Nie ma rzeczy niemożliwych, są tylko trudne wyzwania
Weszło Extra

Nie ma rzeczy niemożliwych, są tylko trudne wyzwania

Skutków nawałnicy, która przeszła nad Pomorzem w połowie sierpnia ubiegłego roku, nikt się nie spodziewał. Od tamtej tragedii nie minęło jeszcze osiem miesięcy, a już teraz można ogłosić, że ludzie podnieśli się z kolan. Przynajmniej ci z Rytla, a przecież ich doświadczyła ogromna skala zniszczeń. Wielka w tym zasługa sołtysa, Łukasza Ossowskiego, który pokierował nimi w momencie próby.

Łukasz Ossowski w mediach został nazwany bohaterem, a liczne nagrody, które odebrał w ostatnim czasie od prezydenta RP, „Newsweeka” i tygodnika „Wprost”, traktuje jako wyróżnienie dla wszystkich pomagających. Sam uważa, że zrobił normalną rzecz, ale najwidoczniej takich potrzebujemy. Zapraszamy do lektury wywiadu z człowiekiem roku, który opowiedział nam o wydarzeniach sprzed kilku miesięcy, a także zwrócił uwagę na kilka istotnych spraw.

Śni się jeszcze panu tamten feralny dzień?

Może sam feralny dzień nie, ale efekty działania nawałnicy już tak. Przede wszystkim chodzi o zniszczenia przyrody, które najbardziej nas przytłaczają. Oczywiście zniszczone domy, samochody i inne materialne rzeczy również nas dotknęły, ale w tym przypadku wszystko można relatywnie szybko odzyskać.

Spodziewał się pan tego wieczora, że będą jakiekolwiek zniszczenia, a co dopiero tak ogromne?

W żadnym wypadku, bo nie zapowiadało się na taki Armagedon. To był ciepły sierpniowy wieczór i wszyscy już czekali na długi weekend. Błyskało się wieczorem i myśleliśmy, że będzie zwykła burza. W końcu to normalna sprawa o tej porze roku. Jednak stało się tak, że było ponad sto ognisk burzowych, a tego chyba nikt się nie spodziewał.

Jakie były pana pierwsze działania, gdy już było wiadomo, że nad Rytlem nie przeszła zwykła burza?

Dopiero po północy wyszliśmy z domu. Wzięliśmy z żoną latarki i przez działkę doszliśmy do głównej ulicy. Nie dało się tam iść, a co dopiero jechać samochodem. Próbowaliśmy dojść do domu mojej siostry – mieszka niedaleko – ale nie było to możliwe. Obraz był straszny, bo na drogach leżały drzewa i linie wysokiego napięcia, samochody były przygniecione. W najczarniejszych snach nie wyobraziłbym sobie takiego widoku. Udało mi się dodzwonić do pani burmistrz i powiedziałem jej, że będziemy potrzebowali ogromnej pomocy.

Rano zaczęła się akcja ratunkowa?

Już w nocy chodziliśmy po domach i sprawdzaliśmy, czy ludzie są cali. Na początku nic więcej nie dało się zrobić. Dotarliśmy do jednej pani, która siedziała w kącie z psem. Na szczęście była tylko przestraszona i nic jej nie było. Warunki naprawdę nie pomagały, dlatego zdecydowaliśmy, że poczekamy do świtu i zdzwonimy się rano. Telefony już jednak nie działały.

Sobota była dniem, w którym działaliśmy trochę bez planu. Pomoc sąsiedzka, uprzątnięcie niektórych dróg do takiego stanu, by karetka mogła przejechać. Wieczorem stwierdziliśmy, że minął cały dzień, a nic się nie wydarzyło. Wraz z radą sołecką usiedliśmy w świetlicy przy piwie i doszliśmy do wniosku, że coś trzeba zrobić. Nie było prądu, drogi zawalone, domy rozwalone.

Pierwszy problem był jednak taki, że nie wiedzieliśmy, jak powiadomić wszystkich mieszkańców o zbiórce w danym miejscu. Telefony nie działały, a drogi były nieprzejezdne. Poszliśmy więc do proboszcza, by na mszach ogłosił, że o 15:00 będzie spotkanie w świetlicy. Trzeba było tym ludziom powiedzieć, że przez miesiąc mogą być bez prądu, a także zaoferować pomoc.

Ile osób przyszło na spotkanie?

Prawie 600 osób przyszło zapytać, co dalej. Nie było krzyków i wołania o pomoc. Każdy był pełen pokory. Przekazaliśmy podstawowe informacje, a także podjęliśmy decyzję, że będziemy pełnić dyżury w świetlicy. Jeśli ktoś czegoś potrzebował, mógł przyjść i poprosić o pomoc.

Świadomie stanął pan na czele tej inicjatywy?

Zupełnie nieświadomie, bo początkowo nie spodziewałem się, że wszystko przybierze aż tak duże rozmiary. Uruchomiliśmy profil na Facebooku i odzew był bardzo duży. Sporo ludzi przywoziło nam potrzebne rzeczy, a także oferowało pomoc. Wszystko to trzeba było ogarnąć logistycznie, a więc ja i jeszcze kilka osób podjęliśmy się tego zadania.

3

Fot. Michał Sagrol

Głównym problemem była rzeka, która w każdej chwili mogła wylać.

Już w sobotę wiedzieliśmy, że to jest problem.  Poszedłem nad Wielki Kanał Brdy i nie widziałem go, bo był zasypany drzewami. Zobaczyłem również liczne rozlewiska, koryto rzeki było zmienione. Zdałem sobie sprawę, że bez pomocy wojska nie poradzimy sobie z tym problemem.

Mówiło się wówczas, że wojsko przyjechało za późno.

Nie jestem w stanie tego ocenić. Co to znaczy za późno? Kto powinien wtedy określić odpowiedni moment?

Pan wiedział o tym już w sobotę.

Tak, przekazałem informację pani burmistrz. Ale w jakim momencie Burmistrz przekazała informację nie wiem.  Z relacji, którą znam, wojewoda dowiedział się o potrzebie wezwania wojska w niedzielę o 17:30.

Zawiodła komunikacja?

W naszym społecznym sztabie komunikacja działała bardzo dobrze, jednak to była spontanicznie zorganizowana akcja. Jeśli chodzi o służby gminne to niebawem ukaże się rabort NIK-u  na temat zarządzania kryzysowego w Czersku. Wiem, że wiele spraw jest do poprawy. Procedury były, ale co z tego? W tamtym czasie na terenie gminy Czersk nie działał żaden system, jeśli chodzi o łączność.

Coś się zmieniło teraz w tym temacie?            

Nie dotarła do mnie żadna informacja, że coś się zmieniło w tej kwestii. Tak jak mówiłem – niedługo ma pojawić raport NIK-u, w którym będą wyszczególnione problemy i może wtedy zostaną podjęte odpowiednie kroki, a tym samym powstanie lepszy system.

W Rytlu są jeszcze osoby, które potrzebują pomocy?

Do całkowitej odbudowy było kilka domów. Można powiedzieć że wszyscy poszkodowani są zabezpieczeni i działają nad odbudową.

Ludzie, którzy nie mieli ubezpieczonych domów, dostali pomoc od państwa?

W ustawie nie istnieje coś takiego jak dom w budowie. Więc jeśli ktoś budował dom albo przebudowywał i nie miał od powiatowego inspektora pokwitowania, że dom i gospodarstwo jest odebrane – nie kwalifikował się do żadnego odszkodowania. W myśl tej ustawy, jeśli coś jest w budowie, to nie istnieje.

Był też drugi problem, bo część domów było starych, a więc były w złym stanie technicznym. Przykładowo wartość domu z 1936 roku oszacowano na 40 000 złotych, a zniszczenie na 80%. Państwo zwracało w takim wypadku 32 000 złotych. Niemożliwym więc jest, by wybudować nowy dom z odszkodowania.

Ile było takich przypadków?

Takich przypadków było kilkanaście. Jednak dzięki pomocy ludzi z całej Polski i nie tylko, wspomagaliśmy finansowo i rzeczowo te przypadki.  Tak naprawdę tylko dwie rodziny nie mieszkają jeszcze w swoich domach. Przebywają obecnie w przyczepach kempingowych. Jedna z tych rodzin otrzyma nowy dom od fundacji Petralana. Udało się już go postawić, a wybudowany został w technice domów gotowych, energooszczędnych. Zasilany jest pompą ciepła, a jego wartość szacowana jest na około 300 000 złotych.

Fundacja sama zdecydowała, której rodzinie chce pomóc. Początkowo miała wesprzeć ją w odbudowie, ale inspektor nadzoru budowlanego stwierdził, że dom nadaje się tylko do rozbiórki. Koszt odbudowy byłby większy od postawienia nowej posiadłości.

Co z drugą rodziną?

Też mieszka w przyczepie kempingowej. Początkowo skala zniszczeń jej posiadłości nie wydawała się duża, ale rzeczywistość okazała się inna. Ona również dostała wsparcie finansowe ze stowarzyszenia, a także od anonimowych darczyńców. Sporo już odbudowano i myślę, że za kilka miesięcy będzie mogła wrócić już do swojego domu.

Jedna Pani korzysta obecnie z uprzejmości księdza proboszcza, mieszka w organistówce, straciła cały dom, ale dostała pomoc od państwa na odbudowę, pomoc, która w większości pokryje koszty budowy. Resztę udało się wspólnie uzbierać.

Gdy odwiedziłem was kilka dni po tej feralnej burzy, mówił mi pan, że obawia się o naprawę sieci energetycznych.

Logistyka, działanie i przywracanie zasilania było na najwyższym poziomie. Przy tej skali zniszczeń sieci, które się wyłożyły, prace Enei, Tauronu i PGE trzeba ocenić bardzo wysoko. Naprawdę spisali się rewelacyjnie. Wiem, że w tamtym okresie na ten cel zostało wydanych około 100 milionów złotych. Dzisiaj jest już wszystko odtworzone, dlatego można powiedzieć, że martwiłem się na zapas.

Co pana najbardziej zaskoczyło podczas akcji ratunkowej?

Bez wątpienia skala pomocy. Codziennie było 1000 osób, które chciały pomagać. Ludzie przyjeżdżali tutaj z całego kraju. Doszło nawet do tego, że 15 sierpnia w Rytlu były korki. Wydaje mi się, że nigdy wcześniej w Polsce – na taką skalę – taki zryw nie miał miejsca. Cieszę się bardzo, że udało się wykorzystać ogromny potencjał tych wolontariuszy.

Był pan Tadeusz, który specjalizuje się w takiej pomocy. W przeszłości wielokrotnie pomagał przy takich akcjach, dlatego potraktowałem niezwykle poważnie jego słowa. Co prawda trochę się tym zasmuciłem, ale podobno zdarzały się osoby, które chciały wykorzystać waszą tragedię. Ile jest w tym prawdy?

To były pojedyncze, sporadyczne przypadki, że ktoś chciał nas naciągnąć na paliwo albo coś innego. Na szczęście komitet prowadziły osoby, które znały mieszkańców i siebie nawzajem. Zdarzały się też przypadki, że przyjeżdżali ludzie z innych gmin. Mówili, że sołtys im kazał przyjechać do nas i poprosić o pomoc. Odpowiadałem im wtedy, że nie ma sprawy, ale muszę zadzwonić do ich sołtysa i zapytać, czy to prawda.

11

fot. Michał Sagrol

Stworzyłem pewien system, bo były też osoby, które przychodziły i prosiły o 100 metrów kwadratowych paneli. Spisywaliśmy takie prośby i organizowaliśmy materiał. Ładowaliśmy na samochód, a później jechaliśmy do poszkodowanego. Pukaliśmy do drzwi i mówiliśmy, że przyjechaliśmy z pomocą. Wchodziliśmy do domu i weryfikowaliśmy, czy faktycznie potrzeba aż tak dużo tych paneli. Przykładowo nie było potrzebne sto metrów, ale jedynie dwadzieścia. Mówiliśmy wtedy, że mamy tylko dwadzieścia metrów i tyle możemy dać, by osoba nie poczuła się urażona. Zawsze skutkowało.

Były też osoby, które potrzebowały pomocy, ale jej nie chciały.

Jednostki odmawiały pomocy, ale faktycznie zdarzały się takie osoby. W niektórych ludziach pozostało coś z PRL-u. Nie chcieli niczego brać, bo bali się, że później będą musieli oddać. Był pan, któremu zawieźliśmy artykuły pierwszej potrzeby, a on nie wierzył, że coś dostaje za darmo. Powiedział, że nigdy nie dostał nic za darmo. Dopiero jak powiedzieliśmy, że to jest od proboszcza i sołtysa, przyjął pomoc.

Nagle stał się pan osobą medialną. Trudno było się przestawić?

Dość szybko aklimatyzuję się w nowych sytuacjach. Lubię kontakt z ludźmi, dlatego też zostałem sołtysem. Oczywiście po tej tragedii musiałem działać na większą skalę, ale nie ma rzeczy niemożliwych, są tylko trudne wyzwania.

Przed kamerami wypadał pan bardzo naturalnie.

Śmiałem się nawet, że minąłem się z powołaniem. Starałem się nieszczęście przekuć w coś pozytywnego. Bez mediów nie udałoby się nam nagłośnić tej sprawy. Pomoc do Rytla napływała w takim tempie, że zdecydowaliśmy, iż będziemy przekazywać ją do sąsiednich gmin.

Wspierało nas około 1500 osób codziennie, bo liczę tutaj też ludzi, którzy fundowali nam różne artykuły spożywcze, a także materiały budowlane. Stworzyliśmy wtedy bazę najpotrzebniejszych artykułów… Proszę sobie wyobrazić, że wieczorem zadzwonił do mnie pan o nazwisku Rytel. Powiedział, że podaruje nam cztery tony mięsa. Przyjechała ciężarówka z napisem „Rytel dla Rytla”. Obdzwoniłem wszystkich sołtysów z pobliskich gmin i powiedziałem im, że mam mięso do wydania. Im się nic nie stało, ale przecież wszędzie są ludzie, którzy potrzebują jedzenia.

Nie tylko on zadzwonił, bo był też telefon od prezydenta.

Po nawałnicy napisałem list do pana prezydenta. Treści nie chcę zdradzać, ale na końcu zostawiłem numer telefonu. Minął tydzień i dzwoni telefon, a w tamtym czasie cały czas ktoś do mnie telefonował, więc nasza rozmowa wyglądała mniej więc w ten sposób:

– Dzień dobry, Andrzej Duda.
– Dzień dobry, słucham pana?
– Panie Łukaszu, pisał pan do mnie list…
– Prezydent?
– Tak.

Rozmawialiśmy godzinę i zdałem relację z tego co się u nas dzieje. Prezydent zapytał mnie wtedy, czy jest odpowiedni czas, by teraz do nas przyjechać. Powiedziałem mu, że lepiej taką wizytę przełożyć, bo już przyjazd pani premier wprowadził chaos, zablokował drogi itd. Mówimy o najważniejszych osobach w kraju, a więc logicznym jest, że trzeba ich pilnować. Wstępnie umówiliśmy się na jesień, ale w kraju i na świecie działy się różne rzeczy, dlatego ponownie musieliśmy przełożyć. Ostatecznie prezydent odwiedził nas w drugiej połowie marca.

W międzyczasie było też zaproszenie do pałacu prezydenckiego.

Było kilka zaproszeń, ale nie skorzystałem ze wszystkich. Nie udałem się na Święto Niepodległości, bo w tym samym czasie był koncert Andrei Bocellego, na którym bardzo chciałem być. Zresztą bilety dostałem w ramach prezentu na „czterdziestkę”, a więc być tam musiałem. Parę dni wcześniej byłem jednak na gali „Ludzie dobrej woli” i tam również miałem okazję porozmawiać z prezydentem.

Jak oceni pan postawę prezydenta w tej konkretnej sprawie?

W sierpniu i wrześniu co drugi dzień rozmawiałem z kancelarią prezydenta. Gdy dzwonił sam prezydent, to doskonale wszystko wiedział. Komunikacja była więc na bardzo dobrym poziomie. Na gali – o której wcześniej mówiłem – prezydent bardzo dużo mówił również o mieszkańcach Lotynia i Suszku, którzy niesamowicie pomagali w trakcie akcji ratunkowej. Cały czas powtarzam, że właśnie ci ludzie są bohaterami, bo przecież ja nie stałem w kanale i nie wyciągałem drzew.

22

fot. Michał Sagrol

Można było odczuć, że prezydent dość osobiście przeżył tragedię harcerek, które straciły życie w Suszku.

Prezydent powiedział mi, że w tamtym miejscu, gdzie doszło do tragedii, przed laty także był na obozie harcerskim. Tworzył tam z kolegami mapy topograficzne. Mówił mi, że doskonale czuł tamto miejsce.

Jak już jesteśmy przy harcerzach, to warto zaznaczyć, że w ostatnich latach zostali odsunięci. Traktuje się ich jak kłopot, a nie pomoc. A przecież to są ludzie, którzy wiele potrafią. W końcu po coś zdobywają te wszystkie umiejętności. Byłem pod wielkim wrażeniem ich pracy, bo działają jak dobrze zorganizowana armia. W jednym domu był kłopot z szambem, które wybiło. Pojechało tam czterech harcerzy, którzy wszystko ogarnęli w trzy albo cztery godziny. Niesamowita sprawa, bo ten problem był tam naprawdę duży. Może powinni działać na tej samej zasadzie co jednostki OSP?

Podobnie chyba jest z funkcją sołtysa.

Muszą nastąpić pewne zmiany, by sołtys nie miał tylko funkcji doradczej, ale także wykonawczą. Teraz jestem funkcjonariuszem publicznym, ale nie mam możliwości, aby zawrzeć jakąkolwiek umowę. Może trzeba pomyśleć nad tym, żeby sołtys mógł o czymś decydować. Nie mówię tutaj o wielkich sprawach, ale takich małych. Przecież dla mieszkańców wsi właśnie małe problemy są najważniejsze. Projekt PSL-u zakłada, że sołtys ma dostać 1000 złotych diety miesięcznej. Po co takie coś? Zacznie tworzyć się ciśnienie wśród ludzi, że bierze tysiaka, a nic nie robi. Albo niektórzy będą chcieli wyciągnąć rękę po pieniądze i będą kandydować, a dobro ludzi będą mieli gdzieś. Takie zmiany są bez sensu, bo sołtys i tak nadal nic nie będzie mógł. Lepiej stwórzmy fundusz sołecki i dajmy więcej możliwości sołtysom.

Zdziwiły pana liczne nagrody, bo został pan wyróżniony przez „Wprost”, „Newsweek”, prezydenta?

Zdziwiły mnie dlatego, że nie sądziłem, że moje działania okażą się niezwykłe. Tak naprawdę nie zrobiliśmy niczego nadzwyczajnego. Ludzie uznali inaczej. To też trochę pokazuje, że szukamy normalności.

Nie bał się pan, że zostanie wciągnięty w politykę, bo jednak nagrody przyznały gazety, które opowiadają się po różnych stronach?

Trochę się tego obawiałem, jednak – jak sam pan zauważył – nagrody przyznały gazety, które opowiadają się po różnych stronach. A w tym konkretnym przypadku opowiedziały się w pewien sposób za tym samym. Poglądy polityczne mogą być różne, ale są rzeczy ważniejsze.

Nie myślał pan, żeby wejść do polityki?

Nie. Cały czas powtarzam, że nie wybieram się do polityki.

Dlaczego?

Zbudowałem pozycję i zaufanie ludzi, którego nie chcę stracić. Nie chcę też wchodzić do polityki, ponieważ nie chciałbym się pobrudzić. Chociaż może być tak, że za 10 lat zmienię zdanie. Jednak teraz na pewno nie, bo mam jeszcze małe dzieci, a gdybym zaangażował się w jakiś projekt, nie miałbym dla nich czasu.

Propozycje były?

Było sporo (śmiech).

Czym się pan zajmuje poza sołtysowaniem?

Prowadzę działalność handlowo-usługową.

Dużo pan stracił w tamtym czasie?

Sporo, ale to tylko pieniądze. Teraz już wszystko wróciło do normy.

Zanim doszło do tragedii, prowadził pan inne inicjatywy na rzecz mieszkańców Rytla?

Zawsze mówiłem, że Rytel ma duży potencjał. Zapytałem nawet kiedyś przyjaciela, co zrobić w tym Rytlu, by było o nim głośno w całym kraju. Pech chciał, że nie musiałem nic robić, a każdy już wie o Rytlu.

Choć muszę się pochwalić, że na początku mojej kadencji zorganizowałem festyn, na którym pojawiło się 80 dzieciaków. Rok później było już 500. Na andrzejkach dla dorosłych ten sam progres. Najpierw było 60 osób, a rok później już 180. Zrobiliśmy też dożynki w nowym stylu, plac zabaw dla dzieciaków. Polegało to na tym, że dałem pieniądze na materiały, a ludzie mieli pomóc przy budowie. I wie pan, że ludzie przyszli i miło spędzili czas, wykonując tę pracę. Każdy dołożył swoją małą cegiełkę, bo ja zrzekłem się diety, a ludzie dali ręce do pracy. Tak staramy się działać przy wielu małych projektach. Wydaje mi się, że takie małe działania budują społeczność. Nie mam wątpliwości, iż właśnie takie inicjatywy przygotowały nas do walki, którą stoczyliśmy w sierpniu ubiegłego roku.

Jest już pan swój czy nadal farbowany lis?

Już tak (śmiech). Myślę, że Rytlanie traktują mnie jak rdzennego mieszkańca Rytla, co bardzo mnie cieszy.

Jest pan do dyspozycji, jeśli w innym miejscu wydarzy się podobna tragedia?

Oczywiście, że tak. Chciałbym również powiedzieć, że można wyciągnąć coś dobrego z takiej tragedii. Udało nam się zorganizować koncert kolęd, na którym pojawiła się Alicja Majewska, Włodzimierz Korcz, Olga Bończyk i Łukasz Zagrobelny. Śpiewali w naszym kościele przez dwie godziny. Po koncercie Włodzimierz Korcz powiedział mi, że już wiele razy widział, jak publiczność płacze, gdy piosenkarze śpiewają. Jednak nigdy nie miał tak, że płakał razem z ludźmi. A u nas tak było, bo w kościele było sześciuset Rytlan i wszystkim udzielała się atmosfera zjednoczenia.

Nie minął nawet rok, a już prawie wszystko odbudowaliśmy. Ludzie wykonali tutaj ogromną robotę i pokazali siłę jedności.

Rozmawiał: Bartosz Burzyński

KOMENTARZE (3)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Vinni

Jeszcze raz wielki szacunek dla Pana Łukasza oraz wszystkich osób, które pomagały i nadal pomagają w usuwaniu zniszczeń. Trzeba przyznać, że na poziomie lokalnym wszystko zadziałało idealnie, radziliśmy sobie jak tylko mogliśmy. Na poziomie krajowym już tak idealnie nie było i nie jest, ale zostawmy to i nie wchodźmy w politykę. Najważniejsze, że powoli wszystko wraca do normy, a ludzie stopniowo odzyskują swoje domy. Idealnie nie jest, a zimą było ciężko, ale idzie ku lepszemu.

Porucznik

Jestem z okolic Rytla, sam tam byłem i pomagałem. Codziennie przez 1,5 tygodnia ze znajomymi wsiadaliśmy w auto z ciuchami na zmianę i ręcznikami a potem przez 5-8 godzin staliśmy w Brdzie po pas i wyciągaliśmy gałęzie czy całe kłody drzew. Pospolite ruszenie jakie tam nastąpiło było niesamowite i to w głównej mierze zasługa Pana Łukasza i dla niego dozgonny szacunek.

RobRob

Wielkie brawa!

wpDiscuz