Faworytka vs niespodzianka. Halep i Stephens w finale Roland Garros
Inne sporty

Faworytka vs niespodzianka. Halep i Stephens w finale Roland Garros

Sezon kortów ziemnych powoli dobiega końca, ale zanim to nastąpi, czekają nas ostateczne batalie na francuskiej mączce. W singlu kobiet o tytuł powalczą światowa jedynka, Simona Halep i Sloane Stephens, która po drodze do finału odprawiła m.in. Magdę Fręch. Jedna z nich wygra we Francji po raz pierwszy.

Amerykanka zna już smak wielkoszlemowego triumfu – w zeszłym sezonie sensacyjnie wygrała US Open. Sensacyjnie, bo nigdy wcześniej w swojej ojczyźnie nie doszła dalej niż do czwartej rundy, a w całej karierze tylko dwukrotnie zagrała w dalszej fazie – w obu przypadkach działo się to cztery lata wcześniej. W ubiegłym roku po raz pierwszy potwierdziła swój ogromny potencjał. Zrobiła to z przytupem, bo jeszcze kilka miesięcy przed turniejem, z powodu kontuzji, była na 957. miejscu w rankingu.

Stephens to ciekawy przypadek. Zawodzi wtedy, kiedy ma pokazać się z dobrej strony – jak na początku tego sezonu – ale za to znakomicie gra, gdy nikt nie wymienia jej w gronie faworytek. Tak jest i teraz. Do zwycięstwa w paryskim szlemie typowano Caroline Woźniacki, Simonę Halep, Serenę Williams, Karolinę Plíškovą i kilka innych zawodniczek. Z tego całego grona ostała się tylko Rumunka, a drugie miejsce w finale zapełniła Amerykanka.

Sloane Stephens zanotowała fatalny początek sezonu – na Australian Open odpadła nawet w pierwszej rundzie – tylko po to, by niespodziewanie wygrać turniej w Miami. Jeden z tych o najwyższej możliwej kategorii, nie licząc czterech wielkoszlemowych i finałów WTA. Na mączce z jej formą znów było słabo, nigdzie nie doszła dalej niż do trzeciej rundy. Aż przyszedł, tradycyjnie, najważniejszy możliwy turniej.

Do finału dotarła, tracąc po drodze zaledwie jednego seta, w meczu trzeciej rundy z Camilą Giorgi. Po drodze o jej sile przekonała się m.in. Magda Fręch, która – choć nie zagrała złego spotkania – wygrała zaledwie cztery gemy. Sekret takich przemian? Być może fakt, że nie niepokoją ją porażki, choćby te najbardziej dotkliwe. Zobaczcie sami, co mówiła po przegranym meczu w Australii:

– Nic nie poszło źle. To po prostu dwa pierwsze turnieje w roku [w pierwszej rundzie przegrała też w turnieju przed Australian Open – przyp. red.]. To się zdarza. Jestem pewna, że innym graczom też przytrafiają się takie rzeczy. Nie mam zamiaru się załamywać. Jest dużo więcej turniejów do rozegrania, sezon jest długi.

Pozytywne nastawianie, jak się okazuje, działa. Możemy napisać to po półfinale, w którym Sloane pokonała swoją rodaczkę Madison Keys. Wygrała 6:4, 6:4, przez cały czas kontrolując spotkanie i pokazując, że nigdy nie można jej lekceważyć. Zwłaszcza wtedy, gdy, w teorii, jest w słabej formie.

Jej rywalką będzie Simona Halep. W przypadku Rumunki powoli zaczyna mówić się o „klątwie finałów”. Ten będzie jej czwartym wielkoszlemowym, po raz trzeci powalczy o tytuł w stolicy Francji. W 2014 roku przegrała z Marią Szarapową, w zeszłym roku sensacyjnie lepsza okazała się Jelena Ostapenko. Na początku tego sezonu Halep musiała uznać wyższość Caroline Woźniacki. Spotkały się w Australii i obie grały o swój pierwszy tytuł. Lepsza okazała się Dunka, a Simona mogła się tylko pocieszać, że ich spotkanie dostarczyło więcej emocji niż wiele turniejów razem wziętych.

Halep już od dłuższego czasu uważana jest za najlepszą tenisistkę na świecie. Nie licząc Sereny Williams, ale to już nie tyle inna liga, co zupełnie inna dyscyplina. Do potwierdzenia tego statusu brakuje jej jedynie Wielkich Szlemów na koncie. Liczba mnoga, bo jeden to mało jak na zawodniczkę, która chciałaby równać do największych. Forma z półfinału pozwala wierzyć, że tym razem się uda.

Po finale Australian Open Rumunka była tak wyczerpana i odwodniona, że musiała przeleżeć później cztery godziny w szpitalu. Mamy dziwne podejrzenie, że mogłaby spędzić tam nawet cztery dni, byle towarzyszyło jej trofeum. Choć, w ostatnio udzielonym wywiadzie stwierdziła, że „nie ma obsesji na punkcie wygrania turnieju wielkoszlemowego”. Nie jesteśmy pewni, czy w to wierzyć. Choćby dlatego, że bez takiej obsesji trudno wspiąć się na szczyt.

Na ten moment Rumunka jest najlepsza na świecie. Jednak tytuł ten zawdzięcza tylko miejscu w rankingu. Nie ma innych dowodów na poparcie tej tezy. W teorii jest faworytką w spotkaniu ze Stephens, ale faworytką była też, gdy grała z Woźniacki i w starciu z Ostapenko. Jak się kończyło, już napisaliśmy. Pojedynek z Amerykanką będzie walką o przełamanie klątwy, która ciąży nad Rumunką.

Mecz Halep – Stephens w sobotę. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, dostaniemy wielkie widowisko.

KOMENTARZE (0)

Dodaj komentarz

Powiadom o
wpDiscuz