„Wiosna jest od grania, a nie zakochiwania”
Weszło Extra

„Wiosna jest od grania, a nie zakochiwania”

– Musieliśmy się rozstać. Mam pięć treningów w tygodniu, dwie nocne zmiany. Mecz trzeba obejrzeć, przeanalizować. Nie mam czasu na związki. Nie teraz, kiedy trwa sezon B-klasy. 

Festiwal Filmów Piłkarskich, który w ten weekend odbył się w warszawskiej Kinotece, to nie tylko projekt na pograniczu filmu i futbolu. To także prawdziwe historie, często nie do uwierzenia. Spory rozstrzał. Od najlepszego piłkarza, który nigdy nie zagrał żadnego meczu, po ambitnego trenera, który zwalniał się z pracy, odpuszczał lekarza i poświęcił swój związek, byle tylko przygotować się do treningu w B-klasie. Treningu, na który przychodziło pięć osób. Różnorodność. Właśnie to cechowało wszystkie filmy. Wybraliśmy się tam w piątek, by obejrzeć te wciągające historie i nie mamy prawa żałować. Było warto!

45

Tegoroczną edycję otworzył film, na który zwrócili uwagę, a przede wszystkim docenili, krytycy filmowi z różnych stron globu. „Kaiser” to produkcja, która miała swoją premierę w kwietniu tego roku podczas nowojorskiego festiwalu Tribeca i która opowiada historię, jaka w dzisiejszych czasach, w epoce Google’a, nie miałaby prawa się wydarzyć. Brazylijski zawodnik Carlos „Kaiser” Henrique Raposo przez blisko 25 lat swojej przygody z piłką podpisywał kontrakty w kilkunastu klubach, w tym także tych z brazylijskiego topu: Botafogo, Flamengo, Fluminense czy Vasco da Gama. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Kaiser nigdy nie zagrał żadnego meczu. Nawet nie potrafił grać w piłkę. Po prostu kochał blichtr i otoczkę, związaną z pozaboiskowym życiem piłkarzy, z którego starał się czerpać garściami.

– Często spotykam się z opinią, że zekranizowałem najlepszą historię, jaka miała miejsce w świecie futbolu – przyznaje Louis Myles. Reżyser, z którym rozmawiał Kuba Polkowski. – Gdybym nie miał przeświadczenia o sile tej historii, pewnie bym się za to w ogóle nie zabrał. Kiedy usłyszałem po raz pierwszy, że przez 25 lat jeden gość w Brazylii nabierał kolejne kluby na to, że jest piłkarzem, choć de facto nie potrafił prosto kopnąć piłki, pomyślałem – to niemożliwe. Na co producenci filmu odpowiedzieli mi: „brzmi nieprawdopodobnie, ale to prawda”.

– Cały film jest oparty na zaskakujących historiach. Musieliśmy później to wszystko weryfikować w kilku źródłach, aby potwierdzić ich prawdziwość. Generalnie, może trochę zaskoczył mnie stosunek Brazylijczyków do Kaisera. Oni go ubóstwiają. Trudno w ogóle znaleźć kogoś, kto powiedziałby o nim złe słowo. Jest dla nich pewnym mitem. Postacią trochę jak wyjętą z komiksu. Bebeto był w stanie opowiadać o Kaiserze przez kilka godzin. Odniosłem wrażenie, że ci zawodnicy robili wszystko, aby ich kolega funkcjonował w światku piłkarskim jak najdłużej – kontynuuje.

– Dużo osób myśli, że przydomek Kaisera jest inspirowany Beckenbauerem. Tymczasem wywodzi się od nazwy marki piwa w Brazylii. Historia brazylijskiego Nikodema Dyzmy. Funkcjonował w czasach, w których kłamstw nie mogła jeszcze zweryfikować wyszukiwarka Google’a. Nigdy nie zagrał, ale był w Vasco da Gama, Flamengo czy Fluminense. Nie chodziło mu o granie. Chciał podpisywać kontrakty. Żeby były pieniądze na zabawę. Mówił otwarcie, że jest uzależniony od kobiet, imprez i seksu. I taki człowiek funkcjonował przez kilkanaście lat w najlepszych klubach Ameryki Południowej – Kuba Polkowski.

4

Pamiętacie historię Sorina Oproiescu, studenta z Rumunii, który próbował nabrać działaczy Wisły Kraków, że jest piłkarzem? W dobie internetu nie miał na to najmniejszych szans. Co innego Kaiser, który mógł nawet symulować kontuzje. W końcu w czasach, w których „grał”, nie było rezonansu.

W jego przypadku potwierdziło się, że kłamstwo powtarzane tysiąc razy staje się prawdą. Teorię bycia piłkarzem zaliczył śpiewająco. Zawodowy oszust.

*

– Żeby osiągnąć sukces, musisz mieć coś więcej niż nadzieję – Kaiser.

*

Uważam go za obrazę dla zawodowej piłki – Zico.

*

Rio de Janeiro w latach osiemdziesiątych należało do wielkich piłkarzy. Jeśli ktoś zaliczył cztery największe zespoły – Vasco da Gama, Botafogo, Fluminense, Flamengo – mógł mieć wszystko. I Kaiser miał wszystko. Wszystko, oprócz umiejętności. Miał bowiem jeden problem – piłkę. Był dobry we wszystkim, fatalny w piłce. Unikał jej.

– Zawsze był tam, gdzie nie było piłki. Kiedy ona znajdowała się na lewej stronie, on uciekał na prawą – trener przygotowania fizycznego Botafogo.

– Po gierkach mówiłem mu, że nawet nie dotknął piłki. Odpowiadał, że taki ma styl – trener Botafogo.

Był królem nocnego życia. Upodobnił się do Renato Gaucho, świetnego napastnika. Przekonywał dziewczyny, że to on strzela te wszystkie gole. Zapraszał je do hotelów, sypiał z nimi, a wszystko na rachunek Renato, który… miał przez niego problemy z żoną. – Żona miała pretensję, że szlajam się po lokalach. A ja siedziałem na zgrupowaniach. To był Kaiser! Raz został zdemaskowany, kiedy prawdziwy Renato podszedł do jego stolika w nocnym klubie – Kaiser siedział, oczywiście, w towarzystwie kilku kobiet – ale potem przyznał, że nie sposób gniewać się na tego człowieka.

Na człowieka, który spędzał w każdym klubie po kilka miesięcy i uciekał. Przyznawał, że jego transfery świętowano, gdy przychodził i odchodził. Przekonywał, że grał w najlepszych brazylijskich klubach (co po części było prawdą), a także w Europie, w barwach Ajaccio. Tak naprawdę nigdy nie trafił na Korsykę. Koszulki i pamiątki załatwiał mu znajomy. Kaiser ma zdjęcie w trykocie Ajaccio z rzekomego treningu. Tylko że… miał na sobie koszulkę meczową, a wokół niego nie było nikogo. Trudno przypuszczać, żeby był to trening indywidualny.

Zmyślony pobyt w Ajaccio dał mu jednak to, czego potrzebował – papierek, będący dowodem, że tam grał. Oczywiście załatwiony od znajomego.

4

Pewnego razu trafił do Bangu FC. Klubu doktora Castro, mafiozy. Nie był to pierwszy klub, w którym udawał kontuzje, ale w końcu, kiedy był zdrowy, o czwartej w nocy zadzwonił telefon. Kaiser świętował w klubie nocnym. W słuchawce usłyszał Castro, który kazał mu stawić się rano na zgrupowaniu i usiąść na ławce. Wrócił do domu, gdy inni się budzili. Nie wiedział, co ze sobą zrobić. – Jak można być piłkarzem i zamartwiać się szansą na boisku – śmiał się później jeden z dziennikarzy. Kaiser jednak się przełamał i poszedł. Zaczął na ławce, w końcu został wysłany na rozgrzewkę. Zza płotu obrażali go kibice rywali. W końcu… przeskoczył przez płot i uderzył jednego z nich. Dostał czerwoną kartkę. Znów wymyślił, jak nie grać. Jak widać – nie ograniczał się tylko do zwykłego symulowania kontuzji, choć te były u niego na porządku dziennym.

Po meczu do szatni wszedł Castro. Chciał już wyciągać pistolet, ale Kaiser przekonał go, że zdecydował się uderzyć kibica, bo obrażał on jego ukochanego prezesa.

Skończyło się na tym, że Castro wydłużył jego kontrakt o trzy miesiące.

*

We Fluminense na treningu krył go junior.

– Ile zarabiasz?

– Tyle i tyle…

– Dam ci dwa razy więcej, jeśli mnie sfaulujesz i będę miał kontuzję.

*

W końcu zaczęła się sława – wywiady, występy w telewizji. W żadnym klubie nikomu zbytnio nie przeszkadzał, bo potrafił załatwiać dziewczyny. Za co cenili go szczególnie w Botafogo.

Ta historia jest niesamowita. W dzisiejszych czasach niewyobrażalna. 25 lat fikcyjnego życia, które przecież wydarzyło się naprawdę. Na zakończenie filmu Kaiser jednak płakał. Dziś, z króla nocnego życia, zostały tylko strzępy.

– Mając dziesięć lat, marzyłem o grze w piłkę i wyrwaniu się z dziury, w której żyłem. Szybko zmarła mi mama, zostałem z ciotkami. Dwie starsze kobiety. Musiałem postawić na futbol. Miałem też syna, nie okazywałem mu miłości. Nie zasługuję na bycie ojcem.

– Życie wiele mi zabrało, począwszy od mamy. A ja tak naprawdę nikogo nie skrzywdziłem. Tylko wykorzystywałem okazje.

Karierę zakończył trzynaście lat temu. Do czasu emisji filmu nikt go nie zdemaskował. CBF potwierdziło, że był zarejestrowany jako zawodowy piłkarz. Niektóre kluby zaprzeczają, że do nich trafił. Dziś pracuje jako trener kulturystyki.

Brazylia nadal go kocha.

***

Po „Kaiserze” wybraliśmy się na film „Łobanowski”. O legendarnym trenerze ZSRR i niepodległej Ukrainy. Szkoleniowcu, który odcisnął olbrzymie piętno na rozwoju piłki nożnej i stał się inspiracją dla kolejnych pokoleń trenerów. Zimny, emocjonalnie minimalistyczny, z katorżniczym podejściem do pracy. Zawsze chciał być o krok przed rywalami, jeśli chodzi o przygotowanie do meczu. Gromadził mnóstwo danych statystycznych na temat swoich piłkarzy i był pierwszym trenerem w Związku Radzieckim, który zamówił i wykorzystywał w swojej pracy komputer, przez co ściągnął na siebie uwagę agentów KGB, nie rozumiejących, do czego może przydać się trenerowi taka maszyna. To Łobanowski stworzył dla futbolu takie gwiazdy jak między innymi Oleg Błochin, Igor Biełanow, Oleg Protasow, Serhij Rebrow, czy Andrij Szewczenko, którzy pod jego okiem byli w stanie zdemolować na boisku dużo bogatsze kluby z Europy Zachodniej.

4

Jako zawodnik ciągle kwestionował metody treningowe. Podważał bieganie po górach, podważał pływanie w basenie. Przez lata zbierał pomysły i inspiracje, aż w końcu objął posadę trenera w Dnipro. W debiucie przegrał, ale ludziom podobał się styl jego pracy. Po kilku latach przyszła oferta z Dynama Kijów, które objął wraz z Olkiem Bazyłewiczem. Obaj doszli do wniosku, że w metodach treningowych trzeba coś zmienić, wprowadzić nowy system. Łobanowski badał, do czego jest zdolny piłkarz. Jego zawodnicy trenowali trzy razy dziennie. Kończyli o 21, kiedy inne zespoły już dawno odpoczywały.  Postawił na ciężką pracę i trening fizyczny, który miał wprowadzić zmiany fizjologiczne u piłkarzy.

Nie pozwalał graczom w pełni odpoczywać. Za plecami czasami nazywano go Hitlerem. Ale najwięksi szkoleniowcy, którzy osiągnęli sukces w Związku Radzieckim, byli trenerami-dyktatorami.

*

– Wielu z nas wymiotowało w toaletach – Oleg Błochin.

*

Nadawał graczom oceny liczbowe. Miał swoją geometrię futbolu. Rozrysowywał na boisku każdy kwadrat. Był perfekcjonistą. Zaczerpnął trochę z holenderskiego futbolu totalnego. Carlo Ancelotti przyznawał, że jego zespoły były przede wszystkim bardzo dynamiczne.

Jasne, Dynamo było dużym klubem już przed Łobanowskim, ale drużyna, którą zna i pamięta każdy, miała swój początek w momencie, gdy został jej trenerem. Podczas trenerskiego pobytu Łobanowskiego w Dynamie klub odnosił największe sukcesy w historii, zdobywając osiem razy mistrzostwo kraju (1974, 1975, 1977, 1980, 1981, 1985, 1986, 1990), sześć razy krajowy puchar (1974, 1978, 1982, 1985, 1987, 1990), dwa razy Puchar Zdobywców Pucharów w latach 1975 i 1986 oraz Superpuchar Europy w 1975.

To historia trenera, który kreował piłkę nożną w sposób, w jaki sam chciał ją widzieć. Z reprezentacją zdobył brązowy medal w 1976 r. na olimpiadzie w Montrealu, ale generalnie tam nie był aż tak ubóstwiany. Brakowało kolejnych sukcesów. – Jesteś w porządku, ale zabierz swoje notatki, bo nas drażnią – powiedzieli mu w pewnym momencie działacze kadry ZSRR.

Do Dynama wracał cały czas. W 1997, już w niepodległej Ukrainie, poprowadził klub raz jeszcze. Początkowo wszyscy gracze byli przerażeni, słysząc o jego reżimie. Na zgrupowaniach faktycznie nie było litości. Niektórzy wymiotowali krwią. Ale przyniosło to skutek. Dynamo odprawiło chociażby Barcelonę. Łabanowski pozwolił im uwierzyć, że wcale nie są gorsi. – By pokonać innych, pokonaj najpierw siebie – to było jego motto.

Przez trzydzieści lat pracy potwierdził, że to trenerzy mogą stworzyć wybitnych zawodników, a nie polegać tylko na tym, co dostaną.

Kiedy Andrij Szewczenko wygrał Ligę Mistrzów, zawiózł puchar pod jego pomnik. Zdobycie tego trofeum było marzeniem Łobanowskiego, którego niestety nie doczekał.

***

Ostatni film, na który się wybraliśmy, przedstawiał historię prosto z niższych lig. Z B-klasy. „Wiosna Smoków” to jeden z największych tegorocznych zaskoczeń w kategorii: polskie dokumenty o tematyce piłkarskiej. W tym roku pokazywany był już na prestiżowym festiwalu 11mm w Berlinie, a do producentów spływają kolejne zaproszenia, w tym z Azji i Ameryki Południowej. Historia drużyny z peryferii mazowieckiej B-klasy, Czerwonych Smoków Brwinów, zaskakuje humorem i świetnym odzwierciedleniem realiów panujących w szatni piłkarskiej, na tym często najbardziej urokliwym – najniższym szczeblu rozgrywek. Kto zna klimat niższych lig, może mieć małe deja vu.

– Niesamowicie zaskoczyła mnie ta produkcja, ponieważ to film ze zgłoszenia. Mieliśmy nabór, każdy mógł się zgłosić. To świetnie zrealizowana produkcja, współfinansowana przez Polski Instytut Sztuki Filmowej. Na pierwszy plan wysuwa się postać trenera – Pawła Milewskiego. Barwna osoba. Wiadomo, jak to jest w B-klasie. Sporo przekleństw, folkloru, ale ogląda się to bardzo przyjemnie – Kuba Polkowski.

25-letni Paweł marzy o tym, aby kiedyś zostać trenerem Arsenalu. Jako początkujący trener, nie ma jednak nic wspólnego ze sławą Kanonierów. Przeciwnie – pierwszą samodzielną pracą, jaką udaje mu się podjąć, jest trenowanie Czerwonych Smoków Brwinów, czyli najgorszego zespołu piłkarskiego w mazowieckiej B-klasie. “Wiosna Smoków” to dramat sportowy o twardych i bezwzględnych regułach rządzących sportem, ale i sport nie jest jedynym tematem tego filmu. To o wiele więcej. Mamy tutaj uniwersalną opowieść o marzeniach i marzycielach, o outsiderach, którzy nigdy się nie poddają, o przyjaźni i solidarności. To film mówiący, że nawet jeśli znajdziemy się na dnie, w finale możemy okazać się zwycięzcami. Wszystko zależy od nas samych. Zwłaszcza nasze własne życie.

 4

– Zawsze interesowali mnie outsiderzy. Natknąłem się kiedyś na artykuł Piotra Wesołowicza w Gazecie Wyborczej o tym, że jest taka drużyna, że są najsłabsi w Polsce i że grają najgorszą piłkę. Później to wszystko zbiegło się w czasie. Pojechaliśmy do Brwinowa zobaczyć, jak to wszystko wygląda i podczas naszej pierwszej dokumentacji odbywał się trening Smoków z nowym trenerem, Pawłem Milewskim. To był kluczowy moment. Bardzo spodobała nam się energia Pawła i już nie mieliśmy żadnych wątpliwości, że warto kontynuować te zdjęcia – przyznawał reżyser Jarosław Wszędybył.

W rundzie jesiennej przegrali wszystkie mecze. Prezes postanowił zmienić trenera. Sięgnął po Pawła Milewskiego. – Daję ci piętnastu zawodników. Rób z nimi, co chcesz – zakomunikował.

Paweł żył marzeniami. W pewnym momencie wrócił do małego domu, gdzie czekała na niego żona i pies, do którego mówił, że co prawda teraz jest ciężko, ale jak będą w Arsenalu – chociażby tym z Kijowa – dziewczyny będą im podawały szampany. Do tego momentu na pewno nie dojdzie, bowiem ich związek rozpadł się w trakcie rundy wiosennej. – Musieliśmy się rozstać. Mam pięć treningów w tygodniu, dwie nocne zmiany. Mecz trzeba obejrzeć, przeanalizować. Nie mam czasu na związki. Nie teraz, kiedy trwa sezon B-klasy – przyznawał Paweł. W końcu – jak przewijało się w filmie – wiosna jest od grania, a nie zakochiwania.

To pasjonat, który zderzył się z b-klasowymi realiami. Zawodnikom nie chciało się trenować, nie zależało im na grze. Pewnego razu Paweł zwolnił się wcześniej z pracy, odpuścił lekarza, by zdążyć na trening, na którym spotkał zaledwie garstkę osób. Zastanawiał się, czy dalsza współpraca ma sens. Zawodnicy jednak się zmotywowali, przepracowali okres przygotowawczy, co przyniosło skutki. Wygrali pierwszy mecz 1:0. Po meczu świętowali, pili, a Paweł analizował spotkanie na laptopie. Było kilka zwycięstw, niestety – w końcu przytrafiła się porażka.

Porażka, której można było uniknąć. Paweł chciał uprawnić do gry dwóch zawodników, niestety klub miał zaległości finansowe. Na kolejnym spotkaniu zabrakło wody. Kolejny mecz się nie odbył, bo sędzia nie otrzymał pieniędzy. Wszystko zaczęło się sypać. Nawarstwiały się kłótnie z prezesem, które nie przynosiły skutku. Trener postanowił zrezygnować wraz z końcem sezonu. Wraz z nim pozostali zawodnicy. Z którymi wcześniej był w stanie stworzyć jedną drużynę. Walczyli do końca sezonu. Zdobyli szesnaście punktów, strzelili czterdzieści goli. Nie byli już najsłabsi w kraju.

To historia bez szczęśliwego zakończenia, ale idealnie odwzorowująca realia panujące w polskiej B-klasie. Ambitny trener, marzący o pracy w Arsenalu, zderzył się ze ścianą. Ścianą, która co prawda go nie złamała – po odejściu z klubu prowadził, i nadal prowadzi, inne zespoły – ale odcisnęła na nim spore piętno.

Po seansie odbyło się spotkanie z trenerem i reżyserem.

4

***

Festiwal Filmów Piłkarskich pokazał, że tego typu produkcje mają przed sobą świetlaną przyszłość. Wszystko zależy od kreatywności reżyserów. Spójrzmy na „Wiosnę Smoków” – temat niższych lig mógł wydawać się nieco oklepany, jak się jednak okazało, wciąż można z niego wyciągnąć bardzo wiele. Sam film trwał niecałą godzinę, a stworzono go z osiemdziesięciu godzin nagrań. Jak przyznał reżyser – można było zrobić z tego jeszcze dwa, trzy osobne filmy.

Festiwal kończy się dziś. – Mocnym tytułem jest film zamykający całe wydarzenie. W niedzielę o 20 pokażemy „Nossa Chape”. Opowieść o drużynie Chapecoense, która rozbiła się pod koniec 2016 roku. Przeżyło trzech piłkarzy. Oglądając film, przekonamy się, jak wyglądają losy tej drużyny. Jak odnajdują się wdowy po zmarłych zawodnikach, które w wielu przypadkach nie pracowały. Żyły z wychowywania dzieci i nagle trudno było odnaleźć się im w nowej rzeczywistości. Film miał premierę tydzień temu na festiwalu w Cannes. Śledząc festiwale zagraniczne, „Nossa Chape” pojawi się tam najwcześniej  za rok. Nam udało się ściągnąć ten film już teraz. To pokaz zamknięty, niebiletowany. Ale jeżeli ktoś spotka mnie na festiwalu, zagada, pewnie uda się coś załatwić – przyznał Kuba Polkowski.

Zostało jeszcze trochę czasu, więc zachęcamy. A nuż się uda.

Norbert Skórzewski

KOMENTARZE (1)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

wpDiscuz