Koncert błędów Milanu, Juventus z Pucharem Włoch
Włochy

Koncert błędów Milanu, Juventus z Pucharem Włoch

Trzeba przyznać wprost, że Juventus dokonał rzeczy niebywałej. Zbytnio się nie wysilając, rozgromił Milan w jednym z najważniejszych meczów sezonu. Nie było to zadanie przesadnie trudne, biorąc pod uwagę fakt, że mediolańczycy tak naprawdę sami strzelili sobie trzy bramki. Sam Donnarumma zawalił dwie z nich i potencjalni kupcy zapewne dwa razy zastanowią się, zanim pozyskają go jeszcze tego lata.

Wiadomo, jeśli twoim menedżerem jest Mino Raiola, trudno oczekiwać, żebyś przez jeden nieudany występ przekreślił swoje szanse na duży transfer. Tym bardziej że w tym sezonie zdążyłeś popisać się już kilkoma bardzo udanymi spotkaniami. Bardzo możliwe, że młody Włoch, tak czy siak, zostałby w Milanie, jednak dyrektorzy sportowi klubów, które dotychczas wykazywały nim zainteresowanie, pewnie dwa razy zastanowią się, czy warto już teraz wydać spore pieniądze na młodego chłopaka, dysponującego niewątpliwie ogromnym talentem, ale też takiego, któremu zdarza się jeszcze popełniać dziecinne błędy. Dziś okazało się, że jest to zawodnik, który w kluczowych momentach, przy dużej presji, może się jeszcze pogubić.

Na pewno nie pomogła mu elektryzująca otoczka finału. Rozegrano go przy komplecie publiczności. 65 tysięcy osób zgromadzonych na stadionie nie oglądało jednak porywającego widowiska. Obie drużyny prezentowały się raczej zachowawczo. Oglądaliśmy wzajemnie badanie się, aniżeli szturmowe ataki. Gennaro Gattuso powtarzał przed spotkaniem, że traktuje ten mecz jak pojedynek o Puchar Świata. – Żeby wygrać, będziemy musieli zrobić coś niezwykłego – zapowiadał. Milan faktycznie próbował wyrwać się z marazmu, jako pierwszy przeprowadził groźniejszy atak, ale gdy Cutrone miał okazję strzelecką, uderzył lekko, wprost w ręce Buffona. Mediolańczycy starali się nie murować, od czasu do czasu podwyższając tempo, ale Juventus nie miał większego problemu z zatrzymywaniem kolejnych akcji.

Stara Dama kontrolowała przebieg spotkania, choć za wiele z tego nie wynikało. Najaktywniejszy był Dybala, który albo groźnie strzelał, albo posyłał kąśliwe dośrodkowania. Trzeba jednak przyznać, że turyńczycy byli mało konkretni. Nie powiemy, że nieskuteczni – to za duże słowo, bo po prostu nie dochodzili do klarownych sytuacji, nie mieli czego zmarnować. Raczej właśnie mało konkretni. Potrafili wyjść z dobrą akcją, rozciągnąć obronę rywali, ale szwankowało ostatnie podanie. Przykładem Cuadrado, który w jednej z akcji, mając sporo miejsca, poczekał na doskoczenie rywala i zagrał wprost w jego nogi.

Generalnie po obiecującym początku, tempo zdecydowanie siadło. W poczynania obu drużyn wkradła się spora niedokładność. Nie oglądało się tego najlepiej, ale z drugiej strony nie przesadzajmy – wiemy, że tak często wygląda Juventus. Potrafi grać ospale, momentami nudno, by w decydującym momencie zadać nokautujący cios.

Trudno było jednak spodziewać się, że tych ciosów będzie aż tak dużo. I że będzie to tak naprawdę autoagresja Milanu, na czele z Donnarummą.

Juve nacierało, swoje szanse miał przede wszystkim aktywny Dybala, ale początkowo świetnymi interwencjami popisywał się bramkarz mediolańczyków. Trzeba to podkreślić – dwukrotnie popisał się naprawdę solidnym refleksem. Jednak co z tego, skoro później zaprezentował negatywne show. Przy pierwszej bramce Benatii nie miał jeszcze za wiele do powiedzenia – zaspał przede wszystkim Romagnoli. Później jednak Costa oddał strzał zza pola karnego. Oczywiście – to było mocne uderzenie, ale klasowy bramkarz musi sobie z nim poradzić. Nie było żadnego rykoszetu, Donnarumma chciał złapać piłkę, ale mocno się przeliczył.

Przewrotność futbolu – gość, który kilkukrotnie ratował wcześniej skórę Milanowi, teraz zabrał mu wszelkie nadzieje.

Co gorsza, ewidentnie nie wytrzymał psychicznie. Kolejny kiks, kolejne wypuszczenie piłki z rąk, tym razem w zdecydowanie prostszej sytuacji i 3:0. Na dobicie jeszcze samobójcze trafienie Kalinicia.

Pogrom, ale w dużej mierze na własne życzenie. Juventus nie zaprezentował dziś zbyt wielu konkretów – poza wszędobylskim Dybalą i sytuacjami bramkowymi, głównie wykreowanymi przez rywali – ale grał na tyle rozważnie, że pewnie i tak wcisnąłby jakiegoś gola. Milan z kolei nie czynił zbytnich zapędów ofensywnych, a na dodatek zawalił ten mecz w defensywie.

Po prostu – Juventus nie mógł tego spotkania przegrać.

Szkoda tylko, że Milanowi znów nie udało się w tym sezonie sięgnąć po żadne trofeum, albo chociaż zakwalifikować się do Ligi Mistrzów, na co przecież rossoneri tak bardzo liczą. Droga na szczyt nie wiedzie w końcu przez Ligę Europy, ani przez przeciętne pozycje w Serie A. Następny sezon będzie dla tego klubu kluczowy. Najwyższa pora nawiązać do rozgrywek 2013/14, kiedy ostatni raz grali w Lidze Mistrzów. W ich składzie znajdowali się między innymi Kaka, Essien czy Robinho, co tylko pokazuje, że była to niesamowicie odległa przeszłość.

Juventus – Milan 4:0

1:0 Benatia 56′

2:0 Costa 61′

3:0 Benatia 64′

4:0 Kalinić (sam.) 76′

Fot. NewsPix.pl