Napoli chyba właśnie zakończyło walkę o scudetto…
Włochy

Napoli chyba właśnie zakończyło walkę o scudetto…

Czyżbyśmy właśnie stali się świadkami nieformalnego zakończenia walki o mistrzostwo Włoch? Wczoraj, w cudownych wręcz okolicznościach, Juventus ledwo co pokonał Inter, utrzymując przewagę nad Napoli. Dama niby Stara, a wciąż ma siłę, by uciekać w tabeli największym rywalom. Dziś jednak podopieczni Maurizio Sarriego nie zrobili praktycznie nic, aby jeszcze przedłużyć nadzieje Neapolitańczyków na pierwsze od 28 lat scudetto.

Fiorentino robiła z nimi co tylko jej się żywnie podobało. Kiedy miała ochotę – przyspieszała akcję. Gdy wolała nieco dłużej przytrzymać piłkę, aby uporządkować grę z jakiegokolwiek powodu – nie było problemu, ponieważ Benassi, Badelj, Veretout i Saponara kontrolowali zupełnie środek pola. Zerkamy w statystyki z pierwszej połowy – licząc wszelakiego rodzaju interwencje to właśnie powyższy kwartet zaliczył ich znacznie więcej, niż cała linia defensywna Violi. To pokazuje dobitnie jak nędznie i bezradnie zaprezentowała się ekipa gości. Wyobraźcie sobie bowiem, że przez pierwsze 45 minut, zawodnicy Napoli ani razu nie zmusili bramkarza rywali do wysiłku! Marco Sportiello tylko raz musiał wyjść do dośrodkowania. Poza tym – fajrancik. Gdyby w środku meczu poszedł na pizzę pewnie nikt by tego nawet nie zauważył.

Z czego natomiast wynikała tak ogromna zapaść Azzurrich? No cóż, nie zdziwilibyśmy, gdyby ich morale podkopała właśnie wczorajsza przegrana Interu. Ale to oczywiście nie wszystko. Leżącego się ponoć nie kopie i pomimo tego, że samemu sobie trudno jest wymierzyć cios, to jednak Napoli ta sztuka się udała…

Ironia losu była bezlitosna. Scenariusz dramatu pod tytułem „Och, jaka piękna porażka” napisał bowiem nie kto inny jak Kalidou Koulibaly. Jeszcze do niedawna był herosem, idolem, bogiem, (tu wstaw kolejny wychwalający go epitet), po tym jak w samej końcówce spotkania strzelił gola ekipie z Turynu. W obronie natomiast grał bezbłędnie, schował przeciwników do kieszeni. Dzisiaj stał się nikim innym jak tylko antybohaterem, po tym jak praktycznie w swoim pierwszym pojedynku z napastnikiem rywala przegrał walkę o pozycję. Wyprzedziła go dzisiejsza zmora defensywy Napoli, Giovani Simeone, a Senegalczyk spóźnił się z interwencją i wyciął go niczym trawkę na wiosnę, prokurując tym samym rzut karny.

No właśnie, to jest dobre pytanie – powinna być jedenastka, czy jednak nie? Cała akcja była na tyle dynamiczna, że gołym okiem ekstremalnie trudno to ocenić. Arbiter również posiłkował się technologią w tej kwestii, ponieważ najpierw chciał dać Violi karnego, a stoperowi żółtą kartkę. Po konsultacji z VARowcami zmienił jednak zdanie – Koulibaly obejrzał czerwony kartonik, a Veretout musiał zadowolić się jedynie rzutem wolnym.

A skoro w ten sposób w defensywie gości powstał lej po bombie, Maurizio Sarri zdecydował się na korektę ustawienia. Wycofał z boiska Jorginho, wstawił zaś Tonellego. Ciekawe, czy z perspektywy czasu żałował swojej decyzji? Nieobecność Brazylijczyka miała fatalny wpływ na to jak Azzurri wyglądali w ofensywie. Nie potrafili dłużej utrzymać się przy piłce, zepchnąć Fiorentiny do defensywy, ani stworzyć sobie dogodnej okazji. Z drugiej strony włoski szkoleniowiec nie chciał grać futbolu-kamikaze, aczkolwiek, jak widać, końcowy efekt otrzymał taki sam.

Natomiast ten, który zastąpił Jorginho, również ma na swoim koncie karygodny błąd, ponieważ i jego wykiwał El Cholito. Biraghi zagrał w jego kierunku długą piłkę, a Tonelli kompletnie nie kontrolował tego, gdzie znajduje się napastnik. Zapomniał o nim? Vita Buerlecithin się kłania! Dla nas to trochę niepojęte, aby bez krycia pozostawić samemu sobie napastnika tak dynamicznego, zwinnego, oraz sprytnego jak młody Simeone. Argentyńczyk więc skorzystał z gapiostwa obrońcy, wyskoczył mu zza pleców, a za chwilę posłał piłkę do siatki między nogami Pepe Reiny. Później pokonał go zresztą jeszcze jeden raz, wykorzystując błąd defensorów Napoli po rzucie rożnym. Po zagraniu Badelja futbolówka odbiła się jeszcze od Hysaja, zmyliła hiszpańskiego bramkarza, a Gio dopadł do niej i mniej więcej z metra wpakował ją do bramki. Mało? W doliczonym czasie gry drugiej połowy El Cholito skompletował hattrick, wygrywając wyścig z Mario Ruim oraz pokonując Reinę plasowanym strzałem.

Sarri jeszcze wcześniej próbował ratować się zmianami, bo mniej więcej po godzinie gry do boju posłał Arkadiusza Milika oraz Piotra Zielińskiego. Polacy pojawili się na murawie w miejsce odpowiednio Mertensa oraz Hamsika, kompletnie dziś bezradnych. Nasi rodacy nie okazali się jednak cudotwórcami, nie pokazali żadnych supermocy, których chyba musieliby użyć, aby odwrócić losy spotkania. Co prawda nie byli kompletnie poza grą, zwłaszcza pomocnik starał się brać na siebie odpowiedzialność za stwarzanie zagrożenia w polu karnym gospodarzy, ale ci bronili się zbyt dobrze, a ponadto wcale nie oddali inicjatywy. Zieliński nie zaliczył więc ani jednego otwierającego podania, natomiast Milik ani razu nie dotknął piłki w polu karnym przeciwnika. Ba, Mertens, Callejon oraz Insigne razem wzięci w przeciągu 90 minut zaliczyli tylko 6 takich kontaktów z futbolówką.

Na trzy kolejki przed zakończeniem sezonu Serie A, Azzurri tracą zatem 4 punkty do Juventusu, a na rozkładzie jazdy mają jeszcze Torino, Crotone oraz wycieczkę na mecz z Sampdorią. Stara Dama również rozegra dwa spotkania u siebie – z Bologną i Hellasem – a w międzyczasie na wyjeździe zagra z Romą. Ma ona jednak na tyle duży margines błędu, że trudno tu oczekiwać jeszcze jakiegoś szczególnego zwrotu akcji. Neapolitańczycy chyba po prostu muszą pogodzić się z tym, iż ich plany dotyczące zdobycia mistrzostwa Włoch znów przemienią się jedynie w marzenia. A podobno „pomarzyć dobra rzecz”…

Fot. NewsPix.pl