Bayern lepiej grał, Real skuteczniej strzelał
Weszło

Bayern lepiej grał, Real skuteczniej strzelał

Wczorajszy mecz pomiędzy Liverpoolem a Romą narobił nam wielkiego apetytu na dzisiejszą potyczkę Bayernu z Realem Madryt. To miała być tylko przystawka przed daniem głównym, wszak o prymat w Europie grały jeszcze większe marki, ale wariactwa z ich strony uświadczyliśmy stosunkowo mało. Nie do tego przyzwyczaiła nas Liga Mistrzów w tym sezonie.

Przez długi czas bowiem można było odnieść wrażenie, iż na Alianz Arenie obie drużyny wyszły na boisko głównie po to, aby się wybadać. Zupełnie tak jakby dopiero dziś o 20:45 zaczęły dowiadywać się o swoich mocnych oraz słabych stronach. To nie było asekuranctwo w najgorszym tego słowa znaczeniu, aczkolwiek ani jedni, ani drudzy nie podejmowali dziś zbyt wielkiego ryzyka w rozegraniu.

Przede wszystkim zdziwiło nas to, że Los Blancos mieli tak duży problem z zawładnięciem i spokojnym zarządzaniem środkiem pola. Po to przecież Zidane zdecydował się wystawić od pierwszej minuty Lucasa Vazqueza, a w szczególności Isco. A jednak, nawet mimo przewagi liczebnej w środkowej strefie, to raczej Javi Martinez, Thiago Alcantara oraz przede wszystkim James Rodriguez prowadzili dziś grę.

Pytanie, jaki plan na ten mecz miał tak naprawdę Jupp Heynckes. Wątpliwości takie wyrażamy, ponieważ już po paru minutach Arjen Robben zszedł z boiska z urazem. W jego miejsce pojawił się wcześniej wspomniany Alcantara, dzięki czemu z jednej strony to Monachijczycy łatwiej radzili sobie z rozprowadzaniem akcji. Z drugiej zaś Muller przesunięty na skrzydło nie zapewniał drużynie odpowiedniego poziomu polotu i finezji.

Może właśnie dlatego Marcelo w pierwszej połowie nieco zlekceważył swoje obowiązki? Widzieliśmy to przy okazji kontry gospodarzy z 28. minuty. Podobnie źle ustawiony był Ramos, dlatego na tyłach Królewskich powstała wielka wyrwa, której pokryć nie miał szans Casemiro. James natomiast popisał się świetnym podaniem prostopadłym do idącego na obieg Kimmicha, on przebiegł z piłką kilkadziesiąt metrów i wpakował ją do siatki.

A zatem, jeśli ten mecz przypominał nieco piłkarskie szachy, to też pokazał, że niektórzy zawodnicy nie znają zasad tej gry i nie mają pojęcia w jaki sposób powinny poruszać się poszczególne figury. Prawdziwie przerąbane na przestrzeni półtorej godziny miał szczególnie Dani Carvajal – już w pierwszej minucie meczu popełnił błąd, który mógł kosztować Real utratę bramki, ale wtedy jeszcze gospodarzom zabrakło wykończenia. Później natomiast Franck Ribery bujał Hiszpanem z taką łatwością, jakby miał z 10 lat mniej. Wiadomo, z czasem było mu coraz trudniej, wszak organizmu nie da się oszukać, ale i tak byliśmy pod wrażeniem skuteczności jego dryblingów oraz tego jak w ogóle zapieprzał przy linii bocznej także w pressingu czy asekuracji w chwilach, gdy Bayern się bronił.

Ciekawe na ile wynikało to z chęci zadośćuczynienia kibicom Gwiazdy Południa. Jego szarże, mimo że groźne, to jednak były nieskuteczne. Przede wszystkim jednak fani będą mieli mu za złe zmarnowanie wybitnie komfortowej sytuacji z pierwszej części spotkania. Nadbiegał wówczas z lewej strony, nie czekał tam na niego żaden przeciwnik, miał więc otwartą autostradę do bramki Navasa. Popełnił jednak fatalny błąd w przyjęciu, przez co chwilę potem Navas złapał piłkę w ręce.

W międzyczasie z boiska musiał zejść jeszcze Jerome Boateng, który również doznał kontuzji. W jego miejsce pojawił się Niklas Sule i niby nie zagrał źle, ale też nie dawał w tyłach takiej pewności jak stoper ghańskiego pochodzenia. Być może i ten fakt miał wpływ na dekoncentrację monachijczyków pod koniec pierwszej połowy, gdy niespodziewanie gola strzelił Marcelo. Karciliśmy go za niefrasobliwość w obronie, lecz tym razem wyjątkowo słusznie zapędził się pod pole karne rywala i nie chciał spod niego wracać. W 44. minucie Carvajal zagrał piłkę głową w kierunku 16. metra w centrum boiska, trochę na chaos, z czego skorzystał właśnie Brazylijczyk, uderzając bez większego namysłu tuż zza szesnastki i pokonując Ulreicha.

Jeśli natomiast mielibyśmy kogoś wystawić przed szereg z obrony Bayernu, zdecydowanie byłby to Rafinha. I bynajmniej nie zamierzamy go chwalić. Bo co z tego, że przez większą część meczu naprawdę dobre sobie radził zarówno w obronie jak i we wspieraniu Ribery’ego w ataku, skoro mniej więcej po godzinie gry zachował się niczym rasowy sabotażysta? Podopieczni Juppa Heynckesa byli świeżo po nieskutecznym rozegraniu rzutu rożnego, ale zgarnęli „drugą piłkę”. Ta trafiła do Rafinhii, który – znajdując się pod presją – fatalnie skiksował, chcąc podać do najbliższego kolegi. Futbolówka trafiła do Lucasa, za chwilę podał do wychodzącego na wolne pole Marco Asensio, a ten pokazał Ribery’emu oraz Lewandowskiemu jak powinno się wykańczać akcje. Niezłego nosa miał Zizou, gdy w przerwie postanowił wprowadzić Marco za Isco, który przez 45. minut praktycznie pozostawał nieprzydatny.

A dlaczego z kolei wrzucamy kamyczek do ogródka Polaka? Pod koniec drugiej części meczu stanął bowiem oko w oko z Keylorem Navasem, ale nie wyszedł mu techniczny strzał, wskutek czego Bayern ostatecznie musiał się pogodzić z przegraną. Generalnie Polak nie popisał się w dzisiejszym spotkaniu, o czym szerzej możecie przeczytać tutaj: (klik)

Szkoda tylko, że arbiter Kuipers również musiał wpłynąć na wynik tego spotkania. Uważamy bowiem, iż w 46. minucie mógł powinien był odgwizdać rzut karny na Polaku, po tym jak Carvajal zbyt namiętnie przytulał się do Lewego.

Przewaga Królewskich jest minimalna, chociaż 2 gole strzelone na wyjeździe to naprawdę bardzo dobra zaliczka. Z drugiej strony już Juventus pokazał, iż z Bernabeu jest taka twierdza, jak z plasteliny materiał na budowanie murów obronnych. W ogóle jeśli czegoś nauczyła nas ta edycja Champions League, to właśnie tego, iż powinniśmy spodziewać się niespodziewanego. Że do ostatnich minut nie należy nikogo skreślać, biorąc pod uwagę zarówno wszelakiej maści remontady, jak i możliwość odwrócenia losów spotkania w 93. minucie.

Nic tu jeszcze nie jest rozstrzygnięte. Nieco hiperbolizując moglibyśmy napisać nawet – wiemy, że nic nie wiemy. Ale czy właśnie nie za to kochamy futbol, zwłaszcza ten na najwyższym poziomie?

Bayern 1:2 Real Madryt (1:1)
1:0 Kimmich 28′
1:1 Marcelo 44′
1:2 Asensio 58′

Fot. NewsPix.pl