„Potrafił stanąć na bramkę… z protezą”
Weszło

„Potrafił stanąć na bramkę… z protezą”

To był najbardziej porządny ze wszystkich piłkarzy, jakich spotkałem – stwierdził smutno Orest Lenczyk, wspominając Janusza Adamczyka, który zmarł w nocy z piątku na sobotę. Wieloletni bramkarz Wisły Kraków, mistrz Polski z 1978 roku, poświęcił futbolowi całe swoje życie. Kiedy spotkała go olbrzymia tragedia – amputacja nogi – nie poddał się. – Do końca wszystko w jego życiu było związane z piłką. I z tą piłką umarł – wspomina przyjaciela z drużyny Marek Motyka.

Adamczyk spędził w Krakowie prawie całą swoją piłkarską karierę. Kiedy skończył z futbolem w roli zawodnika, pozostał przy piłce jako trener, obserwator młodzików. Próbował też prowadzić własną działalność gospodarczą. Wiódł normalne, spokojne życie byłego piłkarza – z zawirowaniami, kłopotami osobistymi, ale raczej w zdrowiu i dobrej kondycji. Aż do 2006 roku. Oglądał sobie akurat – a jakże – mecz w telewizji, gdy za łydkę chwycił go okrutny skurcz. Okazało się, że do stopy nie dociera krew.

Następnie – seria przygód ze służbą zdrowia. Błędne diagnozy, nieudane zabiegi, lekarskie pomyłki. Ostatecznie – najstraszliwszy wyrok. Amputacja. Najpierw ucięto mu palec, później całą stopę, po kilku dniach były bramkarz nie miał już prawej nogi od kolana w dół.

– Nie byłem w stanie znieść bólu. Lekarz dał mi w szpitalu morfinę. Kiedy potem mi jej odmawiano, próbowałem łagodzić cierpienie marihuaną. Wyjeżdżałem przed szpital na wózku inwalidzkim, paliłem skręta i wracałem na oddział – opowiadał Adamczyk w rozmowie z Przeglądem Sportowym.

– Wiem, że spotkała go w życiu ogromna tragedia – wspomina swojego podopiecznego Lenczyk, trener mistrzowskiej Wisły z 1978 roku. – Uważam, że on za dużo umiał, żeby tylko gdzieś tam trenować młodzików. Nie był może nigdy podstawowym zawodnikiem, ale ja mogłem w każdej chwili na niego postawić i mnie nie zawodził. Miał kilka wspaniałych meczów. Był niesamowicie pracowity, dużo trenował indywidualnie. Poza tym, był bardzo skromnym człowiekiem i bardzo, bardzo miło go wspominam. To, że odszedł – szok. Tacy ludzie nie powinni odchodzić.

Najbliższym kumplem Adamczyka w szatni Białej Gwiazdy był Marek Motyka, który wciąż nie może się pogodzić ze śmiercią przyjaciela. Pięknie go powspominał.

Co się właściwie stało, znamy przyczynę śmierci?

Cały czas czekam na dokładnie informacje, kiedy jest pogrzeb, jakie szczegóły. Póki co wciąż nie dowiedziałem się, jaka w zasadzie była przyczyna. Docierały do mnie różnie wiadomości. Dzwonił na przykład kolega z Zembrzyc, że miał tam Jasia w tym tygodniu zabrać, żeby on pokazał młodym bramkarzom jakieś ćwiczenia, przekazał im swoje uwagi. Jasiu się strasznie do takiej roboty rwał, mógł to robić nawet za darmo.

Odnajdował radość w pracy z młodzieżą?

To był niesamowity pasjonat, jeżeli chodzi o pracę z młodymi i jednocześnie bardzo niespełniony człowiek. Zawsze marzył, żeby być trenerem bramkarzy w Ekstraklasie, żeby cały czas pozostać aktywnym. Ta amputacja trochę go w tych planach wyhamowała, ale on się nie poddał. Jeździli po niego ludzie, odbierali go samochodem, a on dalej robił treningi, obserwacje. Był nawet taki moment, że koledzy zabierali go na obserwacje bramkarzy w niższych ligach, a on dawał sygnały klubom, którego go o to prosiły, żeby swoją fachowością oceniał najbardziej perspektywicznych chłopaków.

Niezmiennie żył futbolem, bramkarzami?

W domu cały czas siedział przed komputerem i tych bramkarzy analizował. Czasami do niego wpadałem, siadaliśmy, robił kawę. Gdy rozmowa schodziła na temat bramkarzy europejskich, polskich… Wszystkich miał w małym palcu. To była dla niego największa pasja i strasznie się w tę analizę angażował. Kiedy go gdzieś zapraszano jako trenera, zabierał ze sobą takie krzesełko wędkarskie, zasiadał na nim i tłumaczył młodym bramkarzom, jak się należy zachowywać. Potem rzucał im piłkę i poprawiał błędy. Muszę powiedzieć, że rodzice ustawiali się w kolejce, żeby on ich dzieciom coś doradził. Miał olbrzymią wiedzę techniczną.

Potrafił do różnych kolegów jeździć i robić tam treningi indywidualne. Rodzice mogliby go potraktować z przymrużeniem oka, a wręcz walczyli o niego, o jego opinię. Miał całe zeszyty spisane, dokładnie rozpisanych wszystkich zawodników i potrafił czasem nawet pół godziny wygłaszać swoje uwagi, odnośnie tego, jak się powinien bramkarz zachowywać. Wszystkiego dopilnowywał.

Chociaż pewnie sam cierpiał, że nie może już pograć.

Bolało go to, że już nie może trenować. Najbardziej bolesna była dla niego ta refleksja, że już nie może normalnie kopać piłki. Widziałem, jak się tym przejmuje, jak on to przeżywa, jak on nam zazdrości, że my jeszcze możemy sobie pograć w oldbojach. Widziałem dramat w jego oczach.

Chociaż przypominam sobie, kiedy Jasiu był na takim turnieju dziesięciolatków. Organizuje go Marek Konieczny, przyjeżdżają zespoły z całej Europy. Między innymi Sevilla, Manchester United. Chłopcy grają czterech na czterech w polu, plus bramkarze. Na koniec, tradycyjnie, jest rozgrywany taki mecz pokazowy, gdzie trenerzy zagraniczni grają przeciwko trenerom polskim. I proszę sobie wyobrazić, że Jasiu, z protezą, stanął do bramki! Ja mu mówię: „Ty jesteś wariat! Co ty wyprawiasz, człowieku?!”. On miał dość szerokie spodnie, więc ci młodzi zawodnicy sobie nie zdawali sprawy, że w bramce stoi facet bez nogi.

Chyba długo nie dało się tego ukryć.

Ależ co on w tej bramce wyprawiał! Ja byłem w szoku, on się po prostu rzucał. W końcu miał taką interwencję, że rzucił się i odpięła mu się proteza. Wypadła z tych szerokich spodni. Żeby pan zobaczył miny tych dzieciaków. Byli w takim szoku, opadły im szczęki. Naprawdę się wcześniej nie połapali, że on nie ma jednej nogi. Po meczu wszyscy bili Jasiowi brawo. Ile mu to dało satysfakcji, ile radości, ile takiego dowartościowania samego siebie.

Zawsze słynął ze świetnej gry na linii, jak widać – nawyki pozostały.

To prawda. Jego problem zawsze wiązał się z obliczaniem przestrzeni, jeżeli chodzi o przedpole, do tego dochodziły kłopoty z wykopami. To nas, jako zawodników z pola, troszkę wyhamowywało w grze do przodu, bo nie asekurował nas odpowiednio. Przy Staszku Gonecie graliśmy bardzo wysoko, bo grał tak jak gra się dzisiaj, jako stoper, no a Jasiu trzymał się na szóstym, ósmym metrze w polu karnym. To powodowało, że założenia taktycznie musiały być inne. Natomiast na linii Jasiu był rewelacyjny, bardzo ciężko było mu coś strzelić.

Rywalizacji z Gonetem nigdy nie udało mu się na dłuższą metę wygrać.

Miał pecha, bo trafił na naprawdę dobrego rywala w walce o pierwszy skład. Obydwaj nie byli wysocy, bo Jasiu dość niski wzrost zawsze nadrabiał dynamiką i skocznością. Jednak Gonet był bardziej doświadczony, doskonale asekurował obrońców. Jak graliśmy w dziadka, grał z nami jak równy z równym. Pod tym względem, no i pod względem rutyny, zawsze Jasia przewyższał. Dlatego, koniec końców, Jasiek za dużo się w Wiśle nie nagrał, bo przez te wszystkie lata rozegrał koło stu meczów. Trafił po prostu na trochę lepszego od siebie konkurenta.

Jakoś tak się ułożyło, że Adamczyk od razu wziął pana pod swoje skrzydła.

On jako pierwszy zaprosił mnie do pokoju. Z nim mieszkałem, gdy przyszedłem do Wisły. Był jedynakiem, oczkiem w głowie rodziny. Dość bogatej, która mocno w niego inwestowała. Mówię to w tym kontekście, że był bardzo ładnie ubrany, miał zawsze dobry samochód. My na mecze jeździliśmy autobusami, ewentualnie polonezami, ładami. Natomiast on miał Fiata 128p, w wersji sportowej. Auto mocno luksusowe i wypasione. Widać było, ze mu się dobrze powodzi.

Auto, które rozbił po stłuczce z panem!

Fakt, mieliśmy taką przygodę. W ogóle byliśmy bardzo bliskimi przyjaciółmi. On kupił tego Fiata pół roku wcześniej, ja miałem nowego, chyba miesięcznego. Był ostry przymrozek. Ja jechałem na trening, on z treningu akurat wracał. Zygzak na drodze i buda, która to wszystko trochę przysłaniała. Na tym kawałku terenu zrobiła się straszna szklanka, po prostu wszystko zupełnie zamarzło. Ja jechałem 20 kilometrów na godzinę, on – może 30. I przy takiej prędkości się czołowo zderzyliśmy, całkowicie rozwalając sobie samochody.

Koledzy to od razu podłapali i długo nas wyśmiewali z tego powodu. No bo jak można się rozbić, jadąc 20 kilometrów na godzinę? Byliśmy bezradni, daliśmy po hamulcach, ale to nie pomogło. I porozbijaliśmy te nowe samochody, do dnia dzisiejszego koledzy z nas się naśmiewają. Musieliśmy z bólem serca te auta wyremontować.

Jakim był kolegą?

To był elegancki i przystojny chłopak, zawsze wypachniony, ale przede wszystkim – bardzo pracowity. Co go charakteryzowało – na pewno uczciwość. Był bardzo koleżeński, oddany klubowi, ciepły. W życiu mu się różnie poukładało, w życiu prywatnym nie miał szczęścia. Natomiast jako piłkarz, zdecydowanie tytan pracy. Najwięcej z nas wszystkich pracował, żeby udowodnić trenerowi, jak bardzo mu zależy.

Skoro tyle serca wkładał w treningi, to pewnie rola wiecznego rezerwowego mu doskwierała?

W karierze przeżywał ogromne stresy. Rola drugiego bramkarza wykańczała go psychicznie, bo był niesamowicie ambitny. Rodzina też go cały czas motywowała, starała się mu pomóc, chcieli być z niego dumni. Życie jest jednak brutalne – Bozia daje określony talent, jednemu większy, innemu mniejszy. On robił wszystko, żeby się poprawić. Ubierał specjalny pas z obciążającymi go odważnikami i w piaskownicy pracował nad skocznością. Dosiężny miał chyba ponad metr.

A prywatnie?

Przede wszystkim – to był nieprawdopodobny pedant. Już po amputacji, wchodząc kiedyś do jego mieszkania, zapytałem: „Jasiu, jakim cudem ciebie stać na wynajmowanie kobiety do sprzątania?”. Wiadomo, że te jego apanaże zbyt wysokie nie były. On mi na to: „Marcyś, oszalałeś? Ja to sam wszystko robię”. I rzeczywiście – on, na jednej nodze, mył okna i rozwieszał czyste firanki. O wszystko w tym mieszkaniu zadbał. Taki to był pedant od zawsze.

W waszym wspólnym pokoju też tak dbał o czystość?

Ja się od niego uczyłem, jak składać rzeczy, układać koszule i tak dalej! Dziewczyny zawsze się za nim oglądały, bo taki był wypachiony, wygolony. Codziennie prał wszystkie skarpety, koszule to aż lśniły. Ja byłem w szoku. Byłem młodym chłopakiem, który dopiero co przyszedł do Wisły, patrzyłem się na to wszystko jak w obraz.

Nie zapomnę, jak dał mi przepiękną, zachodnią wodę kolońską. Poprosiłem go o to z głupia frant: „Dałbyś mi tę wodę na pamiątkę?”. A on mi ją podarował bez mrugnięcia okiem, chociaż była pełna. Na ówczesne czasy to było parę ładnych dolarów. Nie wiem, czy ktokolwiek by się tak zachował wobec obcego chłopaka, z którym pierwszy raz mieszka w pokoju. Wody kolońskie to były wtedy bezcenne rzeczy.

W Wiśle nie spełnił się do końca jako zawodnik, jako trener bramkarzy też nie.

Ludzie nie wykorzystali jego wiedzy. Szczególnie marzył właśnie o Wiśle, żeby być tam przydatnym, choćby gdzieś w grupach juniorskich. Miał opanowane te wszystkie okręgowe, czwarte i trzecie ligi, chciał uczestniczyć w wyłapywaniu perspektywicznych bramkarzy. Ale wiadomo, że chcąc zatrudnić takiego człowieka i dać mu jakąś funkcję, to też wymaga pewnych działań. Trzeba mu dać drugiego człowieka, żeby go wszędzie zawiózł, do tego samochód. Trudno mieć pretensje do działaczy, nie każdy zawsze myśli o tych ludziach dotkniętych jakimś dramatem.

Można powiedzieć, że Adamczyk został z tym wszystkim sam?

Wielokrotnie przede mną płakał, że doskwiera mu samotność. Niestety, ale czasami tak było. Koledzy też nie zawsze mieli czas, żeby go codziennie odwiedzać i na tym tle bardzo cierpiał. Miał co prawda dwie córki, ale to z pierwszego małżeństwa, kontakt z tymi dziećmi też nie był zbyt bliski, co go dodatkowo dobijało. Jednak to też nie była do końca prawda, co czasem Jasiu mówił w różnych wywiadach, że został całkiem osamotniony i potraktowano go po macoszemu.

To znaczy?

Mamy przede wszystkim takich przyjaciół, nazywają się Filipkowie. Bogdan, Tadeusz, Stasiu – wspaniali ludzie. Trzej bracia. Są wielkimi fanami Wisły, zwłaszcza tej naszej, dawnej. Oni organizują swój słynny turniej w Dębicy – ten, gdzie Świerczewski miał pamiętną zadymę. Co roku zbierają pieniądze dla kogoś, kto potrzebuje pomocy. Połowa dla osoby z Dębicy, połowa dla kogoś z Krakowa. I właśnie z inicjatywy tych braci stało się tak, że jemu się finansowo zaczęło poprawiać. Co roku, szóstego stycznia, podczas tego turnieju była mowa o Jasiu Adamczyku. Pan prezes Ryszard Niemiec także o nim cały czas pamiętał, związek organizował różne mecze charytatywne z udziałem zawodników z Krakowa.

W pomoc zaangażował się także Patryk Małecki. Wyciągnął rękę do starszego kolegi z klubu, kiedy ten nie mógł już wytrzymać z bólu. Płacił za kosztowne leczenie.

I to jest bardzo ważna sprawa! Jasiu miał taki moment po amputacji, że miał cały czas straszne kłopoty z chodzeniem i protezami. Co ubrał protezę, lało się z tego. Miał jakiś otwór w tej uciętej nodze, który się nie chciał zagoić. Nikt sobie z tym nie potrafił poradzić, chociaż robili kolejne badania, chyba we wszystkich krakowskich klinikach. Jasiu był całkowicie załamany, bo nie mógł ubierać tej protezy i wychodzić z domu, po prostu lała się z tego krew.

Co się okazało – o sytuacji dowiedział się Patryk Małecki. Przyjechał, zupełnie bezinteresownie i uratował Jasiowi życie. Patryk zaproponował mu jakiegoś fantastycznego fachowca z okolic Krakowa, gdzie sam się leczył. Powiedział, że osobiście Jasia tam zawiezie, odwiezie, żeby tylko się zgodził pojechać na konsultacje. Jasiu wsiadł z tym Patrykiem w samochód, pojechał. Tamten lekarz od razu wszystko wychwycił – wystawał tam zaostrzony szpic kości, który cały czas przebijał skórę i uniemożliwiał gojenie.

Ten specjalista wszystko wyczyścił, wyszlifował i od tego czasu Jasiu mógł normalnie zakładać protezę. Patryk Małecki był jego zbawcą. Przede wszystkim, jako jeden z niewielu dzisiejszych wiślaków, zainteresował się sprawą, przyjechał z dobrego serca. Różnie się o Patryku mówi, ale ja naprawdę chylę przed nim czoła. Gdyby nie Patryk, Jasiu by nie miał żadnego kontaktu z ludźmi.

Rozmawiałem też z trenerem Lenczykiem. Ta ponura informacja gruchnęła na was jak grom z jasnego nieba.

Ja cały czas biję się z myślami. Nie mogę się pogodzić, że mówię o człowieku, którego już z nami nie ma.

fot. Newspix.pl

KOMENTARZE (5)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
WhiteStarPower

Pamięć [*] druzyna z 78 jest legendarna, a jakie nazwiska tam były.. Adam Musiał, Antoni Szymanowski, Krzysztof Budka, Adam Nawałka, Andrzej Iwan, Zdzisław Kapka, Kazimierz Kmiecik. Same legendy i reprezentanci kraju, tamta Wisła dopiero została godnie zastąpiona po 20 latach

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

OtylyKibol

szkoda, że nie wykorzystany potencjał. potem tylko ’81 i 2gie miejsce. a później… ech, szkoda słów…

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Olala
Widzew POLSKA Liverpool (L) Polonia Kotwica ŁKS Szerszenie Weszło

A plują na Małeckiego, a tu proszę – szacunek, Patryku. Z kolei polskie konowały bez koperty to gwoździe tylko umieją przepisywać, Do trumny. Diagnoza nie była kosmiczna i wydawała się przewidywalna.

wpDiscuz