Polak z urodzenia, Włoch z kolarstwa. Przedstawiamy Jakuba Mareczkę
Inne sporty

Polak z urodzenia, Włoch z kolarstwa. Przedstawiamy Jakuba Mareczkę

Nie jest niczym nowym tendencja do szukania wśród sportowców „naszych”. Nawet jeśli „naszymi” do końca nie są. Lukas Podolski, Caroline Wozniacki czy Laurent Koscielny to jej najbardziej znane przykłady. W stawce kolarzy takim „naszym” reprezentantem może zostać Jakub Mareczko. Tym bardziej, że jedzie w pierwszym od 17 lat Giro d’Italia, w którym brak reprezentantów Polski.

Z ziemi polskiej do włoskiej

Pamiętam takie mocne zapachy, np. kurczaka, którego gotował mi dziadzio. To nie jest taki typowy kurczak dobry dla kolarzy, bo dziadzio robi go w oleju. Zawsze jak spędzam czas w Polsce, to jest tragedia, bo przytyję ~ Jakub Mareczko dla Onetu

***

Miał cztery lata, gdy – wraz z mamą Dorotą – przeprowadził się do Włoch. Urodził się w 1994 roku w Jarosławiu i w Polsce wciąż mieszka większość jego rodziny. Zresztą, jeśli ma możliwość, przyjeżdża odwiedzić dziadków. Zajada się wtedy polską kiełbasą, pierogami czy gołąbkami. Nie jest to dieta idealna dla kolarza, ale odmówić dziadkom? Nie znamy nikogo, komu by się to udało.

Jeśli chodzi o pozostałe związki z naszym krajem, to doskonale mówi po polsku. Chcielibyście z nim pogadać? Nie ma problemu. Kuba zdecydowanie nie jest jedną z tych osób, które po roku spędzonym za granicami Polski nagle zapominają, jak się „po polskiemu” gada. W wywiadzie dla Onetu mówił niedawno:

– Ja z mamą zawsze rozmawiałem po polsku, niekiedy jest mi lepiej rozmawiać po polsku, niż po włosku. To mój język narodowy, jest dla mnie łatwiejszy. Niektóre słowa zapominam, czasem mam problem z odmianą, ale większość rzeczy pamiętam. Mama dużo czytała mi po polsku, jak byłem mały.

Gratulujemy więc pani Dorocie. Zresztą nie tylko tego, bo to ona zaprowadziła małego Kubę na kolarskie treningi. Było to tuż po tym, jak w Włoszech się zjawili i okazało się, że jej syn jest aż za mały. Musieli poczekać rok. Dopiero po jego upływie Jakub został przyjęty na treningi. Do osiemnastki traktował je głównie hobbystycznie, ale ostatecznie zostało to jego sposobem na życie. Słusznie, bo talent ma. A dlaczego nie jeździ dla Polski? W 2014 roku mówił tak:

– Ja czuję się Polakiem i chciałbym jeździć z polskim paszportem, bo przecież tam się urodziłem. Z drugiej strony włoska federacja bardzo na mnie liczy, nawet w perspektywie mistrzostw świata w Katarze. Pomagają mi i nie mogę o tym zapominać. Ta decyzja byłaby trudna, bo nie można jej co chwilę zmieniać. Tak naprawdę nikt z polskich władz kolarskich się do mnie w tej sprawie nie odezwał. Czekam na jakiś kontakt, bo czasu na poważne decyzje jest coraz mniej.

Adam Probosz, komentator i dziennikarz Eurosportu:

Były w pewnym momencie rozmowy z Kubą. Nawet ja razem z Tomkiem Jarońskim namawialiśmy ludzi w Polskim Związku Kolarskim, żeby się do niego odezwać, bo Kuba był niezdecydowany, nie wiadomo było, czy będzie łapał się do włoskiej reprezentacji, była szansa, żeby znalazł się w polskiej. Ale ostatecznie nikt tego tematu nie podjął, więc Kuba jeździ wciąż z włoską licencją. Jest tak naprawdę włoskim kolarzem.

Jeśli dziwicie się, że tak mało mówi się o Mareczce w Polsce, to może właśnie dlatego. Wychował się we Włoszech, wszystko zawdzięcza włoskim trenerom, jeździ we włoskiej grupie i z włoskimi kolegami w drużynie. Z drugiej strony szkoda, że nikt w PZKol-u nie zainteresował się utalentowanym sprinterem. Tym większa, że – jak twierdzi Arlena Sokalska, dziennikarka „Polska The Times” – takiego sprintera nie było w Polsce od czasów Zbigniewa Sprucha. A on zakończył karierę w 2003 roku. W sporcie to cała epoka.

Profesjonalizm

Kuba wciąż ma bardzo długą drogę do przebycia. Jest bardzo szybki na ostatnich dwustu metrach, ale musi się rozwinąć w jeździe po górach. Płaskich rajdów nie ma zbyt wiele ~ Serge Parsani, dyrektor sportowy ekipy Wilier-Triestina

***

Dobra, ale jak właściwie doszło do tego, że Kuba w gronie profesjonalistów się znalazł? W roku 2013 i przez większą część 2014 jeździł w wyścigach amatorskich. Powiedzieć, że szło mu dobrze, to jak nie powiedzieć nic. Wygrał ich 16 i szybko znalazł sobie zespół. Od początku pokazywał swoje typowe atuty – moc i przyspieszenie. Skusił się na nie zespół Southeast Pro Cycling, który zakontraktował Kubę w roku 2015. Dziś nosi on nazwę Wilier Triestina–Selle Italia, a Mareczko wciąż w nim jeździ.

Wówczas, ponad trzy lata temu, Kuba miał być dla ekipy nowym początkiem. Wcześniej dotknęły ją mocno afery dopingowe, jednak, podkreślmy to: od momentu, gdy Mareczko w zespole się zjawił, nie nagiął on przepisów w żaden sposób. Ekipa jest czysta, podobnie jak Jakub.

Na młodego kolarza mocno postawiono. Miał wygrywać dla drużyny mniejsze wyścigi. O wielkich nikt nie marzył, bo Wilier Triestina to nie ekipa jeżdżąca w World Tourze. Powalczyć może na wyścigach drugiej czy trzeciej kategorii, a – gdy dostanie zaproszenie – pokazuje się też na tych najbardziej znanych.

Wiadomo było, że – wówczas 21-letni – Kuba potrzebuje nauczyciela. Zakontraktowano więc doświadczonego włoskiego sprintera, Allessandro Petacchiego. Innymi słowy: gościa, który – łącznie – zebrał 48 wygranych etapów w wielkich tourach. Lepszego mentora nie mógł sobie Mareczko wymarzyć. Mówił o tym zresztą portalowi naszosie.pl niedługo po ogłoszeniu informacji:

Na początku myślałem, że to jakiś żart. Jednak od samego początku sezonu [Petacchi] bardzo mi pomaga, doradza. Na etapach stara się mnie wyprowadzić z tego tłoku, ochraniać. Dla takiego młodego zawodnika jak ja to wielka nobilitacja i pozytywny zastrzyk mentalny.

Do Petacchiego jeszcze wrócimy. A kogo jeszcze podglądał Kuba kilka lat temu? Po pierwsze Marka Cavendisha. Brytyjczyk od zawsze był idolem Mareczki i specjalistą w swoim fachu. Wygranych etapów w wielkich tourach ma dokładnie tyle samo, co Petacchi, ale dorzuca do tego klasyfikację punktową w każdym z nich, mistrzostwo świata i pewien dość istotny jednodniowy wyścig – Mediolan-San Remo.

Sprinter

Kocham sprinty ponad wszystko. Wolę oglądać w telewizji sprinty, końcówki, niż górskie etapy wielkich tourach. Oglądanie całego wyścigu jest nudne, sprint daje ci natomiast adrenalinę ~ Jakub Mareczko dla „La Gazetta dello Sport”

***

Napisaliśmy to już kilkukrotnie, ale o co właściwie chodzi z tym sprinterem? Jeśli ktoś z was oczekuje, że za 3-4 lata Kuba powalczy o zwycięstwo w Giro czy Vuelcie, to niech przestanie. To nie ten typ kolarza. Sprinter ma za zadanie wygrywanie pojedynczych etapów. Tych, które skrojone są… no właśnie, pod sprinterów. Ale i tu może być różnie, bo Mareczko różni się od innych zawodników, których też określa się tym mianem.

Arlena Sokalska:

– Kuba jest takim sprinterem autostradowym – dla niego na mecie musi być płasko i szeroko. To taki klasyczny sprint. Widać po nim, że jest w bardzo dobrej formie. Brakuje mu jeszcze doświadczenia, bo to stosunkowo młody zawodnik, ale ma bardzo duży potencjał. Ostatnim razem nie udało mu się ukończyć Giro d’Italia, mam nadzieję, że tym razem dojedzie do Rzymu. Jakby udało mu się tam wygrać etap, bo jest akurat płaski, to byłoby cudownie.

No właśnie, płaski etap na koniec Giro to okazja wręcz wymarzona dla sprinterów. Ale najpierw trzeba przejechać całą resztę, na czele z górami. A Mareczko w Giro startował dwukrotnie i dwa razy nie udało mu się tego wyścigu ukończyć. Jeśli teraz będzie inaczej, to na końcu faktycznie może powalczyć o zwycięstwo. Choć powalczyć może nie tylko na tamtym etapie.

Adam Probosz:

– Po drodze będą jeszcze inne etapy. Niekoniecznie takie super płaskie. Chociaż z Kubą jest jeszcze ten problem, że jak w trakcie etapu pojawiają się jakieś górki, to odpada. Tak, jak w tym roku na czwartym etapie. On tam cały czas rzeźbił z tyłu, żeby się złapać w limicie czasu. Nie ma mowy, żeby na takim finiszu lekko pod górkę zawalczył. 

Zwycięstwo na którymś z etapów tegorocznego Giro lub nawet samo dojechanie do końca, mogą być kluczem w rozwoju Kuby. Dlaczego? Bo wreszcie zainteresowałyby się nim drużyny z World Touru, te które jeżdżą we wszystkich największych wyścigach. Trzy razy było blisko – dwukrotnie w zeszłym roku, raz w tym. Mareczko zajmował wtedy drugie miejsca. Za każdym razem czegoś zabrakło. Sprytu, doświadczenia, cierpliwości. Ale i tak pokazywał, że talent ma. Brakuje jednak ostatecznego potwierdzenia tego faktu, które pozwoliłoby awansować wyżej i spełnić swoje marzenia.

A marzenia Kuba ma jasno zdefiniowane: wygrywać etapy, ale i sięgnąć po triumf na jednej z największych jednodniówek, a przy okazji takiej, która daje szanse sprinterom – Mediolan-San Remo. Tam, gdzie wygrywał Cavendish, ale zwyciężali też Kwiatkowski czy, w tym roku, Nibali, a więc ludzie, którzy ewidentnie sprinterami nie są. Mówiąc wprost: to wyścig nieprzewidywalny, w pewnym sensie dziwny. Kubę, jeśli by się poprawił w niektórych aspektach, na pewno stać na zwycięstwo w nim. Ale potrzebowałby do tego dobrej drużyny. I znów: najpierw musi najlepszym ekipom udowodnić coś sam, by potem skorzystać z ich pomocy. Tak to już w kolarstwie działa.

Level up?

Przede wszystkim, Petacchi nauczył mnie mieć cierpliwość na sprintach. To jest ważne też na ostatnich kilometrach, jak masz 10-15 km do mety to nie możesz być zestresowany, musisz być spokojny. Uczył mnie też tego, jak myśleć, kiedy dobrze wystartować. To wyczucie na sprintach jest także bardzo istotne. Trasy niektórych etapów są trudne, dla sprintera przejechanie gór i dotrwanie do końca to wyzwanie. Możesz wiedzieć, że czujesz dobrze, ale na ostatnim kilometrze np. połamiesz rower albo przebijesz oponę i po sprincie. Dużo zależy też od pozycji, którą masz albo którą możesz uzyskać od kolarza jadącego przed tobą. Pociąg ekipy nie może być ani za długi, ani za krótki ~ Jakub Mareczko dla Onetu

***

Współpraca z Petacchim, która miała Kubie pomóc, to rok 2015. Sam Mareczko twierdzi, że wiele się nauczył i stale poprawia niektóre elementy. Wie, co u niego leży, a w czym jest silny. Góry to jego pięta achillesowa, finisz wręcz przeciwnie. Może technikę ma nieco dziwną, bo pochyla się tak nisko, jakby chciał wpaść pod koło, ale skuteczną. Udowodnił to choćby w roku 2017, kiedy łącznie wygrał 14 etapów we wszystkich wyścigach, w których wziął udział. Tyle samo, co Marcel Kittel czy Fernando Gaviria. Czyli najwięcej na świecie.

Arlena Sokalska:

To były jednak etapy mniejszej wagi, musimy to wziąć pod uwagę. Nie były poważne wyścigi, tylko raczej m.in. te w Azji, drugorzędne. Co nie znaczy, że źle obsadzone. Tam też byle leszcz, posługując się kolarskim slangiem, etapu nie wygra.

W teorii więc potencjał jest ogromny. Ale powtarza się to od trzech sezonów. Brązowy medal mistrzostw świata do lat 23 z roku 2016 zdążył się już nieco zaśniedzieć. Kolejne etapowe zwycięstwa to fajna sprawa, ale byłyby jeszcze fajniejsze, gdyby dotyczyły wyścigów z najwyższych kategorii. Kolarze, do których można Mareczkę przyrównać, choćby techniką jazdy – Robbie McEwen czy Caleb Ewan (który finiszuje w bardzo podobny sposób) – potrafili odnosić większe sukcesy. Przebili się, dostali szansę i ją wykorzystali. Mareczce brakuje już pierwszego z elementów na tej drodze. Przynajmniej na razie.

Adam Probosz:

– Być może przyjdzie taki przełom, myślę, że Kubie brakuje jakiegoś ważnego zwycięstwa. Takiego, żeby sam uwierzył, że może. Czasem jest tak, że jak sprinter wygra raz, to potem leci już seriami, bo przełamuje się w swojej głowie. Myślę, że u niego to jest trochę ta kwestia. Gdyby Kuba ukończył też Giro d’Italia, to na pewno byłby to krok w bardzo dobrą stronę. I to też mogłoby być przyczynkiem do tego, żeby jakaś duża drużyna się zgłosiła po niego.

Czego brakuje do odniesienia większego sukcesu? Przede wszystkim chłodnej głowy, pomijając wszelkie inne aspekty. Trzy razy był blisko etapu na Giro i trzy razy startował zbyt szybko. Jest niesamowicie mocny i wie to, ale w stawce, w której ma obok siebie takich sprinterów jak Fernando Gaviria czy Elia Viviani, musi idealnie wyczuć moment. A rozpoczęcie finiszu na 300 metrów przed metą nie daje szans powodzenia, o czym Kuba się już kilkukrotnie przekonał.

Aktualnie Mareczce brakuje poprawy, brakuje czegoś, co kazałoby większym zespołom w niego uwierzyć. Wciąż wierzą Włosi, dla których Kuba to jeden z największych talentów sprinterskich, ale lata lecą i za niedługo może stać się talentem zmarnowanym, podobnie jak np. Andrea Guardini. Z tą różnicą, że ten drugi etap na Giro wygrał.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix.pl

KOMENTARZE (1)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Coffey88

brednie.
Z dwojga Polaków juz wolę Czarka Benedettiego :)

wpDiscuz