Piętno lidera. Lech oddaje pierwsze miejsce jak gorącego ziemniaka
Weszło

Piętno lidera. Lech oddaje pierwsze miejsce jak gorącego ziemniaka

Lech widocznie lubi siedzieć na twardym. Taboret, drewniane krzesło, skrawek murku – tam jest Kolejorzowi wygodnie. Usadowić może się wszędzie, ale nie na fotelu lidera. Stamtąd czmycha jak najszybciej. Poznaniacy grali z polotem i skutecznie, gdy gonili za pierwszym miejscem. Gdy już się na nim znaleźli, to w ich grze ktoś przełączył włącznik. W piątek oglądaliśmy zespół chaotyczny i pudłujący na potęge.

Lech od mistrzowskiego sezonu 2014/15 tylko dwukrotnie wskakiwał na pozycję lidera. Nie liczymy tu jakichś przetasowań w trakcie kolejki, a jedynie pierwsze miejsce zajmowane po pełnej kolejce. Sezon 2015/16 – ani razu nie pachniało mistrzem dla Kolejorza. O nim zapomnijmy – jesienny kryzys, pożegnanie Macieja Skorży, zatrudnienie Jana Urbana i ratowanie sezonu. Kolejny sezon – powtarzamy wariant, ale tym razem w dół wpada Urban, a zastępuje go Bjelica i budujemy od nowa.

W bieżących rozgrywkach lechici rozsiedli się w fotelu lidera po 8. kolejce. Wtedy potknęło się pierwsze w tabeli Zagłębie Lubin, a Kolejorz pokonał Arkę i znalazł się na samym szczycie ligi. Nieśmiało zaczęto przebąkiwać – a może po dwóch latach posuchy to poznaniacy staną na czele grupy ucieczkowej i popędzą po tytuł? Lech miał wszystko w garści – odpadł już wtedy z europejskich pucharów, mógł się skupić na lidze, a najgroźniejsza jak zawsze Legia wydawała się pogrążona w kryzysie.

Ale te hasła tylko zdeprymowały poznaniaków. Zaraz przyszedł remis w Szczecinie, później porażka ze Śląskiem Wrocław i Lech na lidera znów patrzył z perspektywy podium. Nenad Bjelica przyznał wtedy wprost – zawodnicy byli przesadnymi optymistami, za bardzo uwierzyli w siebie. Z jednej strony Lech poczuł się zbyt pewnie, a z drugiej został przytłoczony oczekiwaniami. Ta mieszanka spowodowała, że Kolejorz na długie miesiące sam zepchnął się do roli goniącego. Do roli, którą – wydaje się – lubi zdecydowanie bardziej niż zakładanie żółtej koszulki lidera.

Takie wnioski przychodzą nam do głowy po spotkaniu z Koroną Kielce. Lech po rundzie zasadniczej znów znalazł się na pierwszym miejscu i znów nie uniósł ciężaru prowadzenia w tabeli. Kielczanie solidnie się bronili, niczego nie chcemy im ujmować, ale trzeba to napisać wprost – to lechici nie udźwignęli wagi tego starcia. Byli ślamazarni, zawiedli liderzy, brakowało im pomysłu na sforsowanie muru gości. Lech przegrał i pewnie po 31. kolejce liderem już nie będzie.

Przypominają nam się słowa Emira Dilavera z naszego ostatniego wywiadu:

„(…) Jeśli jesteś młodym piłkarzem – OK. Może jeszcze się stresujesz, masz czas. Ale gdy masz 25 lat i wciąż nie potrafisz zrozumieć, gdzie się znalazłeś…

Są piłkarze w Lechu, którzy nie rozumieją?

Było do tej pory kilka meczów, w których cała drużyna albo poszczególni piłkarze nie rozumieli. (…)”

Zespół Bjelicy znów nie poradził sobie z piętnem lidera. Pierwsze miejsce jest dla poznaniaków jak gorący ziemniak, którego chcą czym prędzej przerzucić w ręce Jagiellonii czy Legii. Czy porównanie do sezonu 2014/15 będzie w tym przypadku słuszne? Czy warto szukać w nim analogii – że skoro wtedy pościg się udał, to teraz trzeba stosować taką samą taktykę? Raczej nie. Wtedy Lech właściwie przez cały rok gonił za legionistami, wywierał na nią presję, by dopiero na finiszu rozgrywek bocznym torem ją obiec i wskoczyć na pierwsze miejsce. Teraz sprawa ma się inaczej i dlatego ta odporność psychiczna będzie kluczowa nie tylko dla poznaniaków, ale dla całej trójki biegnącej truchtającej w kierunku mistrzostwa. Nie można chować się za plecami innych, by w ostatniej kolejce wyskoczyć zza rogu i zgarnąć trofeum sprzed nosa rywali. Lech, jeśli marzy o tytule najlepszej drużyny w kraju, musi nauczyć się bycia liderem. Dwie próby już spalił. Jak w „1 z 10” – kolejna zła odpowiedź będzie już oznaczać odpadnięcie z gry.