Reportaż z placu boju. Bandyci pokazali władzom Lecha środkowy palec
Weszło

Reportaż z placu boju. Bandyci pokazali władzom Lecha środkowy palec

Brak nam słów na to, co się wydarzyło na stadionie przy Bułgarskiej. W Poznaniu ostatni raz mecz został przerwany 14 lat temu, gdy do kibiców dotarły (fałszywe wówczas) wieści o śmierci papieża. Aż głupio zestawiać nam tamte wydarzenia z tym, co działo się dzisiaj. Bo dziś futbol został zeszmacony. Banda oszołomów dała sobie prawo do tego, by pokazać środkowy palec władzom Lecha demolując stadion, wbiegając na boisko i zarzucając je środkami pirotechnicznymi. 

Każdy kto wjeżdżał w niedzielę do Poznania widział, że coś tu się kroi. Policja obstawiała teren już ponad kilometr od stadionu, a im bliżej Bułgarskiej tym, mundurowych było więcej. Na samym parkingu przy obiekcie stało 50 radiowozów w rzędzie.

Na odprawie ds. bezpieczeństwa wszystkie możliwe służby i przedstawiciele klubu omawiali możliwe scenariusze tego, co może się rozegrać przy Bułgarskiej. Także ten, w którym mecz zostałby przerwany na amen. Stewardzi dostali nawet dodatkowe klucze do pomieszczeń klubowych, by przy ewentualnym przerwaniu meczu zwinąć się możliwie szybko do środka i by przymknąć możliwe wejścia dla chuliganów, którzy mogli penetrować klubowe korytarze.

Przed samym meczem było jednak dość spokojnie. Oczywiście kibice gości i gospodarzy wymienili się uprzejmościami przy wejściu warszawian na sektor gości. Ale generalnie – sielanka. Łukasz „Juras” Jurkowski robił sobie nawet zdjęcia z fanami Lecha. Ale to była cisza przed burzą. Ogień zaczął się tlić, ale po prostu nie widzieliśmy jeszcze dymu.

Fani Legii na sektor weszli ze sporym opóźnieniem. Poszło o oprawę, na którą nie chciały się zgodzić służby ochrony. Wreszcie goście pojawili się na sektorze, a swoją oprawę zaprezentowali dopiero po spotkaniu.

Kibice Lecha jeszcze przed pierwszym gwizdkiem rozwiesili transparent z napisem „Seryjnie pogrzebane marzenia”, którym towarzyszyły nagrobki z wypisanymi wynikami, po których Lech tracił w tym sezonie punkty. Przekaz był jasny – kibice mieli potężny żal wobec władz klubu, sztabu szkoleniowego (już byłego), ale i piłkarzy. Wniosek był też taki, że złość fanów przy potencjalnej zadymie będzie skierowana ku samemu Lechowi, a nie przeciwko Legii, która miała świętować tu tytuł.

IMG_20180520_174729[1]

Lechowi towarzyszyło kilku byłych piłkarzy – na trybunach zasiedli m.in. Jan Bednarek, Abdul Aziz Tetteh czy Tomasz Kędziora. Odpalone zostały pierwsze race, atmosfera zaczęła gęstnieć. Ale nie było tąpnięcia – w pierwszej połowie czuć było w powietrzu napięcie i nic poza tym. Kibice Lecha sprawiali wrażenie ludzi, którzy na coś czekają – raczej nie na piękne gole Gytkjaera czy parady Putnockiego. Czekali na to, żeby się odpalić. Ale przez długi czas trzymali się za ręce.

Sam zespół Lecha nie sprawiał wrażenia, że wyszedł na wojnę – waleczny jak zwykle był Łukasz Trałka, starał się Kamil Jóźwiak, ale generalnie Lech wyglądał tak, jak przez całą rundę finałową. Czyli słabo. Stąd okrzyki z Kotła „co wy robicie?”. Wreszcie ryknięto – „Rutkowski! Co? Wypierdalaj!”.

Lech dotrwał do przerwy, a kibice wtedy przeszli do działania. Oni dopiero mieli dać show. Oczywiście „show” w ich mniemaniu. Przed meczem mówiło się o tym, że Lech szykuje na to spotkanie nawet ponad tonę środków pirotechnicznych. Wszystkiego na stadion wnieść im się nie udało – doprowadziły do tego liczne kontrole policji i ochrony, które były przeprowadzone przez ostatni tydzień. Sprawdzano nawet auta piłkarzy i władz klubu. Nawet ludzie, który udawali się na pobliską siłownię, mieli przeszukiwane torby. Ale to zdało się na nic.

Już od początku drugiej połowy trwały przygotowania do punktu kulminacyjnego. Duża grupa kibiców opuściła trybuny, by zaraz wrócić – w białych kostiumach i okularach. Wyglądali jak ekipa przygotowująca się do ataku chemicznego. Albo jak bohaterowie serialu „Breaking Bad” w trakcie produkcji amfetaminy.

IMG_20180520_194058[1]

Ale kibice z pozostałych trybun doskonale wiedzieli co tu się święci. Z płotu zniknęły transparenty, także te z drugiego piętra Kotła. Pole przed walką zostało wyczyszczone, czekano na pierwszą salwę.

A w tym czasie Legia strzeliła drugiego gola. W tym momencie sprawa stała się jasna – możemy odliczać do sajgonu, który zaraz rozpęta się na boisku. W kierunku Arkadiusza Malarza poleciały plastikowe butelki, a chwilę później strzeliła pierwsza iskra. Wszystko działo się na tle transparentu „Mamy kurwa dosyć”.

Najpierw na sektorze Lecha odpalono świece dymne, które momentalnie pofrunęły na murawę. Gest był jasny – nie obchodzi nas co się dzieje na boisku, nie chcemy prezentować opraw, chcemy pokazać wszystkim środkowy palec. Palmy, walmy, rzucajmy.

Służby bezpieczeństwa pozbierały pospiesznie te środki, które wylądowały na boisku, race znalazły się w wiadrach, ale… zaraz poleciały kolejne. Mając informacje przed meczem o tym, co może się dziać na stadionie, wiedzieliśmy, że to już koniec. Że piłkarze mogą zejść do szatni i się przebrać, a ci normalni kibice mogą udać się do domu. Szajbusy dostały swoje pole do popisu.

Wreszcie zamaskowani chuligani zaczęli kopać płot, który po chwili naporu padł. Bandyci przez dwie-trzy minuty nie wiedzieli co z tym fantem począć. Wreszcie jeden z oszołomów ruszył na boisko, a za nim pobiegła grupka kilkudziesięciu śmiałków. Z dróg ewakuacyjnych wybiegły grupy policji, które natychmiast odgrodziły tunel do szatni. Jeden z pacjentów w kominiarkach wyzywał na solo jednego z zawodników Lecha, którzy stał przy ławce rezerwowych.

IMG_20180520_194825[1]

Na boisku było już grubo ponad sto policjantów umundurowanych od stóp do głów. Naprzeciw nich stanęła grupa kilkudziesięciu bandziorów mieniących się kibicami. Trwał pat. Wreszcie zaczęto zaganianie biegaczy z powrotem na sektor. W tym momencie wciąż na boisku lądowały środki pirotechniczne, a na murawie pojawiło się mnóstwo czarnych smug. Płot był zdemolowany, w polu karnym leżało mnóstwo śmieci – butelek, plastikowych kijów i zapalniczek. Piłkarze zawinęli się do szatni dokąd wysłał ich sędzia Stefański.

Policja ogrodziła Kocioł od murawy, w kierunku mundurowych leciały butelki, a w kierunku rodziny Rutkowskich skandowano głośne „wypierdalać!”. Ekipa Livepark zaczęła zwijać swój majdan, a zatem było już jasne – kończymy zawody. Wkrótce spiker zakomunikował decyzję wojewody wielkopolskiego – Zbigniew Hoffmann wycofał pozwolenie na organizację imprezy masowej. Ponadto padł komunikat, by kibice udali się do domów. Mecz został zakończony. Ale Kocioł nie zamierzał ruszać się z miejsca – osoby zajmujące ten sektor wyszły ze stadionu dopiero około 20:10.

Jarosław Niezgoda przyznał po meczu, że Michał Pazdan został uderzony przez jedną z osób, które wpadły na boisku. Murawa została zniszczona, płot był zdezelowany. Obraz po bitwie wyglądał tak:

IMG_20180520_200911[1]

Trwała szeroko zakrojona dyskusja przed meczem na temat tego, co może się dziać na trybunach. Byliśmy świadomi tego, że nastroje naszych kibiców są złe, ale zależało nam na tym, by mecz się odbył. By został przeprowadzony bezpiecznie i zgodnie z regulaminem się zakończył. O ile jesteśmy w stanie zrozumieć nastroje wśród fanów, o tyle nie akceptujemy tego, jak spotkanie zostało zakończone. Zdajemy sobie sprawę z tego, że z wielkim prawdopodobieństwem klub poniesie konsekwencje tego, co dziś się wydarzyło – powiedział po meczu Łukasz Borowicz, rzecznik Lecha.

Dziś za wcześnie, by oszacować straty. Będziemy mądrzejsi za kilka dni. Największą stratą jest to, co zobaczyliśmy przed kilkunastoma minutami. Jak zostały wniesione race? Powiem tak… Nie jesteśmy jedynym klubem, na któreg stadion zostały wniesione i odpalone race. Dołożyliśmy wszelkiej staranności, by zabezpieczyć obiekt. Ale efekty widzieliśmy dzisiaj – dodał Borowicz.

Nie znamy określenie na spuentowanie tego, co działo się w Poznaniu. A słyszymy, że mogło być gorzej. W planach był nawet wjazd na klubowe korytarze i biura. Złość kibiców miała się skumulować na Piotrze Rutkowskim i Karolu Klimczaku. Wiceprezes zszedł po meczu do szatni i ponoć wyglądał jak zbity pies. Na próby zdobycia wypowiedzi od Rutkowskiego można było usłyszeć tylko „pffff…”.

No i my też tym „pfff….” zakończmy ten reportaż z placu boju. Po meczu pod stadionem spłonął samochód, a na stadionie? Na stadionie został wstyd.

DAMIAN SMYK