Znowu to zrobił – LeBron James dziewiąty raz w finałach NBA
Inne sporty

Znowu to zrobił – LeBron James dziewiąty raz w finałach NBA

Nie gra w naszpikowanej gwiazdami super-drużynie, takiej jak Golden State Warriors. Nie ma nad sobą wybitnego trenera, takiego jak Brad Stevens z Boston Celtics. Nie jest elementem fenomenalnego systemu ofensywnego, jak James Harden w Houston. On sam jest systemem. Jeżeli kiedykolwiek w dyskusji o sportach zespołowych można powiedzieć, że ktoś ciągnie drużynę w pojedynkę, to teraz. Król James, wbrew wszelkim niedostatkom swojego zespołu, dziewiąty raz w karierze melduje się w finałach NBA.

LeBron swoją postawą w tegorocznych play-offach nawiązuje do wyczynów najbardziej emblematycznych postaci dla całej historii NBA. Rozgrywa z wizją, jaką miał Magic Johnson. Trafia arcytrudne rzuty z zimną krwią, jaka pływała w żyłach Larry’ego Birda. Wjeżdża pod kosz z pasją, jaką zachwycał Julius Dr J Erving. Bierze na siebie ciężar gry w kluczowych momentach, tak jak to zwykł czynić Kobe Bryant.

Tyle, że to jest Ameryka. Teraz trzeba będzie jeszcze wygrać serię, której stawką są mistrzowskie pierścienie. Wygrać, tak jak wygrywał Michael Jordan.

Póki co LBJ przechodzi samego siebie. Praktycznie każdy jego mecz to kolejny rekord, kolejne wydarzenie na miarę dziejów, raz po raz proponuje kolejne fenomenalne wyczyny. Już siedem razy w tych play-offach przekroczył barierę 40-stu punktów, raz udało mu się to nawet połączyć ze skompletowaniem 14-stu asyst. Nikt czegoś takiego wcześniej nie dokonał.

Żeby daleko nie szukać kolejnych rekordów – Boston Celtics, obok Los Angeles Lakers najbardziej utytułowana organizacja w historii NBA, aż 37 razy prowadzili w serii 2:0. Tak jak w tym roku, gdy wygrali dwa pierwsze mecze przeciwko Cleveland Cavaliers i wydawało się, że – pomimo ogromnych osłabień – kontrolują serię.

Dzisiaj ten bilans to: 37 zwycięstw, 1 porażka. Kiedy naprzeciwko ciebie wychodzi LeBron, nie działają argumenty logiczne, przestają obowiązywać historyczne klątwy, odchodzą do lamusa rekordy, które trwały przez dziesiątki lat. Ten facet wywraca do góry nogami historię amerykańskiej koszykówki i przychodzi mu to…

Chciałoby się teraz napisać, ze przychodzi mu to z łatwością. Pasowałoby do narracji, ale to nie jest prawda. LeBron prowadził swój zespół do finałów już dziewięć razy, osiem razy z rzędu, lecz chyba nigdy nie szło mu to tak opornie. Być może tylko w 2007 roku był równie samotny na drodze do mistrzostwa. Ponad połowa punktów, jakie Cavaliers zdobyli w finałach konferencji przeciwko Celtics, pochodziła z rzutów i asyst Jamesa. Jeszcze nigdy nie musiał dać z siebie aż tyle na tym etapie rozgrywek. Mówimy o 33-latku, który w decydującym, siódmym meczu serii nie został zmieniony nawet na sekundę, a rozgrywał właśnie setny mecz w sezonie. Gdy na zegarze została minuta do końca, przejął piłkę, objechał cały parkiet i skończył akcję wsadem. Maszyna.

Chyba po zakończeniu kariery powinien pójść drogą Dwayne’a Johnsona i przenieść swoje talenty do Hollywood. Pasuje jak ulał do filmów o komiksowych super-bohaterach, a kaskadera będzie potrzebował jeszcze rzadziej niż Tom Cruise. Zresztą, James ma już za sobą epizody aktorskie, zagrał w komedii „Wykolejona” u boku Amy Schumer. Uwaga – jeżeli kiedyś przyjdzie komuś do głowy, żeby ten film obejrzeć, lepiej niech odpali sobie jakąś kompilację zagrań Jamesa na Youtube, ewentualnie zamknie oczy i zarzuci na słuchawkach powtórkę Weszłopolskich. Straszliwy gniot. Oby „Kosmiczny mecz 2” wypadł lepiej.

Skądinąd wiadomo, że LeBron, gdyby tylko zechciał (choć pewnym jest, że nie zechce), mógłby po zakończeniu kariery już tylko leżeć brzuchem do góry i rozstrzygać wraz z trójką swoich dzieciaków, co przypominają swym kształtem przelatujące im nad głowami cumulusy. James jest absolutnym zaprzeczeniem stereotypowego wizerunku czarnoskórego sportowca z USA, który kilka lat po zakończeniu kariery bankrutuje i jeździ po całym świecie, dając twarz różnym dziadowskim eventom, żeby tylko przytulić parę groszy. To nie jest Mike Tyson, to nie jest Allen Iverson. James to sprawnie działająca firma. Charles Barkley wspominał kiedyś, że Michael Jordan udzielał mu pierwszych podpowiedzi, jak dbać o swojej finanse. Cóż – LeBron mógłby to wykładać na uniwersytetach.

Lider Cleveland nie wywołuje obyczajowych skandali, nie jeździ po pijanemu autem, nie jest przyłapywany z prostytutkami, nie ma długów w kasynach. Prowadzi swoją karierę modelowo i ma naprawdę coraz więcej argumentów, żeby uważać go za najlepszego koszykarza w historii. Brakuje mu tylko jednego – więcej pierścieni.

Kogo LeBron James pokonał na swojej tegorocznego drodze do finałów? Zacznijmy od pierwszej rundy, gdy sam jak palec stanął przeciwko Indiana Pacers i udało mu się zwyciężyć w siedmiomeczowej batalii. Reszta drużyny Cleveland jeszcze nie dotarła na play-offy, ale… To była jednak tylko Indiana. Victor Oladipo nie sprawdził się jeszcze w roli lidera na tym etapie, a oprócz tego rywale nie mieli w swoim składzie żadnego zawodnika z ligowego topu. To był wielkie zwycięstwo, lecz nie takimi seriami buduje się chwałę.

Później przyszedł czas na Toronto Raptors, których James, jak to ma w zwyczaju, zmasakrował bez litości. Zresztą – jak sam zawodnik zaznacza – cokolwiek by się nie działo, on będzie po zespole Toronto jeździł jak po łysej kobyle. Wspaniała seria w jego wykonaniu, lecz wygrana bez udziału przeciwnika.

Teraz przyszedł czas na Boston Celtics. Z jednej strony zachwyt, zaś z drugiej – trochę racji ma Stephen A. Smith, amerykański ekspert w dziedzinie koszykówki (czy raczej – showman, bo nie należy go kojarzyć z ekspertami-smutasami w stylu Władysława Jerzego Engela). LeBron miał jednak w tej serii gigantycznego farta. Stanął do walki z drużyną pozbawioną dwóch wielkich liderów, której motor napędowy stanowiła nieopierzona młodzież, albo gracze wyciągnięci z kapelusza, jak choćby Terry Rozier. LBJ wygrał tę serię w wielkim stylu, lecz zastanówmy się na chwilę, co by było, gdyby odpadł. Też pisalibyśmy peany pochwalne pod adresem LeBrona, padałby hasła spod szyldu gloria victis?

LeBron przyzwyczaił wszystkich do takiego poziomu, że porażka Cleveland z tak poważnie osłabionymi Celtics byłaby jednak traktowana w ramach niespodzianki, żeby nie powiedzieć – sensacji. No bo, jak to, finały bez Jamesa, bez Cavs? Prawie nie do wiary, nawet kiedy mówimy o Kawalerii, której drugim najlepszym zawodnikiem w decydującym meczu finałów konferencji jest cholerny Jeff Green. Mimo wszystko – Celtics to dopiero melodia przyszłości. To będzie legendarna seria, ale czy na miarę legendy Jordana?

Parafrazując Cristiano Ronaldo, Konferencja Wschodnia powinna zmienić nazwę na: „LBJ Eastern Conference”. Największe wyzwanie czeka Jamesa dopiero w samych finałach. Tam czeka go chwała.

Nie ma znaczenia, czy Cleveland zmierzą się z Houston Rockets, czy Golden State Warriors. Faworytem i to w dodatku murowanym będzie drużyna z zachodniej części Stanów. Rockets i Warriors mają swoje kłopoty – przede wszystkim z kontuzjami, bo na urazy narzeka Chris Paul, a do pełni formy nadal nie wrócił Stephen Curry. Tyle, że to są tarapaty, o jakich w Cleveland pewnie by marzyli. Nie jest zresztą wykluczone, że w jednej z tych drużyn zobaczymy jeszcze kiedyś samego Jamesa, który, im będzie starszy, tym bardziej desperacko zacznie poszukiwać kolejnych mistrzowskich szans.

Teoretycznie – miał ich już nie odnaleźć w koszulce Cavs. Choć to jego koszykarski dom, od dawna huczy od pogłosek, że James tylko czeka, żeby się stamtąd wyrwać i trafić wreszcie w nieco godniejsze towarzystwo. Już kiedyś wywinął taki numer, gdy trafił do Miami Heat, łącząc siły z Dwyanem Wadem i Chrisem Boshem. Lecz – zanim LBJ wykona swój następny ruch – kolejną szansę na mistrzowski pierścień jednak odnalazł. Ba, on ją sobie zwyczajnie wyszarpał. I coraz śmielej poczyna sobie w ligowych kronikach.

Najwięcej minut w historii play-offów? LeBron James.

Najwięcej celnych rzutów w historii play-offów? LeBron James.

Najwięcej przechwytów w historii play-offów? LeBron James.

Najwięcej punktów w historii play-offów? LeBrona James.

Czy człowiek-rekord zdoła w finałach jeszcze raz oszukać matematykę, fizykę, zakpić sobie z rachunku prawdopodobieństwa? LeBron zagra w finałach po raz dziewiąty (tylko Los Angeles Lakers i Boston Celtics mają więcej finałowych występów na koncie), ale wygrywał mistrzostwo ledwie trzy razy. Wiele jego osiągnięć robi piorunujące wrażenie, ale trzy pierścienie? To o połowę mniej niż Jordan, to mniej niż Magic, mniej niż Kareem Abdul-Jabbar…. James tryumfował dwukrotnie w barwach Heat, co nie przyniosło mu przesadnie wielkiej chluby. Choć – może to właśnie jest niezbyt uczciwe? Jordan, Jabbar, Johnson, Bird, Bryant, O’Neal, Duncan – oni wszyscy grali w super-drużynach, nawet jeżeli za ich czasów to określenie jeszcze nie funkcjonowało w nomenklaturze.

A jest jeszcze przecież tryumf Jamesa z 2016 roku. Wtedy Cavs przegrywali finałową serię już 1:3, ale udało im się odrobić straty. Pokonali Warriors, którzy w sezonie zasadniczym wykręcili najlepszy bilans w historii rozgrywek.

Wydawało się, że James już nigdy nie stanie przed większym wyzwaniem, a nawet jeśli, to po prostu nie zdoła go zrealizować. Finały z 2016 roku to miało byś jego opus magnum. Minęły dwa lata, a LeBron jest o dwa lata starszy i o dwa lata… lepszy? Przekonamy się. Gdyby go postrzegać w kategoriach zwykłego śmiertelnika, urwanie dwóch meczów w finałach można by było uznać za sukces, bo Rockets i Warrior to drużyny z o wiele większymi możliwościami. Jednak LeBron James pokazał już na parkiecie dostatecznie wiele, aby nas przekonać, że nie jest zwykłym śmiertelnikiem.

fot. Newspix.pl

KOMENTARZE (36)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
W oparach absurdu

Nie jest tajemnicą, że polityka transferowa Cleveland w dużej mierze zależy od LBJ. On już grał w superdrużynach, a to, co z Cavsami teraz się dzieje to jednocześnie jego zasługa (wzięcie całej drużyny na barki i zaprowadzenie suchą nogą przez play-offy; nieprawdopodobne występy, bez których nie można by było marzyć o finale) jak i wina (wywalczenie kontraktów dla swoich ziomeczków – nie postawiłbym złamanego grosza na to, że drużyna w tym składzie zrobiłaby PlayOffy gdyby zabrakło LBJ).

ice numéro cinq
Sparta

Gdyby zabrakło Lebrona młodzi mogliby się odblokować i zagrać bardziej drużynowo. Przez całe tegoroczne playoffy większość piłek przechodzi przez ręce Lebrona. Finały konferencji to wręcz autorytarne rządy na parkiecie w jego wykonaniu. Gra drużynowa nie istnieje. Jest geniusz Lebrona oraz przebłyski poszczególnych zawodników – JR, Thompsona, Love’a i Korvera. Ciężko się ogląda Cavaliers w ataku, męczą się szarpią i na końcu i tak podają do Lebrona. Jeśli dzisiaj w nocy wygrają Houston, to będziemy mieli zacięte finały, ale składające się w głównej mierze z akcji izolacyjnych i rzutów za 3. Nie moja bajka.

polishllama

młodzi tzn kto Jordan Clarkson który przez 9′ nie zrobił absolutnie nic i był najgorszym zawodnikiem zespołu, może Cedi Osman który kozłował ostatniraz w ’79 akurat Larry’ego się nie czeppiam bo to twardy skurwiel ale w G7 zmiękł;
ale faktycznie kto by nie awansował to będzie popis gry izolacyjnej i gwiazdy grające po 42′ + ewentualnie blowouty

(L) 15 x Mistrz
Wasza Stolica, Chamy

ta jordan costam gral

emperor

To ciekawa kwestia, na ile James sam zarządza swoimi drużynami i dobiera koszykarzy. Mówiono, że za pierwszego pobytu w Cavs nie miał wpływu na transfery, ale po tym co się dzieje w Cavs teraz, raczej wątpię. Już przyjscie Shaqa czy Jamisona raczej było z nim omawiane.

Ten projekt Cavs rozbija kontrakt Kevina Love, który był przehajpowany w 14 jak go brali i niestety potem kontuzje oraz trudność z dopasowaniem do systemu dodatkowo obniżyły jego wartość. A Cavs mogli wtedy poczekać, mieli wybranego Wigginsa z draftu i albo spróbować go wdrażać na rookie kontrakcie albo handlować dopiero w połowie sezonu jak zwykle jeden dwóch graczy z pogranicza AllStar jest w promocji przed trade deadline.

Ale i tak, gdyby nie odpalił projekt GSW – tu uwaga, jak sporo stracili miłości po przyjściu Duranta, to core GSW został zebrany w drafcie z nieoczywistymi wyborami, a jak trejd to też nieoczywisty, bo patrząc tylko na statystyki, to taki AI jest przepłacony, a absolutnie nie jest i GSW zrewolucjonizowało koszykówkę, nawet jeśli kierunek nie wszystkim się podoba – LeBron szedłby pewnie w tej chwili po trzeci, jeśli nie czwarty (przeciw Spurs i Okla 15-17? Rockets 18?) tytuł z Cavs.

Ale dla mnie James to najlepszy koszykarz w historii. Mimo wszystko.

ReReKumKum

Najlepszy? No chyba jednak nie. Można zastanawiać się najwyżej, czy na liście wszechczasów powinien być drugi, trzeci, czy czwarty – rywalami są Russell i Wilt. Do Jordana LeBronowi brakuje jeszcze sporo.

szaser

Nie brakuje. Jordan grał w czasie, kiedy basket stawał się popularną, zglobalizowaną kulturą. Stąd hype i legenda, której nikt nie powtórzy. Wystarczy zresztą spojrzeć na statsy – dawnym bogom od 3-ek, dziś bliżej byłoby do LeBrona, niż Curry’ego… I tak jest w każdym elemencie gry, choć trudno zestawić to wymiernie. Ja jestem jednak pewien, że tamten Jordan byłby dziś w GSW czy Houston rezerwowym.

ice numéro cinq
Sparta

Rezerwowym? Gość, który zdominował fizycznie, mentalnie i umiejętnościami największych w dziejach koszykarzy, z którymi miał możliwość się mierzyć, 6 MVP RS i 6 MVP PO, 10x w pierwszej drużynie NBA i 9x w pierwszym defensywnym składzie NBA. I on miałby być w GSW rezerwowym? To się popisałeś, można trollować, ale prosiłbym o trochę finezji.

emperor

Największych koszykarzy swojej epoki wcale nie dominował. Wręcz musiał zaczekać na zestarzenie się Celtics, rozpad Detroit i hifa Magica, i no dobrego trenera z działającymi w tym układzie trójkątami. A już drugi triplet to Bulls mieli zespół gwiazd grający w finałach z Kempem i starymi dziadami z Utah.

emperor

to jest jednak trochę przesadna opinia, bo zapomina się, ze młody Jordan był freakiem fizycznym plus etos pracy. Dałby sobie radę. Ale zgadzam się, że legenda Jordana to tyleż efekt jego klasy sportowej, co roli mediów (telewizja kablowa i satelita!, to była większa rewolucja dla mojego pokolenia niż potem internet) czy nawet przemian politycznych – wind of czendź po 89 roku.

Byłby MJ nadal wybitny, a ten Wschód na którym gra LeBron mógłby zamiatać w podobnym stylu. Ale nawet on nie miał 12 sezonów z rzędu na absolutnym topie, tylu spotkań w nogach i ciągłego rozwoju sportowego.

I o ile jeszcze w 2000′ można było mówić, że w lidze jest mniej talentu niż w latach 90 czy 80., to w tej dekadzie już absolutnie nie. I to dwóch poziomach – średniej wyszkolenia zawodników i liczby gwiazd. Może tylko w latach 90. „sędziowie pozwalali na więcej” w indywidualnej obronie, ale to jest też mitologizowane, a po drugie – zespołowa obrona poszła bardzo w górę, nie tylko przez zmianę zasad (strefa).

ReReKumKum

Opinia jest jak dupa, każdy ma swoją.
Fakty są jednak takie, że Jordan broni się wszystkim. Zarówno osiągnięciami indywidualnymi, jak i zespołowymi, statystykami oraz szerszym ujęciem na tle rywalizacji w swoich czasach oraz przepisów NBA.
Czy naprawdę komukolwiek z Was się wydaje, że LeBron byłby w stanie dominować tak samo jak dziś na przełomie lat 80-tych/90-tych? Przy ówczesnych przepisach? Gracze tacy, jak Rodman, Oakley, Larry Johnson, Laimbeer, Wilkins wycieraliby LBJ parkiet. LBJ byłby po prostu graczem klasy Magica. Wyróżniającym się, ale nikt o zdrowych zmysłąch nie mówiłby o nim, że to GOAT.
I w drugą stronę – kto dziś byłby w stanie zatrzymać Jordana, skoro nikt nie był w stanie (nie ma żadnego gracza NBA, o którym można powiedzieć, że „zatrzymał Jordana”) zrobić tego w czasach o wiele ostrzejszej i twardszej defensywy? W dzisiejszej lidze obrona jest po prostu śmieszna, MJ robiłby co tylko by chciał z każdym zespołem.

emperor

LeBron jest fizyczną bestią na poziomie nie młodego MJ, a Karla Malone’a i mieliby nim wycierać parkiet?

Śmieszna obrona? To jest akurat najdziwniejsza opinia jaką czytam o NBA od sporów o miejsce Kobiego w historii. Tak, pozwalano na więcej indywidualnie, choć tu te osławione „walenie po rękach” jest też nadmiernie wspominane. Ale poziom gry w obronie, sprawność fizyczna przeciętnego gracza NBA poszła w górę niemiłosiernie, są po prostu szybsi, wytrzymalsi, sprawniejsi (pokolenie lat 90 mogło być bardziej wykorbione siłowo na sterydach). Druga sprawa to obrona strefowa, pomoc, podwojenie, a nie gra jeden na jednego oparta na izolacjach czy postupie (za którym sporo ludzi płacze, a on statystycznie podobno nie był/nie jest aż tak skuteczny).

ReReKumKum

„LeBron jest fizyczną bestią na poziomie nie młodego MJ, a Karla Malone’a i mieliby nim wycierać parkiet?”

Malone’a? Chyba młodego. Stary Malone w 1998 roku rozstawiał bez większych problemów Shaqa po kątach. Myślisz, że LBJ byłby w stanie to powtórzyć?
Co do obrony – oczywistym jest fakt, że w latach 80. i 90. obrońca mógł o wiele więcej. Mógł używać rąk, ciała, łokci, łapać atakującego, ciągnąć za koszulkę itp. Dziś za każde byle dotknięcie jest faul.
Owszem, strategia gry w obronie jest dziś inna – ale biorąc pod uwagę liczbę zdobywanych punktów trudno obronić tezę o skuteczniejszej obronie we współczesnej epoce.

Yarek

Pamiętam mecze Chicago vs Knicks jak M. Jordan „kręcił” John’em Starks’em jak chciał, a trzeba przyznać, że Starks był całkiem dobrym obrońcą, takim jakich dzisiaj ciężko znaleźć na parkietach NBA…

ReReKumKum

Rezerwowym? Jak na trolling to odrobinę mizernie. Proponuje trochę się podciągnąć.
Piszesz, żeby spojrzeć na statystyki. To spójrz, będzie prościej.

Yarek

Michale Jordan zagrał wraz z Chicago Bulls 6 razy w finałach NBA i za każdym razem jego ekipa wychodziła zwycięsko! Nie da się porównać M. Jordana z lat 90-tych z obecnymi graczami, bo to zupełnie inna koszykówka. Jeszcze kilkanaście lat temu grało się określonymi schematami, a obecnie jest to bieg do przodu, podanie gdzieś na skrzydło i rzut za 3 punkty. Mało ogląda się finezyjnych akcji, gdzie zaangażowanych jest więcej niż 2 graczy. Wystarczy porównać wyniki meczy finałowych w latach 90-tych, gdzie liczyła się obrona i wyniki powyżej 100 punktów nie były osiągane tak często jak obecnie (w finałach 1994, 1998 i 1999 roku w żadnym meczu nie przekroczono bariery 100 punktów przez żadną z ekip). Dzisiaj ogląda się mało zaciętej i agresywnej gry obronnej niestety i liczy się kto więcej odda rzutów za 3 punkty…

emperor

Jest propozycja, by graczy sprzed wprowadzenia linii za trzy traktować osobno. Ale opieram się na opiniach ludzi, którzy oglądali mecze i siedzą w statach zaawansowanych – jak Russell w innych latach nadal byłby defensywnym fundamentem zespołów mistrzowskich, to Chamberlain bardzo by tracił w późniejszej koszykówce. Pozostawiając MJ na boku, to LeBron to jest minimum półka, z grubsza, Jabbara (który ma duży plus za długowieczność), Birda, Magica i Duncana. Zaskakująco dużo ludzi dodaje tu Hakeema ale ja nie jestem przekonany.

polishllama

włączając Wilta do dyskusji o GOAT ośmieszasz się gość ma dwa pierścienie i gigantyczne spadki w PO
Co do obrony MJa i tęsknotą za handcheckingiem, opieraniem gry na półdystansie etc. to już było i nie wróci więcej pogódźcie się z tym a tendencje wzrostowe trójek były już w tamtych czasach i były równe mniej więcej do 2014 roku od tamtej pory przyspieszyły przynajmniej dwukrotnie, tutaj ktoś zaznaczył, że pace spadł mocno a liczba punktów niekoniecznie – nie wzięło się to z przypadku , gracze nauczyli się rzucać za 3 i efektywniej wchodzić pod kosz.
Argumenty o MJ będącym rezerwowym i LeBronem nierozwalającym koszykówki lat 90’tych są mierne, zwłaszcza ta druga narracja, przecież wtedy SF/PF walący 5 trójek na mecz na skuteczności 37%+ to było nie do pomyślenia a jeśli grałby w takiej Indianie z Reggie’m to już w ogóle

Dla zainteresowanych dyskusją o GOAT polecam 737b056cdaab371285719749f28972d0db97fdde może wtedy nie bedzie takiego zdziwienia pozycją Hakeem’a …

W oparach absurdu

porównania między SG z lat 90tych (MJ), a Forwarda z drugiej dekady XXI w. (LBJ) są trochę bez sensu. Poza tym obydwaj zawodnicy prezentowali zupełnie inny styl oraz dysponowali zupełnie różnymi warunkami fizycznymi. Czy Jordan w prime timie wygrałby z LBJ? Szczerze mówiąc: mam wątpliwości. Ale przy wszelkich tego typu dylematach nie można zapominać, że MJ zrewolucjonizował tę dyscyplinę i wywindował jej popularność na zupełnie inny poziom, będąc inspiracją dla dziesiątek nadchodzących gwiazd, między innymi Lebrona właśnie.

marotysiac

Jordan pod względem skilla, stylu, warunków i mentalu to taki trochę lepszy Kobe, który przecież tylko raz był MVP ligi. Z trochę lepszym mid range j, na dystansie całej kariery pewnie lepszą obroną (Kobe w peaku był świetny), trochę lepszym podaniem i niewiele słabszą trójką. Naprawdę nie wiem dlaczego miałby on zdominować ligę bardziej niż w latach 90-tych. Tutaj warto wspomnieć, że to była dekada, która poza Bulls nie doczekała ani jednej naprawdę wielkiej drużyny. W porównaniu z latami 80-tymi z Sixers, Celtics, Lakers czy Pistons, to jednak straszna bida. Już nawet pierwsza dekada XXI wieku miała kilka drużyn, które były lepsze od czegokolwiek z czym spotkali się Bulls 90’s. Lakers, któraś wersja Spurs, Celtics. Trzeba powiedzieć, że Jordan miał trochę szczęścia jeśli chodzi o wymagania stawiane przez rywali.

Średnia punktów w latach kariery Jordana 103,75 ppg
Średnia punktów w latach kariery LeBrona 99,75 ppg

Średni pace w latach kariery Jordana 96,1
Średni pace w latach kariery LeBrona 92,86

Średni ortg w latach Jordana 107,62
Średni ortg w latach LeBrona 106,59

To tyle jeśli chodzi o tą mityczną obronę w tamtych czasach. Liczone lata Jordana spędzone w Bulls, bo Wizards to już benefis.

ReReKumKum

„Jordan, Jabbar, Johnson, Bird, Bryant, O’Neal, Duncan – oni wszyscy grali w super-drużynach”

No, szczególnie Jordan grał w super-drużynie. Szczególnie w pierwszych latach kariery.

Pawel_Jumper

Rozumiesz, że chodzi o te drużyny, gdy zdobywał każde z 6 mistrzostw?

Przeszedł 1 rundę playoffów dopiero za 4-tym podejściem, gdy tego superwsparcia nie miał.

Jakkaz

A jakie miał wsparcie przy pierwszych 3 tytułach? Pippen, tylko i wyłącznie. 1 All Star oprócz niego w całej drużynie. LeBron wygrywając mistrzostwa miał najpierw Wadea i Bosha (i z ławki Allena, który uratował mu dupę przy jednym mistrzostwie), a potem Irvinga, który oddał kluczowy rzut na mistrzostwo. LeBronowi do 3 mistrzostw potrzebne były gwiazdy ligi, około 5-6 All Starów o ile pamiętam, Jordanowi do pierwszych trzech – 1. Dlatego ten cytat z artykułu nie ma sensu

Pawel_Jumper

Ciężko zrozumieć, że liczba all starów>2 nie gwarantuje z automatu mistrzostwa, jeśli reszta drużyny jest słaba?
Detroit 2004 wygrali z 1, bo mieli mega team, świetnych role playerów i trenera. Mavericks w 2011 to samo.
Jordan z tym teamem 90-93 nie wygrałby żadnego mistrzostwa w późniejszych latach aż do dziś. Pomimo, że jest GOATem.
Gdyby nie pierwsze retirement MJ’a w ’93, Rockets złoiliby mu skórę dwukrotnie w finałach. Bo uwaga, mieli koło Hakeema i Thorpe’a, role playerów (Maxwell, Kenny „The Jet” Smith, Jent, Horry, Elie), a w 94-95 po trejdzie drugiego All-Stara w osobie Clyde’a.

MJ dopiero po przyjściu Pippena i (uwaga) Horace’a Granta (All Star 1994) oraz dodaniu B.J’a Armstronga (All Star w 1994) zaczął się liczyć na wschodzie i w 1990 po 3 porażkach w playoffach trafił w końcu na idealny moment, gdy Boston z Birdem się zwijali, Bad Boys też trawił wiek i skandale, Ewing i Barkley byli samotni w swoich mieścinach, Kemp uczył się, że jak masz hajs to się bawisz, a Magic stanął w obliczu zakończenia kariery. Utah jak to Utah, pewnych rzeczy nigdy nie przeskoczysz.

Układy sił w lidze w poszczególnych latach różnią się diametralnie. Niektórzy gracze mogą grać karierę w jednym miejscu jak Westbrook, inni chcą po prostu dorwać ten pierścień i robią dick-move w stylu Duranta.
Super-Teamy powstają w reakcji na inny Super-Team. Przypomnę, że Lebron i Bosh poszli do Miami, bo wcześniej Garnett i Allen po latach indywidualnych popisów w słabszych teamach nawiedzili Boston.
Oni nie mogli znieść Shaqa i Kobe’go oraz Duncana, LeBron nie mógł znieść ich.

Używasz zgranych argumentów anty-lebronowych słabej jakości. (Skip Bayless bije brawo).
Gadanie o jednej akcji w meczu ze Spurs jako „kluczowej” jest zabawne. Lebron miał w meczu z „rzutem Allena” triple double – 32/11/10, przy 10 punktach Bosha i 14 Wade’a. Gra się przez 48 minut. A nawet 53 w tym przypadku wobec dogrywki.

Boston miał w swoim składzie 4 All Starów (Garnett, Pierce, Allen, Rondo), a i tak musiał cierpieć porażki z rąk Kobiego i Lebrona. Spursi też mieli Parkera, Ginobiliego, Duncana i Kawhi’ego na raz. Mimo wszystko skupiasz się na niesprawiedliwych oskarżeniach w kierunku jednego LBJ’a, bo w fatalny wizerunkowo sposób zrobił swoje „The decision”. Po tylu latach można jednak odpuśćić i doceniać jego wielkość, nawet pomimo braku sympatii.
Lebron poszedł do drużyny, w której pozostał 1 opcją, Durant zgodził się być drugą za Currym.
I według mnie jego postawa była gorsza, niż Lebrona, bo poszedł do gotowej drużyny po sezonie 73-9. Uwaga, też jak Lebron wziął mniej pieniędzy, żeby mogli podpisać innych. Ale James zebrał baty, bo był pierwszy.


PS.
Niepotrzebnie używasz tego skojarzenia, że All-Star to automatycznie supergwiazda.
Jest jednak różnica pomiędzy Stephem Currym, a Dragiciem, czy Durantem, a Kembą Walkerem.
Przez lata do Meczu Gwiazd dokonywano średnich/słabych wyborów (fani lub kontuzje) jak Mehmet Okur, Wally Szczerbiak, Vlade Divac, Dale Davis, Magloire, Brad Miller, czy Yao w 2011. Dobrej drużynie wystarczy 2 all starów i dobra obudowa, złej może nie wystarczyć 4 all starów.

.

Jakkaz

Nie no, Durant batów nie zbiera, jak od 2 lat pod każdym postem o nim jest nazywany zdrajcą średnio przez 50% komentujących. Biedny LeBron. Poza tym nigdzie nie napisałem, że nie doceniam jego wielkości, bo dla mnie jest jednym z najlepszych historii. Wszyscy tutaj odnosimy się do pierwszego komentarza jak to ponoć Jordan miał super team, a LeBron nie, co biorąc pod uwagę pierwsze 3 lata MJa i przejście LeBrona do Heat jest śmieszne. I jak LeBron poszedł do super teamu to super, tak trzeba bo inni tak robią, ale jak ktoś inny to robi to jest dick-move 😉 przecież można powiedzieć, że Durant też zareagował na super team LeBrona i choć sensu to nie ma, tak nie ma sensu bronienie LeBrona za zrobienie super teamu.

A już ta pewność jak to Rockets zniszczyliby MJa to już w ogóle jest intrygująca. Jakbyś nie wiedział, na czym sport polega. Tak jak Heat zniszczyli Mavs, nie? Zresztą,

Goście All Star to nie był argument tylko przykład pokazujący mimo wszystko jakie to były drużyny. Jordan miał Pippena i role playerów. LeBronowi nikt nie bronił poza gwiazdami takich ściągnąć, zamiast załatwiać kontrakty kolegom. I o ile w meczu z rzutem Allena był świetny, o tyle po prostu miał farta jak cholera, bo powinien być 2-6 aktualnie w finałach albo 1-7, gdyby nie Kyrie, który w tamtych finałach ciągnął grę Cavs, czego statystyki nie pokażą. Ale wszyscy pamiętają super hiper ekstra blok LeBrona, jakby za ten blok dostali 20 punktów. A że chwilę potem najważniejszy rzut finałów oddał Kyrie to meh, po co, przecież to LeBron jest bogiem. Dlatego Kyriego już nie ma i dlatego ja np. LeBrona nie lubię. Bo mógłby przejść obok meczu, a artykuły i tak wyglądałyby „Lebron znów to zrobił!”.

Jak chcesz konkretniejszy argument to proszę bardzo – najlepszy zawodnik w historii mając super team i będąc faworytem nie gra za przeproszeniem takiego gówna jak LeBron z Mavs, gdzie nawet Jason Terry rzucał więcej punktów, a w czwartych kwartach Heat grali we czterech bo Lebrona nie było. Wszyscy mówią, że nie należy oceniać po mistrzostwach, a wynik 3-5 mówi jednak dużo, bo nie każda z tych porażek była przeciwko Warriors, jak to fani LeBrona by chcieli najlepiej pamiętać. Przyznam, że zaszła zamian i aktualnie LeBron jest genialny, ciągnie wszystko sam. Jednak w ubiegłych latach LeBron za często znikał, kiedy był najbardziej potrzebny, 3-5 to nie przypadek, bo spokojnie mogłoby być 5-3 albo 6-2, gdyby pojawiał się kiedy trzeba.

Uważam, że jest genialny, ale po prostu go nie lubię – za ciągłe robienie z niego boga i GOATa, którym nie jest

Jakkaz

Dodam, że Kobe w latach 2008-10 też miał tylko Gasola i ciągnął do dwóch mistrzostw takich ananasów jak Sasha Vujacić czy inny DJ Mbenga (ten to był kot)

Pawel_Jumper

Dodam, że poza Vujaciciem (btw. szacun za Szarapową) Kobe ciągnął w tych latach do mistrzostwa takich „ananasów” jak Lamar Odom, Trevor Ariza, Ron Artest, czy Andrew Bynum.
Wszyscy w wygranych przez Lakers playoffach mieli dwucyfrowe średnie punktowe.

PS.
Twoje zakochanie w jakimś dziwnym ocenianiu siły drużyn vide „ZAWSZE trzeci all star>5 dobrych role playerów” jest zabawne inaczej.
Wyciąganie 13 gracza z rosteru o zabawnym nazwisku do udowadniania czegokolwiek do hejtowania Lebrona też :)

Jakkaz

Teraz wyjaśnij, gdzie w komentarzu o Lakers było hejtowanie LeBrona

Jakkaz

Czyli solidna pierwsza piątka i bardzo dobry 6th man. A teraz spójrz na resztę tej drużyny. Skład węgla i papy. Niektórzy mieliby problem ze znalezieniem miejsca gdziekolwiek indziej, a jeśli taki zawodnik jest w drużynie mistrza NBA to mówi dużo. Nawet jeśli jest 13 albo 14 w rotacji. I moje zakochanie wynika z tego, że co najmniej połowę tego co napisałem zinterpretowałeś sobie tak jak chciałeś, żeby gładko zbić te argumenty, kiedy chodziło o coś innego. Gdzie napisałem, że ZAWSZE tak jest, to wiesz chyba tylko Ty. Po czym sam sobie zaprzeczyłeś pisząc o Lakers, którzy nie mieli ławki.

P.S. w wygranych przez Lakers playoffach może i tak, jak sobie na początku gładko szli, ale w wygranych przez Lakers finałach z Celtics, gdzie było to najważniejsze, poza Kobem i Gasolem tylko Artest cudem przekroczył 10 punktów. W playoffach z drużynami z dołu ósemki to mogli sobie błyszczeć, tylko nie miało to zbytnio znaczenia bo i tak by to wygrywali

Pawel_Jumper

Nie rozumiem skąd bierzesz dane o 13 lub 14 osobowej rotacji w playoffach i po co o tym wspominasz, skoro od finałów konferencji wzwyż to przeważnie 7-8 graczy. Już w pierwszej rundzie minuty poza garbage time gra max 9-10.

Bez jaj. Jak Lakers nie mieli ławki? A kto był 6th manem sezonu 2009/2010?
Uwaga, Lamar Odom, LA Lakers. Nie pajacuj, proszę, zwłaszcza, gdy zarzucasz komuś jakieś zaprzeczanie sobie.

Skoro Kobe rzucał w finałach o 10 punktów więcej niż Pierce, a Gasol o 3 więcej niż KG, to Fisher i Odom mogli rzucać o 5 mniej niż Allen i Rondo, skoro następnymi opcjami Bostonu w ataku byli mocno nieruchawi Baby Davis i Perkins.
A Lakers mieli do tego Bynuma i Artesta, stąd wygrali.

To Boston nie miał opcji z ławki, która by weszła za słabo starzejącego się Garnetta, który nie mógł już ciągnąć więcej niż 30 mpg.
Kobe i Gasol w tym czasie cisnęli po 42 minuty/mecz.

PS A Artest rzucił w game 7 20 punktów i trójkę daggera :)

emperor

Jeśli się mogę weciąć, to Pau Gasol z lat 2008-2010 to może najlepsza druga opcja ever w układzie niski-wysoki. On był wtedy naprawdę znakomity we wszystkim co robił, choć nie nadawał się mentalnie na pierwszą opcję w NBA.

I tak, jak można mówić o przedłużeniu rotacji (sezon się już ogarnia 15 graczami, a nie 10), nawet w play offach, to Lakers jeszcze zdobywali tytuły w trochę krótszej rotacji niż teraz. Odom, Artest (w drugim sezonie mistrzowskim), Bynum to byli znakomici gracza wokół układu Kobe-Gasol.

Dymczasem

lebron to fantastyczny koszykarz a ale kiepski lider. On ma zajebiste statsy ale nie powoduje ze reszta druzyny czuje sie wazna, ze gra lepiej, on nie wznosi partnerow z druzyny na wyzszy poziom. A to wlasnie potrafili przywolani Duncan, O’Neal, Jordan. Lebron to umiesniony placzek, to taki ronaldo, zajebisci w swoim fachu, z ktorymi ciezko sympatyzowac. (i moglby sie w koncu nauczyc dwutaktu, tyle lat juz biega z ta pilka i zawsze drobi o krok, dwa za duzo ;))

Pawel_Jumper

Ale kolego, to nie jest artykuł o Westbrooku :)

Tytus_Sz

mam dokładnie to samo wrażenie, że LeBron to taki Ronaldo w NBA, jednak bez tej całej pajacerki jak żeluś i w NBA faktycznie jest najlepszy, a nie jakby chciał tego portugalczyk

Tytus_Sz

14-stu?
40-stu?
Co to za hybrydy pan redaktorek wymyśla? Zgodnie z zasadami j. polskiego takie twory są niepoprawne, albo piszemy liczbą, albo całym słowem. Liczebniki można jedynie łaczyć z innymi wyrazami np. 14-punktowy, 8-miesięczny itp

Yarek

Michael Jordan zagrał w finałach NBA 6 razy i za każdym razem wychodził wraz z ekipą Bulls zwycięsko. Wszystko wskazuje na to, że będą to finały przegrane przez Lebrona po raz szósty, szkoda…

wpDiscuz