Sito Riera zawieszony na osiem miesięcy. Idź precz i nigdy nie wracaj!
Weszło

Sito Riera zawieszony na osiem miesięcy. Idź precz i nigdy nie wracaj!

Jeżeli zapytacie, z czego zapamiętamy Sito Rierę po dwóch latach w Śląsku Wrocław, to odpowiemy, że w kwestiach czysto piłkarskich – z niczego. Totalnie z niczego. Co najwyżej możemy napisać, że zdążył zmienić fryzurę, jest bratem Alberta Riery, a kiedyś sufit musiał mu zlecieć na głowę, przez co czasami nie wszystkie styki się w niej łączą. W efekcie Hiszpan oba sezony kończył przedwcześnie po czerwonych kartkach za piłkarski bandytyzm. W drugim przypadku chodziło o naruszenie nietykalności sędziego, ale dopiero teraz winowajcę spotkała zasłużona kara.

Riera w meczu 31. kolejki z Sandecją otrzymał od Piotra Lasyka drugą żółtą kartkę. Nie mógł się z tym pogodzić i uderzył go czołem. Lekko, bo lekko, ale samo zachowanie było skandaliczne. Tradycyjnie Komisja Ligi nie stanęła na wysokości zadania. Riera został zawieszony na pięć meczów. Dodając do tego jeden mecz pauzy za żółte kartki, oznaczało to dla niego koniec sezonu. Biorąc pod uwagę fakt, że już wtedy było niemal pewne, że WKS nie przedłuży z nim kontraktu, w zasadzie nie był to dla niego żaden ból.

Na szczęście Rzecznik Ochrony Prawa Związkowego zajął się tą sprawą, złożył odwołanie i dało to efekt. W środę Najwyższa Komisja Odwoławcza PZPN zawiesiła gagatka na osiem miesięcy. To już jest konkret, bo nawet jeśli Riera zmieni kraj (a tak się pewnie stanie), kara będzie aktualna. W praktyce oznacza to, że do końca roku już nikt go nie zatrudni.

Hiszpan na odchodne dostaje więc soczystego kopa w dupę. Może wreszcie czegoś się nauczy. Rok temu chamsko kopnął Adama Buksę w 34. kolejce i wcześniej zapewnił sobie wolne.

Gościa żegnamy absolutnie bez żalu. Przychodził jako zawodnik stricte ofensywny, ale okazało się, że ani z niego dobry skrzydłowy, ani napastnik, ani ofensywny pomocnik. Pewnie w odstawkę poszedłby dużo wcześniej, gdyby Jan Urban nie ustawił go w środku pola. Tam kilka razy nawet wypadł dobrze, ale też bez przesady. Ani przez moment nie było nadziei, że to ktoś mogący stanowić wartość dodaną do Ekstraklasy. Fakt, że można o nim pisać głównie wtedy, gdy traci panowanie nad sobą, mówi sam za siebie. Idź pan w cholerę i nie wracaj.

Fot. Jakub Gruca/400mm.pl