Nowe miotły, które bałaganią zamiast sprzątać
Weszło

Nowe miotły, które bałaganią zamiast sprzątać

Zabobony – każdy zna co najmniej kilka. Idzie kominiarz, złap się za guzik. Zbiłeś lustro, czeka cię siedem lat nieszczęścia. Mimowolna wiara w takie symbole i drobne cuda jest chyba wpisana w ludzką naturę, a właściciel klubu piłkarskiego też człowiek. I też ma prawo wierzyć, że kiedy zwolni trenera, to jego następca – w sposób zupełnie czarodziejski – z bandy patałachów zrobi sprawnie funkcjonującą drużynę. Czasem to życzeniowe myślenie nawet się przypadkowo spełnia, ale my przyjrzeliśmy się tym przypadkom, w których nowa miotła zawiodła na całej linii. 

Sześć klubów zdecydowało się na zmianę szkoleniowca przed rozpoczęciem ligowych zmagań, kolejnych jedenaście roszad przeprowadzono w trakcie sezonu. Ruch na karuzeli jak podczas wizyty szkolnej wycieczki w wesołym miasteczku. Dość powiedzieć, że przed lub w trakcie obecnych rozgrywek, na co najmniej jedną zmianę trenera zdecydowało się aż czternaście klubów ekstraklasy. Na stołku przetrwało tylko dwóch śmiałków. Jednym z nich jest Marcin Brosz, który z Górnikiem Zabrze robi wyniki ewidentnie ponad stan i niebawem stukną mu dwa lata pracy w klubie. W tym jeden pełny sezon przepracowany w ekstraklasie, co jest w polskich realiach nie lada wyczynem. Jeszcze kilka dni temu powiedzielibyśmy, że posada Leszka Ojrzyńskiego w Arce – pracującego w Gdyni niemal równo rok – także jest względnie bezpieczna, ale po wczorajszej katastrofie w derbach Trójmiasta nie jest to już takie pewne. Niemniej, Ojrzyński ma sporo argumentów na swoją obronę, a okazję do zemsty już w następnej kolejce, zatem nerwowych ruchów nie będzie. No i wreszcie Nenad Bjelica, drobnymi kroczkami, potykając się co chwila, ale jednak zbliżający się do upragnionego mistrzostwa Polski. Jeżeli go kolejny raz nie zdobędzie, pewnie w Poznaniu na dłużej nie zostanie.

Komu argumentów na swoją obronę brakowało? Nie ma co ukrywać, że część zwolnień to nie były absurdalne fanaberie działaczy, tylko desperackie próby ratowania klubu. Maciej Skorża przejął po Kazimierzu Moskalu zespół, który spokojnie zakwalifikował się do grupy mistrzowskiej i tam mógł sobie już przez siedem kolejek beztrosko bimbać, przegrywając do zera z każdym, komu zależało na mistrzowskim tytule. Co w Szczecinie ugrał Skorża? Po czternastu kolejkach zdołał uciułać całe 9 punktów, dokładnie tyle samo, ile miał na koncie porażek. Postawę Portowców można było wówczas określić jednym słowem – dno. Zresztą właśnie na dnie tabeli Skorża klub pozostawił. Zastępujący go Kosta Runjaić szybko wyprowadził drużynę na prostą i punktuje dwa razy lepiej od poprzednika, notującego zupełnie żałosne 0,75 punktu na mecz. Skorża po blamażu z Lechem i Pogonią chyba na dłuższą chwilę wyleci z orbity zainteresowań polskich klubów, zresztą on sam postanowił na jakiś czas zadekować się w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Może nie zaspokaja to jego ambicji sportowych, ale finansowe – z pewnością.

Skorża to zatem lider w rankingu na najgorszego woźnego w ekstraklasie, jego miotła zamiast posprzątać, narobiła syfu. Kto plasuje się za plecami trzykrotnego mistrza Polski? Znanych nazwisk nie brakuje.

Tadeusz Pawłowski już kiedyś sprawdził się w Śląsku jako strażak, gasząc pożar rozpętany przez Stanislava Levy’ego i jego ołomuńską szajkę. Jednak „nic dwa razy się nie zdarza i nie zdarzy”, zgodnie ze słowami Wisławy Szymborskiej. Tedi nie wziął sobie do serca poezji polskiej noblistki i postanowił jeszcze raz wyratować ukochany Śląsk z tarapatów, zamiast spokojnie działać sobie w klubowej akademii. Mało tego, że objął z powrotem klub. Zdarzało mu się nawet w wywiadach snuć dalekosiężne plany i rysować koncepcje rozwoju drużyny na wiele lat do przodu. Ligowi rywale szybko sprowadzili Pawłowskiego do parteru. O ile Jan Urban notował w Śląsku wyniki średnio-słabe (1,24 punktu na mecz), to Pawłowski punktuje po prostu katastrofalnie. W siedmiu meczach nie wygrał ani razu, a jego Śląsk kontynuuje absurdalną passę porażek na wyjeździe. To jest chyba ten moment, w którym należy podać pod wątpliwość charyzmę wrocławskiej legendy i jego zdolność do podźwignięcia zespołu z kryzysu. Przed meczem z Koroną Pawłowski apelował w mediach do swoich zawodników, żeby zagrali jak prawdziwi mężczyźni, ale i po ojcowsku brał drużynę w obronę. „Wydaje mi się, że za dużo trenowaliśmy i nie trafiliśmy z dyspozycją meczową” – usprawiedliwiał zawodników. Skoro Śląsk tyle trenuje i to nie po to, żeby zbudować dyspozycję meczową na ekstraklasę, to być może Tedi już szykuje ekipę do pierwszoligowych zmagań?

Nieco więcej od Pawłowskiego, bo całe dziewięć meczów jako trener Sandecji zdążył już rozegrać Kazimierz Moskal. Co przyświecało nowosądeckim działaczom, kiedy zwalniali Radosława Mroczkowskiego, a w jego miejsce zatrudniali Moskala? To chyba musiała być właśnie bezrefleksyjna wiara w efekt nowej miotły, bo przecież trudno oczekiwać od jakiegokolwiek szkoleniowca, że z materiałem ludzkim, jaki jest w Sandecji, zdoła wykręcić cokolwiek więcej niż rozpaczliwa walka o utrzymanie. Mroczkowski dość sensacyjnie wprowadził klub do ekstraklasy i już choćby za to powinien dostać kredyt zaufania, tymczasem podziękowano mu w grudniu, kiedy drużyna była jeszcze nad kreską, dzięki całkiem fajnemu początkowi rozgrywek. Moskal – podobnie jak Pawłowski – nie wygrał jeszcze ani jednego meczu, choć ostatnio zaczął jakby nieco więcej remisować, co akurat tego szkoleniowca z pewnością satysfakcjonuje. Mroczkowskiego, tak po ludzku, szkoda. Nie zagwarantowano mu ani piłkarzy na poziomie ekstraklasy, ani nawet stadionu, więc klub wszystkie mecze rozgrywa na wyjeździe. Choć walka o utrzymanie szła mu nieźle, to i tak wyleciał, padając ofiarą własnego sukcesu. Trudno się dziwić, że jest mocno rozgoryczony i w wywiadach ostro krytykuje swój były klub. I pewnie z lekką – być może mimowolną – satysfakcją spogląda na to, jak radzi sobie jego następca. Czy raczej, jak sobie nie radzi.

Kolejny woźny, który swoją miotłą bardziej narozrabiał niż posprzątał, to przedstawiciel walijskiej myśli szkoleniowej, czyli Adam Owen. Kiedy odbierał posadę pierwszego trenera gdańskiej Lechii z rąk Piotra Nowaka, mógł pochwalić się przede wszystkim doświadczeniem w roli specjalisty od przygotowania fizycznego, zresztą właśnie w ten sposób do tamtej pory pomagał Nowakowi, którego przesunięto na posadę dyrektora sportowego (roszada, jakiej nie powstydziłby się w szachach nawet arcymistrz Bobby Fischer). Owen miał całkiem imponujące CV, bo pracował między innymi z reprezentacją Walii podczas Euro 2016, choć nieco inne światło na ten fakt rzuca anegdota Szymona Marciniaka. Gareth Bale zwierzył się polskiemu arbitrowi przed półfinałowym starciem z Portugalią, że jego drużyna zapewne polegnie, bo nie ma już siły biegać, co podaje w wątpliwość jakość treningów pod czujnym okiem Adama Owena. I mniej więcej to samo można powiedzieć o Lechii pod wodzą Walijczyka – biało-zieloni snuli się po boisku zamiast po nim ganiać, a w człapaniu brylował Milos Krasić, za Nowaka lider środkowej strefy i wszędobylski rozgrywający.

Owen sabotował zresztą własny zespół, niezmiennie wystawiając w środku obrony Błażeja Augustyna, a na prawej stronie defensywy Mato Milosa, którzy tydzień w tydzień, zamiast grać w piłkę, organizowali jedyną w swoim rodzaju akcję charytatywną, obdarowując napastników rywali licznymi okazjami do strzelenia gola. Do pomocy Walijczykowi zatrudniono nawet dodatkowego trenera z Wysp, już z nieco większym doświadczeniem, ale także i to nie uratowało posady trenera. Wytrwał na stanowisku ledwie szesnaście meczów, z których wygrał marne cztery. A przypominamy, że mowa o drużynie z mistrzowskimi aspiracjami. Teraz sytuację próbuje ratować Piotr Stokowiec i być może na bazie efektownego tryumfu w derbach Trójmiasta uda mu się odtworzyć dawną Lechię, grającą fajnie dla oka i regularnie punktującą, zwłaszcza u siebie. Jednak również w przypadku Stokowca nie ma mowy o żadnej magii nowej miotły – Lechia pod jego wodzą przerżnęła przecież trzy pierwsze mecze i to w odrażającym stylu.

Wisienką na torcie jest sytuacja w Bruk-Bet Termalice. Piłkarze z Niecieczy są już zapewne przyzwyczajeni do tego, że co kilka miesięcy trzeba się uczyć współpracy z nowym szkoleniowcem – całe szczęście, że szczyptę stabilizacji gwarantuje niezmordowany asystent wszystkich kolejnych trenerów, Jan Pochroń. Przed sezonem zatrudniono Mariusza Rumaka, który popracował jednak w klubie zaledwie przez dziesięć kolejek i po zanotowaniu passy czterech porażek z rzędu wyleciał nie tylko z ekstraklasy, ale chyba także – przynajmniej na jakiś czas – z trenerskiej karuzeli. Bruk-Bet zajmował wówczas trzecie miejsce od końca, a misję poprawy tej sytuacji powierzono Maciejowi Bartoszkowi. Efekt? Bartoszek pożegnał się z klubem zaraz po rozpoczęciu rundy wiosennej, pozostawiając zespół na jeszcze gorszej pozycji niż go zastał, choć zanotował pewien progres i punktował lepiej dwóch poprzednich trenerów. Teraz przyszła pora na Jacka Zielińskiego – doświadczony szkoleniowiec jak na razie radzi sobie jeszcze lepiej od Bartoszka, ale póki co także i on nie odnalazł sposobu na wyniesienie Bruk-Betu w górę tabeli. Być może niepowodzenia kolejnych trenerów wynikają z tego, że w Termalice grają po prostu średniej jakości zawodnicy, z pewnością niezdolni, żeby zaspokoić rozbuchane ambicje właścicieli klubu? Nie, nie, to na pewno wina kolejnych trenerskich nieudaczników.

Zresztą, takie myślenie kieruje ruchami nie tylko działaczy z Niecieczy.

RANKING NAJGORSZYCH WOŹNYCH EKSTRAKLASY

Czyja nowa miotła zawiodła najbardziej? 

1. Maciej Skorża (Pogoń Szczecin)
0,75 punktu na mecz (stara miotła: 1,35 punktu na mecz)

2. Tadeusz Pawłowski (Śląsk Wrocław)
0,57 punktu na mecz (stara miotła: 1,24 punktu na mecz)

3. Kazimierz Moskal (Sandecja Nowy Sącz) 
0,44 punktu na mecz (stara miotła: 1,58 punktu na mecz)

4. Adam Owen (Lechia Gdańsk)
1,13 punktu na mecz (stara miotła: 1,65 punktu na mecz)

5. Mariusz Rumak / Maciej Bartoszek (Bruk-Bet Termalica Nieciecza)
0,80 / 1,07 punktu na mecz (stara miotła: 0,91 punktu na mecz)

KOMENTARZE (6)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
TomaszFutbalista

Cały sezon przetrwali tylko Ojrzyński i Brosz?
A treneru Nenadu to co?

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

master

A Gino Lettieri nie pracuje cały sezon przypadkiem?

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

wkolski

Przecież Pogoń miała walczyć o puchary w tym sezonie czego o Śląsku, a już na pewno o Sandecji nie można powiedzieć. Sam fakt o ile lepiej punktuje Runjaić pokazuje o ile poniżej potencjału punktował Skorzą. Co w tym dziwnego, że jest na 1 miejscu wśród woźnych?

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

wpDiscuz