Lech? Jaki Lech?! To Jagiellonia jest drugą siłą w lidze!
Weszło

Lech? Jaki Lech?! To Jagiellonia jest drugą siłą w lidze!

Legia Warszawa przeżywa najlepszy okres w całej swojej historii. Jeszcze nigdy nie zdobyła trzech tytułów mistrzowskich z rzędu oraz – siłą rzeczy – nigdy nie udało jej się sięgnąć po 5 tytułów na przestrzeni 6 lat. Zresztą to drugie osiągnięcie wykracza poza historię samego warszawskiego klubu, bo – jako że nikt nigdy nie wygrał ekstraklasy 6 razy z rzędu – jest to wyrównanie najlepszych sześcioletnich serii z całej historii naszej piłki ligowej. 5 tytułów mistrzowskich na przestrzeni 6 sezonów to wynik, jaki padł wcześniej tylko dwa razy. Udało się to Ruchowi Chorzów w latach 30. (a właściwie Ruchowi Wielkie Hajduki) oraz Górnikowi Zabrze w latach 60. (tam było nawet 5 tytułów z rzędu).

To jednak nie ma być tekst poświęcony Legii, ale jej konkurentom. Jakkolwiek spojrzeć, tak imponujący dorobek warszawian to także zasługa innych ligowych zespołów, które nie potrafiły odpowiednio mocno na Legię nacisnąć i wykorzystać jej potknięć. A najlepiej o tym świadczy fakt, że w tym sezonie warszawianie sięgnęli po tytuł z 11 porażkami na koncie – nigdy wcześniej żaden inny mistrz nie został obity tyle razy. Największe zastrzeżenia w tym względzie można mieć oczywiście do Lecha, który w tym sezonie zaprzepaścił wielką szansę na mistrza, totalnie kompromitując się w grupie mistrzowskiej. Zresztą bilans 1 zwycięstwa, 2 remisów i 4 porażek mówi sam za siebie. – Dzięki za wszystko, Bjelica dzięki za wszystko – śpiewali wczoraj w Poznaniu warszawscy kibice i naprawdę trudno oprzeć się wrażeniu, że te podziękowania były w jakiś sposób zasadne.

Lech to bowiem w teorii klub najlepiej przygotowany, by zdetronizować Legię. Ma najwięcej kasy, w ostatnim czasie być może nawet więcej niż sami warszawianie. Ma stadion, kibiców i akademię, a przede wszystkim ma bardzo duże aspiracje. Problem w tym, że na nich zazwyczaj się kończy, przez co nawet najbardziej przeciętny sezon może dać Wojskowym mistrzostwo. Zresztą Lech jest właśnie takim rywalem dla Legii, że może i robi sporo szumu, ale na koniec trofea zasilają gablotę rywala. Spójrzmy na tę rywalizację oczami Michała Kucharczyka, który – odkąd gra w Legii, czyli przez ostatnich osiem sezonów – pięć razy został mistrzem Polski oraz sześć razy uniósł nad głowę krajowy puchar. Natomiast Kolejorz w analogicznym okresie zdobył jedno mistrzostwo i ani razu nie wygrał pucharu.

Ogólnie indywidualny bilans Kucharczyka (5 MP, 6 PP) bardziej można porównywać do bilansu wszech czasów Lecha (7 MP, 5 PP) niż do bilansu Trałki i jego kolegów.

O słabości Lecha może świadczyć także fakt, że w ostatnim czasie niekoniecznie jest on dla Legii rywalem numer jeden. Przeciwnie, wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że aktualnie na to miano w większym stopniu zasługuje Jagiellonia. Spójrzmy chociażby na łączną tabelę z czterech ostatnich sezonów, czyli na naprawdę reprezentatywną próbkę 148 meczów. Czoło wygląda następująco:

1. Legia Warszawa – 286 punktów (85 zwycięstw – 31 remisów – 32 porażki)
2. Jagiellonia Białystok – 248 punktów (73-29-46)
3. Lech Poznań – 247 punktów (69-40-39)
4. Lechia Gdańsk – 209 punktów (56-41-51)

Na przestrzeni ostatnich czterech lat Jagiellonia zdobyła więcej punktów i wygrała więcej spotkań niż Lech, chociaż oczywiście należy pamiętać, że 7 z tych 148 meczów miała łatwiejszych – w sezonie 2015/16 zagrała bowiem w grupie spadkowej. Abstrahując jednak od siły samych rywali, to po meczach Jagiellonii jej kibice częściej byli zadowoleni, bo częściej mogli sobie dopisać w tabeli trzy punkty. I – podkreślmy to jeszcze raz – przecież nie chodzi tu o kilka kolejek czy tygodni, ale o bite cztery lata grania!

W dwóch ostatnich sezonach Jagiellonia kończyła rozgrywki ligowe wyżej niż Lech oraz to właśnie ona sprawiała, że warszawianie nie mogli być pewni swego do samego końca. Przed rokiem na potwierdzenie zdobycia tytułu musieli czekać do ostatniej sekundy przedłużającego się meczu w Białymstoku, a wczoraj jeszcze dłużej, aż do decyzji Komisji Ligi (chociaż formalnie sprawa była jasna już wcześniej). Fakty są jednak takie, że gdyby nie Jagiellonia, tych emocji w obu ostatnich sezonach byłoby zdecydowanie mniej, a wczoraj kibice Lecha nie musieliby czekać, aż Legia wywalczy tytuł na ich boisku. Gdyby bowiem Jaga potknęła się wcześniej, Legia przyjechałaby na Bułgarską już jako mistrz.

Lech, chociażby w ustach swoich prezesów, chętnie pozuje na rywala numer jeden dla Legii, ale kompletnie nie widać tego na boisku. Na ostatnie osiem ligowych spotkań pomiędzy tymi drużynami Legia wygrała siedem razy. Warszawianom o wiele mocniej stawia się Jagiellonia, bo z nią w ostatnich ośmiu starciach wygrali tylko dwukrotnie. I wczoraj też tak to wyglądało. Skoro Legia potrzebowała zwycięstwa, to sobie w Poznaniu wygrała. Zrobiła dwie akcje, strzeliła dwa gole i kontrolowała przebieg meczu. A lechici byli kompletnie bezradni, chociaż na brak motywacji raczej narzekać nie mieli prawa. „Jak w niedzielę przejebiemy to was zajebiemy” głosił transparent wywieszony kilka dni wcześniej w okolicach stadionu.

I to także ta bezradność Kolejorza w bezpośrednich starciach skłania ku temu, by groźniejszego rywala dla Legii upatrywać w Jagiellonii. Tak było wczoraj i tak było chociażby w zeszłym sezonie. Pamiętamy jak Bjelica z rozbrajającą szczerością mówił o Vadisie Odjidja-Ofoe, że nie pasuje do naszej ligi, i że jego piłkarze nie wiedzą jak grać przeciwko niemu. A chwilę później piłkarze Jagiellonii, a konkretnie Jacek Góralski, zupełnie zneutralizowali Belga. I tak to trochę wygląda w ostatnich latach – Lech więcej mówi o przeszkadzaniu Legii, a Jagiellonia po prostu przeszkadza jej na boisku. Rzecz jasna wciąż robi to zbyt słabo, by odebrać warszawianom tytuł, ale przynajmniej trzyma ligę pod prądem do ostatnich kolejek. A Lech jako – w kolejnych sezonach – trzecia, trzecia i siódma drużyna ekstraklasy zdaje się być mocny tylko w gębie.

Fot. FotoPyK