Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ
Blogi i felietony

Jak co środę… JAKUB OLKIEWICZ

Mamy długi majowy weekend. Legia Warszawa jest faworytem do zdobycia Pucharu Polski, zostało im jedynie pokonać pozostającą w dolnej ósemce Ekstraklasy Arkę Gdynia. Legia Warszawa od ubiegłego weekendu jest również faworytem do triumfu w Ekstraklasie, której to liderem została po potknięciu Lecha z Górnikiem. Na finiszu rozgrywek jest już nie tylko klubem z najwyższym budżetem, co było jasne od początku ligi, ale też – wreszcie – najlepiej punktującą drużyną w polskiej elicie oraz finalistą Pucharu Polski.

Podobnie było dwa lata temu, gdy Legia zdobyła dublet na stulecie. Podobnie było trzy lata temu, gdy dopiero porażka z Lechem na własnym terenie zmieniła układ sił. Podobnie było w sezonie 2012/13, kolejnym, który warszawiacy kończyli z dwoma nowymi trofeami w gablocie.

W ostatnich kilku sezonach praktycznie nie było innych drużyn, które walczyłyby o dublet. Nie było drużyn, które połączyłyby walkę o mistrzostwo w lidze z dojściem do finału Pucharu Polski, a często przecież legionistom dochodziły jeszcze europejskie puchary.

Niezaprzeczalnym faktem jest, że Legia notuje najgorszy sezon od paru lat. Przegrywa w co trzecim meczu, wykonała mnóstwo irracjonalnych ruchów transferowych, przez niemal cały sezon grała bez trenera, z eksperymentem w postaci dyrektora akademii przy linii bocznej. Mnóstwo nerwów kosztowała krwawa wojna właścicielska, która musiała odbić się również na piłkarzach i pracownikach pionu sportowego, niepewnych, w którą stronę popłynie ich okręt. Oklep na parkingu. Ściąganie niespełnionych dj’ów pokroju Hildeberto. Wymiana ponad połowy składu w zimowym okienku transferowym. Wyciągnięcie z kapelusza chorwacko-brazylijskiego emeryta, podczas gdy rozstrzelał się wciąż dość młody polski napastnik. Totalnie niespójna polityka budowania drużyny, raz szumne zapowiedzi o stawianiu na dzieciaków, raz usadzanie na długie tygodnie Sebastiana Szymańskiego. Kompletnie zaburzona równowaga w szatni, gdzie nagle w jednym czasie znalazło się kilku znajomych trenera i dyrektora sportowego. Wypieprzenie do rezerw Michała Kucharczyka, by po chwili przywrócić go do drużyny. Kwasy właściwie na każdym możliwym poziomie, od stosunków na linii kibice-drużyna, przez stosunki na linii trener-piłkarze, kończąc na przyśpiewkach Żylety dotyczących zwolnienia Jozaka.

To ledwie wierzchołek. Mam wrażenie, że Legia w ostatnich miesiącach zrobiła wszystkie możliwe błędy, jakie tylko są do zrobienia w piłce nożnej. Buta? Jest, szybko skarcona. Rozrzutność? No raczej, widać po grze niektórych wzmocnień, nawet tych zimowych. Brak cierpliwości? Oczywiście. Brak konsekwencji? Tutaj mamy całą gamę przykładów, Legia błąkała się w ostatnich miesiącach niemal od ściany do ściany, zarówno jeśli chodzi o czysto boiskowe kwestie – od ustawienia po wybory personalne, jak i choćby umieszczenie ośrodka podejmującego decyzję. Janekx89, felietonista 2×45, celnie przypomina postać Radosława Kucharskiego, który swego czasu był kreowany na prawą rękę Dariusza Mioduskiego we wszystkich kwestiach sportowych. Tymczasem po zatrudnieniu bałkańskich fachowców, został zepchnięty na boczny tor. Na Weszło w dwóch tekstach przypominaliśmy jak drastycznie rozjechały się zapowiedzi władz Legii z pierwszego okresu ich panowania w Warszawie i późniejsza rzeczywistość. Właściwie większość wypowiedzi z pierwszego okresu da się zweryfikować jako nietrafione poprzez szereg przykładów z życia stołecznego klubu.

Trzech trenerów w jednym sezonie. Liczba porażek, która stawia lidera polskiej ligi wśród najgorszych liderów świata. Kilku nowych zawodników, którzy nie zagrali jeszcze dobrej połówki meczu.

A mimo to – bardzo prawdopodobny wciąż jest dublet dla Legii.

Trudno uciec od tego hasła, które u wielu kibiców wywołuje wściekłość. Biorąc jednak pod uwagę jak niewielki wpływ na gablotę z pucharami może mieć tysiąc błędów Legii, to nie żadna hipoteza, ale po prostu opis rzeczywistości. Co dla Legii Warszawa jest podłogą, dla pozostałych klubów w Polsce jest sufitem.

Gdyby Lech Poznań mylił się z taką częstotliwością jak ich rywal – pewnie walczyłby teraz o utrzymanie, tonąc w długach. Gdyby tyle samo pomyłek zaliczyła Jagiellonia Białystok, niewykluczone, że Cezary Kulesza byłby dziś już tylko organizatorem imprez disco-polo. Gdyby w podobny sposób błądziły inne kluby, w najlepszym wypadku zakończyłoby się spadkiem, w najgorszym – bankructwem i upadkiem. W żadnym innym mieście margines błędu nie jest tak duży. Legia wypracowała tak gigantyczną przewagę, że nawet w sezonie głębokiej przebudowy, wykonywanej często po omacku, na czuja, bez jakiejkolwiek wizji, jest faworytem w wyścigu o wszystkie polskie trofea. Oczywiście europejskie puchary bezlitośnie obnażyły błędy, tam prowizorką nie da się niczego wskórać, ale w Polsce po prostu nie ma klubu, który byłby w stanie powiedzieć sprawdzam.

Tydzień temu doskonale zauważył to Leszek Milewski w swoim felietonie. Legia jest w samym środku organizacyjno-sportowego bajzlu, bez trenera, z nieszczególnie zgraną szatnią, z atmosferą, w której Kuchy raz jest kingiem a raz kretem. Lech Poznań z kolei to projekt budowany latami, pieczołowicie dopieszczany, od miesięcy składany przez tych samych ludzi z Nenadem Bjelicą na czele. Na osi czasu w tych słynnych piłkarskich cyklach – Kolejorz jest gdzieś tuż przed szczytem tej drużyny. Bjelica miał mnóstwo czasu na korekty, na sprawdzanie rozwiązań, na transfery. Miał spokój, cierpliwość działaczy, utalentowaną młodzież, czas na zgranie wszystkich elementów. I w takim właśnie momencie Wielkopolan, gdzieś blisko ich szczytu – nadal oglądają plecy rozsypanej i nieuporządkowanej Legii. Jak to się modnie mówi z angielskiego: „peak” Lecha wypada gdzieś tam, gdzie warszawski kryzys.

Nie podoba mi się ta rzeczywistość, bo po kibolsku chciałbym by mistrzem był Lech. Ale nie ma co się na nią obrażać, ten sezon jak żaden inny udowodnił prawdziwość tezy o „lidze szkockiej”. Jasne, Legia powinna ze swoimi wszystkimi przewagami po prostu roztrzaskać Ekstraklasę, wciągnąć nosem puchar, a jesień spędzić w fazie grupowej któregoś z europejskich pucharów. Ale moim zdaniem o sile marki i klubu nie decyduje wyłącznie sposób, w jaki przerastają konkurencję w okresie swoich sukcesów. Poza tym – a może nawet przede wszystkim – o sile marki decyduje sposób, w jaki przebiegają u nich kryzysy. Gdy Henri Lloyd przeżywa kryzys, nie przegrywa konkurencji z panem Henrykiem, sprzedawcą bawełnianych skarpet z Rynku Bałuckiego, może co najwyżej gdzieś spaść w rankingach sprzedaży za Helly’ego Hansena. Tak i Legii, nawet po tylu pomyłkach, nie grozi rywalizacja z Bruk-Betem i Sandecją.

Zgadzam się z Piotrem Wołosikiem, zgadzam się z wieloma kibicami z Poznania i Białegostoku. W najbliższych latach może nie być lepszej okazji dla Lecha czy Jagiellonii, by zdobyć mistrzostwo. Tak głęboki kryzys Legii raczej już się nie przydarzy, szczególnie, jeśli napędzi ją kolejny dublet.