Remis z ósmym sortem chilijskiej reprezentacji. I co z tego? 
Weszło

Remis z ósmym sortem chilijskiej reprezentacji. I co z tego? 

Przed mistrzostwami Europy 2016 reprezentacja rozegrała katastrofalny mecz z Holandią, po którym cały naród stwierdził, że nie mamy drużny na turniej, a obrońcy to już w ogóle (słabiutki mecz Pazdana). Chwilę potem rozegraliśmy całkiem dobry turniej, a rzeczony Pazdan został obwołany Ministrem Obrony Narodowej. 

Podchodzenie do takiego meczu jak do próby generalnej nie ma sensu. Możemy się grzać, że to ostatnie sprawdziany (chociaż wszystko już dawno przetestowane), możemy oszukiwać się, że to miernik formy drużyny (a potem nie znajdować żadnego potwierdzenia w faktach), ale im szybciej dojdziemy do wniosku, że to tylko niewiele znaczący sparing, tym zdrowiej dla nas wszystkich. Reprezentacja zagrała słabo z jeszcze słabszym przeciwnikiem. I co z tego? Nic, drodzy państwo, jedno wielkie nic. Cieszyć się możemy tylko z jednego – że obyło się bez kolejnych kontuzji.

Teoretycznie reprezentacji Nawałki powinno pójść z ósmym sortem chilijskiej reprezentacji pozbawionej czołowych piłkarzy całkiem gładko, ale rzeczywistość okazała się nieco trudniejsza. Jeśli pierwszy garnitur będzie tak wyglądać na mundialu w Rosji, piłkarze nie będą musieli nawet rozpakowywać walizek. Ale szaleństwem byłoby twierdzić, że tak będzie wyglądał mundial. Zagrali słabo i nieprzekonująco – to fakt. Raz jeszcze zapytamy – i co z tego? Nie będziemy przecież specjalnie bić na alarm (tak samo jak po 5:0 nie pompowalibyśmy balonika).

Kadra Nawałki zaczęła nerwowo. Krychowiak poraził elektryką pod własnym polem karnym do tego stopnia, że aż zastanawialiśmy się, czy to naprawdę nie Mateusz Kupczak (odróżniła go tylko bujna fryzura). Pazdan z kolei wystawił rywalowi piłkę w polu karnym, lecz ten okazał się zbyt słaby, by choćby trafić w bramkę. Zastrzeżenia można było mieć do tego, który rozgrywał dziś jeden z ważniejszych meczów w życiu – Jana Bednarka. Gdy grał do przodu, piłka lądowała na wysokości piątego piętra (a potem w rękach bramkarza). Gdy Castillo składał się do przewrotki, po prostu grzecznie się odsunął. Nie była to opoka defensywy, wyraźnie brakowało ustawienia i zrozumienia z Pazdanem, ale pamiętajmy, że to dopiero pierwszy mecz tego chłopaka w wyjściowym składzie. Może się wyrobić.

Mecz ogólnie wyglądał średnio, aż wreszcie Lewandowski uderzył z lewej nogi sprzed pola karnego. Przyjmując już doskonale wiedział, co się święci i przywalił z lewusa tak, jakby to była prawa, zapewniając sobie splendor we wszystkich światowych mediach. Reprezentacja szybko poszła za ciosem i przez moment zapachniało nawet wysokim wynikiem, a tym momentem była bramka Zielińskiego – dziwne podanie Krychowiaka okazało się skuteczne, bo rywal Grosika strasznie się obciął, ten pociągnął w swoim stylu i wystawił pomocnikowi Napoli piłkę do dopełnienia formalności. Inne akcje biało-czerwonych? Kiks Grosickiego po świetnym, miękkim podaniu Kuby poprzedzonej jeszcze lepszym, twardym odbiorem piłki na połowie rywala. Jeśli mamy szukać po dzisiejszym meczu powodów do optymizmu, dyspozycja Błaszczykowskiego jest największym z nich.

Wynik reprezentacja zaczęła wypuszczać z rąk jeszcze przed przerwą. Po rzucie z autu polscy piłkarze popełnili szereg błędów – najpierw Piszczek dopuścił do dośrodkowania, potem Bednarek źle się ustawił, Pazdan nie dał rady zaasekurować, a Linetty wracając w pole karne w pewnym momencie stanął i się patrzył (?), zaliczając totalnie niezrozumiałą interwencję. Przy drugiej bramce było nieco więcej przypadku – piłka spadła na nogę Miiko Albornoza, a ten pozazdrościł Lewemu bramki i także huknął sprzed pola karnego z lewej nogi. Niestety – jemu także udało się pokonać bramkarza i to też w nie najgorszym stylu. To działo się już po przerwie, kiedy po pierwsze – odbyło się testowanie systemu z trzema środkowymi obrońcami, po drugie – reprezentacja totalnie zgasła i wszystko wskazuje na to, że trzeba połączyć te dwa fakty ze sobą. Choć i tak kadrowicze powinni strzelić gola po tym jak Teodorczyk świetnie wypuścił Milika, ale ten – demony wracają? – spróbował podcinki nad bramkarzem i zmarnował bardzo dogodną okazję na gola. Swoje strzelić też mógł Krychowiak, który w jednej sytuacji mógł posłać precyzyjnego, ładnego rogala, ale zamiast tego wyszło mu coś na wzór wiosennej kanapki szkolnej wyjętej z plecaka we wrześniu.

W skrócie – gdybyśmy po dzisiejszym meczu wyciągali wnioski, moglibyśmy się załamać. Ale nie wyciągamy. Tak naprawdę mamy tylko jeden – dobrze, że obyło się bez kolejnych kontuzji.

Fot. FotoPyK