Jak co środę (we wtorek)… JAKUB OLKIEWICZ
Blogi i felietony

Jak co środę (we wtorek)… JAKUB OLKIEWICZ

– Nie wydaje mi się, żebym pasował do jakiejkolwiek innej redakcji sportowej – napisałem kiedyś w przypływie szczerości do Stana.
– Też mi się nie wydaje, żebyś pasował do jakiejkolwiek innej redakcji sportowej – odpisał, dość celnie określając moje miejsce w dziennikarstwie. 

Nie mam większych wątpliwości, że gdyby nie Weszło, prawdopodobnie uczyłbym WF-u, tak jak przez te kilka miesięcy, gdy wyrabiałem praktyki studenckie. Albo pracował u taty na poczcie, tak jak na studiach, gdy napieprzałem stemplem w kolejne listy, pogrywając między kolejnymi przekazami w Hitmana. Albo sprzedawał truskawki, jak na początku znajomości z teściami, gdy dali mi w ten sposób dorobić do pocztowej pensji. Albo zająłbym się w ogóle jakimś typowo bałuckim zajęciem, w końcu to centrum dowodzenia światem.

Nie sądzę, bym gdziekolwiek indziej mógł zaistnieć w roli dziennikarza. Celowo unikam szumnych deklaracji typu „nie byłbym dziennikarzem”, bo tak naprawdę mimo 7 lat publikowania, nadal nie czuję się przedstawicielem tego fachu. Z jednej strony z szacunku dla mistrzów – Paweł Zarzeczny pewnie by się uśmiechał, że dziennikarzem na Weszło to jest on, reszta tylko pisze teksty. Z drugiej – z niechęci do tej branży. Pogalopowała w taką stronę, że nie raz i nie dwa czułem się co najmniej zmieszany, gdy ktoś przedstawiał mnie jako dziennikarza. Zresztą, jak to w ogóle brzmi. A ty, czym się zajmujesz? Aaa, taka śmieszna sprawa w sumie, jestem dziennikarzem.

I przelatują przed oczami te wszystkie clickbaity, te wszystkie manipulacje, te wszystkie oszustwa, nagięcia prawdy, zacietrzewienie, megalomania, arogancja.

– Czym ty się zajmujesz?
– A, memy robię w necie.

Lepiej, zdecydowanie lepiej.

Zresztą, nawet w twitterowej rubryce bio, gdzie niektórzy obok tytułu DZIENNIKARZA mają osiem różnych redakcji i dopisek o wyłącznie prywatnych opiniach, ja mam dwie rzeczy, z których jestem dumny. Kibol. Z Weszło.

Od tego wszystko się zaczęło, od jeżdżenia na mecze u siebie i na wyjazdy, od darcia ryja, od wyrywania sobie włosów z głowy przed tabelą 90minut, od sprawdzania, czy na pewno Saganowski nie nabawił się kontuzji na treningu. Możliwe, że to tutaj jest bariera, która oddziela mnie od dziennikarstwa. Niektórzy twierdzą, że dziennikarz musi zdjąć szalik, musi bezwzględnie skarcić swój ukochany klub, musi wykryć w nim osiem afer a potem skłócić się z połową ludzi tworzących tenże. Ale ja – jako kibol – kocham artykuły nie cynicznego Stanowskiego, który demaskuje przed dziećmi, że Święty Mikołaj nie istnieje (ostatnio gdy wskazywał, że triumf Atletico Madryt w Lidze Europy to dowód ich klęski – bo to klub, który wiosną powinien grać w Lidze Mistrzów), ale tego dziecinnego Stana – kibica Barcelony, który w naklejkach katalońskiego klubu ma cały komputer, a w szafie chyba połowę asortymentu ze sklepu mistrza Hiszpanii. Uwielbiam, gdy Leszek Milewski pisze swoje odczucia jako kanapowy kibic reprezentacji Polski i nieco mniej kanapowy sympatyk Widzewa. Gdy Kowal jedzie po Realu z pozycji jednego z największych psychofanów Barcelony wśród moich znajomych.

Kocham, gdy teksty kipią emocjami, które może dać tylko piłka nożna.

Moim zdaniem to właśnie tutaj czuć największą więź pomiędzy piszącym i czytającym. Za to ceniłem Weszło jako czytelnik i to zawsze starałem się dostarczać czytelnikom jako autor. Gdy skaczesz po bramkach, napisz tak, jakbyś wciąż był w powietrzu. Gdy przygryzasz po nich wargi, albo wręcz płaczesz w poduszkę – pisz właśnie w ten sposób. To chyba najbardziej nas odróżniało. Nikt nie gryzł się w język, nigdy. Nikt nikomu nie narzucał, komu ma kibicować, komu nie kibicować, czego nie robić. Jak chciałem pojechać zrobić reportaż o Ruchu Radzionków, to jechałem robić reportaż o Ruchu Radzionków. Jak Leszek zgłosił, że zainteresowała go sytuacja z Piwnicznej Zdroju, to spakował manatki i tyle go było widać. Jak ktoś chciał zobaczyć na żywo Sankt Pauli, to kupował bilety i sobie je oglądał. Byliśmy nie tam, gdzie wypadało być, ale tam, gdzie były emocje.

Nudne konferencje prasowe, organizowane, gdy kurz bitewny już powoli opada? Nie, lepiej mocny i subiektywny tekst równo z gwizdkiem. Lepiej kilka słów z perspektywy sektora gości. Z perspektywy pana Bogdana, którzy od 40 lat chodzi na Szombierki Bytom. Z perspektywy prezesa Olimpii Elbląg, który prywatnie jest księdzem. Gadaliśmy ostatnio z Leszkiem o Weszło, słowo „wolność” odmieniliśmy przez wszystkie przypadki.

– Totalnie się z tobą nie zgadzam, ale jak chcesz, to puść – chyba każdy z nas czytał takie słowa od Stana. Ja prawdopodobnie najczęściej, z wiadomych względów, ale wiem też o tekstach Leszka, które Krzysiek zaopiniował w ten sposób. Wolność doboru tematu, wolność poglądów, spora wolność w doborze słów. Czasem prowadziło to do dość kuriozalnych sytuacji, gdzie dwa niepodpisane teksty tego samego dnia prezentowały drastycznie odmienną opinię, ale… to była właśnie nasza linia redakcyjna: brak linii redakcyjnej.

Ale ta wolność przekładała się też na całą pracę ekipy. Nikt nigdy nie zmuszał mnie do przeprowadzki do Warszawy, od urodzenia stacjonuję na Bałutach. Nigdy nikomu nie przeszkadzało, że nie potrafię opuścić swojego miasta na dłużej niż tydzień, przez co totalnie omijały mnie wyjazdy na duże turnieje. Nikomu nie przeszkadzało, że nie oglądam finału Ligi Mistrzów, bo jestem w Katowicach na meczu Rozwoju z ŁKS-em.

W sumie na miejscu byłoby napisać: nikt nie wymagał ode mnie, bym stał się dziennikarzem. W ogóle mam wrażenie, że przebiliśmy balonik związany z tym słowem. Ten cały etos, to całe pierdololo, że dziennikarz musi mieć długie materiałowe spodnie, na konferencję przychodzić w koszuli i marynarce a piłkarza pytać wyłącznie o najbliższy mecz. To całe pieprzenie o misji, o poczuciu obowiązku, o odpowiedzialności. Nie. Piłkarze to cyrkowcy, my zaś jesteśmy jak typ, który sprzedaje lornetki pod cyrkiem. Typ, który sprzedaje lornetki pod cyrkiem nie uważa samego siebie za zbawcę wszechświata i wykonawcę zawodu z wysokim prestiżem. Tak jest również z nami.

Jestem tragicznie sentymentalny, trzymam w piwnicy nawet resoraki z dzieciństwa, a jak musiałem zezłomować auto, to chodziłem przybity tydzień. Jedna kobieta przez całe życie, jedno osiedle przez całe życie, jeden klub.

Chciałbym, by podobnie było z miejscem pracy. Zwłaszcza tak zajebistej pracy.

Nie tylko dlatego, że nigdzie indziej nie płacą za darcie ryja na wyjazdach.