Katowicki Spodek. Elektryzująca historia okiem Andrzeja elektryka
Inne sporty

Katowicki Spodek. Elektryzująca historia okiem Andrzeja elektryka

Staruszka ma co opowiadać. Przez blisko pięć dekad zaglądały do niej takie gwiazdy jak Sting, Elton John, Robbie Williams, Metallica czy Depeche Mode, ale to także tutaj odgrywano najpiękniejsze akordy polskiego sportu. Legendarne zwycięstwo hokeistów nad ZSRR, sensacyjne mistrzostwo Europy koszykarek, wreszcie mistrzostwo świata siatkarzy – za każdym razem katowicki Spodek niemalże odrywał się od ziemi.

„Hala UFO” obchodzi dziś 47. urodziny. To dobry moment, żeby powspominać najważniejsze wydarzenia sportowe z życia solenizantki. Zapytaliśmy, jak pamiętają je główni aktorzy, ale też ci, którzy w tamtych dniach byli tam po prostu w robocie. 

Spodek, który oficjalnie oddano do użytku 9 maja 1971 r., zna każdy polski kibic. Ale nie każdy polski kibic zna Andrzeja Granka. A pana Andrzeja znać wypada, bo to on przez 47 lat pilnował, żeby w słynnej hali wyświetlał się taki wynik, jak trzeba. Mówiąc inaczej, to on odpowiadał za obsługę tablicy wyników. Człowiek z cienia.

Jak to się zaczęło? Rok przed otwarciem Spodka przypadkowo dowiedziałem się, że są tam tworzone działy. Pojechałem, zapytałem i fucha została klepnięta. Miałem do wyboru obsługę nagłośnienia, centrali telefonicznych i właśnie tablic wyników. No i jak zobaczyłem ten milion drucików na tablicy, to od razu mnie kupiło. Zostałem w dziale halowo-prądowym – opowiada w rozmowie z Weszło.

4

Jeżeli ktoś ma teraz przed oczami nowoczesne wyświetlacze zamontowane w ERGO Arenie w Gdańsku czy TAURON Arenie w Krakowie, niech o nich zapomni. Pół wieku temu w Spodku to była zupełnie inna bajka.

Pamiętam, że na małej hali odbywały się wtedy głównie mecze ligowe hokeja i tam tablica była prymitywną sprawą. Malutkie przekaźniki, malutkie żaróweczki, a to wszystko przecież jakoś musiało świecić – wspomina Granek. – Na każdej imprezie miałem dyżur w zamkniętym pomieszczeniu. Procedura pisania wyników na tablicy polegała na typowym pocztowym dalekopisie. Najważniejsza była więc obsługa klawiatury, ale oczywiście też znajomość przepisów gry. Bo „pisałem” m.in. hokej, koszykówkę, siatkówkę. Wszystko trzeba było znać, bo jak zrobiło się błąd, to jednej drużynie trzeba było gola dodać, a drugiej zabrać, albo w koszykówce zamienić przewinienia, bo wpisało się nie tej drużynie. Trzeba było się pilnować, bo od razu była zadyma. Trener natychmiast doskakiwał do stolika i z pretensjami, że jego zawodnik jeszcze nie wszedł na parkiet, a już ma przewinienie…

I dodaje: – Przez tyle lat technologia jednak oczywiście się zmieniała. Czasami bywało, że dziś zapoznawałem się z obsługą nowych tablic, a jutro był już pierwszy mecz. Stres więc niesamowity, bo siadało się przy urządzeniu, które człowiek ledwo co znał. A trzeba było być skupionym na sto procent.

Przez kilkadziesiąt lat miał więc w Spodku najlepsze miejsca na największych wydarzeniach zarówno sportowych oraz rozrywkowych, jak i polityczno-okolicznościowych. Kiedy pytam go z kolei, która duża impreza przeszła mu koło nosa, mówi że wizyta Fidela Castro, który gościł w katowickim Spodku 7 czerwca 1972 r. Tamten dzień był jednak grubą imprezą z jeszcze jednego powodu – hala gościła wtedy też Wielką Wystawę Samochodów, podczas której po raz pierwszy zaprezentowany został Fiat 126p. Wszystko po to, żeby z przytupem przyjąć przywódcę „bratniego narodu”.

Oj, o Fidelu Castro niestety nie opowiem, bo nie miałem wtedy akurat dyżuru.

Gol dla Polski, a ja „hurraaa!” do góry

Jedną z pierwszych dużych imprez, które zorganizowano w Spodku, były mistrzostwa świata w hokeju w 1976 r. Polakom naturalnie nikt nie dawał większych szans na sensowny wynik. Tym bardziej, że nasi już w pierwszym meczu dostali przeciwnika wagi ciężkiej: Związek Radziecki, który był już wtedy 5-krotnym mistrzem olimpijskim. Patrząc na to, że biało-czerwoni spośród 25 wcześniejszych meczów z ZSRR przegrali 25, wygrana była czystą abstrakcją. Bardziej prawdopodobne było już to, że półki w polskich sklepach nagle zaczną uginać się od najlepszego mięsa.

A jednak. To był kosmiczny wieczór w Spodku. Po pierwszej tercji konsternacja, bo Polacy prowadzili 2:0 po bramkach Mieczysława Jaskierskiego i Ryszarda Nowińskiego. Rosjanie niby cisnęli, ale po drugim golu zupełnie jakby dostali obuchem w głowę.

*

Kiedy polscy hokeiści tak pięknie rozpoczęli mecz, Andrzej Granek z niedowierzaniem wykonywał swoje obowiązki „tablicowego”. Wcześniej był pewnie przekonany, że jeśli już będzie wpisywał gole, to jedynie piekielnie mocnym rywalom.

Siedziałem przy bandzie obok sędziów technicznych. Obsługiwałem interkom podając do kolegi na tablicę nazwiska strzelców bramek. Ewentualnie tego, który musiał zjechać na ławkę kar. Te wszystkie informacje podawałem więc do góry. Cały stolik sędziowski siedział grzecznie, ale jak padł gol dla Polski, to ja „hurraaa!” do góry. Po tym meczu okazało się, że za bardzo wszystko przeżywam, tak naprawdę kibicuję, a przecież powinienem być niezależny. Na drugi dzień była więc rozmowa, że powinienem zachować spokój przy stoliku sędziowskim, aż dali mi zastępstwo i w kolejnych meczach już tam nie siedziałem. Ale wie pan, trudno było opanować emocje. Bo to był szok niesamowity, że Polacy wygrali – śmieje się.

*

Wygrali, chociaż w drugiej tercji hokeiści ZSRR atakowali z coraz większą furią. Niby w końcu dopięli swego, bo dwukrotnie wepchnęli krążek do bramki Andrzeja Tkacza, ale Polacy dorzucili kolejne trzy autorstwa Wiesława Jobczyka (dwie) i Jaskierskiego. W ostatniej tercji mistrzowie olimpijscy zdobyli jeszcze wprawdzie dwa gole przy jednym Polski (po raz trzeci Jobczyk), ale i tak zjechali z tafli pokonani. Tak zaczęła się legenda katowickiego „Latającego talerza”.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Najgorsza przed meczem była obawa przed kompromitacją. Chwilę wcześniej przegraliśmy z nimi boleśnie na igrzyskach w Innsbrucku i poważnie baliśmy się, że do Spodka przyjdzie komplet publiczności, a my znów dostaniem baty. I paradoksalnie właśnie ta obawa nas tak zmobilizowała. Po pierwsze staraliśmy się maksymalnie wypełniać założenia, które stawiał przed nami trener Józef Kurek, a po drugie, co trzeba uczciwie przyznać, mieliśmy dużo szczęścia. Rosjanie kilka razy nie trafili prawie do pustej bramki, co normalnie im się nie zdarzało – wspominał przed rokiem w rozmowie z nami Walenty Ziętara, który wystąpił w tym pamiętnym meczu. – Po wszystkim była ogromna radość. Nie spaliśmy przez całą noc, co odbiło się później na naszej formie, bo na drugi dzień dostaliśmy dwucyfrówkę od Czechosłowacji. Ale to nie o to chodzi, że całą noc balowaliśmy. Po prostu każdy z nas cały czas przeżywał to spotkanie, rozmowy w pokojach nie miały końca: „Jak to było?”, „Co to było?”, „A tamta akcja?”. Po takim przeżyciu nie szło normalnie usnąć.

Biało-czerwoni paradoksalnie spadli wtedy z elity, ale zwycięstwo z ZSRR obrosło legendą i wspominane jest do dziś.

Jak koszykarki przegrały z papieżem (?)

W kolejnych latach Spodek był gospodarzem nieco mniej prestiżowych imprez, takich jak mistrzostwa świata w zapasach czy mistrzostwa Europy w podnoszeniu ciężarów, ale w końcu doczekał się czegoś ekstra – w 1999 r. to tam rozegrano fazę finałową Eurobasketu kobiet, który sensacyjnie wygrała nasza reprezentacja.

Polki jako gospodynie przez niektórych były zaliczane do grona kandydatek do medali, ale na pewno nie do zwycięstwa. Tak naprawdę celem było miejsce w piątce, bo takie dawało awans na igrzyska w Sydney. Początek był mocno przeciętny, bo biało-czerwone wyszły z grupy z trzema wygranymi i dwiema porażkami z Litwą i Czechami. Mimo to udało się pokonać w ćwierćfinale Chorwację i zameldować się w katowickich finałach. W półfinale czekały na nich Rosjanki.

Kiedy pytam trenera Polek Tomasza Herkta, jak zapamiętał tamten czas, mówi o nieco „anonimowych mistrzostwach”, których nie transmitowała nawet polska telewizja. Drużyna mecze grupowe grała w Poznaniu, gdzie trybuny były niemal puste, dlatego kiedy awans do czwórki stał się faktem, obawiał się, że podobnie będzie w Spodku.

Nikt nie wierzył, że hala w Katowicach nagle wypełni się prawie po brzegi. Tym bardziej, że rzadko się zdarza, żeby na żeńskiej koszykówce była taka frekwencja. Okazało się jednak, że kibic w dużej mierze idzie za wynikiem. Widok był imponujący. Nikt z nas nie był przyzwyczajony do takiej publiki, bo to były jeszcze czasy, kiedy polskie zespoły ligowe grały w salkach o pojemności maksymalnie do tysiąca osób. A tam była zupełnie inna jakość widowiska, chociaż takie pierwsze wrażenie dziewczyny przeżyły nie w finale, ale właśnie meczu półfinałowym z Rosją (66:61 – red.) – mówi Weszło szkoleniowiec.

KOSZYKOWKA TOMASZ HERKT FOT. MAREK ZOCHOWSKI --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Axel Springer Poland

W pamiętnym finale Małgorzata Dydek wraz z koleżankami rozprawiły się z Francuzkami 59:56.

Wojciech Krzystanek, były dziennikarz Polskiego Radia Katowice, a obecnie przedstawiciel operatora Spodka: – Pojemność hali, podobnie jak dziś, wynosiła około 10 tys. miejsc, chociaż tego dnia było tam 8-9 tys. ludzi. Ale atmosfera i tak była super. Pamiętam, że ostatni niecelny rzut oddały Francuzki. Przegrywały trzema punktami i tak ustawiły ostatnią akcję, żeby doprowadzić do dogrywki. Nie udało im się, ale końcówka była dosyć nerwowa. Po końcowym gwizdku szaleństwo, konfetti, tradycyjne odcięcie siatki przy koszu, którego dokonała kapitan Krystyna Szymańska-Lara wciągnięta na ramiona Małgorzaty Dydek. Radość musiała być szalona, bo ten wynik nie był kompletnie brany pod uwagę. Wielka chwila, bo to było też pierwsze mistrzostwo Europy dla Polski w grach zespołowych. 

*
Dla Andrzeja Granka tamtego dnia czymś zupełnie nowym była jednak nie tylko świetna dyspozycja polskich koszykarek, ale też nowe tablice wyników. Przed Eurobasketem po raz pierwszy pojawiły się one pod sufitem.

Atmosfera w czasie meczu była gorąca, chociaż koszykówka w naszym regionie nie cieszyła się wielką popularnością. Ale finał to jednak finał. Adrenalina rosła, człowiek był tak podekscytowany, że po meczu chciał podbiec i wyściskać zawodniczki. Chociaż tak jak mówiłem, w trakcie samego meczu musiałem mieć stalowe nerwy. Zerowy wyskoków, zero emocji. Tylko uruchamianie zegara, obsługa grafiki tablicy, pilnowanie nazw drużyn, potem zmiana wyniku, zmiana połowy (kwarty wprowadzono dopiero później – red.) – wylicza.

*
W relacjach wszystkich naszych rozmówców do znudzenia wraca temat klapy, którą w przy okazji finału zaliczyła TVP. Brak relacji z meczów dla wielu do dziś jest niepojęty. To był dziwny widok, kiedy transmisje live prowadziły ze Spodka telewizje włoska i francuska, a gospodarz ograniczał się jedynie do kawałków nagrywanych do wieczornego serwisu.

Polskie Radio Katowice było jedynym polskim medium relacjonującym to wydarzenie na żywo. Gdzie to było tak naprawdę przełomowe wydarzenie dla naszego sportu. Nas jako dziennikarzy lokalnych najbardziej zaskoczyła jedna rzecz: mimo tego, że po ćwierćfinale spokojnie można było zamówić łącza i pokazać półfinał i finał na żywo, to nikt poza nami tego nie robił – rozkłada ręce Wojciech Krzystanek.

Trener Tomasz Herkt do dziś pamięta kuriozalną historię, do której doszło tuż po meczu finałowym. Drużyna prosto ze Spodka pojechała do oddziału TVP w Katowicach, gdzie chwilę wcześniej ją zaproszono.

Chcieli najwyraźniej ratować sytuację. Stawiliśmy się tam, ale nie mieli jeszcze okienka, żeby nas wcisnąć do ramówki. Było chyba około 20, kiedy siedzieliśmy tam z dziewczynami czekając na decyzję, ale co chwilę pora wejścia była przesuwana. Skończyło się na tym, że dwie godziny czekaliśmy, żeby cokolwiek z nami zrobili. Wtedy nasza cierpliwość się wyczerpała i opuściliśmy studio. Byliśmy zdegustowani, bo byliśmy świeżo po zdobyciu mistrzostwa Europy i należało się nam kilka chwil celebrowania tego pięknego momentu. Nie chcieliśmy tracić go w ciasnym telewizyjnym pomieszczeniu. Nie wiem dlaczego tak to wyglądało, ale pamiętam, że w tym samym czasie z pielgrzymką w kraju przebywał papież i być może dlatego nie było czasu antenowego dla nas.

Ale na Spodek do dziś spogląda z sentymentem: – Czasami kiedy w telewizji puszczane są wywiady z politykami z Katowic, to rozmówcy często pokazywane są z widokiem na Spodek. I wtedy palce same układają mi się w literę „V”, czyli w „victorię” – kończy obecny szkoleniowiec Artego Bydgoszcz.

Ignaczak: Z nerwów zjadłem wszystkie paznokcie

Trzecia perła w koronie, to oczywiście 29 września 2014 r. i finał siatkarskich mistrzostw świata, w którym Polacy pogonili wielką Brazylię. Przepustkę do meczu o złoto dało podopiecznym Stephane’a Antigi zwycięstwo w półfinale z Niemcami, też rozegranym zresztą w „hali UFO”.

*

Kiedy reprezentanci Polski szykowali się do najważniejszego meczu w swoim życiu, Andrzej Granek miał podobnie. Przecież w takim spotkaniu żadna elektronika nie miała prawa nawalić.

Dzień wcześniej odbyliśmy długie spotkanie z supervisorem. Masa ustaleń, przygotowań, a potem trzeba było pilnować, żeby wszystko było tak, jak sobie pan supervisor zażyczył. Pamiętam, że w trakcie meczu siedziałem przy stoliku sędziowskim, tuż obok sekretarza zawodów. Atmosfera na widowni była przecudowna, kto nie był na tym meczu, niech żałuje. Bardzo możliwe, że był nawet nadkomplet, bo mecz z Brazylią to jak święto narodowe. Głośno, wielkie emocje, ale nie mogłem sobie pozwolić na drzemanie nawet przez moment, bo mogłem stracić kontrolę. Szczególnie, że na meczach siatkówki piłka leci bardzo szybko i albo jest boisko, albo go nie ma. Sto procent koncentracji – opowiada.

*

Niedaleko niego, tyle że na ławce rezerwowych, siedział Krzysztof Ignaczak. Podczas tamtego turnieju pierwszym libero reprezentacji był Paweł Zatorski, dlatego „Igła” wystąpił tylko w grupowym meczu z Kamerunem.

Jezus Maria, prawie starszy ode mnie – rzucił, kiedy powiedziałem, że dzwonię z okazji urodzin Spodka.

Nerwy były ogromne, bo droga do finału nie była usłana różami. Wystarczyła przegrana w tie-breaku z Iranem i walczylibyśmy o miejsca 5-8. Dziś nikt tego nie rozpamiętuje, ale tamte dwie piłki dzieliły nas od piekła. Ale jak już dojechaliśmy do naszej Mekki, bo taką jest Spodek, to czekały nas nie lada emocje – dodaje Ignaczak. – W finale Spodek stanął na wysokości zadania. Hala była nabita do maksimum, nie wiem czy nawet nie zostały przekroczone normy bezpieczeństwa. Wszystkie miejsca wykupione, kibice stali gdzie tylko mogli. I ten doping tysięcy wydzierających się ludzi naprawdę było czuć na parkiecie. To nas uskrzydliło. Chociaż i tak z nerwów zjadłem wszystkie paznokcie, bo przecież nie co dzień wygrywa się z Brazylią w finale mistrzostw świata.

KATOWICE , HALA SPODEK 20.09.2014 SIATKOWKA MEZCZYZNI REPREZENTACJA FIVB MISTRZOSTWA SWIATA W SIATKOWCE MEZCZYZN 2014 RUNDA FINALOWA FINAL POLSKA - BRAZYLIA NZ RADOSC POLSKA ZWYCIESTWO MISTRZ SWIATA MICHAL WINIARSKI ( POLSKA ) MARIUSZ WLAZLY ( POLSKA ) DAWID KONARSKI ( POLSKA ) KRZYSZTOF IGNACZAK Z SYNEM FOT MICHAL NOWAK / NEWSPIX.PL KATOWICE , SPODEK HALL 20.09.2014 VOLLEYBALL MEN FIVB MEN'S VOLLEYBALL WORLD CHAMPIONSHIP POLAND 2014 FINAL ROUND THE FINAL GAME POLAND - BRASIL POLAND WON THE MATCH AND BECOME THE WORLD CHAMPION CELEBRATION POLAND WINNER MICHAL NOWAK / NEWSPIX.PL --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

Tamtego meczu nie da się nie pamiętać. Pierwszego seta wygrali Brazylijczycy, ale pozostałe partie już tylko Polacy. Ostatnią piłkę skończył Mariusz Wlazły (MVP turnieju), a później było już czyste szaleństwo. W hali i pod nią, bo tysiące kibiców oglądało też finał w strefie kibica pod Spodkiem. 45 lat wcześniej, a więc jeszcze w trakcie robót budowlanych, inżynierowie w obawie przed zawaleniem się hali przeprowadzili test. Kiedy konstrukcja była gotowa, na widowni zasiadło 4 tys. żołnierzy i wszyscy równocześnie zaczęli podskakiwać. Okazało się, że wibracje mieszczą się w normie, a konstrukcja jest wytrzymała. Panowie inżynierowie pewnie nie spodziewali się, że pół wieku później obiekt wytrzyma znacznie bardzie zmasowany „atak” kibiców.

Dla nas ten finał był zwieńczeniem tych wszystkich lat w siatkówce, wielu meczów także w Spodku. Ten obiekt zasłużył na taki hołd. Sam fakt, że Polski Związek Piłki Siatkowej wybrał Katowice na miejsce finału świadczy o tym, jak ta hala jest dla nas ważna. Pomimo tego, że doczekaliśmy się już w kraju większych obiektów – zwraca uwagę Krzysztof Ignaczak, który przed rokiem właśnie w Katowicach rozegrał swój pożegnalny mecz w kadrze.

Nie tylko sportowcy „wysiadają” ze Spodka

66-letni Andrzej Granek od niedawna jest już na emeryturze. Jak mówi, 47 lat w dziale halowo-prądowym Spodka minęło mu tak szybko, jak pstryknięcie palcem. Śmieje się, że teraz jednak czas na młodzież, która może „wykazać się zdolnościami, talentem i tymi swoimi komputerami”.

Swoją pracę bardzo lubił, dlatego wielki sentyment do hali będzie czuł na pewno do końca życia. Ale z drugiej strony też nie ukrywa, że oglądanie imprez przez te wszystkie lata zwyczajnie mu się przejadło.

Proszę mi wierzyć, że po tylu latach przesyt był ogromny. Gdyby po tych wszystkich imprezach ktoś powiedział mi teraz, że w Spodku będzie fajny kabaret, to powiedziałbym dziękuję, ja już się kabaretów naoglądałem. Teraz to już wolę iść na działkę.

RAFAŁ BIEŃKOWSKI

Fot. newspix.pl; Archiwum Państwowe w Katowicach; imged.pl

KOMENTARZE (2)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
TotoRiina

pyrrusowe zwycięstwo z Zsrr, bo i tak spadliśmy wówczas z elity.

Najsmutniejsze jest to, że Związku Radzieckiego już nie ma, a Ruscy w 9 na 10 meczów przewieźliby nas dwucyfrówką.

Swoją drogą może warto byłoby napisać coś o kondycji polskiego hokeja? W tym roku po raz drugi w historii spadliśmy z dywizji 1a… perspektyw na lepsze jutro nie widać, szkolenie leży, a my w przyszłym roku będziemy walczyć z takimi potęgami jak Rumunia, Estonia czy Holandia ( z którą w poprzednich latach zdarzyło nam się przegrywać)….

mcz
Bałtyk Międzywodzie

A szkoda, bo hokej to bardzo szybki, widowiskowy sport, wg mnie znacznie ciekawszy np. od siatkówki.

wpDiscuz

INNE SPORTY