzierać się do drugiej linii brawurowym dryblingiem godnym najlepiej wyszkolonych napastników świata. Jak choćby wtedy, gdy w wygranym 6:1 meczu z Urugwajem na mistrzostwach świata upokorzył wielkiego Enzo Francescolego.

Później ten sam Olsen przez piętnaście lat prowadził reprezentację Danii jako jej selekcjoner. Przeżywał momenty piękne, jak kolejne awanse na wielkie imprezy, wyjście z grupy podczas dwóch pierwszych turniejów. Ale i wielkie rozczarowania, gdy przychodziło pożegnać się jeszcze w eliminacjach czy już po fazie grupowej.

Dziś Morten Olsen korzysta z uroków emerytury w swoim domu położonym kilkanaście kilometrów od centrum Brukseli, z którego wielkiego ogrodu roztacza się niesamowity widok na stolicę Belgii. Zwolnił, odpuścił, już nie ogląda ponad pięciuset meczów w roku, jak zwykł to robić, gdy jeszcze trenował duńską drużynę narodową. W rozmowie z Weszło zdecydował się powspominać ten znacznie bardziej aktywny okres w swoim życiu – niezwykle długą karierę piłkarza, a później prawie ćwierć wieku w roli szkoleniowca.

***

Na początku musimy ustalić jedną rzecz. Włodzimierz Lubański odwołując się do pana zwykł mawiać „mój serdeczny przyjaciel Morten Olsen”. Jak to jest z tą przyjaźnią?

Wiem, że nadal mieszka w Belgii. Nie jesteśmy jakimiś bliskimi przyjaciółmi, ale mamy do siebie ogromny szacunek. Był światowej klasy piłkarzem, tworzył niesamowity tercet z Lato i Prebenem Larsenem. Parę tygodni temu miałem być na imprezie, na którą był zaproszony również Lubański, ale nie mogłem tam dotrzeć. Tak więc nie widzieliśmy się od paru ładnych lat, lecz zdecydowanie mogę powiedzieć, że to mój „piłkarski przyjaciel”.

***

Ile razy w ciągu kariery selekcjonera myślał pan sobie: gdybym tylko miał taki skład, jakim dysponował w latach 80. Sepp Piontek…

Nie myślałem w ten sposób. Oczywiście, mieliśmy wtedy pokolenie, które trafia się raz na wiele lat w małych krajach. Czasami w Holandii, obecnie chyba w Belgii. Wtedy trafiło się w Danii. Występowaliśmy w największych europejskich klubach – Anderlechcie, Ajaksie, PSV. W zespołach, które uwielbiały atakować. I tak też graliśmy w drużynie narodowej. Komfortem, jaki miałem ja, a jakiego nie miał Piontek, była jednak liczba treningów. Kiedy zostałem selekcjonerem, miałem możliwość zrobienia pięciu-sześciu treningów przed meczem. Piontek – zaledwie dwóch.

Gdy wychodziliście na boisko, nie kalkulowaliście. Graliście niesamowicie otwarty futbol.

Wiedzieliśmy, że potrafimy kreować wiele szans. Graliśmy wysoko ustawioną linią obrony, korzystaliśmy z pułapek ofsajdowych, atakowaliśmy rywala z piłką bardzo szybko, bardzo blisko jego bramki. A przy tym doskonale się uzupełnialiśmy. Kiedy byłem już trenerem Brondby, wielu z nas miało już za sobą moment przejścia na emeryturę. Ale dzień po wywalczeniu tytułu zorganizowano mecz towarzyski dla Pera Frimanna, który nie pojechał na mundial do Meksyku z powodu kontuzji. Nasza drużyna z tamtych mistrzostw kontra obecny skład Brondby.

Powie mi pan pewnie, że wygraliście.

Wygraliśmy! Po sześciu-siedmiu latach nadal wiedzieliśmy dokładnie, jak mamy grać, jak się ustawiać. Patrzyłeś, do kogo podajesz i wciąż pamiętałeś, jakie piłki lubi dostawać. Soren Lerby? Musisz mu zagrać tak i tak. Arnesen? Inaczej. Pięć minut na boisku i wszystkie te automatyzmy w nas odżyły. Mieliśmy wiele szczęścia, że trafiło nam się tylu znakomitych piłkarzy w jednym czasie i mogliśmy grać w „duńskim” stylu, do którego niemiecką dyscyplinę wniósł Sepp Piontek.

Kojarzę taką historię – nie podobało mu się to, że balujecie po meczach – niezależnie: wygranych, przegranych. Przeniósł was więc z ulubionego, wygodnego hotelu Marina do betonowego budynku bez telefonów w pokojach.

To niemieckie podejście, jego filozofia. Wstrząsnął nami, było nam to potrzebne. Ale z czasem nauczył się to łączyć – niemiecką dyscyplinę z duńską miłością do gry w piłkę. Inaczej nie zostałby selekcjonerem tak długo. Ożenił się nawet w Danii, wciąż tam mieszka.

Kiedyś powiedział o panu, że jest pan bardziej niemiecki niż on sam. Mimo tak imprezowej drużyny, Ivan Nielsen wspominał, że nie pamięta by wypił z panem choćby jedno piwo. 

Chciałem być profesjonalistą, powiedziałem sobie: „chłopie, masz furę szczęścia, że urodziłeś się z jakimś tam talentem do futbolu”. Starałem się wykorzystać go najlepiej, jak tylko mogłem. Można powiedzieć, że prowadziłem tryb życia dzisiejszych profesjonalistów. W obecnych czasach trudno by było piłkarzom prowadzących tak luźny tryb życia, jak niektórzy wtedy.

Nigdy nie dostał pan słynnej kary finansowej od Seppa Piontka? Preben Elkjaer Larsen po jednym z meczów przyszedł wręcz do selekcjonera, wręczył mu kilkaset koron na zapas i przekazał, że wróci nad ranem.

Nie, nie wydaje mi się.

Więc jak odreagowywał pan po meczach?

Piłem piwo! Wie pan, po wielu latach ludzie zapominają pewne rzeczy. To nie było tak, że nie lubiłem piwa. Ale gdy przychodziło do wielkich turniejów, nie piłem na nich choćby kropli alkoholu. Mistrzostwa świata, Europy. Ale odbijałem to sobie nieco już po wszystkim (śmiech).

Morten Olsen of Denmark during the European Championship match between France and Denmark at Parc des Princes, Paris, France on 12th June 1984 ( Photo by Alain De Martignac / Onze / Icon Sport ) MISTRZOSTWA EUROPY W 1984 MECZ FRANCJA VS DANIA FOT.ICON SPORT/NEWSPIX.PL POLAND ONLY!!! --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

Jak wyglądały pana piłkarskie początki w kraju, w którym przez lata – ze względu na przywiązanie do amatorskich korzeni futbolu – panowała zasada, że jeśli opuścisz duński klub na rzecz zagranicznego, nie możesz występować w kadrze?

Grałem w czwartej lidze w mieście urodzenia do dziewiętnastego roku życia. Dopiero wtedy miałem okazję przenieść się do pierwszoligowego klubu. Czułem, że to odpowiedni moment. Po dziesięciu meczach w lidze dostałem powołanie do reprezentacji. Nie mogłem w to uwierzyć. Byłem jednym z czterech powołanych amatorów. No i ostatecznie rozegrałem ponad sto meczów dla kadry, a mogłem z trzydzieści więcej.

Dlaczego ich pan nie rozegrał?

W tamtych czasach kluby nie miały obowiązku zwalniać zawodników na mecze reprezentacji, Anderlecht nie zawsze chciał mnie puścić. Dopiero później weszło rozporządzenie, według którego klub, który nie puścił piłkarza na spotkanie międzynarodowe, nie mógł go wystawić w kolejnym spotkaniu. Wtedy selekcjoner wreszcie mógł spokojnie budować drużynę. Już w latach 70. mieliśmy znakomitych piłkarzy, ale potrafiliśmy wygrać w Kopenhadze 4:0, by chwilę później przegrać 1:6 w Rumunii. A to dlatego, że w obu meczach grały kompletnie różne jedenastki. Wielu zawodników nie kwapiło się do wyjazdu do Bukaresztu, więc zgłosiło „kontuzje”.

Pana kontuzja – jedyna poważna w karierze – miała sprawić, że został pan stoperem.

Kiedy grałem jeszcze w Molenbeek, nasz podstawowy libero złapał uraz. Trener spytał, czy mogę zagrać za niego. Odpowiedziałem: „okej, mogę, ale nie chcę przywiązywać się do tej pozycji”. Uważałem, że najlepszy jestem w pomocy, kiedy mogę dużo biegać, często mieć piłkę. W końcu powiedziałem: „jeśli nadal będę grał jako libero, to odejdę”. No i poszedłem do Anderlechtu, gdzie w drugim sezonie trener Tomislav Ivić poprosił mnie o to samo, ze względu na plagę kontuzji w drużynie. Sam też zmagałem z urazem, w tygodniu nie trenowałem, jeździłem tylko na rowerze i grałem w meczach. Kiedy już całkiem się wyleczyłem, Ivić powiedział, że uważa, że najlepiej dla drużyny, gdy gram właśnie jako libero. Zgodziłem się pod warunkiem, że będę mógł wchodzić w linię pomocy, brać udział w rozgrywaniu.

Grał pan w bardzo odważny, niespotykany sposób. Kojarzę taką sytuację z meczu z Urugwajem na mistrzostwach w 1986, kiedy jako ostatni obrońca wszedł pan w drybling z Enzo Francescolim, niejako upokorzył go mijając i rozpoczynając akcję bramkową swoich kolegów.

Byłem świadom, że miałem bardzo dobre przyspieszenie, na pierwszych metrach byłem niezwykle szybki, więc to wykorzystałem. Dzięki tym wejściom do drugiej linii mieliśmy dodatkowego zawodnika w drugiej linii, dawało nam to przewagę w rozegraniu. A zawsze mogłem liczyć na to, że Ivan Nielsen i Soren Busk mnie ubezpieczą.

Grał pan przy tym niezwykle elegancko. Dostał pan zaledwie jedną żółtą kartkę w 102 meczach dla reprezentacji.

Nie byłem kimś, kto atakuje każdą piłkę wślizgiem. Potrafiłem to, ale bazowałem na czytaniu gry, na przewidywaniu i przecinaniu linii podań. Również dzięki temu nie odnosiłem kontuzji, bo grałem mało kontaktowo.

Pamięta pan tę jedyną żółtą kartkę, w jakich okolicznościach ją dostał?

Nie, ale pamiętam, kiedy powinienem dostać czerwoną. Powiem więcej – dziś na pewno bym ją dostał! (śmiech) W meczu z Belgią na Euro kopnąłem piłkę w kierunku Rene Vandereyckena, a później mocno go odepchnąłem. Vandereycken chwilę wcześniej zaatakował kolano Franka Arnesena, które ten leczył bardzo długo – Belg o tym wiedział, graliśmy przecież razem w Anderlechcie. Ale sędzia nie pokazał mi kartki, powiedział, że mnie zna i że nie jestem zawodnikiem brutalnym, który łapie nie wiadomo ile upomnień. Szczerze? Powinien wyrzucić mnie z boiska.

Które ze zwycięstw tamtej reprezentacji było najważniejsze, najdonioślejsze?

1:0 z Anglią na Wembley. To piękne, ale piekielnie trudne miejsce do gry. Kiedy wygrywasz, kiedy do Londynu przyjeżdża za tobą 20-25 tysięcy naszych „roliganów”, jako zawodnik myślisz sobie: oni naprawdę w nas wierzą. I wtedy sami też mocniej w siebie uwierzyliśmy. Ale wynik to jedno. Styl to inna kwestia – Piontek nie powiedział nam: „to Anglicy, w dodatku w swojej świątyni, musimy się cofnąć”. Nie, my zagraliśmy jak topowy zespół. Kontrolowaliśmy przebieg wydarzeń, dominowaliśmy nad Anglikami w ich domu. Ale wygraliśmy wiele pamiętnych spotkań – z Włochami w eliminacjach do mistrzostw w 1982, które przecież wygrali. Siedmiu zawodników, którzy zagrali z nami, zagrało również w wygranym finale z RFN. 5:0 z mocną Jugosławią na Euro. 3:2 z Belgią. Michel Platini powiedział mi później, że nie wyobrażał sobie spotkać się z nikim innym, jak tylko z nami w finale w 1984. Tylko ta Hiszpania… Ale w Meksyku mogliśmy z nimi wygrać!

France v Denmark - European Championship 1984

Przegraliście przecież 1:5.

Bo zagraliśmy naiwnie w drugiej połowie. Wszyscy nagle zaczęli iść do przodu, sam też niepotrzebnie starałem się strzelić bramkę za wszelką cenę. Mentalnie załamał nas gol stracony pod koniec pierwszej połowy, po naszym błędzie. Ale parę lat później rozmawiałem z Emilio Butragueno, który wtedy wbił nam cztery gole. Mówił, że brzmi to nieprawdopodobnie, ale gdy obejrzał sobie tamten mecz w całości doszedł do wniosku, że mieliśmy pełne prawo liczyć na wygraną. Ale to był zawodnik, który potrzebował pół szansy, by strzelić gola. My daliśmy mu zbyt wiele okazji.

Jakiś wpływ na was miało też to, że akurat z Hiszpanami nie potrafiliście wcześniej wygrać, a za to odpadliście w Euro 1984, przegraliście też wcześniej towarzysko? Coś takiego siedzi w głowie?

Nie sądzę. Byliśmy pewni siebie. Może zbyt pewni siebie. Za bardzo zadowoleni z tego, co osiągnęliśmy do tej pory. Owszem, graliśmy w wielkich klubach i mieliśmy duże doświadczenie, ale ten mundial… to było nasze pierwsze dziecko. Pobiliśmy Niemców, Urugwaj, Szkocję Fergusona. Zaczęto o nas pisać, jako o faworytach do złota. Byliśmy zachwyceni po spotkaniu z Niemcami, a oni mogli śmiać się z nas pod nosem, bo wiedzieli, że mistrzostwa to się dopiero zaczynają. Oni wiedzieli, że czasem trzeba kalkulować, grać brzydko, ale wygrać. My chcieliśmy być wierni sobie, grać piłkę, jaką kochamy, bez względu na wszystko.

Zrzut ekranu 2018-06-15 o 16.11.16

Mogliście kalkulować, by nie wpaść na Hiszpanię, a na Maroko. 

To prawda, ale też gdybyśmy grali z Marokiem, musielibyśmy zmagać się z 40-stopniowym upałem w Monterrey, w którym grali w 1/8 finału Niemcy. Może w meczu z Niemcami nie powinien wystąpić Frank Arnesen, który dostał wtedy czerwoną kartkę… Jego żona zachorowała parę dni wcześniej, miał za sobą nieprzespane noce. A grał w Valencii, znał Hiszpanów, nie wiem, czy nie był najlepszym pomocnikiem na tamtym turnieju. Ale wiadomo, piłka nożna to cała masa „jeśli”, „jeśli”, „jeśli”.

Gdyby zagrał, Jesper Olsen nie wystąpiłby na prawej stronie, nie dostałby podania od bramkarza, które zakończyło się golem Butragueno przed przerwą…

No właśnie.

Nie kalkulowaliście z Niemcami, ale za to gdy był pan selekcjonerem, kalkulowaliście w meczu ze Szwedami w 2004.

To nieprawda. My uwielbiamy pokonywać Szwedów, myśli pan, że byśmy sobie tego odmówili? Może Włosi zagraliby celowo na konkretny wynik, będąc w naszym położeniu. Oczywiście, dwie ostatnie minuty nie miały za wiele wspólnego z piłką, ale to akurat spowodował wynik.

W książce „Danish Dynamite: The Story of Football’s Greatest Cult Team” czytam, że byliście w meczu z Niemcami zaskoczeni tym, że są przygotowani na wszystko, że podczas meczu dostają coś w rodzaju żeli energetycznych…

Ale my też byliśmy dobrze przygotowani. Oczywiście, Niemcy mieli nieporównywalnie większe doświadczenie, nie można porównywać ich możliwości z naszymi. Patrząc choćby po liczbie ludzi dookoła tamtej drużyny. Duński futbol dopiero pobierał swoje nauki, które zaprocentowały w późniejszych latach. Choć Sepp Piontek zrobił bardzo wiele, byśmy byli w najlepszej formie. Przygotowywaliśmy się 5-6 tygodni przed turniejem, pojechaliśmy do Kolumbii, gdzie trenowaliśmy w Bogocie, na wysokości około 3000 metrów n.p.m. Pierwszy dzień, biegamy – nie potrafię złapać oddechu. Ale po paru treningach organizm się przyzwyczaił, gdy graliśmy w Mexico City na wysokości ponad 2000 metrów, byliśmy gotowi.

Spotkałem się z opinią, że tamte przygotowania – jak pan mówi, 5-6 tygodniowe – były za długie.

Mogło tak być. Osobiście wiedziałem, że to mój pierwszy i ostatni mundial. Mógłbym zamieszkać w hotelu jeszcze dłużej, czy byłoby to 6, 7, 8 tygodni – nieważne. Byłem pewien, że skończę karierę po tym turnieju, później poszedłem do Kolonii i dograłem jeszcze 3 lata, ale plan był nieco inny. Ale dla młodszych chłopaków to było męczące, psychicznie mieli dość.

Czuliście się w ogóle bezpiecznie w Kolumbii, w Meksyku? Pod waszym hotelem w Kolumbii samochód potrącił kobietę, której ciała nikt przez długie godziny stamtąd nie posprzątał.

Okoliczności były dziwne, dla nas – kompletnie nowe. Gdy chcieliśmy gdzieś wyjść, to nigdy sami, zawsze jako drużyna. Za każdym razem musieliśmy mieć ze sobą tajnego agenta. W hotelu? Uzbrojeni żołnierze zaraz za drzwiami pokoju. Na treningu? Helikopter policyjny latający nad głowami. Ale przyzwyczailiśmy się do tego i gdyby dziś spytał pan, czy miało to wpływ na naszą grę, odpowiem: nie, nie miało.

A częste spotkania z kibicami, z dziennikarzami? Do dziś wielu starszych pracowników mediów wspomina was jako najlepszą drużynę do współpracy. Chcieli rozmawiać, to siadali z wami pod drzewem i rozmawiali.

Nie, za moich czasów było zresztą podobnie. Nie identycznie, bo czasy się zmieniły, ale podczas gdy inni selekcjonerzy brali ze sobą na dni mediów, na konferencje prasowe po jednym-dwóch zawodnikach, ja do trzech dni przed meczem zabierałem do dziennikarzy wszystkich piłkarzy. Wiadomo, że trzeba było parę treningów zamknąć, by zaskoczyć rywala, ale nie utrudniałem nikomu pracy.

Wiedział pan już w momencie zakończenia kariery, że będzie trenerem.

Byłem pewien, trener urodził się we mnie w Kolonii. Miałem znakomitego menedżera, Christopha Dauma – inteligentnego, potrafiącego wysłuchać zawodników. Po trzech latach prezes klubu powiedział mi: „zostań jeszcze na rok”, wtedy już odpowiedziałem z pełnym przekonaniem: „nie, zostaję trenerem”.

Pilka nozna. Euro 2012. Dania - Portugalia. 13.06.2012

Trenerem, który chciał grać do przodu, dokładnie jak „jego” Dania. Kiedyś powiedział pan, że nie znosi stylu Jose Mourinho.

To nie dla mnie. Piłka nożna to oczywiście – kalkulacja, wygrywanie. Ale jak wygrywasz? Czasami nie odnosisz sukcesu, grając najpiękniej – Brazylia w 1982 roku nie została mistrzem świata, a ja niemal się popłakałem, kiedy została wyeliminowana. To jest jednak futbol. Ktoś może powiedzieć, że jestem naiwny, ale chcę oglądać dobrą piłkę. Moim zdaniem najgorszy mundial to był ten z 1990 roku. Mogłeś czytać gazetę, rozwiązywać krzyżówkę do 85. minuty, dopiero później zaczynało się coś dziać, padały gole. Okropieństwo. Kiedyś oglądałem każdy mecz, pięćset spotkań rocznie. Dziś wybieram. Wybieram te mecze, w których gra De Bruyne, Silva. No i Eriksen.

Najlepszy zawodnik, z jakim miał pan w reprezentacji styczność?

Zdecydowanie jeden z najlepszych. A przy tym niesamowicie pracowity i inteligentny. Kiedy jeszcze grał w Danii, miał ofertę z Barcelony. Ale wiedział, że nie będzie grać, że trafi do juniorów, może do drugiej drużyny. Wybrał Ajax, później Tottenham. W Ajaksie odebrał szlify taktyczne, techniczne, w Anglii nauczył się gry na pełnej intensywności. Pierwszy sezon w Tottenhamie miał średni, ale dwa ostatnie to już prawdziwa bajka. Dziś to jest zawodnik, który może wnieść na wyższy poziom Real Madryt, Barcelonę. Wizja, mentalność, presja nie pęta mu nóg, ona mu pomaga. Nawet jeśli nie ma swojego dnia, to wybiega swoje, wywalczy dla ciebie piłkę, zostawi zdrowie na placu gry. Bardzo się cieszę, że trafił do Tottenhamu, bo to klub, który ma w DNA piękną, ofensywną grę. Sam mogłem w latach 80. tam trafić, ale ostatecznie nie udało się wszystkiego dopiąć.

Jest pan zadowolony ze swojej kariery, czy odczuwa pewien niedosyt?

Żałuję meczów z Anglią, z Czechami na mistrzostwach świata 2002 i Euro 2004. Indywidualne błędy nas wyeliminowały. Ale można tak gdybać: gdybym tu miał więcej szczęścia, gdybym podjął nieco inną decyzję…

Znów: „jeśli”, „jeśli”, „jeśli”. 

W eliminacjach do mistrzostw w Brazylii prowadziliśmy 2:1 z Włochami, strzelają nam gola w ostatniej minucie. Jeśli by nie strzelili, gramy na mundialu. Ostatnie kwalifikacje to już w ogóle kuriozalna sytuacja. Wygraliśmy dwa razy z Serbią, mocnym personalnie zespołem, ale krzywdę zrobił nam Trybunał Arbitrażowy w Lozannie. Podczas meczu z Serbią na stadion wleciał dron z albańską flagą, UEFA zdeycdowała, że obydwa zespoły dostają po zero punktów. Dron należał do Albańczyków, ale ochrona należała do Serbów. Albania odwołała się jednak do CAS i stało się coś, czego nie mogłem zrozumieć. Jakiś prawnik uznał, że Albanii należą się trzy oczka. W tych samych eliminacjach graliśmy z Portugalią i Cristiano Ronaldo strzelił nam gola w 94. minucie. W obu przegranych spotkaniach z Portugalią trafialiśmy w słupek ze trzy-cztery razy. Pół żartem można powiedzieć, że gdybyśmy grali w krokieta, bylibyśmy na Euro 2016. Ale to decyzja CAS sfrustrowała mnie najbardziej. Uznałem, że mam dość. W tamtym momencie poczułem, że nie chcę już być częścią świata futbolu. Czasami masz szczęście, czasami pecha, ale jak wiele rzeczy nagle idzie konsekwentnie w złą stronę – masz dość.

UEFA play-off Denmark - Sweden 2-2

Nie kusiło, by wrócić?

Myślałem o tym przez parę miesięcy. Dostałem ofertę od Anderlechtu, ale powiedziałem sobie: „to robota 24/7, siedzę w tym od 50 lat. Czas zacząć żyć nieco wolniej, cieszyć się wolnym czasem”.

Czego spodziewa się pan po Duńczykach na mundialu w Rosji?

Mieliśmy kilka pechowych kontuzji przed turniejem, Andreas Bjelland wypadł w ostatniej chwili. Ale mamy szansę wyjść z grupy. Trzeba wygrać mecze z Australią i Peru, bo Francuzi to moim zdaniem główni faworyci, byłoby z nimi ciężko grać o awans. Wciąż jednak uważam, że Christian Eriksen jest zbyt istotny dla tej drużyny. Bramki, asysty, kreatywność – bez niego nie mamy szans, a przecież każdy rywal wie, że musi go trzymać na jak najkrótszej smyczy. Mamy grupę fajnych chłopaków, jak Pione Sisto, świetny drybler, ale wciąż nie są to gracze stabilni, którzy potrafią zagrać kilka meczów na najwyższym poziomie.

***

Sporym zaskoczeniem było dla mnie, gdy dowiedziałem się, że miał pan naprawdę poważny problem ze słuchem. 

Odziedziczyłem go po moich rodzicach. Zrozumiałem, że coś jest nie tak, kiedy zostałem trenerem w Kolonii i zdecydowanie zbyt często musiałem prosić dziennikarzy na konferencjach prasowych o powtarzanie kolejnych pytań. „Co pan mówił?”, „o co pan pytał?”. Na początku podchodziłem do aparatu słuchowego niechętnie, nikt nie lubi chodzić z taką słuchawką. Ale kiedy założyłem go po raz pierwszy, byłem zły na siebie, że nie zdecydowałem się na to jakieś pięć lat wcześniej. Mogłem usłyszeć dźwięk podłączonej lodówki! To szalone, ale stałem się zupełnie innym człowiekiem w kontaktach z ludźmi, z zawodnikami, z prasą. A kiedy nie mam ochoty kogoś słuchać – po prostu wyjmuję aparat z ucha.

Mam też dobrą anegdotę na ten temat. Gdy byłem już selekcjonerem, lecieliśmy ze sztabem na jeden z meczów, obok mnie w samolocie siedzieli mój asystent i trener bramkarzy. W kieszeni miałem smartfon, a w uchu aparat działający na bluetooth, więc mogłem w ten sposób słuchać muzyki. Kołysałem się, nuciłem, a że nie było widać żadnych słuchawek, ludzie dookoła zastanawiali się: „czy ten gość oszalał?”, patrzyli na mnie jak na głupka.

Czyli przez całą naszą rozmowę mógłby pan słuchać muzyki i nie miałbym o tym pojęcia?!

Jak najbardziej! (śmiech) Ale jechał pan z daleka, nie zrobiłbym tego panu.

Rozmawiał SZYMON PODSTUFKA

KOMENTARZE (1)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Carlito

Niezły jajcarz z tego Mortena: „Pół żartem można powiedzieć, że gdybyśmy grali w krokieta, bylibyśmy na Euro 2016.”,

wpDiscuz