Gdyby nie Liverpool nie wiem, czy byłbym jeszcze na tym świecie
Weszło Extra

Gdyby nie Liverpool nie wiem, czy byłbym jeszcze na tym świecie

– Wychodząc z pociągu w Liverpoolu, zacząłem człapać do szpitala. Tam leżałem zapłakany na podłodze. Nie zapomnę momentu, kiedy czekałem na izbie przyjęć, a przede mną umierał muzułmanin. Mama trzymała go na rękach. Nigdy nie słyszałem tak przeraźliwego krzyku. Wtedy klęczałem na kolanach, zaciskałem pięść, gryzłem się po rękach. W końcu zaprowadzili mnie na łóżko, podali leki przeciwbólowe. Czułem się zdewastowany, ale zdawałem sobie sprawę, że za trzy godziny zaczyna się mecz. Powiedzieli, że zostawią mnie w szpitalu. Musiałem kłamać. „Nie pójdę na mecz, tylko od razu do hotelu. Wypuśćcie mnie”. Podpisałem zgodę, dostałem tabletki i pobiegłem na mecz. Zrobiłem to dla Liverpoolu.

Paweł Łambucki to polski fanatyk Liverpoolu, który pisze doktorat na temat The Reds. Kilka lat temu przeprowadził się do Anglii. Opowiada nam o trudach pracy fizycznej na Wyspach, całodobowych podróżach pociągiem, byle tylko pojechać na mecz i pasji, bez której – jak sam mówi – różnie mogłoby z nim być i kto wie, czy dziś jeszcze byłby na tym świecie. Zapraszamy.

*

Cześć, Norbert.

Cześć, Steven.

A nie Paweł?!

Steven. Pamiętam moją pierwszą integrację, kiedy przyjechałem na studia do Szczecina. Poszliśmy na piwo, poznawaliśmy się. Zapytali, jak na mnie wołają. Przez większość swojego życia chodziłem w koszulkach Liverpoolu. Pierwszą z nich była czerwona koszulka Stevena Gerrarda i żółta Robbiego Fowlera. Wydałem na nie 200 złotych, chociaż jeszcze wtedy nie pracowałem. Mogłem pojechać z mamą nad morze – rarytas, bowiem nie pochodziłem z bogatej rodziny – ale zdecydowałem się kupić dwie koszulki Liverpoolu i spędzić wakacje w domu. Kiedy koledzy zapytali, jak mają na mnie mówić, nie miałem wątpliwości – tylko Steven. Czasami wydaje mi się, że niektórzy nie znają mojego prawdziwego imienia. Tym bardziej że w Anglii Stevenów jest bardzo dużo.

Jak wkręciłeś się w kibicowanie Liverpoolowi?

Zacząłem kibicować mniej więcej piętnaście lat temu. W 2002 czy 2003 roku. Ważną rolę odegrał oczywiście Jerzy Dudek, jak dla mnie jeden z trzech najlepszych bramkarzy w historii reprezentacji Polski obok Tomaszewskiego i Młynarczyka. W domu było ciężko. Mieliśmy jeden telewizor, nie mogłem pozwolić sobie na oglądanie zbyt wielu meczów. Starałem się oglądać to, co od czasu do czasu leciało w otwartej telewizji, ale nie zawsze dostawałem pozwolenie – nieraz mama miała jakieś plany, nieraz tata. Ale chłonąłem piłkę nożną. Mecze Liverpoolu, Arsenalu, nieraz nawet Manchesteru United. Brałem to, co było. Jednym z pierwszych wspomnień związanych z The Reds jest finał z Deportivo Alaves z 2001 roku. To był decydujący moment. Zacząłem skupiać się na Liverpoolu. A momentem, w którym poczułem, że to moja drużyna i moje życie, było spotkanie z Bayerem Leverkusen, w którego składzie występował Jacek Krzynówek. Mecz fazy pucharowej. Jurek Dudek w bramce, wygrana 3:1. Liverpool sięgnął po piąty tytuł w Europie, a ja zdałem sobie wtedy sprawę, że to jest mój klub.

Miałem 16 lat. Już wcześniej oglądałem Liverpool, ale to był przełomowy moment. Wstęp do fanatyzmu. Bardzo często mecze „oglądało się” na livesport. Nie zapomnę tego momentu. Sezon 2007/2008. Liverpool – Everton. Sami Hyypia strzela samobója, potem karny Dirka Kuijta, a w doliczonym czasie gry bramka Holendra z karnego. Jakie tam były emocje… Do domu wracało się z wielkim bananem na twarzy. Duma rozpierała. Wcześniej oglądałem polską piłkę. Pierwszą drużyną, której kibicowałem była Pogoń Szczecin, w której grali Majdan, Gęsior, Podbrożny czy Ława. Portowcy to moja drużyna, a Szczecin – od momentu wyjazdu na studia – moje miasto. Mimo że jestem z Dolnego Śląska – wychowywałem się w bardzo małej miejscowości – myśląc dom, zawszę myślę o Szczecinie. Dał mi za dużo, żebym przechodził obojętnie obok tej nazwy. Kiedy przyjeżdżam na urlop do Polski, nie ma możliwości, żebym tutaj nie wpadł – chociaż na chwilę. To taki mój drugi Liverpool. Oba miasta mają bardzo dużo podobieństw. Przede wszystkim porty, będące ich bardzo ważnymi częściami. Historia również jest ciekawa. W obu miastach są drużyny, bez których nie wyobrażam sobie życia. Jestem szczęśliwy, że w 2008 roku – po zdaniu matury – wybrałem to miejsce. Najlepsza decyzja w moim życiu. Ale przede wszystkim cieszę się, że mam w sercu Liverpool, bo dla mnie to coś więcej niż klub.

Co zafascynowało cię w Liverpoolu?

Liverpool jest dla mnie idealny w każdym calu. Wybrałem klub, nie patrząc na kolorowe okładki sportowych magazynów. Poczułem w sercu „to coś”. Trafiłem szóstkę w totka. Może mówię to nieobiektywnie, bo kocham ten klub całym swoim sercem, ale według mnie Liverpool ma najlepszych kibiców na świecie. Jesteśmy najbardziej fanatyczni i mamy świetną historię, którą można szczycić się wszędzie. Historia drużyny to nie tylko wielkie triumfy, święcone w czasach Boba Paisley’a czy Kenny’ego Dalglisha, ale również historia pisana smutną częścią futbolu. Dwiema największym tragediami w dziejach piłki nożnej. W 1985 na Heysel podczas finału Pucharu Europy, kiedy graliśmy z Juventusem i przegraliśmy 0:1 po golu Platiniego z karnego, i w 1989 na Hillsborough.

Historia fascynuje mnie od kiedy poszedłem do podstawówki. Nie wyobrażałem sobie studiowania czegoś innego. Kiedy skończyłem studia i napisałem pracę o Beatlesach, zdałem sobie sprawę, że wciąż nie spełniam swoich marzeń, do których dążę. Zadzwoniłem do profesora, powiedziałem, że chciałbym napisać doktorat o Liverpoolu. Początkowo nie wiedziałem, czy się do tego nadaję. Całe wakacje głowiłem się, czy mam składać papiery czy nie. Ale czułem w sercu, że muszę to zrobić. Profesor bardzo się cieszył, że pojawiła mi się taka myśl w głowie. Nie czekając, napisałem projekt, wypełniłem wszystkie formalności, które umożliwiły mi podjęcie studiów doktoranckich, ale przede wszystkim przystąpienie do komisji, która musiała sprawdzić mnie jako osobę, czy się nadaję. Udało się. Wiedziałem, że mogę teraz połączyć historię z Liverpoolem. Czyli dwie najważniejsze rzeczy w życiu. W przyszłości chcę pracować jako człowiek zajmujący się historią tego klubu. Chcę napisać pierwszy doktorat o Liverpoolu w Polsce. Marzy mi się zrobić krok, żeby ludzie zainteresowali się jakie to wyjątkowe miasto i klub.

Jak obecnie wygląda twoja sytuacja z doktoratem?

Zdałem wszystkie egzaminy. Doktorat – pod względem ocen – jest skończony. Zanim podjąłem studia, szukałem pracy. Niemożliwe jest zajmować się tylko doktoratem. Złożyłem kilkanaście CV, nie było żadnego odzewu. Wtedy pojawiła się możliwość, żeby pojechać do Anglii. Z jednej strony strasznie się przeraziłem, ale wyjazd okazał się strzałem w dziesiątkę. Umożliwił mi zarobienie pieniędzy, które przeznaczyłem na Liverpool. Bo żeby badać historię danego miasta, trzeba w nim być, poznawać mentalność mieszkańców. Jeżeli nie miałbym miłości do Liverpoolu, wyjechałbym do Anglii i pewnie za dwa miesiące wrócił. Za bardzo tęsknię za Polską. Do tej pory myślę, jak pogodzić powrót do Polski z Liverpoolem. Gdybym znalazł w naszym kraju pracę za minimum trzy tysiące złotych i mógłbym przynajmniej dwa-trzy razy w miesiącu latać na mecze, nie byłoby mnie już w Anglii. Siedzę tam tylko i wyłącznie dla mojej misji związanej z doktoratem i miłością do klubu.

Jeżeli ktoś mówi, że Anglia to nie wiadomo jakie pieniądze i przyjemne życie, strasznie się myli. To ciężki kawałek chleba. Cofam się w rozwoju. Pracuję w fabryce kosmetyków, jako pracownik fizyczny nieposiadający żadnego respektu. Czasami nie mam pieniędzy i muszę pójść do pracy dorywczej – do szklarni, fabryki żywności. To cholernie ciężkie prace. Ostatnio zdałem sobie sprawę, że zbliża się finał w Kijowie, więc łapałem się każdej możliwej roboty. Stałem na szklarni, w pozycji zgiętej, gdzie było czterdzieści stopni. Wkładałem kawałki papierków w kwiatki. Kręgosłup bolał po godzinie. W drugiej pracy stałem ubrany w czepek i miotłę – sprzątałem czysty podest dla ciężarówek. Kamera nad głową, nikogo nie interesuje, że tak naprawdę to zbędne zajęcie. Albo przerzucałem półkilogramowe pudełka – sześć ton w ciągu sześciu godzin. I tak w kółko – jedna nudna, ciężka czynność. Nie miałem nad sobą zegarka, zacząłem o 6 rano. Po przerzuceniu dwóch palet zacząłem się zastanawiać. „Chyba czas na przerwę, pewnie już koło 11”. Była 7:12… Chciało mi się płakać. Zacząłem zastanawiać się, co ja tutaj robię. „Upokarzam się w tej pracy” – pomyślałem. Na szczęście w takich sytuacjach, prędzej czy później, pomyślę o Liverpoolu. Motywacja. Patrzę na zegarek, ocieram czoło z potu, idę szybko napić się wody, i byle do drugiej, piątej, szóstej. Potem przychodzę zmęczony, nie mam siły nawet zjeść, ale mam tę pasję, bez której bym sobie nie poradził. Ta praca jest czymś bardzo ciężkim. Życie w Anglii to może i są tysiące, ale w przeliczeniu. Wydasz je na lekarza i w wieku 40 lat będziesz się czuł jak 65-latek. Ale ważne cele wymagają poświęceń.

4

Czuję się specyficznie. Mieszkam niedaleko Brighton, przy samym kanale La Manche. Do Liverpoolu – przez Londyn – mam prawie 500 kilometrów w jedną stronę. Chciałbym się przeprowadzić do Liverpoolu, ale nie mam pieniędzy, a trzeba mieć coś na start. Jedna podróż zajmuje mi mniej więcej szesnaście godzin, a często na drugi dzień muszę wstać do pracy i spędzić tam dwanaście godzin. To bardzo trudne i drogie. Wraz z dziewczyną mieszkamy w turystycznym regionie, takim jak Kołobrzeg. Mieszkania są dwa razy droższe niż w Liverpoolu. Za kawalerkę płacimy 650 funtów miesięcznie. W Liverpoolu mieszkanie trzypokojowe kosztuje 350-400 funtów. To główna tragedia. Jedynym powodem, dla którego nadal pracuję w tamtym miejscu jest fakt, że to praca cztery na cztery. Cztery razy po dwanaście godzin, cztery dni wolne. To daje mi większy urlop i większą możliwość wyjazdu na mecze. W pracy spędzam więc mniej więcej 48 godzin, dostaję średnio 260 funtów tygodniowo, z czego 150 potrzebuję na mieszkanie i jedzenie. Stówka zostaje, ale czasami jest tak, że mam siedemnaście godzin do wypłaty, wtedy zostaje 110 funtów i nie mam pieniędzy na mieszkanie i jedzenie. A zbliża się mecz Liverpoolu. I zaczyna się kombinowanie. Pożyczanie pieniędzy. Myślenie na zasadzie – tu coś sprzedam drożej, kupię taniej, pożyczę od sąsiada, dziewczyny. Potem zastanawiam się, jak ja te pieniądze oddam.

Ludzie wyjeżdżają do Anglii w celach zarobkowych. Siedzę tam pięć lat, mam zaoszczędzone może 800 funtów. Wszystkie swoje pieniądze wydałem na Liverpool. To są najlepiej zagospodarowane pieniądze w moim życiu.

Nie żałujesz.

Nie. Nie doceniam ludzi, którzy wyjechali, a teraz mają mieszkania i samochody, ale robią to wszystko kosztem marzeń. Ja mam coś więcej. Posiadam tak ważną wartość w sercu, marzenie, które spełniłem, że nie przesypiam swojego życia. Ludzie często wyjeżdżają za granicę po to, żeby w wieku 40 lat obudzić się w pięknym domu i samochodzie, ale przespać najlepsze lata swojego życia. Nie wyobrażam sobie pracować tylko i wyłącznie dla pieniędzy. Korzyści materialne, przy pasji i możliwości samorealizacji, są nic niewarte. Liverpool nauczył mnie dwóch bardzo ważnych zasad. Nawet jeżeli wydasz wszystkie oszczędności swojego życia, będzie cię to kosztować zdrowie i poświęcenie, warto spełniać marzenia. Dodatkowo nauczyłem się być lepszym człowiekiem, bardziej empatycznym, walczącym z rasizmem.

W jaki sposób?

Jadąc na mecz, mam styczność z różnymi ludźmi. Anglia jest trochę krajem multikulturowym. Pracuję z Polakami, Rumunami, Senegalczykami, Hiszpanami. Niektórych cudzoziemców niektóre narodowości odpychają. A ja nie mam z tym problemu. Otwieram się na ludzi. Nie potrafię spojrzeć na kogoś z pewnym stereotypem. Dla mnie każdy człowiek, w momencie poznania, jest osobą absolutnie czystą.

Jak ważna jest dla ciebie pasja?

Powiem ci coś takiego, czego chyba nie powinienem mówić. Gdyby nie Liverpool, nie wiem, czy byłbym jeszcze na tym świecie.

To bardzo mocne stwierdzenie.

Życie jest trudne. Nieraz było pod górkę, ale zdałem sobie sprawę, że mając Liverpool, stałem się najbogatszym człowiekiem na świecie. Większość mojego życia to Liverpool, Liverpool i jeszcze raz Liverpool. Radość po zwycięstwie, olbrzymi stres, sprawdzanie tabeli, liczenie, ile punktów możemy zdobyć w następnych meczach. Pasja wypełnia mi większość dnia, ale idąc do znajomych staram się nie męczyć ich rozmowami o Liverpoolu. Podobnie z dziewczyną. To tylko i wyłącznie moja przyjemność, z którą żyję.

Normalne. Też nie lubię rozmawiać ze znajomymi o piłce, chociaż przecież się nią nie nudzę.

Może bierze się to też z tego, że nie kibicuję Liverpoolowi na pokaz. Od czasu do czasu dodaje zdjęcia w mediach społecznościowych, ale raczej nie są to fotografie ze mną w roli głównej. Bardziej dodaję po prostu posty o Liverpoolu, pokazujące, że tym żyję. I nie interesuję mnie, czy ktoś to komentuje. Są ludzie, którzy dodają swoje zdjęcia na stadionach, ale spoglądając na nie, widzę, że tylko się dowartościowują. Chcą, żeby im zazdrościć. Nie lubię tego. Ponadto nienawidzę, gdy ktoś myśli, że ma prawo oceniać, kto jest lepszym kibicem a kto gorszym. Nie widzę różnicy między mną – kiedy wydaję wszystkie pieniądze na Liverpool i jeżdżę cały czas na mecze – a osobą, która nigdy na takim spotkaniu nie była, ale chciałaby pojechać. Liczą się chęci, nie zawsze każdy ma możliwości.

Zdarza się, że polscy kibice nie rozumieją fanów zagranicznych zespołów. Jeżeli chodzi o ciebie – tak naprawdę nie różnisz się wiele od przykładowego kibica ŁKS-u Łódź, który jeździ za swoim klubem przez całą Polskę.

Przede wszystkim nie jestem kibicem, który jest w stanie strzelić komuś w twarz za Liverpool. Jeżeli ktoś mnie obrazi, wtedy podejmę dyskusję. Jeżeli mnie uderzy – oddam. Jednak nikogo nie prowokuję. A zdarza się, że ktoś przebiega w koszulce Barcelony czy Manchesteru i powie coś obraźliwego. Ale naprawdę, nie przejmuję się tym. Piknikami nie można zawracać sobie głowy. To najczęściej osoby, które nie potrafią powiedzieć za wiele o historii swojej drużyny, a nawet o miejscu w tabeli i sytuacji w aktualnym sezonie. Problem polega na tym, że polski fanatyzm w latach 90. to było chuligaństwo. W Anglii te lata również były bardzo trudne, z tym że tam mało kto zdecyduje się wbiec na boisko, ponieważ zdaje sobie sprawę, jakie są konsekwencje jego czynu. Kary pieniężne, zakaz oglądania spotkań. Dla mnie to byłby wyrok, śmierć przez powieszenie.

6

5

Problem polega na tym, że będąc fanatycznym kibicem, czuję się jak terrorysta, który kocha Liverpool, ale zamiast bomby w ręku ma bombę w sercu, w której jest miłość, pasja i duma. To są trzy najważniejsze wartości w moim życiu. Trzeba mieć pasję, by napędzała cię do działania. Miłość i dumę, która jest podstawą każdego kibica. Nie ma większej wartości niż poczucie dumy – po zwycięstwie, remisie i porażce. O to w tym wszystkim chodzi.

Pamiętasz swój pierwszy wyjazd na mecz Liverpoolu z Polski?

Sezon 2011/2012. Oczywiście już wcześniej marzyłem o tym, żeby pojechać. Trzeba było zrobić pierwszy krok. Zaczynał się ostatni rok studiów magisterskich, pracowałem jako ochroniarz w sklepie dla kobiet. Zarabiałem 6,30 na godzinę. Odkładałem na wyjazd dwa-trzy miesiące. Jedyną opcją załatwienia biletu był wówczas zakup pięć razy droższego przez internet. Dwa bilety kosztowały mnie 280 funtów. Olbrzymie pieniądze, ale dałbym drugie tyle. Poleciałem na West Brom, zamówiłem hotel. Bilet przynosili na recepcję. Trenerem był wówczas człowiek, który – jak kiedyś powiedział mi kolega – dał Liverpoolowi tyle, że znaleźlibyśmy dla niego wymówkę, nawet gdyby wszedł do supermarketu i zabił pięćdziesiąt osób. Kenny Dalglish. Dzień przed wyjazdem oglądałem najgorsze miejsca na stadionach, gdzie po prostu nic nie widać. No i… dostałem właśnie takie miejsce. Nie widziałem połowy stadionu. Moja dziewczyna siedziała obok, kiedy ktoś stawał przed nią, nie dostrzegała nic. Poprosiłem stewarda, żeby nas przesadził, bo było troszeczkę wolnych miejsc. Na szczęście tyle się udało, niestety przegraliśmy. To był festiwal nieskuteczności. 0:1. Pepe Reina nie popisał się przy tej bramce, ale i tak go uwielbiam. Kibice w Polsce może go nie lubią – Dudek zrobił bardzo dużo, żeby Liverpool zdobył Ligę Mistrzów, a Benitez zdecydował się na Hiszpana. Bolało, ale Reina to gość, który zaczynał od zera, a skończył na samym szczycie obok Gerrarda. Moim zdaniem to bramkarz, który gra nogami tak samo jak Neuer. Gdy posiadał piłkę przy nodze, czułem się najbezpieczniejszym człowiekiem na świecie. To zawodnik, który obok Carraghera robił bardzo dobrą robotę w szatni. Gość, który świetnie bronił karne. Miał w sobie sportową radość. Dla mnie to złoto nie człowiek – uwielbiam go.

Podczas mojego pierwszego wyjazdu podpisał mi koszulkę. Do tej pory mam ją w szafie, podpisaną jeszcze przez Jonjo Shelveya i mojego ulubieńca – Fabio Aurelio. Nawet zastanawiałem się, czy nie nazwać tak syna.

Sam mecz przegraliśmy, a przed spotkaniem wszyscy mówili mi, że najważniejsze jest to, żebym zobaczył bramkę. Nie udało się, ale to był pierwszy i zarazem najlepszy wyjazd w moim życiu. Do dziś nie zapomnę powrotu pociągiem. Jechaliśmy przez Poznań do Szczecina. Byłem zniesmaczony, że skończyły się cztery dni mojego snu i marzenia. Jadąc przez Dąbie zdałem sobie sprawę, że tam jest moje życie. Że muszę wrócić. Moment kulminacyjny, który dał mi solidnego kopa. Wiedziałem, że zrobię wszystko, żeby tam wyjechać.

Rok później skończyłem studia. W 2013 roku zaliczyłem kolejny wyjazd. Jeszcze gorsza organizacja niż w przypadku pierwszego. Byłem niechlujem. Pojechałem dzień przed meczem i myślałem, że kupię bilet. Szczyt głupoty. Prosiłem pod stadionem, ale każdy pukał się w czoło. Mieszkałem u gościa na Couchsurfingu. Na szczęście był na tyle miły, że zadzwonił dzień przed meczem do osób, które nie mogły wybrać się na to spotkanie, wystarczyło przelać pieniądze na ich konto, i gościu mi to załatwił. Kolejny raz trafiłem szóstkę w totka. Znów dużo sytuacji, znów bez goli – tym razem 0:0. Zdałem sobie wtedy sprawę, że nie jeździ się dla bramek, lecz dla ludzi, dla zdzierania gardła, dla piłkarzy. To taka współpraca. Oni dają ci w życiu bardzo wiele, ty chcesz im podziękować, więc oddajesz miłość, zdzierasz gardło. Robię to nawet częściej niż się modlę, ale zawsze modlę się przed meczem, więc i tak nie jest źle.

Potem zaczęły się twoje wyjazdy z Anglii.

Po zwolnieniu Dalglisha przyszedł czas na Brendana Rodgersa. To był bardzo ciekawy sezon, ponieważ mieszkając w Anglii, zacząłem mocniej zastanawiać się, jak załatwiać sobie bilety. Zabukowałem sobie wszystkie mecze pucharowe. Wiadomo – niepewność. Albo gramy u siebie i mam wejściówkę na mecz trzeciej czy czwartej rundy, albo jest wyjazd i go nie mam. Przyznali mi bilet na Middlesbrough, ale byłem wtedy akurat w Polsce. Myślałem, że monitor będzie do wyrzucenia – 2:2, 14:13 w karnych, a mnie nie było. Ale trafiłem na mecz ze Swansea. Pojechałem z dziewczyną do Liverpoolu. Tułaliśmy się autobusami. Fabiański się rozgrzewał, ale zaczął mecz na ławce. Wtedy jednak widziałem go po raz pierwszy. Rywali objęli prowadzenie, myślałem, że znowu czeka mnie to samo. Ale w samej końcówce trafili Balotelli i Lovren. To było niesamowite uczucie. Siedziałem w drugim rzędzie od dołu. Balotelli rozgrzewał się – a właściwie więcej gadał niż się rozgrzewał – pięć metrów ode mnie. Do hotelu wracałem zahipnotyzowany. Chciałem, żeby chwila trwała. Czułem się tak podekscytowany, że zastanawiałem się, kiedy pojadę na następny mecz.

Niestety. W sezonie, w którym wygrywaliśmy mecz za meczem i prawie sięgnęliśmy po mistrzostwo, pojechałem tylko na jedno spotkanie, do tego charytatywne. W żaden sposób nie mogłem zdobyć biletów.

Jak przeżyłeś poślizgnięcie się Gerrarda?

Oglądałem ten mecz w domu. Wystarczył nam remis. Widziałem, jak się poślizgnął. Nie odezwałem się. Siedziałem przed komputerem, serce mi łupało. Nie miałem pretensji do Stevena. Mecz można było zremisować, ale nie mogłem zwalać na niego winy, bo w życiu za dużo mi dał. Zdarzyło się, niestety, ale niczego nie może to przekreślić.

Jak podczas pobytu w Anglii ewoluowała twoja miłość do Liverpoolu?

W następnym sezonie zjawiałem się na stadionie już znacznie częściej. Swoją historię regularnego chodzenia na mecze rozpoczynałem tak naprawdę od najniższego szczebla. Chodziłem na mecze pucharowe z drużynami z niższych lig, choć inni mówili, że nie warto. Ale dla mnie było to spełnienie marzeń. Jechałem na mecze z Blackburn Rovers czy Boltonem i byłem zadowolony. Coraz bardziej wkręcałem się w Liverpool. Pamiętam, że po zwolnieniu Rodgersa prosiłem Boga, żeby przyszedł Klopp. Bardzo odpowiadała mi jego charyzma. Zachowuje się jak ja  – jeździ kolanami po murawie, a ja po panelach. To osoba, która myśli sercem. Rozum też jest potrzebny, ale serce podpowiada najwięcej.

Jego początki wcale nie były łatwe, w pewnym momencie mówiło się nawet o jego zwolnieniu.

Pojawiały się transparenty „Klopp out” i podobne rzeczy. Styczeń 2017 był tragiczny – po meczu z Sunderlandem, kończącym rok, kiedy zremisowaliśmy 2:2, rozpoczął się bardzo zły okres. Do tego dochodziła słaba, anemiczna gra. Najmocniej dostawało się trenerowi. Na szczęście Liverpool dał mu czas na przetrwanie kryzysu. Nie wiem, kto wywieszał wtedy te transparenty, ale najchętniej podszedłbym i chyba go strzelił. Nie wyrzuciłbym Kloppa z Liverpoolu za żadne skarby.

W sezonie, w którym doszliśmy do finału Ligi Europy z Sevillą, miałem osiem czy dziewięć biletów na mecze domowe w lidze. Drugiej kategorii, ale zawsze coś. Posiadałem jednak również wejściówki na wszystkie spotkania Ligi Europy. Poczułem się doceniony. Poświęcenie dało efekt. Z tego sezonu zapamiętam jednak przede wszystkim mecz z Bournemouth. Wyjazd o 6 rano, w Liverpoolu byłem po dwunastu godzinach. Mecz zaczynał się dwie godziny później. Wygraliśmy 1:0, wszystko ładnie pięknie, tyle tylko że nie zarezerwowałem hotelu. Do północy siedziałem w McDonaldzie, potem pojechałem na lotnisko i starałem się spać w pozycji siedzącej. Rano, ledwo żywy, czekałem na autobus i spędziłem kolejne trzynaście godzin w drodze powrotnej. Jeden wyjazd – doba w autobusie, dziesięć godzin na lotnisku. W końcu wróciłem do domu i nawet nie pamiętam, czy coś zjadłem. Nie miałem na nic siły. Po raz trzeci w życiu wypiłem energetyka. Nie piję tych świństw, ale wtedy tak zamykały mi się oczy, że nie miałem wyboru.4

Generalnie w Anglii trudno o bilety, tym bardziej na mecze wyjazdowe. Na stronie, na której kupuje się bilet, trzeba stworzyć swoją historię. Pierwszeństwo mają ci, którzy zobaczyli piętnaście czy czternaście spotkań. Przez to nie mogę pojechać na żaden wyjazd. Filozofia meczów wyjazdowych w Liverpoolu jest – mówiąc szczerze – strasznie głupia. Nie mam szans kupić biletu. Jeżeli chcesz go kupić, pierwszeństwo mają ci, którzy zobaczyli w zeszłym sezonie na przykład dwanaście meczów na wyjeździe. Potem jedenaście, dziesięć, dziewięć. I koniec. Nie dojdzie do zera, bo wtedy wszystko jest już wyprzedane. Proszę znajomych. „Zamiast dwudziestu funtów dam ci sto” – mówię. Nie wiem, skąd znajdę te pieniądze, ale po prostu chcę pojechać na mecz wyjazdowy.

Na takie spotkania jeżdżą ludzie, którzy nie siedzą na krzesełkach, lecz krzyczą, skaczą i odpalają race, choć – niestety – zdarzają się też pozoranci. Udało mi się pojechać dwa razy na Wembley i na jeden wyjazd z West Hamem. Bilet dostałem, wyjątkowo, dzięki koledze. To był mecz przed finałem z City na Wembley, więc niektórzy odpuścili to spotkanie pucharowe. Niestety, często nie wyciągam wniosków z tego, co mówią mi ludzie. Jadąc na wyjazd na West Ham, chłopaki ubrali się normalnie, a ja oczywiście chciałem pokazać, jakim to jestem wielkim kibicem – kurtka Liverpoolu, koszulka. Pojechaliśmy pociągiem, piliśmy piwa. W angielskich pociągach normalnie można to robić, ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem. Podszedł do nas konduktor. „O, panowie. Są piwa, będzie mandat” – powiedział. No i… zabrał sobie jedno piwo. W końcu wysiedliśmy. Weszliśmy do pubu West Hamu. Chryste Panie… Sami kibice w koszulkach gospodarzy, ja jeden w barwach Liverpoolu. Zakryłem znaczek. Kumpel powiedział, że gdyby to były lata 80., nie miałbym siły podnosić zębów z podłogi. Na szczęście nic się nie stało, wszedłem na stadion, w międzyczasie się zgubiłem, ale ostatecznie trafiłem na wyznaczone miejsce. Blisko murawy, za naszym bramkarzem. Ten wyjazd to była dzicz. Śpiewanie bez przerwy. Niestety, widzę, że na angielskich trybunach – na sektorach dla najzagorzalszych fanów – również zdarzają się ludzie, którzy chcą się tylko i wyłącznie pochwalić. Przez cały mecz robią sobie zdjęcia, są skupieni na własnej osobie. To mnie trochę boli. Uważam, że tacy ludzie nie powinni jeździć na mecze. Ja, siedząc w domu, krzycząc przed telewizorem, tracę głos, a oni zajmują miejsca…

W pamięci zostały mi jeszcze obrazki z metra, po meczu. Ludzie dosłownie się taranowali. Przeskakiwaliśmy przez bramki, trzeba było jak najszybciej dojechać do domu, a było z dwadzieścia przystanków metrem, więc jechało się z 20 minut. Przeskakując przez bramkę, połowę ciała miałem przed wejściem, połowę – za. Tak byłem przyciśnięty. Tam mogło dojść do jakiejś tragedii.

Inna sytuacja z wyjazdu, tym razem na domowy mecz z CSKA Moskwa w tym sezonie, który był wyjątkowy, ponieważ skończyłem w szpitalu. Mam problemy z nerkami, które bardzo bagatelizuję. Kamienie na nerkach. To dziedziczne. Przyjeżdżam specjalnie do Szczecina do lekarza. A w szpitalu skończyłem, bo miałem atak. Jadąc z samego rana na mecz, nie czułem nic od pasa w dół. Zaczęły się bóle, a bóle kolki nerkowej są bardzo silne. Wychodząc z pociągu w Liverpoolu, zacząłem człapać do szpitala. Tam leżałem zapłakany na podłodze. Nie zapomnę momentu, kiedy czekałem na izbie przyjęć, a przede mną umierał muzułmanin. Mama trzymała go na rękach. Nigdy nie słyszałem tak przeraźliwego krzyku. Wtedy klęczałem na kolanach, zaciskałem pięść, gryzłem się po rękach. W końcu zaprowadzili mnie na łóżko, podali leki przeciwbólowe. Czułem się zdewastowany, ale zdawałem sobie sprawę, że za trzy godziny zaczyna się mecz. Powiedzieli, że zostawią mnie w szpitalu. Musiałem kłamać. „Nie pójdę na mecz, tylko od razu do hotelu. Wypuśćcie mnie”. Podpisałem zgodę, dostałem tabletki i pobiegłem na mecz. Zrobiłem to dla Liverpoolu. Wziąłem jeszcze dwie tabletki, ale potem już ich nie potrzebowałem – udzieliła mi się atmosfera stadionu.

Od czasu do czasu mi również zdarza się odpuścić mecz, bo nie mam pieniędzy. W pracy kombinuję niesamowicie. Wymyślam choroby, spotkania, żeby tylko pojechać na mecz. Dla Liverpoolu ryzykuję dużo, ale nie tylko dla niego – także dla mojego zwykłego, codziennego życia. Bo jeżeli mam mało godzin w robocie, a jeszcze jadę na mecz z noclegiem, wypłaty jest tyle co kot napłakał. Zostaje chleb z margaryną, ale najem się wspomnieniami.

Wspomnieniami, które na pewno zagwarantuje ci obecny sezon.

Ten sezon jest moją wisienką na torcie. Jadąc na mecz z Hoffenheim, w czwartej rundzie eliminacji Ligi Mistrzów, kiedy wygraliśmy 4:2 na Anfield, dodałem zdjęcie na Facebooka i napisałem, że to będzie mój sezon życia. I to jest mój sezon życia. Uważam, że gramy najpiękniejszą piłkę w całej Premier League. Prezentujemy najlepszy futbol w Europie. Mamy bardzo dobrych ofensywnych zawodników, defensywa też prezentuje się solidnie. Przegraliśmy 1:4 z Tottenhamem, wcześniej było też 0:5 z City, ale widać wyraźny postęp. Przyszedł Virgil van Dijk i okazał się receptą na całe zło. Liverpool ustatkował się w obronie, a w ofensywie robi magię. Mane, Salah, Firmino… Po bramce Salaha w rewanżowym starciu Ligi Mistrzów z City nie obliczyłem wyskoku i uderzyłem głową w drewnianą, starą futrynę. Nie wiedziałem, co się dzieje. Upadłem na podłogę. Szybko przyłożyłem ręcznik z zimną wodą i krzyczałem dalej, ale pamiątka została na całe życie. Jest dużo momentów, w których dewastuję lodówki, rzucam telefonami, ale tylko wtedy, kiedy jestem sam w domu. Rozwaliłem już z pięć telefonów, nowy też troszeczkę wygląda na zniszczony. Ale warto, bo to cudowny sezon.

Mam nadzieję, że Salah nie odejdzie. Biorąc pod uwagę kwoty transferowe, widać, że pieniądz zaczyna rządzić piłką nożną. Wypiera lojalność piłkarzy względem klubów, dlatego zaczynam się obawiać o przyszłych graczy, którzy już pewnie nie zostaną legendami Liverpoolu. Mam upatrzonego tylko jednego zawodnika, który jest bardzo niedoceniony – Roberto Fimino. Dochodzi tutaj wątek Hoffenheim. Drużyny, którą również bardzo lubię. Pamiętam jak tracili bardzo dużo bramek, ale również dużo strzelali. Brazylijczyk odgrywał tam kluczową rolę. Mówiłem kolegom, że chciałbym zobaczyć go kiedyś w Liverpoolu. Będąc na uczelni, odpaliłem komputer. Zobaczyłem nagłówek, że Firmino przechodzi do Anglii. To był najlepszy transfer, jaki zrobiliśmy. Z jednej strony cieszy mnie, że tak się go nie docenia, bo widzę w nim przyszłość na następne lata. To gracz, który przy szybkości Mane i fenomenie Salaha jest osobą ukrytą, ale robiącą bardzo ważną robotę na boisku. Potrafi świetnie się zastawiać, dryblować, uderzyć z dystansu. Kompletny napastnik. Podpisał teraz długoterminowy kontrakt. Ma szansę stać się legendą. Daje nadzieję, obok Jordana Hendersona, że pieniądze to nie wszystko.

7

Jak czujesz się z tym, że pieniądze rządzą piłką?

Steven Gerrard powiedział bardzo ważną rzecz. Jedno trofeum z Liverpoolem byłoby dla niego ważniejsze niż wiele z Chelsea. To było w momencie, kiedy pojawiały się pogłoski odnośnie do jego odejścia. Zdaję sobie jednak sprawę, że dziś takie podejście zdarza się bardzo rzadko. Przykład Philippe Coutinho. Świetny zawodnik, który w Barcelonie sobie poradzi, ale nigdy nie będzie numerem jeden. A tutaj miał wszystko, żeby się nim stać. Katalończycy niefajnie pogrywali. Dawali mu ultimatum – teraz albo nigdy. Chłopak zaczął się stresować. Poleciał na kość, którą rzuciła mu Barcelona. W momencie gdy zainteresował się nim inny klub, zapomniał, że my tak bardzo go kochamy. Nie widział tego. Poczułem się trochę jak zbity pies.

Pytanie, czy warto przywiązywać się do zawodników, skoro za chwilę i tak odejdą?

To trudne pytanie. Kiedy Coutinho przyjedzie na Anfield ani go nie wygwiżdżę, ani nie będę bił mu braw. Jest dla mnie zawodnikiem, który po prostu był i odszedł. Żeby wygrać z Barceloną Ligę Mistrzów, no ale coś się nie udało. Generalnie Premier League jest najbardziej dochodową ligą na świecie. Przeszkadza mi płacenie ogromnych kwot za zawodników. Niestety, ale w tym momencie historię robią pieniądze, a nie drużyny. Pozytyw jest taki, że w lidze angielskiej jest konkurencja. Nie ma monotonii. Coś za coś.

Z drugiej strony kibice stają się konsumentami.

Odkąd jeżdżę na Liverpool, mieliśmy jeden mały bunt, kiedy ceny biletów mały wzrosnąć do 77 funtów. Kibice wychodzili wtedy właśnie w 77. minucie, ja postanowiłem zostać. Nie wyjdę z takiego meczu, bo dla Liverpoolu poświęcę każde pieniądze. Znamienne jest to, że kibice wychodzili przy 2:0, a skończyło się 2:2…

Nie dość, że słabo wyglądało to w telewizji to – jak się okazało – miało też bezpośredni wpływ na wynik.

Nie wiedziałem, co się dzieje. Wyjście zadziałało na dekoncentrację zawodników, ale moim zdaniem kibice zrobili dobrze. W ogóle decyzja o podniesieniu cen biletów to jest nonsens. Na stadion Liverpoolu przychodzą osoby, które kochają swoje miasto i klub. Przychodzą na mecze z dumy i pasji. Na trybunie największych fanatyków widziałem ostatnio dziadka, syna i wnuka. Świetnie to wyglądało. Dla mnie każda z osób przychodzących na stadion jest bohaterem. A bohaterów powinno się czcić, a nie rzucać im kłody pod nogi. Piłka nożna bez kibiców nie ma racji bytu.

Jaka jest twoja największa kibicowska porażka?

Losowanie dodatkowej puli biletów na finał Ligi Mistrzów. 11 maja. Nigdy nie dostałem tak w pysk. Napisali mi, że jestem na miejscu nr 12000 w kwalifikacji o bilet. Wcześniej poszedłem do kościoła pomodlić się. Odświeżałem pocztę pięćdziesiąt razy dziennie. Dowiedziałem się, że się nie dostałem. Pierwsze co, to otworzyłem wino. To był dla mnie policzek w twarz, bo uważam, że zasługuję na ten finał. Nie wyobrażam sobie, żeby sezon życia, który przeżywam, zakończył się dla mnie wcześniej. To tak, jakbym nie dożył ważnego momentu w moim życiu. Jakbym jechał do kumpla do szpitala, a on by dzień wcześniej zmarł.

Używasz naprawdę mocnych porównań.

Tak się czuję. Jak zbity pies. Nie ukrywam, że robię wszystko, aby ten bilet dostać. Proponuję ludziom po 800-1000 funtów, bo tylko tyle mam. Zdaję sobie jednak sprawę, że w najbliższą sobotę moje miejsce jest w Kijowie. I nie pod stadionem. Chcę wypruć płuca za Liverpool. To mój obowiązek. Chciałem poprosić, jeżeli to możliwe, o pomocną dłoń. Nie chcę nic za darmo. Chciałbym, aby osoba, która ma bilet i na ten finał nie pojedzie, albo taka, która ma szansę go dostać, dała mi znać. Zapłacę więcej, zrobię wszystko. Po prostu marzy mi się tam być.

Poświęcam życie dla Liverpoolu. Nie wiem, czy Bóg jest w stanie zabrać mi Liverpool.

Rozważasz pojechanie do Kijowa bez biletu?

Nie wiem, czy zdziałam coś na miejscu. Bardzo dużo ludzi jeździ bez biletu. Dla mnie stanie pod stadionem byłoby jak picie szampana bezalkoholowego na sylwestra. Tonący chwyta się brzytwy. Nie liczę na łaskę, ale liczę na pomoc. Nie wiem, czy ktoś będzie w stanie mi pomóc, ale wiem, że gdyby był to Zbigniew Boniek, mój syn na drugie imię dostanie Zbyszek. Po tacie i panu Bońku.

Rozmawiał Norbert Skórzewski

KOMENTARZE (51)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
theczarek

WESZŁO, widzę, że artykuł o „grubym” Rado zdjęliście. a czy zamierzacie sprostować czy ściema i udawanie, że nic się nie stało?
bo docinać klubom, że chowają głowę w piasek to łatwo, ale samu się przyznać do błędu to już gorzej?

przypomnę – Weszło wrzuciło wczoraj artykuł z fotką Rado, jaki to on nie jest gruby i ma wielki brzuch. Do tego psychoanaliza zawodnika, jego dokonania, rys historyczny jego brzucha z fotkami na koniec szydera z eklapy, że daje się ogrywac takiemy grubasowi.
Okazało się na koniec, że Rado na tym zdjęciu miał pod koszulką rękawice Malarza 😀 a weszło się ośmieszyło.
Także czekamy na sprostowanie, trochę odwagi!

Michal Sz

Skoro usunęli to widocznie zrozumieli błąd. Co więcej chcesz, przeprosiny na całą stronę główną? Jeśli miałeś cokolwiek wspólnego z pisaniem artykułów czy czekogolwiek to byś wiedział, że buble się po prostu wywala, a nie o nich przypomina, poza skrajnymi przypadkami.

theczarek

wielu ludzi to przeczytało i sobie wyrobiło opinię. oni nie dostali info, że weszło wywaliło bubel ze strony a cała sytuacja była wpadką redakcji.

a skoro już pytasz o mnie – jak bym miał cokolwiek wspólnego z pisaniem artykułów to wprowadził bym coś czego najwidoczniej brakuje branży czyli uczciwość i rzetelność dziennikarską.

No ale po co mają się wysilać, jak w gronie odbiorców przeważają takie lemingi jak Ty, dla których wystarczy usunąć lipną treść i olać złe imie, jakie stworzyli konkretnemu człowiekowi.

Michal Sz

Dobrze, że dałeś „Ty” z dużej litery, inaczej ten „leming” zabrzmiał by niekulturalnie.

Największym problemem tego portalu, jak i w ogóle internetu, są tacy czepliwi frustraci jak ty, których za każdą wpadkę trzeba sto razy przepraszać i padać przed czytelnikami na kolana. Dobrze że Weszło ma to w dupie i się tym nie przejmuje.

Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz

Ale kto mówi o przepraszaniu sto razy? Wystarczy raz.

Michal Sz

Wielu osobom na tym portalu i raz by nie wystarczył o czym Weszło dobrze wie, dlatego zapewne nie zawraca sobie tym głowy. Wiem czym są sprostowania i wiem, że nie trzeba ich dawać za każdym razem, tylko dlatego, że komuś coś się nie spodoba.

theczarek

„Wielu osobom na tym portalu i raz by nie wystarczył o czym Weszło dobrze wie, dlatego zapewne nie zawraca sobie tym głowy. Wiem czym są sprostowania i wiem, że nie trzeba ich dawać za każdym razem, tylko dlatego, że komuś coś się nie spodoba.”

Ty naprawdę nie rozumiesz, że to nie jest coś co się komuś podoba czy nie, a artykuł, w którym autor nabijał się z innego człowieka a absolutnie nie miał racji. to nie jest błędna informacja o zmianie w zarządzie Piasta a bezpośrednie POMÓWIENIE,

Michal Sz

No i usunęli ten artykuł. Dla mnie to załatwia sprawę, jak Radovic poczuł się urażony to niech się do nich zgłosi z pretensjami. Nie chcę mi się dalej ciągnąć tego tematu, bo i tak się nie dogadamy.

theczarek

on może nawet nie widzieć o jego istnieniu, ale jak pisałem, nawet ja wie, to ma to pewnie w D.

raczej się nie dogadamy, bo Ty masz podejście, że jak na kogoś publicznie nakłamiesz, to póki ten się nie odezwie z pretensją, to nie ma sprawy. to jest właśnie świat fake newsów, który jest szambem dzisiejszych czasów. walimy co popadnie, a sprostujemy, jak ktoś się faktycznie zglosi, co tam, liczą się kliki.
Wiesz, właśnie przez te fake newsy ludzie tracą zaufanie do mediów. a Ty jako podobno doświadczony w branży problemu nie widzisz, i to tylko pokazuje, jak nisko media obecnie upadły. klikikliki, nic innego sie nie liczy. rzetelność mediów, uczciwość. no, nie ma szans na takie przejawy słabości, co nie? bo po co. nie ma potrzeby być rzetelnym, jeśli obrzucony gównem tego nie zauważył lub ma nas w D.

No ale jak mamy się dogadać, jak Ty jesteś przekonany, że ja walczę o to, żeby weszło przeprosiło swoich czytelników 😀 parodia, i takim zrozumieniem tekstu pisanego legitymuje się człowiek obnoszący się „doświadczeniem w pisaniu artykułów”. no, komedia po prostu, komedia :)

Michal Sz

Daj sobie koleś już spokój. Chcesz to sobie o coś walcz, ja tu wchodzę dla rozrywki, a nie żeby z kimś wojować. Z moiej strony tyle.

Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz

Chciałbym wiedzieć w których mediach ty pracowałeś. Sądząc po prezentowanym przez ciebie poziomie intelektualnym, obstawiam gazeta.pl

theczarek

cieszę się, że skończyły Ci się argumenty i wracasz do rozrywki. pozdrawiam,.

Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz

Tu nie chodzi o to, że komuś coś się nie podoba, tylko o to, że opublikowali nieprawdziwą informację. Jeśli tego nie rozumiesz to nie powinieneś pracować na bardziej odpowiedzialnym stanowisku niż szeregowy pracownik fabryki

theczarek

naprawdę, brak mi słów na Twój tok myślenia.
Internet właśnie dlatego jest szambem, bo brakuje w nim jakości.
A Ty nawet nie zrozumiałeś, kogo weszło pomówiło i kogo powinno przeprosić, albo chociaż sprostować artykuł.
i NIE panie Michale, naprawdę nie chodzi mi o przepraszanie takich czepliwych frustratów jak ja a o dobre imie osoby pomówionej na portalu. Która pewnie i tak ma to w D, bo opinia na weszło może obchodzić jakiś gówniarzy jeśli w ogóle, ale chodzi o zasadę. Weszło często lubi wytykać innym ignoranctwo i słabą jakość, więc jak najbardziej zasługują na punktowanie.

Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz

Wiesz czym są sprostowania?

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

beniamin_zaremba

Czyli podsumowując, koleś jest permanentnie spłukany, wykonuje prace, których nienawidzi i o których sam mówi, że mają negatywny wpływ na jego rozwój intelektualny, a wszystko to w imię miłości do międzynarodowej korporacji, szumnie zwanej klubem.
Sorry, chłopie, ale jesteś głupszy nawet od tych troglodytów, którzy przychodzą na stadion po to, żeby sobie postrzelać z wyrzutni.

theczarek

za ostatni akapit chciałem Cię właśnie jakoś jakoś zripostować, bo aż nie przystoi wskazywać kogoś jako jeszcze głupszego od tych tryglodytów, ale myślę, myślę i wiesz co, chyba jednak jest pewne ryzyko, że możesz miec rację :/
Choć swoją drogą gość może być po prostu lekko odchylony od normy w stronę około autystyczną – na przykład zespół Aspergera idąc za wiki objawia się m.in. szczególnie pochłaniającymi, obsesyjnymi zainteresowaniami. nie to że bawię się tu w psychologa ale staram się jakoś gościa obronić bo ciężko uwierzyć, że jest po prostu głupi a jak inaczej wytłumaczyć taką obsesję?

serek
Zagłębie Lubin

pełna zgoda. jeszcze zwróciłem uwagę na fragment:
>Wybrałem klub, nie patrząc na kolorowe okładki sportowych magazynów.
Tylko, że zawsze tak mówią kibice zagranicznych klubów, ale jakoś nie wybierają oni SPAL, tylko Milan, Liverpool a nie Millwall lub Barcelonę a nie Gimnastic Terragona.

Michal Sz

To że wybierają Milan, a nie Gimnastic Terragonę to akurat zrozumiałe – Milan można w telewizji oglądać, a takie mniejsze kluby na ogół nie, może jedynie jak grają w lidze lub w krajowym pucharze z kimś dużym. Mieszkając w innym kraju nie masz więc zbytnio możliwości się nimi zainteresować. Poza tym te większe kluby mają historię, swoje legendy itp, a czym może się pochwalić takie SPAL żeby zaciekawiść kogoś z Polski?

Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz

Wszystko to jest zrozumiałe, tylko po co opowiadać, że wybrało się klub „nie patrząc na kolorowe okładki sportowych magazynów”?

Michal Sz

Nie wiem, może po prostu na nie nie patrzył :)

Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz

Czyli nie zrozumiałeś sensu prostej metafory. Współczuję.

Michal Sz

A ty nie zrozumiałeś żartu, wspłczuję.

Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz

Najpierw się wykłócasz, a potem twierdzisz, że to na żarty. Brawo.

(L) 15 x Mistrz
Wasza Stolica, Chamy

IT’S A PRANK, BRO

(L) 15 x Mistrz
Wasza Stolica, Chamy

zesrałem się ze śmiechu. Serio, to nie ironia, po prostu zwieracz mi nie wytrzymał. Masz mi teraz wyprać majciochy

tazan
Piast

ja rozumiem – fanatyzm, ale to już jest moim zdaniem przesada… powodzenia..

Michal Sz

Koleś jest niestety chyba chory i zupełnie oderwany od rzeczywistości. Do tego brzmi trochę jak życiowy nieudacznik, bo sam znam kilka osób, które pojechały do Anglii i nawet pracując w fabrykach doszły do dobrego poziomu. Fajnie, że ma pasję, ale to jego zaangażowanie jest przesadne.

Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz

” kilka osób, które pojechały do Anglii i nawet pracując w fabrykach doszły do dobrego poziomu.”

Pracując w fabryce nie da się dojść do żadnego poziomu. Możesz co najwyżej zostać kierownikiem zmiany, a kolejny szczebel w hierarchii to zmiana miejsca pracy.

Michal Sz

Nie znasz każdej sytuacji więc nie uogólniaj. Doszli do takiego poziomu, że stać ich było na kupno mieszkania i w miarę wygodne życie. To nie jest byle co, więc nie mędrkuj.

Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz

Każdej sytuacji nie znam, ale akurat w tym przypadku generalizowanie jest jak najbardziej uprawnione. Pracując w fabryce nie da się żyć na dobrym poziomie.

theczarek

bo to pewnie zależy, co jest dla kogo dobrym poziomem… pewnie dla kogoś takiego jak Michał, który, co warto podkreślić, miał do czynienia z pisaniem artykułów, brak konieczności dzielenia mieszkania z innymi osobami poza założoną przez siebie rodziną, jest wyznacznikiem „dobrego poziomu” i tutaj trudno nie zgodzić się z tezą, że ogarnięty pracownik dobrej fabryki ma szansę taki status osiągnąć;)

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz

Gdzie widzisz sprzeczność?

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

JezusChwastus
Football Club Betlejem

Ludzie mają różne marzenia, ale to ku..a to jest paranoja. Co to ku..a za marzenie oglądać igrzyska z 22 ludkami biegającymi za piłką. Mam marzenie – zostać fanatycznym kibicem liverpoolu. Hmm 100 funtów i voila, jestem spełniony mogę umierać.

egzekutor_77
Pogoń Szczecin

„…Gdybym znalazł w naszym kraju pracę za minimum trzy tysiące złotych…”

To że niby na jakie Ty te studia poszedłeś kolego? Na historię? Niech pomyślę ……..

[jest tu gdzieś ikona FACEPALM ??? ]

theczarek

Pan przyszły Doktor Nauk Humanistycznych fantazjuje o 3k na rękę w PL… trochę żenada.

jedzie taki do UK, opowiada, jak to w PL nie można wyciągnąć z doktoratem 150 funtów tygodniowo to nie dziwne, że potem jest najazd dzikich angielskich świń na krakowskie puby, i chołota myśli, że z paroma setkami w garści będą królami życia, a kończy się w jakiejś spelunie zarzygany w objęciach 80 kilogramowej Karyny 😀

egzekutor_77
Pogoń Szczecin

Hołota amigo … ale z resztą się zgadzam ;))

Dymczasem

Ziomek, przeprowadz sie do Liverpoolu, jak sam napisales mieszkanie polowe tansze, wiecej zarobisz, wiekszy wybor zajec, moze nie beda tak monotonne. Nie bedziesz tracil czasu i pieniedzy na dojazdy. Czytajac ten wywiad z kazdym akapitem wydawales mi sie coraz bardziej…ograniczony.

egzekutor_77
Pogoń Szczecin

To jest kurwa jakiś fake :) Bo jakby kolo był aż tak niedostosowany, to by nie dał rady takiego długiego wywiadu udzielić :>

harry90

Gość pierdol..ęty… nie no brak słów. To wszystko co mówi – pasja, miłość, zaangażowanie, zgoda, każdy kto kocha jakikolwiek klub, wie o czym chłopak mówi.
Jednak mając chore nerki, o których wie, wydawać wszystkie pieniądze na mecz? I te wszystkie podróże? Mieszkam w okolicach Londynu od 6 lat, w Liverpoolu byłem 2 lata temu i ma rację z cenami, są spore różnice. I zamiast wziąć odpuścić np. 5-6 meczów Liverpoolu, odłożyć kasę, tam wyjechać do pracy, tam zamieszkać i mieć możliwość oglądania większej ilości meczów, być na tam co dzień, żyć tym miastem, to on woli podróżować po kilkanaście godzin, wydawać kupę kasy na podróże (przez które traci możliwość zarobku w pracy)… no sory, ale totalnie idiotyczne myślenie, lepiej chyba sobie odpuścić te kilka meczów, a na następny sezon mieć możliwość obejrzeć każdy mecz, każde spotkanie. Zero myślenia o przyszłości, o zabezpieczeniu w razie gdyby stracił pracę/był chory… A dziewczyna musi mieć sporo cierpliwości i nie myśleć jeszcze o ślubie, dzieciach itd skoro nic nie ma do tego…
Ogólnie, życzę mu jak najlepiej, fantastycznie się czytało o jego zaangażowaniu, miłości, o całej tej pasji, ale kurde, no trochę więcej życiowego myślenia, ogaru i myślę, że byłby jeszcze szczęśliwszy móc tam w końcu mieszkać

HarryCallahan

Sam jestem powiedzmy „sympatykiem” Liverpoolu (kibic to za dużo powiedziane) ale jak dla mnie typ ma coś z deklem i wcale nie jest jakąś fajną wizytówka Polaka zafascynowanego zagraniczną drużyną. Po pierwsze gość wydaje się strasznie niezaradny życiowo. Z jednej strony doktorat, a z drugiej marzenia o 3 k na rękę w Polsce wyrażane w takim tonie, jakby to było nie wiadomo ile pieniędzy. Wróć do Polski, zrób jakieś kursy czy podyplomówkę i będziesz zarabiał te 3 koła. Ja rozumiem, że humanista ale skoro pisze doktorat to jakimś totalnym łomem raczej nie jest, powinien być w stanie przyswoić nową wiedzę z innej dziedziny. Druga rzecz to siedzenie w Brighton gdzie wszystko jest droższe, ma gównianą pracę a do Liverpoolu 500 km. Kto go tam trzyma? Typ sprawia wrażenie, jakby myślami nie wychodził dalej niż tydzień do przodu. Z czysto kibicowskiego punktu widzenia też nie robi na mnie jakiegoś wielkiego wrażenia. Znam przypadki świrów, którzy zaliczyli znacznie więcej meczów „swojej” zagranicznej drużyny niż kilka drugorzędnych spotkań domowych w lidze czy FA Cup. Nie są przy tym jakimiś nędzarzami i nie robią z siebie ofiar losu żebrzących o bilety. To już Bobo król kibiców wydaje się być bardziej ogarnięty od tego gościa i „CV” też ma bardziej okazałe. I nie to, żeby po nim jechać. Fajnie, że ma pasję ale naprawdę mógłby się ogarnąć co wyszło by na dobre i pasji i generalnie samemu zainteresowanemu – mam tu na myśli przede wszystkim zdrowie i ogólną sytuację bytową.

Kriss1980

Jak dla mnie, koleś ma pasje i nie wstydzi sie tego. Pokazal to jaki jest w tym wywiadzie, pewne rzeczy sa bardzo osobiste moze teraz żałuje, że tyle powiedzial może nie. Ale jak dla mnie to ograniczeni są hejtujący, któży siedzą w polsce od dzieciaka, niczego nie widzieli, nie poznali. Myślący, że praca poza granicami własnego kraju jest ławta I przyjemna. Znacie jeden punkt widzenia I wszystko inne Co odbiega od „waszej” normy jest debilne, ograniczone. Chłopcy weźcie sie w garść i przyjmicie do siebie to, że każdy może byc fanem na swój k… sposób. Życze kolesiowi powodzenia I tyle na ten temat.

MattFedd
GKS Katowice

Ja też siedzę w UK, nie mam doktoratu, a nie pracuję w fabryce, nie sprzatam, nie pracuję na zmywaku. Chłop musi być strasznym życiowym nieogarem. Naprawdę, jeżeli masz coś więcej niż orzeszek w głowie nie musisz się w tym kraju napracować a pieniądze możesz zarabiać przyzwoite. Nie mogę czytać jak mu ciężko i źle, bo nie przyjmuję do wiadomości że wykształcony chłop ma problem ze znalezieniem pracy innej niż fizyczna w UK.

Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz

Jakim atutem na rynku pracy jest tytuł magistra historii zdobyty w Polsce?

gogal1204

Trochę miękki chłopak. Praca którą opisywał jako straszną to no bez przesady. Na pewno nie jest ona lekka, ale jak to niemal wywoływało u niego płacz to sorry. A przeprowadzka do Liverpoolu. Cóż jeśli mecze tej drużyny są dla niego tak istotne to dawno powinien to zrobić. Liverpool to taki klub który decydując się na ostatni etap sprzedaży biletów czyli general sale stosuje dyskryminację terytorialną. Miałby chłopak większą szansę na bilety.

grobari

Chłopie pobudka.Mieszkalem w Liverpoolu i nie ma tam problemu z pracą szczegolnie w ,,polskim” tj Morissie.Nawet FC Liverpool otworzyl tam swoj wearhouse gdzie tak jak w tego pracach zarabia się najnizszą krajową ale sądzę po wywiadzie ze dla Ciebie byla by to bajka.Dwu osobowe mieszkanie na Anfield,czy Evertonie to koszt rzedu 600 funtów miesiecznie,a Ty regularnie zapierniczasz dniami i nocami na mecz z jakiegoś Brighton….

Bartek Kiezun

Doceniam i szanuje, ze masz pasje ale z tego co piszesz to chyba lepiej by bylo, zebys wrocil do domu. Masz jakas przejebana robote 48h za 250 funtow? Albo klamiesz na potrzeby materialu albo jakis nieudacznik jestes. 40h, dom, duzy samochod i duzo czasu na pasje i dwojke dzieci to moj status. Aha i znam przynajmniej 20 osob co maja tak samo jak ja. Niestety nie poznalem nikogo o takim statusie jak ty. Brzmi jak zart.

wpDiscuz