Team spirit, z naciskiem na spirit. Handballowa rodzina na emigracji
Inne sporty

Team spirit, z naciskiem na spirit. Handballowa rodzina na emigracji

Wysiadka na stacji Upney. Kwadrans szybkiego spaceru, bo nieco przeliczyliśmy się z czasem na kawę pod Stadionem Olimpijskim i jesteśmy. Razem z Grześkiem, narzeczonym jednej z zawodniczek, wybrałem się na półfinał pucharu Anglii w piłce ręcznej. Chcąc się przekonać, jak – i czy w ogóle – popularny jest w Wielkiej Brytanii szczypiorniak i jak prezentują się dziewczyny z GD Handball Club. Absolutne dominatorki, które w tym sezonie Women Premier Handball League wygrały 13 na 13 meczów i zostały drugi raz z rzędu mistrzyniami kraju. Z tym większym zainteresowaniem, że GD w swoich szeregach mają prawdziwą wybuchową mieszankę narodowościową. W tym dwie dziewczyny z Polski – Nikolę Szymurę i Olę Stankiewicz.

***

– W podstawówce i gimnazjum dużo biegałam, później grałam w piłkę nożną w nowopowstałej drużynie z mojej wsi, a od 12. roku życia zaczęła się miłość do piłki ręcznej. W końcu od 2. roku gimnazjum trafiłam do klasy o profilu piłki ręcznej i zaczęłam grać w drugoligowej Sośnicy. Do Anglii wyjechałam od razu po maturze. Jak tylko zapadła decyzja o wyjeździe, pierwszą rzeczą, o której pomyślałam, nie była praca, szkoła, jak to będzie z pieniędzmi… Nie. Zastanawiałam się, gdzie ja będę grać?! – opowiada Nikola.

– Podobnie, też przyjechałam – jak wiele osób w tamtym czasie – po maturze, w lipcu 2007. Zaczęłam pracować i studiować prawo, obecnie pracuję jako radca do spraw imigracyjnych w kancelarii radcowskiej. Pewnego pięknego dnia, jakiś czas po przyjeździe, wpisałam w Google „handball in London”. Grałam od 8. roku życia, może nie zawodowo, ale zawsze podchodziłam do tego sportu z ogromną pasją. Jako pierwszy wśród rezultatów pojawił się wtedy Great Dane Handball Club. Na stronie była informacja o treningu we wtorek na Leyton Score Centre, no więc pojechałam, pograłam i dostałam się do drużyny – mówi Ola.

fullsizeoutput_1bb4Ola Stankiewicz z lewej, Nikola Szymura z prawej

Z dziewczynami porozmawiam jednak po spotkaniu – w końcu grają o awans do finału krajowego pucharu. A ja zdecydowanie nie chcę być tym, któremu później zarzucą braki w koncentracji czy wytrącenie z rytmu meczowego.

Wejście na halę i pierwsze… zaskoczenie?

To znaczy – wiedziałem, że Anglicy nie mają reprezentacji na najwyższym poziomie. Że ze względu na słabą w skali kontynentu ligę nie mają wstępu nawet do eliminacji do Ligi Mistrzów, a najwyższy poziom, na jakim mogą startować, to EHF Challenge Cup. Gdzie też jeżdżą raczej na wycieczki niż żeby wyeliminować kogokolwiek, bo – jak się później dowiaduję – przeprawa z dziewczynami z Litwy rok temu skończyła się dwiema gładziutkimi porażkami.

Zrzut ekranu 2018-04-26 o 14.02.06

Ale że razem z Grześkiem będziemy stanowić mocne 40% widowni? No tego to się nie spodziewałem.

– Zwykle, gdy grają u siebie, w Copper Box, jest trochę więcej ludzi. Tam są też normalne trybuny, tu będziemy siedzieć na samym parkiecie.

IMG_4115Hala, w której oglądamy mecz, całkiem niebrzydka. Obok boisk do sportów halowych, jest tam też park trampolin, ścianka wspinaczkowa czy skate park.

IMG_4128Półfinał pucharu Anglii w piłce ręcznej, a przy parkiecie – torby ze sprzętem zawodniczek gości. Dość niespodziewany widok.

IMG_4160Obok wspomnianego Copper Box przechodzimy już po spotkaniu (to ten budynek z wielkim napisem RUN), w drodze na tradycyjne pomeczowe „zgrupowanie” GD.

Cóż, piłka ręczna nie jest w Anglii sportem szczególnie popularnym. Dość powiedzieć, że zawodniczki najlepszej drużyny w kraju, wciąż w lidze niepokonanej, nie dostają za grę ani pensa. Mało tego – Nikola, ale i kilka jej koleżanek z drużyny, by móc w ogóle zacząć grać dla GD, musiały z własnej kieszeni zapłacić 250 funtów do kasy IHF (Międzynarodowej Federacji Piłki Ręcznej).

– Gdybym nie zapłaciła, musiałabym czekać dwa lata, żeby móc zacząć grać w lidze w Anglii. Jako że grałam wcześniej w Polsce, to wszystko traktowane było jako transfer międzynarodowy, za który IHF trzeba zapłacić. Normalnie tę opłatę wnosi klub, ale jako że u nas pracują sami wolontariusze, nikt by tego za mnie nie zrobił. Jak tylko dostałam w pracy pierwszą wypłatę, to była pierwsza rzecz, jaką zrobiłam – wspomina Nikola. – Wydaje mi się, że to właśnie czyni nas taką super ekipą. Świadomość, że za wszystko – każdy wyjazd, treningi, sprzęt – płacimy sami. Wszystko dla naszej pasji. Dlatego dajemy tak dużo od siebie, bo kosztuje to nas nie tylko czas, ale i pieniądze. 

Jakichkolwiek pieniędzy za prowadzenie drużyny nie mogą się też spodziewać trenerzy-wolontariusze London GD – Jordi i Cristobal.

Ola: – Trener Jordi wkłada dużo, albo i całe swoje serce w naszą drużynę. Nie wiem, czy starcza mu go jeszcze dla jego dziewczyny, zresztą też naszej zawodniczki. Dzięki temu, że jest grafikiem komputerowym, mamy od niego wiele prezentacji, rozrysowane schematy w ataku i w obronie. Może i to się wydaje normalne, gdy sport jest profesjonalny, ale tutaj w Anglii piłka ręczna taka nie jest. Mamy też trenera od przygotowania fizycznego i osobnego dla bramkarek. Nasi trenerzy nie dostają za trenowanie nas, czyli coś co właściwie stało się ich drugą pracą, ani pensa. To dzięki ich świetnej pracy regularnie zdobywamy tytuły i puchary.

Trener Jordi Cidoncha Parellada: – Nie mając dziewczyn na treningu codziennie, że nie każda zawsze może przyjść, staram się po prostu wypracować kilka schematów. Przekonać dziewczyny, że jak już się ich nauczą, to będą dawać efekty. Nie wyjdzie raz? Spróbuj drugi, trzeci. Nawet nie wiesz, ile satysfakcji mi daje, jak widzę wymyśloną przeze mnie zagrywkę w meczu. Wiadomo, trudno czasami ogarnąć kilkanaście dziewczyn, każda miewa gorsze dni, humory. Ale kocham to, co robię. Widzisz, siedzimy tu razem, jemy pizzę, pijemy piwo, jesteśmy jak rodzina. W którym zawodowym zespole miałbyś coś takiego, taką atmosferę?

Jordi ma swoją drogą na koncie nie tylko dwa mistrzostwa Anglii w dwóch ostatnich sezonach. Ale również wybrany najlepszą niezależną grą komputerową na Art Futura 2008 tytuł „The Invasion of hte Granny Snatchers”, w którym wcielamy się w starszą panią walczącą z rabusiami grasującymi po jej domu. Nie omieszkał się nią pochwalić, gdy ruszyliśmy wraz z całą drużyną na pomeczowy pubbing. Nie omieszkałem wieczorem wygooglować.

Pubbing był w pełni zasłużony, bo jego drużyna odwaliła kawał naprawdę dobrej roboty. Po spotkaniu debatowaliśmy chwilę nad tym, czy rywalkom odechciało się grać już gdy przegrywały dziesięcioma bramkami, czy może dopiero kiedy przewaga GD osiągnęła ponad dwadzieścia „oczek”. Powiedzieć, że oglądaliśmy mecz bez historii, to jak nic nie powiedzieć. Z początku mogło się wydawać, że ekipa University of Bath postawi się mistrzyniom Anglii, zaczęła nawet od prowadzenia 2:0, ale gdy już dziewczyny z Londynu weszły na swoje normalne obroty… Ujmijmy to tak – wesołego autobusu na trasie Londyn-Bath raczej tego dnia nie uświadczono.

Zrzut ekranu 2018-04-26 o 12.54.01

Dziewczyny z Bath przeżyły zderzenie czołowe z prawdziwym walcem. Nie byłoby wielką przesadą stwierdzenie, że nawet gdyby dziewczyny były mocno wczorajsze, i tak w cuglach awansowałyby do finału.

– Mamy wspaniałe trio „party animals”: Aleks, Anna, Claudi. Super zawodniczki, nie tylko na boisku, ale i na imprezie. Weekend bez wyjścia na miasto dla nich nie istnieje, czasem zabalują i przed meczem. Ale nie mów trenerowi! – śmieje się Nikola. – Był taki turniej w Liverpoolu. Dzień przed meczami poszłyśmy na miasto i jako że shoty były mega tanie – bodaj po £2, podczas gdy w Londynie ceny dochodzą do £5-6 – no to zabawiłyśmy nieco dłużej. Powiem tak: następnego dnia grało nam się jakby trudniej niż zwykle.

Rozmiarom zwycięstwa w sumie trudno się dziwić, bo choć dziewczyny nie grają na profesjonalnych kontraktach, to kilka z nich ma za sobą naprawdę ciekawą przeszłość.

– Obrotowa Aleksandra Garaloska i bramkarka Anna Baikova występowały nawet w reprezentacjach swoich krajów, odpowiednio Macedonii i Łotwy – opowiada Ola.

– Z kolei Bea (Beatriz Casquero – red.) grała nawet w najwyższej lidze w Hiszpanii, w barwach Realu Valladolid – dodaje Nikola.

GA9_5541_detailTo nie ściema, sprawdziliśmy. Tutaj Bea w barwach Valladolid w meczu z Aiala Zarautz, fot. tribunavalladolid.com

W składzie znajdziemy też choćby Marię Marselli, która co prawda z klasycznym handballem nie miała tak wiele wspólnego, ale sporo grała w plażową odmianę tego sportu.

– Dzięki Marselli nasza kobieca drużyna zajęła dwukrotnie pierwsze miejsce w British Beach Handball Championship w Poole i tym samym dostala sie do europejskich klubowych mistrzostw piłki plazowej na Gran Canarii w zeszłym roku – przedstawia swoją koleżankę Ola. – Z racji doświadczenia to ona wtedy wciela się w rolę trenerki.

***

Pomeczowa impreza, na którą zostałem przez dziewczyny zaproszony, miała dodatkowy wymiar – z drużyną żegnała się bowiem zawodniczka, którą Grzesiek przedstawił mi przed meczem jako „Cristiano Ronaldo London GD”, a więc Arantzazu Marin Pacheco.

– Leo Messi – poprawia go później trener Jordi. – Jestem wielkim fanem Barcelony, zakochanym w pracy Pepa Guardioli, więc zostańmy może przy tym porównaniu.

Właśnie po spotkaniach trwa budowa słynnego team spirit. Z naciskiem oczywiście na spirit. Wątpliwe, by drużyna była ze sobą tak zżyta, gdyby po meczach każda rozjeżdżała się w swoją stronę. Więcej – nie ma na to szans.

Wspólny spacer na stację metra z „międzylądowaniem” w sklepie off-licence, by zabawę móc rozpocząć nieco bardziej ekonomicznie niż od przekąski i pinty w pubie (na te przyjdzie czas nieco później) i ruszamy do Howling Hops.

Jeszcze zanim przyleciałem do Londynu, Grzesiek wspominał, że nie tylko dziewczyny grające w zespole, ale cała ekipa razem z trenerami, partnerami, przyjaciółmi to prawdziwa rodzina. Głośna, kolorowa, czasami dysfunkcyjna, a na pewno niezwykle trudna do przeoczenia w zatłoczonym pubie w sobotni wieczór. Ale i bardzo, bardzo ciepła. Wystarczy mi krótkie podprowadzenie Nikoli i kilka słów zamienionych z każdą z nich, a czuję, jakbym znał je od paru lat.

– Anna to najlepsza bramkarka ligi, zawsze daje czadu, kiedy jej potrzebujemy. Christina – przesympatyczna, zawsze zabiegana, zawsze z książką na studia. Byłam o nią zazdrosna, bo na początku grała więcej i lepiej, ale zrozumiałam, że to nie o to w tym wszystkim chodzi. Manon, Bea i Aleks G, obrotowe, mega doświadczone. Z Aleks, dużo starszą, dogadujemy się jak rówieśniczki. Marie K – pomocna optymistka, nie zliczę, ile razy podnosiła mnie na duchu. Ilaria, Maria, Aleks i ja to skrzydła, z nimi mam tyle wspomnień, że nawet nie wiem, od czego zacząć. No i oczywiście Mayte – najmilsza osoba na świecie. Wygadana, jak na Hiszpankę przystało, jak zacznie mówić, to nie dasz rady jej przerwać.

Faktycznie, kiedy zaczęła opowiadać, jak jej chłopak zamiast wyprać jej przepocone ciuchy z meczu wrzucił je do pralki na trzygodzinny program suszenia (możecie sobie wyobrazić, jak później pachniały), nie dało się jej wejść w słowo. A gdy już skończyła, brzuch bolał ze śmiechu.

To aż niesamowite, jak zżyta jest ta grupa pasjonatek. Dziewczyn, które by nadal robić to, co kochają, co i rusz zagryzają zęby, gdy niekoniecznie mają ochotę po pracy zasuwać na trening, poświęcają swój czas i naprawdę konkretne pieniądze. A uwierzcie mi, Londyn to nie jest najtańsze miejsce do życia. I nie chodzi tylko o boisko, gdzie jedna asekuruje drugą i jedna za drugą pójdzie w ogień. W London GD dziewczyny zbudowały unikalną więź. Więź, która jest niesamowicie ważna, gdy żyje się na emigracji. Gdy w kompletnie nowym otoczeniu, w obcym kraju, zna się czasami jedną, w najlepszym wypadku garstkę osób. Bo gdy nie zawsze w życiu się układa, bardzo przydaje się ktoś, kto wyciągnie z dołka i coś, co pozwoli odsunąć negatywne emocje. Choćby na chwilę.

Ola: – Wiadomo, sport to sposób na wyładowanie negatywnych, na zrzucenie z siebie stresu jakiego przysparza praca i życie osobiste. Ale hala to dla mnie miejsce spotkań z ludźmi, którzy stali się dla mnie drugą rodziną. Żyjąc w tak wielkim mieście jak Londyn, z dala od rodziny i przyjaciół, to konieczność. 

SZYMON PODSTUFKA

fot. własne/London GD Handball Club

KOMENTARZE (6)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Kaszanka

Śmieszne, (ktoś) pisze o jakimś zespole który jest nieznany, ale o Vive, Orlenie, czy Azotach nic nie napiszą, pomimo, że zespoły te są w Europie znane. Szkoda :(

Gordon
Olympique Lyon

Coś w tym jest, Vive prawie co roku w półfinale ligi mistrzów, chyba nawet w finale byli. Nasze zespoły piłki ręcznej w europie jak powiedzmy, piłkarsko włochy, zawsze daleko wędrują i nic. Piszą o jakichś dupeczkach z nieznanych rejonów. Hipsterka kurwa weszlacka.

Zdzisiek Skrecina

Vive nie tylko było w finale Ligi Mistrzów, ale i LM wygrali :)

Gordon
Olympique Lyon

O widzisz Ździsiu, kto by pomyślał.

Lelumpolelum

O hokeju też się nie zająkną. No ale to dyscyplina popularna na południu Polski i w Gdańsku, więc olewka.

nikolaszy

Moze warto podsunać ten pomysl?
Z drugiej strony, czy nie warto pisac o mniejszych zespolach i przedstawic cos nowego, mniej znanego?
Pozdrowienia

wpDiscuz

INNE SPORTY

WARSZAWA 17.05.2018 
KONFERENCJA PRASOWA  PRZED BOXING NIGHT 14 NARODOWA GALA BOKSU --- PRESS CONFERENCE BERORE BOXING NIGHT 14 NATIONAL BOX GALA  
MARCIN NAJMAN   
FOT. ANNA KLEPACZKO/FOTOPYK/NEWSPIX.PL
---
Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl 
mail us: info@newspix.pl
call us: 0048 022 23 22 222
---
Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland
26 maja, 11:40