Nieustanne kontuzje, ból, leki i łzy – witajcie w świecie Rafy Nadala
Inne sporty

Nieustanne kontuzje, ból, leki i łzy – witajcie w świecie Rafy Nadala

W tenisie właśnie zaczyna się sezon kortów ziemnych. Od niemal piętnastu lat oznacza to jedno: do akcji wkracza Rafa Nadal. Dla Hiszpana mączka jest jak woda dla ryb, powietrze dla ptaków i igrzyska olimpijskie dla Simona Ammanna. Naturalne środowisko. W tym sezonie jest to jeszcze istotniejsze – Rafa wraca bowiem po kilkumiesięcznych problemach zdrowotnych.

Ból

W świecie tenisowych rozważań, tych spod znaku „co by było, gdyby…?”, często zadaje się takie pytanie: co by było, gdyby Rafaela Nadala nie nękały kontuzje? Jasne, doskonale wiemy, co śpiewał Kazik i zdajemy sobie sprawę z tego, że poruszanie takich kwestii prowadzi donikąd. Ale to dobry wstęp do tego, co chcemy napisać: najbardziej niesamowite w osiągnięciach Hiszpana na światowych kortach jest to, jak często musiał radzić sobie z urazami.

Adam Romer, redaktor naczelny magazynu Tenisklub:

Przy typie gry, jaki preferuje Rafa, ciało jest po prostu eksploatowane. To jest niezwykle „rabunkowy” sposób gry, wyczerpujący dla organizmu. Te wszystkie kontuzje wynikają właśnie z tego. Nadal z jednej strony dzięki temu wygrywał przez wiele lat. Przez niesamowitą rotację, którą nadaje piłce w momencie uderzenia. Ale to też naraża jego ciało na niesamowity wysiłek. Kontuzje biorą się właśnie z wysiłku, który musi włożyć w każde kolejne uderzenie.

Uwaga, klaso, krótka powtórka najważniejszych kontuzji Hiszpana. Wygląda to mniej więcej tak: złamanie stopy w roku 2004 eliminuje go m.in. z Rolanda Garrosa i igrzysk olimpijskich, sezon później męczy go kolano i lewa stopa, przez co musi zrezygnować z udziału w turnieju Masters. Rok 2006? Odpuszczone Australian Open, to dalsza część przebojów ze stopą. Od roku 2007 zaczynają się za to niekończące się historie z kolanem. Na razie jednym, ale szybko dołącza drugie. To wtedy przegrywa z Robinem Soederlingiem w Roland Garros. Lata 2010 i 2011 to dwie porażki w Australii. Obie spowodowane urazami. Kolejne igrzyska znów zastają go w roli widza – po przegranej z Lukasem Rosolem w Wimbledonie kończy sezon. 2014 rok to pamiętny uraz pleców i finał Australian Open z Wawrinką, gdzie Rafa ledwo może się poruszać. W kolejnych dochodzą nadgarstki i wyrostek robaczkowy. Kolana to norma, o nich już nie wspominamy.

I jeśli zastanawiacie się, jak szaleni jesteśmy, pisząc, że to „krótka powtórka”, to uwierzcie, moglibyśmy się rozpisać dużo bardziej. To te z urazów, które zabierały Rafie tygodnie i miesiące z kariery. Gdyby podliczyć, ile ich stracił łącznie, wszystko zakręciłoby się w okolicach trzech lat, a na pewno przekroczyło 30 miesięcy. Przeliczcie sobie to w najprostszy możliwy sposób: nawet gdyby wygrywał przez te trzy lata tylko jednego szlema na sezon, to miałby ich teraz dziewiętnaście.

Toni Nadal, wujek i wieloletni trener Rafy:

Specjaliści, do których poszliśmy gdy Rafa miał 19 lat, powiedzieli nam, że jego kariera jest praktycznie rzecz biorąc skończona. W 2005 roku Rafa musiał stale żyć w bólu. Od tamtego czasu wiele razy nie mogliśmy skończyć sesji treningowych. Również wiele razy – niemal zawsze – musiał brać środki przeciwbólowe, ponieważ ból stawał się coraz gorszy, w miarę upływu gry.

Ten sezon Rafa rozpoczął od wycofania się z Australian Open. W piątym secie ćwierćfinałowego pojedynku z Marinem Ciliciem uznał, że nie da rady. Tym razem pokonała go kontuzja mięśnia biodrowo-lędźwiowego. Na spółkę z Chorwatem, bo ten rozgrywał znakomite spotkanie i wypada mu to oddać.

Oficjalny komunikat zespołu Rafy, już po badaniach, mówił, że Hiszpana czeka kilka dni odpoczynku, fizjoterapia i rehabilitacja. Powrót na kort powinien zająć niecałe dwa tygodnie, a w przeciągu niespełna miesiąca Hiszpan miał grać swój najlepszy tenis. Zgodnie z tym założeniem Nadal zgłosił się do turniejów w Acapulco (rozpoczynał się 25 lutego), Indian Wells i Miami. I wszystko szło dobrze aż do sesji treningowej, tuż przed rozpoczęciem meczów w Meksyku – wtedy szlag trafił zrehabilitowany mięsień i pozostało tylko się wycofać, po czym przepłakać dwie godziny. Podobno tyle zajęło Rafie pogodzenie się z okolicznościami losu.

Wypada zadać sobie jedno, proste pytanie. Dlaczego to wszystko wygląda tak, że Rafie pozostają tylko takie słowa?

– Myślę, że jestem z jednym z tych tenisistów, którzy stracili najwięcej z powodu kontuzji. Nie mogłem rywalizować w wielu turniejach właśnie z powodu urazów. Te szanse minęły i już nie wrócą. Żyję z bólem, muszę stosować leki przeciwzapalne. Szczerze mówiąc, oddałbym jeden tytuł wielkoszlemowy za to, by grać z mniejszym bólem.

Być jak Federer?

Po wycofaniu się z Indian Wells i Miami licznik turniejów „nierozegranych lub nieukończonych” w wykonaniu Rafy Nadala dobił do siedmiu. Z rzędu. To nie jest normalna sytuacja, zważywszy na to, że w międzyczasie mieliśmy przerwę międzysezonową, którą można było wykorzystać na doprowadzenie się do stanu pełnej sprawności. Kontuzje, które nękają Hiszpana specjalnie nas nie dziwią, ale takie ich natężenie – powinno.

Chyba to samo pomyślał sobie Rafa, który, po kreczu w tegorocznym Australian Open, głośno powiedział, że coś jest nie tak. Ale nie z jego organizmem, a organizacją tenisowego świata. Bo ATP nęka plaga kontuzji, jakiej nie widziano od dawna: Djoković, Murray, Wawrinka, sam Rafa. W mediach rozpętała się mała burza, w której wskazywano na wszystko – od zbyt szybkich nawierzchni, do zbyt wielu spotkań w sezonie.

Adam Romer:

To na pewno nie wina nawierzchni czy piłek. Wydaje mi się, że wynika to z podnoszącego się poziomu męskiego tenisa. Widać, że coraz większe znaczenie ma przygotowanie i wysiłek ogólnorozwojowy, który tenisiści wkładają w grę. Tym właśnie coraz częściej zawodnicy wygrywają, ale płacą za to straszliwą cenę. Okazuje się, że organizmy nie wytrzymują. I pojawia się dyskusja co zrobić. Grać mecze tylko do dwóch wygranych setów? Wszyscy protestują, bo mówią, że chcą oglądać tych największych w dłuższych pojedynkach, które trwają po cztery godziny i pięć setów. Ale efektem tego jest to, że jeden ma kontuzję, drugi się operuje i potem brakuje nam połowy czołówki.

Wydaje się jednak, że istnieje znacznie prostsza droga do tego by przez taki – pełen długich, wyczerpujących spotkań – sezon przebrnąć. I odkrył ją Roger Federer, a teraz mógłby pójść nią również Rafa Nadal. Szwajcar ma już niemal 37 lat, oczywistym jest więc, że nie byłby w stanie rozegrać około stu meczów w ciągu roku. Dlatego na część turniejów w ogóle się nie wybiera (choćby Roland Garros), koncentrując się na innych (Wimbledon, Australian Open). Jakie to daje efekty – każdy widzi.

Niespełna 32-letni Nadal w teorii przygotowany fizycznie jest zawsze najlepiej, jak tylko można. Kilka godzin biegania nie sprawia mu problemów… o ile nie męczą go urazy. A te, jak już ustaliliśmy, pojawiają się notorycznie. Dlatego, co sugerują eksperci, lepiej byłoby dla niego po prostu nie jechać na niektóre z turniejów. Ot, prosta recepta na sukces. Czy zadziałałaby w przypadku Hiszpana? Nie wiadomo, choć wydaje się, że Rafa już zaczyna przychylać się do takiego rozwiązania.

Adam Romer:

Rafa to inny typ zawodnika niż Federer. Oni zawsze inaczej trenowali i grali. Nadal sam wie najlepiej kiedy odpuścić, a kiedy nie. To że nie grał w Stanach, to też dowód na to, że niektóre turnieje odpuszcza. Nieważne czy mówi, że jest kontuzjowany czy zmęczony – jak zwał, tak zwał. To nie ma znaczenia. Po prostu nie gra. Plan jest taki, żeby zachować więcej sił na sezon kortów ziemnych. Już teraz nie startuje tak często, jak startował parę lat temu.

Federer, zresztą przyjaciel Rafy, to też dla Hiszpana przykład jeszcze czegoś – że można grać na najwyższym poziomie nawet dobrze po trzydziestce. A Hiszpan na pewno tego chce, bo całkiem niedawno dziennikarzom mówił tak:

Marzę o tym, by być szczęśliwym. Najważniejsze są zdrowie i przebywanie z bliskimi. Chcę też grać w tenisa najdłużej, jak to możliwe.

Jedynka

No dobra, rozpisaliśmy się nieco o Federerze, ale musimy przyznać, że tak naprawdę – mimo wszystkich przeciwności losu, o których też wspomnieliśmy – najlepszym przykładem dla Rafy Nadala jest właśnie Rafa Nadal. To on niezliczoną ilość razy podnosił się po urazach, to on wracał na szczyt, gdy nikt nie dawał mu już na to szans, to on całkiem niedawno na powrót został jedynką światowego rankingu, o czym… nie wiedział.

Szczerze, nie zdawałem sobie z tego sprawy. Byłem podekscytowany powrotem na pozycję lidera w poprzednim roku, ale kiedy nie grasz, odcinasz się od rankingu i punktów, starając się nie myśleć o takich rzeczach.

Przypomnijmy, że na fotel lidera wskoczył ponownie dzięki temu, że wiele punktów stracił wspomniany już kilkukrotnie Roger Federer. Szwajcar przegrał w finale w Indian Wells i szybko pożegnał się z Miami, przez co spadł na pozycję numer dwa, pozwalając Rafie powrócić na prowadzenie. Sęk w tym, że w przeciągu najbliższych kilku tygodni Hiszpan może mu się odwdzięczyć.

W zeszłym sezonie Nadal w trakcie turniejów rozgrywanych na mączce zgarnął niemal wszystko: wygrał w Monte Carlo, Barcelonie, Madrycie i w Paryżu, na kortach Rolanda Garrosa. Jedyną wpadkę zanotował w Rzymie, gdzie lepszy okazał się Dominic Thiem, który odprawił go w ćwierćfinale. To daje nam razem całkiem pokaźną sumkę 4680 punktów. Innymi słowy: dobrze ponad połowa jego aktualnego dorobku w rankingu. I dużo do stracenia.

Tym bardziej, że przewaga Hiszpana nad Federerem wynosi zaledwie 110 punktów. Szwajcar na mączce nie wystąpi, ale może na powrót zostać światową jedynką. Wystarczy, że Nadal potknie się raz i już będzie po zabawie. Z drugiej strony, skoro Rafa nawet nie wie, kiedy zostaje liderem, to chyba jednak bardziej zmartwi go sama porażka. A taka, po przebytych urazach, jest całkiem prawdopodobna. Choć akurat Hiszpana, nawet nie w pełni zdrowego, zawsze trzeba traktować jak faworyta.

O jego formie, jeszcze przed tymi turniejami, dużo powiedział nam już…

Puchar Davisa

To właśnie od rozgrywek reprezentacji Rafa Nadal postanowił rozpocząć sezon na kortach ziemnych. Do drużyny wrócił po ponad dwóch latach, a hiszpańscy fani uznali, że to na tyle wielkie wydarzenie, że jego sesje treningowe z Davidem Ferrerem w Walencji oglądało kilkanaście tysięcy osób, podobno zresztą żywiołowo dopingujących.

Przed meczem z Niemcami podstawowe pytanie brzmiało: czy Rafa zagra w zgodzie z ich oczekiwaniami?

Zapewne nie musimy wam wyjaśniać, jak działają tego typu mecze dla wielu tenisistów. Traktują je jak okazję na przetarcie się po urazie, a przed znacznie ważniejszymi spotkaniami, które czekają ich w niedalekiej przyszłości. Wątpliwości można było mieć tym bardziej, że na kilka dni przed rozpoczęciem starcia z Niemcami, Carlos Moya, trener Nadala, mówił o jego dyspozycji tak:

– Rafa trenuje od tygodnia. Idziemy krok po kroku, bez szaleństw, ponieważ trzeba mieć na uwadze to, że złapał dwie identyczne kontuzje. Nie jest jeszcze gotowy na 100 procent. Ale jeśli wygra jeden albo dwa mecze, może mu to pomóc. Puchar Davisa jest dla nas motywacją, ale mamy również świadomość, że potem czeka go bardzo ważne półtora miesiąca gry bez przerwy.

Z drugiej strony oczywistym było, że jeśli ktoś ma dawać z siebie wszystko w Pucharze Davisa, to właśnie Nadal. Jego bilans w tych rozgrywkach to 22-1, a jedynka to mecz, w którym debiutował. Narodowe barwy mają dla Rafy ogromną wartość i widać to zawsze, gdy je reprezentuje.

Pytany przez nas przed tym meczem Adam Romer mówił tak:

– Trzeba to od razu powiedzieć: gdy Nadal wychodzi na kort, to zawsze gra na sto procent. Oczywiście ten występ w Pucharze Davisa jest wpisany w plan jego przygotowań, ale na pewno nie odpuści. Trzeba też uczciwie powiedzieć, że to nie będzie jakieś przetarcie, bo u Niemców zagrają pewnie Kohlschreiber i Zverev, więc szykują się bardzo trudne mecze.

Sam Rafa natomiast na pytania o jego zaangażowanie odpowiadał wprost: nie ma zamiaru traktować się pobłażliwie więc, o ile wyjdzie na kort, będzie wymagał od swojego ciała stuprocentowej sprawności. I, już po tym spotkaniu, napisać możemy, że tę stuprocentową sprawność dostał. Rafa zagrał znakomicie, zmiatając z kortu m.in. Saschę Zvereva i pokazując, że na mączce król wciąż jest tylko jeden.

Ale czy tak będzie, gdy przyjdą najważniejsze mecze?

Roland Garros

Ostatnie kilka lat to dla Rafy istna sinusoida, gdy chodzi o turniej w Paryżu. Ubiegły rok – absolutna dominacja, zwycięstwo po fantastycznej grze i w pełni zasłużona Decima. Ale gdyby cofnąć się jeszcze o sezon, zobaczymy, że – jakżeby inaczej – musiał wycofać się z turnieju z powodu urazu. Przeszkodził mu wtedy nadgarstek. W 2015 bez żadnego poważnego urazu, ale gnębiony kilkoma mniejszymi, przegrał z Djokoviciem.

Toni Nadal:

Nie pytałem go o to, ale myślę, że ma maksymalne oczekiwania wobec siebie. W zeszłym roku wszystko potoczyło się dla niego bardzo dobrze. Rok wcześniej również… aż do momentu, gdy wycofał się z powodu kontuzji. Myślę, że nie ma powodu, by nie wierzyć, że w tym roku nie będzie dobrze. Każdy sezon jest trudniejszy od poprzedniego, taka jest rzeczywistość, ale myślę, że w tym Rafa będzie miał dobre wyniki na mączce.

Na drodze do najważniejszego tytułu kortów ziemnych będziemy mogli obserwować Nadala w Monte Carlo, Rzymie, Barcelonie i Madrycie. Wszędzie będzie uznawany za faworyta, gotowego wygrać wszystkie te turnieje. W pełni zdrowy na pewno jest w stanie to zrobić. Jeśli wszystko będzie w porządku, możemy być świadkami czegoś wyjątkowego. Choć sam Rafa chyba ująłby to inaczej.

Wygrywanie wciąż daje mi mnóstwo radości, ale życie idzie dalej. Lubię mówić, że jeśli nie będę poprawiać rekordów, to zrobi to ktoś inny. Nie lubię myśleć o sobie jak o kimś wyjątkowym.

SEBASTIAN WARZECHA

foto: newspix.pl

KOMENTARZE (8)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Placek

Zlikwidowac powtorki serwisow, ktore strasznie wydluzaja mecz, powinno byc jak w siatkowce -jeden serwis – jeden punkt, zadnych netow, autow, double errors. Piecigodzinnych meczow po prostu nie da sie ogladac, krotsze pojedynki powinny miec tez dobry wplyw na zdrowie zawodnikow. Powinna sie tez poprawic ogolne jakosc meczow bo drwali rabiacych na pale i liczacych tylko na serwisy zastapia zawodnicy bardziej techniczni.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Placek

A ja znam przynajmniej kilku takich kibicow. Takie mecze przyciagaja kibicow bo to zazwyczaj finaly i mozna sie spodziewac dobrego zacietego meczu… ale zdecydowanie za dlugiego, jedno wydarzenie powinno trwac 1-2 h, maksymalnie 3 godziny (tak to wyglada w innych sportach i dlatego tez filmy zazwyczaj tyle trwaja), nikt normalny nie wysiedzi 5h przed telewizorem. Powtorki serwisow bardzo wydluzaja mecz a dlugie mecze to wycienczenie dla zawodnikow i nudy i meczarnie dla kibicow. Wladze tenisa powinny wprowadzic taka zmiane, wprowadzenie Hawk Eye pokazalo ze warto byc odwaznym we wprowadzaniu zmian.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

pepe72

Pięciogodzinne mecze nie są przez powtórkę serwisu tylko przez brak tie-breaka w niektórych turniejach. Ale jakbyś oglądał tenis to pewnie byś to wiedział.

Placek

Gdybys ogladal tensa to wiedzialbys ze godzinne sety nie za rzadkoscia, glownie przez bezsensowne walenie w siatke, nety i wieczne powtorki ktore strasznie spowalniaja tempo prawdziwej gry. Gdyby walenie w siatke karane bylo od razu strata pilki w tenisie byloby mniej drewnikow typu Isner czy Janowicz a wiecej prawdziwych graczy tenisa pokroju Radwanskiej. Mniej sily, wiecej gry w tenisa, mniej nuzacych dluzyzn i tenis moglby stac sie jeszcze bardziej popularny.

pepe72

Dziecko, po pierwsze do 3 wygranych gra się jedynie u mężczyzn. Po drugie do 3 zwycięstw gra się jedynie w najważniejszych turniejach (np. Wielki Szlem) . Cała reszta grana jest do 2 wygranych więc nie ma co siać paniki. W początkowych fazach turniejów mecz trwa między 1 a 2 godziny. A potem to grają zazwyczaj gwiazdy, więc nie ma to już większego znaczenia. Rekordowe mecze trwały od 6 godzin do nawet kilku dni.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

wpDiscuz

INNE SPORTY