Derby w cieniu kibicowskich burd i awantur
Weszło

Derby w cieniu kibicowskich burd i awantur

Arka osiąga jeszcze lepsze wyniki niż w zeszłym sezonie, ale dla kibiców nie ma to wielkiego znaczenia. Najważniejsze są derby, które nie idą po myśli żółto-niebieskich. Jeżeli uda się zrewanżować Lechii, piłkarze i trenerzy będą noszeni na rękach. W razie porażki – może być różnie – mówił nam przed meczem Łukasz Kowalski, legenda gdyńskiego klubu.

Trudno było jednak spodziewać się aż tak napiętych nastrojów po kolejnej, trzeciej w tym sezonie derbowej porażce. Po spotkaniu piłkarze, przeżywający przecież najlepszy okres w dziejach klubu, podeszli pod trybunę najzagorzalszych fanów. Usłyszeli, że hańbią barwy Arki, a po ewentualnej porażce z Koroną „dostaną wpierdol”. Co więcej – kibice chcieli wyważyć drzwi do holu głównego, a następnie dostać się do zawodników. Ich starania spaliły na panewce, więc długo koczowali pod stadionem. Policja musiała użyć gazu łzawiącego, a potem ganiać ich… po pobliskim lesie.

Nikomu na szczęście nic się nie stało, ale do dantejskich scen, tak czy siak, doszło. Napięcie wśród kibiców narastało z każdą kolejną mijającą godziną poprzedzającą to spotkanie. Gdynia na trzy godziny przed pierwszym gwizdkiem Pawła Raczkowskiego wydawała się jednym z najspokojniejszych miejsc na świecie. Ciepłe, przyjemne popołudnie. Spokojnie płynący czas. Wrażenie, jakby nikomu nigdzie się nie śpieszyło. Wydawało się, że derby przechodzą bokiem, omijają miasto, bo oprócz pojedynczych plakatów i kilku ludzi w szalikach, o zbliżającym się meczu nie informowało kompletnie nic. Ot, kolejny dzień w biurze. Otoczka zapewne nie różniła się niczym od meczów z mniej medialnymi rywalami. Mijały kolejne minuty, pod stadionem zjawiało się coraz więcej osób, ale do efektu „wow” było naprawdę daleko. Dodatkowo zaczął wiać mocniejszy wiatr, zrobiło się całkiem chłodno i chyba nie każdy podążał na to spotkanie z przekonaniem, że czeka go emocjonujące dziewięćdziesiąt minut, dla których warto poświęcić wszystkie inne przyjemności.

Mniej więcej pół godziny przed rozpoczęciem meczu uformowała się solidna grupa zagorzałych kibiców, wznoszących chóralne okrzyki. I wtedy faktycznie coś się zmieniło. Atmosfera stawała się coraz bardziej gorąca. W końcu dla wielu fanów gospodarzy ten mecz, jak i zbliżający się wielkimi krokami rewanż w półfinale Pucharu Polski, może zdecydować o odbiorze całego sezonu. Pamięć kibica jest krótka. Pamięta on tylko te najlepsze chwile, wypiera z głowy przeciętne. A przeciętnością – niezależnie od tego, że Arka gra ponad stan swoich możliwości – może być dla niego miejsce w grupie spadkowej i „zaledwie” półfinał Pucharu Polski. – W oczach kibiców dwa najbliższe spotkania wpłyną na ocenę całego sezonu. Tak naprawdę Arce zostały dwa, ewentualnie trzy ważne mecze do końca rozgrywek. Trzeba rzucić na nie wszystkie siły. Teraz piłkarze mieli kilka dni odpoczynku, piątkowe derby od rewanżu z Koroną dzielą cztery dni, więc będzie dużo czasu na regenerację. Kibice liczą na to, że drużyna wróci do stylu gry, który doprowadził ją do wielu wspaniałych zwycięstw. To jest dla niej chwila prawdy. Liczymy, że Arka powstanie jak Feniks z popiołów i zatrze fatalne wrażenie po laniu w Gdańsku – mówił nam przed meczem Kuba Mazan, jeden z kibiców.

Nie jest tajemnicą, że na Arce ciąży derbowa klątwa. Może nawet nieco irracjonalna, bo przecież gdynianie potrafią spiąć się na ważne mecze, co udowodnili wielokrotnie, chociażby w finale Pucharu Polski i Superpucharze. Z Lechią jednak jest im nie po drodze. W Ekstraklasie nie wygrali z nią jeszcze ani razu. – Ciąży nad nami jakieś fatum… Nieważne czy gramy u siebie, czy na wyjeździe. Przegrywamy prawie wszystkie mecze. Arka nigdy nie była klubem, który bił się o puchary. Naszą dolą stała się heroiczna walka o utrzymanie. Porażki brały się z tego, że zazwyczaj byliśmy słabsi kadrowo od Lechii. Do tej pory Arka nie ma szczęścia do meczów derbowych. Po ostatnim awansie zaliczyła bodajże siedem porażek i dwa remisy, w tym jeden, który pozbawił ją bytu w ekstraklasie. Słynne 2:2 na Olimpijskiej. Nie mamy szczęścia, a te niepowodzenia bolą niesamowicie. Osobiście z derbów pamiętam oczywiście bluzgi. Masę bluzgów. Dostawało się przede wszystkim tym, którzy w tym klubie byli najdłużej – mi czy Bartkowi Ławie. Upatrzyli sobie nas, ale nie chciałbym też uogólniać, poznałem również wielu kibiców, którzy byli bardzo w porządku – wspominał derbowe starcia Łukasz Kowalski.

4

Nie ma co ukrywać, piłkarze obu drużyn również zadbali o to, żeby napięcie było na jak najwyższym poziomie. O dokonaniach Simeona Sławczewa i Sławomira Peszki, którzy kopali lalkę ubraną w barwy rywali, pisaliśmy już niejednokrotnie. Reprezentant Polski, z powodu zawieszenia za kartki, w ogóle nie pojawił się na boisku. Bułgar rozegrał całe spotkanie i początkowo nie dostawało mu się mocniej niż innym piłkarzom. Gwizdy rozkładały się równomiernie na wszystkich zawodników Lechii. Sytuacja mocno zmieniła się w drugiej połowie, w której zaczęły lecieć w jego kierunku dedykowane okrzyki.

Ale również w obozie arkowców zadbano o odpowiednie napompowanie tego spotkania. Przykładem przedmeczowa konferencja prasowa. Dialog Siemaszki i Ojrzyńskiego.

Siemaszko: – Mam nadzieję, że zagram.

Ojrzyński: – Ale lalek nie będziesz kopał?

Siemaszko: – Wystarczająco zbłaźnili się tym piłkarze Lechii. Niektórzy w wolnym mieście Gdańsk poczuli się zbyt swobodnie. Najlepszą odpowiedzią będzie jutrzejsze zwycięstwo, od tego teraz się odcinamy.

Na kilka minut przed rozpoczęciem spotkania większość kibiców pojawiła się już na stadionie. Frekwencja wynosiła ponad 11 800 widzów. Derby, początkowo, nie miały jednak nie wiadomo jakiej temperatury. Niemrawa atmosfera udzieliła się nawet piłkarzom gospodarzy, którzy zaspali przy wyrównującej bramce. Mieli przewagę liczebną w obronie, a i tak dali się zaskoczyć. Zresztą, niech o otoczce najlepiej świadczy fakt, że kiedy Paweł Stolarski dostał rzuconą z trybun piłką w głowę, tylko się uśmiechnął i wziął się za wrzucanie autu. Najprawdopodobniej był to przypadek, ale w derbach, w których kipiałoby od emocji, nawet taki incydent miałby szansę urosnąć do sprawy wagi państwowej. A tu, wręcz przeciwnie – jak w jakimś meczu przyjaźni.

Moment sejsmiczny, który wprowadził to spotkania na wyższy poziom nienawiści? Bramka, która wyprowadziła gdańszczan na prowadzenie. Kibice Arki, w przypływie złości, postanowili wtedy… obrzucić Dusana Kuciaka plastikowymi nakrętkami. Następnie zadymili swoje trybuny. Ani to piękne, ani do niczego nieprowadzące, ale odnotujmy samo zdarzenie.

4 5

Co ciekawe, podobnie zachowali się również w drugiej połowie, gdy na bramce stał Pavels Steinbors. Tym razem jednak środki pirotechniczne trafiły na boisko.

4

I naprawdę, rozumiemy miłość fanatyków do pokazów pirotechnicznych, ale w takiej formie… Wszyscy chyba zgadzamy się, że czarny, duszący dym jest jakąś kompletną pomyłką. A przecież kibice Arki udowodnili później, że skoro już te pokazy pirotechniczne muszą być, to można je prezentować w bardziej przystępny, po prostu ładniejszy sposób.

4

Drugim kluczowym momentem, który zaognił to spotkanie, był incydent z udziałem Stevena Vitorii i Luki Zarandii. Co tam się wydarzyło… Bardzo aktywny w ciągu całego spotkania gruziński skrzydłowy urwał się prawą stroną, ale został dość brutalnie powalony na ziemię przez obrońcę Lechii. Sytuacja wydawała się bardzo groźna. Niektórzy domagali się nawet czerwonej kartki, ale decyzja o pokazaniu żółtego kartonika jak najbardziej się obroni. Kanadyjczyk skasował rywala, ale sam również upadł na ziemie, tuż obok ławki rezerwowych Arkowców. Błyskawicznie otoczyła go cała drużyna rywali, włącznie z trenerem. Wyglądało to dość zabawnie, później wywiązała się przepychanka, w całe zamieszanie wdali się też ochroniarze. Którzy – uwaga – zaczęli szarpać piłkarzy, przede wszystkim Jakuba Wawrzyniaka. Nie były to nie wiadomo jakie szamotaniny, ale jednak wykraczało to poza obowiązki panów zabezpieczających mecz. Pojawienie się na murawie i wdawanie się w utarczki z zawodnikami pozostawiło spory niesmak. O sytuacji intensywnie dyskutowano na trybunach. Na pomeczowej konferencji prasowej wydarzenie starał się zbagatelizować Piotr Stokowiec. W jakimś stopniu mu się to udało, w obliczu późniejszych wydarzeń na stadionie w Gdyni praktycznie się o tym nie rozmawia, ale faktem jest, że taka nieprzyjemna sytuacja miała miejsce.

W drugiej odsłonie, kiedy wyraźnie zaczęło się ściemniać, a temperatura powoli się obniżała, intensywność i napięcie wyhamowywały z każdą kolejną nieudolną akcją. Momentami odnosiliśmy wrażenie, że pojedynków główkowych było więcej niż dokładnych podań, a Steinbors wraz z Kuciakiem wymienili między sobą więcej celnych zagrań niż – dajmy na to – Szwoch z Jankowskim. Siadło tempo, siadła atmosfera. O odpowiedni bagaż emocjonalny zadbali jednak kibice, którzy – zbytnio się nie patyczkując – tuż po meczu, prosto z mostu, przekazali piłkarzom, co o nich myślą.

– Co wy robicie, wy naszą Arkę hańbicie!

– Jak z Koroną nie wygracie, to po meczu wpierdol macie!

Potwierdziło się to, o czym pisaliśmy na początku. Pamięć kibica jest krótka. Jasne, rozumiemy frustrację spowodowaną trzecią porażką z Lechią w ciągu jednego sezonu. Rozumiemy żal, smutek i rozgoryczenie. Rozumiemy, że dla wielu fanatyków gdynianie mogliby przegrać wszystkie pozostałe spotkania, jeżeli derby byłyby wygrane. Nie potrafimy jednak zrozumieć, jak można tak otwarcie i bezpośrednio krytykować i zastraszać piłkarzy, którzy przez ostatnie kilkanaście miesięcy zapewnili Arce tak wiele uniesień. Wiadomo, że sytuacja, która miała miejsce, jest również pokłosiem konfliktu z zarządem. Jednak tym razem dostało się personalnie zawodnikom. Pytanie, czy kibice nie przyswoili sobie retoryki, jaką względem trenerów stosuje część prezesów w naszej ekstraklasie? Znamy wiele przypadków, w których szkoleniowiec płacił posadą za osiągnięcie wyniku ponad stan i późniejsze niesprostanie oczekiwaniom. A czy piłkarze Arki tym razem nie płacą za wygórowane oczekiwania fanatyków? Nakładanie obowiązku związanego z koniecznością gry w finale Pucharu Polski na zespół, który i tak w tym sezonie ugrał już bardzo wiele, to jakiś paradoks. Kompletny nonsens.

Część kibiców przerosła jednak samym siebie, gdy zapewniła jeszcze piłkarzom i dziennikarzom zgromadzonym na stadionie solidną dawkę wrażeń zaraz po meczu. Przed wejściem do holu głównego, w którym znajduje się między innymi mix-zone i sala konferencyjna, zgromadziło się około… No, zresztą, oceńcie sami. Dość dużo kibiców.

4

Fot. Łukasz Jesionowski

Po co tam przyszli? A no część z nich chciała spotkać się na zapewne kulturalną pogawędkę z piłkarzami. Zaznaczyli, że Nalepa i walczący w tym meczu za dwóch Zarandia nie mają się czego obawiać. Ich celem – bo chyba tak to trzeba nazwać – stali się pozostali. Do akcji szybko wkroczyła policja, pojawiło się wielu umundurowanych w białych kaskach, ale chwilę wcześniej pseudokibice postawili sobie za cel wyważenie szklanych drzwi. Napierali na nie, ale jakimś cudem im się to nie udało. Zniszczenia były raczej niewielkie. Skończyło się na strachu. Tak czy inaczej, ludzie zgromadzeni w holu musieli odczekać chwilę, by móc bezpiecznie opuścić stadion. W międzyczasie doszło do kilku pościgów za kibicami. W pewnym momencie kilkunastu policjantów pobiegło w stronę pobliskiego lasu, gdzie schowała się znaczna część fanatyków. Chcieli ich złapać, ale ostatecznie – przynajmniej w tamtym momencie – nie udało im się na nikogo trafić.

5

Cała sytuacja była absurdalna. W pewnym momencie część policjantów wbiegła do środka, po chwili szybko wróciła przed drzwi. Najbardziej agresywny kibic otrzymał porcję gazu łzawiącego i został złapany niemalże od razu. Z pozostałymi zabawa trwała jeszcze przez długi czas. Co najlepsze – w tle toczyła się, jak gdyby nigdy nic, konferencja prasowa, na której ciekawie wypowiedział się Leszek Ojrzyński.

– Serce boli jak cholera. Nikt nie odpuszczał, walczyliśmy bardziej niż w Gdańsku. W takich meczach mamy jakąś blokadę i ta dyscyplina i koncentracja nie są takie, jakie być powinny. Tracimy bramki, które nie przytrafiają nam się w meczach z innymi zespołami. Powtarzam, że porażkę biorę na siebie. Mamy kolejne mecze i ważne, byśmy dalej stanowili jedność.

Arce pozostało już teraz skupić się na pozostałych meczach. Kluczowa batalia czeka ją w środku przyszłego tygodnia, kiedy zmierzy się z Koroną Kielce. Jeżeli nie wygra i nie awansuje do finału Pucharu Polski, niezadowolenie mających wygórowane oczekiwania kibiców zapewne znów da o sobie znać, a cały sezon będzie wspominany właśnie przez pryzmat tych dwóch (a właściwie trzech, doliczając jeszcze porażkę w Gdańsku) niepowodzeń.

Norbert Skórzewski

Fot. Źródło własne