Jak co wtorek… KRZYSZTOF STANOWSKI
Blogi i felietony

Jak co wtorek… KRZYSZTOF STANOWSKI

Jest serce, ale brakuje głowy – powiedział podczas konferencji prasowej prezes Legii Dariusz Mioduski.

Uważam, że dawno nikt tak celnie nie scharakteryzował problemów warszawskiego klubu.

Rzeczywiście w gabinetach działaczy, a zwłaszcza w gabinecie prezesa Mioduskiego, jest być może dużo serca, ale niestety bardzo mało głowy. Jestem daleki od pisania teraz „a nie mówiłem?”, zwłaszcza, że często jak coś mówię, to się to wcale nie sprawdza, ale wszystko co wydarzyło się na Łazienkowskiej było dość proste do przewidzenia – oczywiście o ile nie bierzemy życia życzeniowo. W zasadzie obserwujemy bardzo logiczne następstwa podejmowanych wcześniej decyzji. Dwa plus dwa dało cztery.

Jeśli prezes myśli sercem, to może wygłaszać żarliwe przemówienia na temat organizacji klubu piłkarskiego, ale jeśli dominuje głowa – wtedy w pierwszej kolejności stara się już zorganizowane kluby piłkarskie naśladować. Dzisiaj – moim bardzo subiektywnym zdaniem – Legia jest fenomenem na skalę światową. Żaden inny klub, a raczej żaden inny prezes, nie zdefiniował roli trenera w klubie w taki sposób. Żaden nie podszedł do selekcji osób godnych tej funkcji z taką frywolnością. Żaden nie stwierdził: – W zasadzie wszystko jedno kto jest trenerem, może być ktokolwiek.

Gdyby zapytać 100 prezesów klubów większych niż Legia, która funkcja jest najważniejsza, pewnie część powiedziałaby, że trener, a część – że dyrektor sportowy. Ale zapewne zgodzimy się, że „trener” to byłaby odpowiedź dominująca, a już na pewno jedna z dwóch dominujących. Dariusz Mioduski do tej pory dwa razy wybierał szkoleniowca. Najpierw wskazał Romeo Jozaka, potem wskazał Deana Klafuricia.

Pierwszy w Chorwacji ma opinię zakochanego w sobie filozofa, któremu zdaje się, że wymyśli futbol na nowo, ale niestety nie wie jak napompować piłkę. Drugi w Chorwacji nie ma żadnej opinii, ponieważ nikt go nie zna, tak jak w Polsce nikt nie zna trenerów, których największym w życiu osiągnięciem było poprowadzenie drużyny w pięciu drugoligowych meczach. Jako że Legię Klafurić obejmuje na sześć kolejek, będzie to jego najdłuższa przygoda z prowadzeniem męskiego klubu piłkarskiego.

Ale trzeci gagatek, Ivan Kepcija stwierdził: – Klafurić ma niezbędne doświadczenie, by pracować w Legii.

Najpierw należałoby zadać pytanie, czy Kepcija ma niezbędne doświadczenie, potem można wziąć pod lupę Klafuricia. Wnioski nie będą wesołe.

*

To jest naprawdę zdumiewające. Nie znajdziecie poważnego klubu na świecie (zdefiniujmy „poważny” jako największy w swoim kraju), obsadzającego w roli trenera 44-letniego cudzoziemca, który:

a) nigdy nie był trenerem
b) nigdy nie był piłkarzem

Owszem, każdy kiedyś zaczyna. Dość często zdarza się, że były piłkarz daje się przez lata poznać z doskonałej strony jako człowiek, klub w niego wierzy i przygotowuje go do funkcji trenera np. poprzez powierzenie zespołu rezerw. Przykłady znajdziemy i za granicą (Guardiola, Zidane), i w Polsce (Magiera), ale na przypadek taki jak z Jozakiem nie natrafiłem nigdy i nigdzie. To się mogło udać tylko przy wielkiej dozie farta, ale zarządzanie dużym klubem polega głównie na tym, by rolę farta i pecha minimalizować, a nie maksymalizować.

Ale przecież każdy popełnia błędy, prezes debiutujący w piłce nożnej również, prawda? Prawda. Co więc robi prezes, który popełnił głupotę? Naprawia swój błąd. Niestety, Dariusz Mioduski zachowuje się jak strażak-piroman, który najpierw podpala, a potem bohatersko gasi. Dlatego teraz drużynę przejął kolejny człowiek, który w normalnym świecie nie miałby na to szans, a jest to tym mniej logiczne, że Klafurić i tak do tej pory prowadził wszystkie treningi (Jozak się przyglądał). Czyli od teraz treningi ma prowadzić ktoś, kto je i tak prowadził, co ma poskutkować wielką zmianą. OK…

Decyzję o zwolnieniu Jozaka i awansowaniu Klafuricia przedstawił i uzasadnił Kepcija, którego w momencie zatrudnienia sam Dariusz Mioduski przedstawiał jako „wieloletnią prawą rękę Romeo Jozaka w tworzeniu systemów szkoleniowych w Chorwacji”. Czy Ivan Kepcija – wcześniej prawa ręka Jozaka – ma wieloletnie doświadczenie w zarządzaniu klubami sportowymi?

Przepraszam, że zapytałem.

Legia miała zbudować akademię dla młodych piłkarzy, a zbudowała akademię dla wszystkich wannabe, którzy chcieliby coś w piłce znaczyć – jako trenerzy czy działacze. Obserwuję ten wesoły poligon doświadczalny i aż ciśnie się pytanie:

KTO W LEGII ZNA SIĘ NA PIŁCE?

Prezes Dariusz Mioduski – wiadomo, nie zna się. Wiceprezes Jarosław Jankowski – wiadomo, też się nie zna (gdyby ktoś nie kojarzył, facet od koszykówki). Trzeci członek zarządu, Łukasz Sekuła – też nie (gdyby ktoś nie kojarzył, facet od finansów). To nie są żadne zarzuty, tylko zwykłe stwierdzenie faktu. W zarządzie Legii nie ma nikogo, kto dziesięć lat temu wiedział, po ilu się gra i czym się różni korner od food-cornera.

Dyrektora sportowego nie ma, bo prezes Mioduski powiedział, że być nie musi, chociaż teraz trochę próbuje w te buty wchodzić Kepcija, zatrudniony dlatego, że „przez lata był prawą ręką Romeo Jozaka”. W piłkę nie grał, dyrektorem sportowym nie był.

No przecież to jest totalny absurd, drodzy państwo. Gdyby chodzić po całym klubie i szukać ludzi, którzy znają się na piłce, trzeba byłoby albo zajść do Jacka Zielińskiego z akademii, albo szukać mniej istotnych członków sztabu szkoleniowego, przy czym i oni są w swoich zawodach nowicjuszami.

Dlatego ten cały projekt – zwany często długofalowym – powieść mógł się tylko pod warunkiem, że u całej ligowej konkurencji ktoś rozproszy gaz usypiający (co się właśnie dzieje). Legia niby wciąż może zrealizować swoje cele, czyli zdobyć mistrzostwo i Puchar, ale nie możemy zrealizować celów najważniejszych: być zdrowym klubem, dobrze się rozwijającym i prezentującym jakość jakiej się od niej oczekuje.

*

– To co ty byś zrobił w takiej sytuacji? – zapytało mnie kilka osób.

Ja bym się w takiej sytuacji nie znalazł po pierwsze dlatego, że nie mam odpowiedniego majątku, ale nawet gdybym miał, to nie znalazłbym się w takiej sytuacji, ponieważ nigdy nie zatrudniłbym Romeo Jozaka i nie musiałbym mu teraz szukać następcy.

Doceniam rolę doświadczenia w trenerskim fachu. Jestem entuzjastą dawania szans młodym ludziom, ale tylko wtedy, gdy widzimy, że to jednostka wybitna, unikalna w piłkarskim świecie. W przeciwnym razie – trzeba się sto razy przewrócić, poparzyć, wnerwić, zostać wyrzuconym, wyrzucić, kupić 100 dobrych i 50 złych piłkarzy. Wtedy, z całym tym bagażem doświadczeń – na które może też składać się mnóstwo porażek – można zameldować się w Legii Warszawa. Klub o takich ambicjach, o jakich ciągle słyszę, powinien zatrudniać nie wykładowcę z uczelni X i nie byłego trenera kadry kobiet, który nawet z kadrą kobiet nie mógł wygrać meczu, ale po prostu starego trenerskiego wygę. Albo przynajmniej kogoś z papierami, by trenerskim wygą się stać za dziesięć lat.

Można było to zrobić i teraz.

Specyfika zawodu trenera jest taka, że zawsze w każdym kraju 20 robotę ma, a 20 nie ma. Potem zamieniają się miejscami. W każdej chwili dostępni są szkoleniowcy z odpowiednim doświadczeniem, nawet tacy z odpowiednimi sukcesami. Skoro zmiana w Legii była tak przemyślana, jak mówił w niedzielę Dariusz Mioduski, to można szukać, rozmawiać, namawiać. Mieć kogoś w gotowości.

Ale jeśli Mioduski mówi, że przy tak ważnych decyzjach nie działa w emocjach, tylko według planu, to ja się pytam: na czym ten plan polega, skoro następcą Jozaka jest jego asystent bez doświadczenia?

Plan to byłby, gdyby na konferencji pojawił się – strzelam, pierwsze lepsze nazwisko z listy bezrobotnych trenerów na transfermarkt – Marco Silva, a nie Klafurić.

Jedyny plan, jaki widzę, to „jakoś to będzie, może Lech okaże się gorszy”.

Może tak, to prawda.

*

Kluby czasami sportowo podupadają i nikt nie wie, dlaczego tak się dzieje. Ale czasami sportowo podupadają i przyczyny widać gołym okiem. Nie powinno się mieć pretensji do piłkarzy Legii Warszawa, skoro przez tak wiele miesięcy klub ani razu nie zapewnił im profesjonalnej opieki trenerskiej i dalej nie widzi takiej potrzeby.

Już ponad rok Dariusz Mioduski robi na Łazienkowskiej wszystko co chce i nasuwają się pytania…

Czy drużyna jest coraz lepsza? Czy pion sportowy funkcjonuje coraz lepiej? Czy marketing działa lepiej? Ilu sponsorów przyszło, a ilu się odeszło? Czy sprzedaż pamiątek poszla w górę, czy w dół? W którym obszarze klub poczynił postęp, poza obszarem opowiadania o ośrodku treningowym, który być może kiedyś powstanie, albo i nie powstanie? Czy 12 700 osób na ostatnim meczu ligowym to był przypadek, czy tylko efekt całej sekwencji zdarzeń i decyzji?

Do przemyślenia. Przy czym użycie nazwisk Leśnodorski / Wandzel w czasie prób odpowiadania będzie dowodem choroby psychicznej.

KRZYSZTOF STANOWSKI