„Inteligencja i wrażliwość nie przeszkadzają piłkarzowi”
Weszło Extra

„Inteligencja i wrażliwość nie przeszkadzają piłkarzowi”

Gdyby nie piłka, to pewnie trafiłby na Politechnikę. Na obozach w Lechu pomagał młodszym kolegom z matematyką. Dziś lubi usiąść w pokoju i rozwiązać sudoku. W Kolejorzu zagrał ponad 200 meczów, zdobył dwa mistrzostwa Polski. Ale nie został pożegnany brawami, a obraźliwymi okrzykami.

Co zrobiło na nim największe wrażenie w Stuttgarcie? Jak wyglądała feta po awansie do Bundesligi? Jak widzi swoją przyszłość w kadrze? Jak wyglądało wejście do niemieckiej szatni? Kiedy jest dobry moment dla ligowców, by wyjeżdżać z Ekstraklasy? Dlaczego poczuł ulgę, gdy powiedział w Lechu, że odchodzi? O tym wszystkim porozmawialiśmy z piłkarzem reprezentacji Polski i Stuttgartu, Marcinem Kamińskim.

*

Zastanawiasz się czasami co by było, gdyby futbol cię nie wciągnął?

Nie wiem. Wcześnie zacząłem grać w piłkę, grałem w Koninie, później trafiłem do Lecha i nawet nie miałem czasu zastanowić się, jak wyglądałby mój świat bez piłki, bo była ona ze mną od zawsze. Ale od małolata kręciła mnie matematyka, mam to po tacie, który ukończył Politechnikę Poznańską. Pewnie w tym kierunku by mnie ciągnęło, ale gdzie by mnie rzuciło, to już nie wiem.

Słyszałem, że podczas jednego ze zgrupowań Lecha rozwiązywałeś młodszych chłopakom zadania z matematyki.

Trochę im pomagałem. Dla mnie matma była zawsze nauką, ale przy okazji też rozrywką. Nie trzeba mnie było zmuszać do zadań i obliczeń. Lubiłem to. Nie jestem jakimś molem książkowym, nie zamykam się w pokoju za biurkiem i trzaskam zadanka dla relaksu. Lubię pograć w FIFĘ, lubię też obejrzeć film, ale w tej dziedzinie czułem się po prostu dobrze i zdarzało mi się pomagać chłopakom, którzy byli w Lechu i na przykład przygotowywali się do matury. Nikt nie chce chodzić na korepetycje, a ja mogłem im w wolnej chwili wytłumaczyć jakieś zagadnienie.

Rozmawiałem z jednym z trenerów, z którym pracowałeś w Lechu. Powiedział o tobie tak – „Marcin ma dwie charakterystyczne cechy – jest inteligentny i wrażliwy. To świetne aspekty dla niego jako człowieka. Ale piłkarzowi mogą przeszkadzać”.

Wiesz co… szczerze to nie wiem. Inteligencja to cecha potrzebna także piłkarzowi. Gra, taktyka, poruszanie – to wszystko przeszło ewolucję, dziś idzie to w kierunku mądrości boiskowej. Nie możesz nie myśleć w trakcie gry, to cię dyskwalifikuje. A wrażliwość? Musiałeś rozmawiać z trenerem, z którym pracowałem dość dawno. Rozumiem o co chodzi – że przeżywam to, co na boisku, że długo analizuję i pewne sytuację we mnie siedzą. Kiedyś tak miałem, to fakt. Ale zmieniłem się – jeśli popełnisz błąd czy przegrasz mecz, to musisz to przeanalizować. Na co dzień jestem w wrażliwy, nawet lubię tę cechę, ale na boisku już nie jestem wrażliwcem. Jeśli komuś coś zrobię w trakcie gry, to się nie rozpłaczę. Jasne, mam obie te cechy, ale nie zgodzę się, że one przeszkadzają mi na boisku.

Długo w tobie siedzą porażki?

Parę lat temu tak było. Ale pokaż mi młodego piłkarza, który nie rozkminia przegranych meczów czy boiskowych błędów. Nie istnieje nastoletni zawodnik w szatni piłkarskiej, który nie stawia sobie pytań „będę grał? Co z moją karierą? Dlaczego siedzę na ławce?”. Nie ma takiego. Zresztą nie tylko w piłce tak się dzieje. Dzisiaj już tak to wszystko we mnie nie siedzi. Przegrasz, przemyśl dlaczego i zaraz masz kolejny mecz. Przez te lata w piłce dojrzałem nie tylko jako piłkarz, ale przede wszystkim jako człowiek. Takie rzeczy musisz przeżyć, żeby się uodpornić. Poznałem dziesiątki, setki zawodników i z każdym było podobnie. Może tylko kilku było takich, którzy z ostatnim gwizdkiem zapominali o meczu i mieli gdzieś, co kto o nich myśli.

CASARES 09.02.2013 LECH POZNAN - ZGRUPOWANIE HISZPANIA - TRENING --- LECH POZNAN TRAINING CAMP IN SPAIN MARCIN KAMINSKI MARIUSZ RUMAK FOT. PIOTR KUCZA

fot. 400mm.pl

Pytam o tę wrażliwość, bo pamiętam twój ostatni mecz w Lechu. Gdy schodziłeś z boiska żegnały cię okrzyki „Kamyk ty pało, czy tobie dzisiaj się chciało?”. Po jedenastu latach spędzonych w tym klubie, po dwóch mistrzostwach Polski.

(chwila ciszy)

Nie mogłem zareagować inaczej jeśli chodzi o emocje. Za dużo lat spędziłem w Poznaniu, żebym łezka się nie zakręciła przy odejściu. Trafiłem tu gdy miałem trzynaście lat, siedem lat byłem w pierwszym zespole, rozegrałem ponad 200 meczów z tym herbem na koszulce, miałem też możliwość bycia kapitanem. Rodzina na trybunach, nie mogłem inaczej zareagować. Nie mogłem o sobie powiedzieć, że zawiodłem i że to był zły czas. No nie. Może gdybym wtedy na stadionie był sam, to nie przeżyłbym tego wszystkiego tak mocno.

Rozmawiałem z ludźmi w klubie i nie chciałem żadnych wielkich pożegnań. Nie chciałem antyramy ze zdjęciem czy koszulki z liczbą meczów. Miałem wtedy 24 lata, wciąż nie wiem gdzie życie mnie poniesie. To nie był czas na taką ceremonię jakbym kończył karierę. To był dzień Krzyśka Kotorowskiego, który zawieszał buty na kołku. Ja nie chciałem wychodzić przed szereg.

Dostało ci się za słowa w autobusie przed wyjazdem na finał Pucharu Polski. To ty miałeś powiedzieć „że im się chciało” widząc tłum kibiców żegnający pod stadionem. Nicki Bille nagrał film, ten tekst było słychać w tle, wideo poszło w sieć, zrobiła się burza. Z tym, że to podobno nie były twoje słowa.

No tak, to był bezpośredni powód zachowania kibiców podczas mojego ostatniego meczu. I to nie ja powiedziałem, to prawda. Na początku nawet nie wiedziałem, że to mi przypisano tamte słowa. Ktoś mi przekazał, że taka teoria padła w internecie i wtedy to olałem, nie sądziłem, że sprawa zostanie tak rozdmuchana. Szczególnie, że nikt z kibiców ze mną o tym nie rozmawiał, nikt tego osobiście nie zarzucał. Cała uwaga skupiła się wtedy na Łukaszu Trałce, któremu też wypominano jego pamiętną frazę. Ja nie czułem się wywołany do tego, żeby się tłumaczyć. Nie sądziłem, że nie moje słowa wywołają taką reakcję pod moim adresem.

Przed odejściem dostałeś dobrą ofertę z Lecha?

Tak, miałem opcję zostać w Poznaniu. Dostałem od prezesa propozycję bardzo dobrej i długoterminowej umowy. Tutaj drzwi były szeroko otwarte. Ale decyzja o odejściu dojrzewała we mnie już od dłuższego czasu.

Miałeś propozycje transferów co pół roku. Niemal w każdym oknie transferowym.

Pojawiały się zapytania i możliwości. Ale często się to gdzieś rozmywało. Czasem ze strony klubu, bo oferta nie była zadowalająca, albo z mojej, bo oferty przychodziły z kierunków, którymi nie byłem zainteresowany, typu Grecja, Turcja czy Rosja. Wymarzyłem sobie wyjazd na Zachód… Stanęło na wyjeździe do Niemiec. Pewnie trochę żal, że Lech na mnie nie zarobił, ale decyzja o tym, by odejść wraz z końcem kontraktu też nie była dla mnie łatwa. Klub na mnie nie naciskał, nikt nie chodził i nie mówił „Kamyk, chcemy dostać od ciebie odpowiedź już jutro”.

POZNAN 10.07.2015 MECZ SUPERPUCHAR POLSKI 2015: LECH POZNAN - LEGIA WARSZAWA 3:1 --- POLISH SUPERCUP 2015 FOOTBALL MATCH: LECH POZNAN - LEGIA WARSAW 3:1 MARCIN KAMINSKI MACIEJ SKORZA FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

fot. 400mm.pl

Co czułeś, gdy poszedłeś do prezesów i powiedziałeś, że klamka zapadła?

Ulgę. Ale nie dlatego, że odchodzę z Lecha. To było dla mnie strasznie trudne. Ale poczułem ulgę, bo przeskoczyłem ten jeden płotek w swoim życiu. Wiedziałem, że wreszcie do tego dojdzie i ulżyło mi, gdy zakończyłem bitwę z myślami i postanowiłem, że to już czas. Gula w gardle znikła, przestałem chodzić zestresowany. Mogłem się skupić na tym, by do końca sezonu grać jak najlepiej i pomóc drużynie w tych ostatnich meczach. Te ostatnie miesiące były szalone.

Byłeś zaskoczony tym, co spotkałeś w Stuttgarcie?

Znałem ten klub z jego dobrych lat, gdy zdobywali mistrzostwo kraju i grali w Lidze Mistrzów. Kojarzyłem nazwiska najważniejszych piłkarzy z ostatnich sezonów. Pada nazwa „Stuttgart” i wiesz, że taki klub istnieje i nie jest to byle jaki zespół. Ale do momentu przyjazdu do miasta nie zdawałem sobie sprawy o jak wielkiej historii mówimy. Uświadomił mnie nieco mój agent, który jest Polakiem, ale od wielu lat mieszkającym w Niemczech. Powiedział „Marcin, jak pojawi się opcja Stuttgartu, to jemu się nie odmawia, to wielki klub w tym kraju”. Pojechałem zobaczyć klub i… Podam ci przykład. Pierwszy trening oficjalny na bocznym boisku, zwykłe zajęcia, a przyszło nas oglądać ponad 10 tysięcy ludzi. Nie na mecz, tylko na normalny trening i to tuż po spadku do drugiej ligi. To samo na spotkaniach ligowych. U nas średnio na stadion chodziło 50 tysięcy ludzi. Na wyjazdach podobnie, niemal zawsze pełny lub prawie pełny stadion. Gramy u siebie i wydaje mi się, że stadion był prawie pusty, a okazuje się, że było 30 tysięcy ludzi. Nic więcej nie trzeba dodawać.

W jednym z wywiadów powiedziałeś, że z początku traktowałeś klub jak zwykłą pracę – przychodziłeś na trening i wychodziłeś zaraz po. Dopiero z czasem zacząłeś wsiąkać w to środowisko, zostawałeś dłużej, rozmawiałeś z pracownikami Stuttgartu.

Nie chcę generalizować, ale wydaje mi się, że Niemcy są trochę zamknięci. Raczej nie podchodzą, nie zagadują, ten small-talk jest dość ograniczony. Ale może to naturalne. Ja zobaczyłem to z drugiej strony, bo zawsze byłem jako ten powiedzmy gospodarz. Być może w Lechu obcokrajowcy też na początku byli trochę na uboczu i nie przybijali “piątek” z całym klubem od pierwszego tygodnia w nowym miejscu. Ale fakt, że początek taki był – trening, prysznic i do domu. No i w domu czekała na mnie Marta, ówczesna narzeczona, a dziś już żona. Ona nie miała tam koleżanek, nie mogła wyjść ze znajomymi na kawę, bo nikogo tam nie znała. Dla nas to było świetnie doświadczenie, zmiana środowiska, zupełnie inna kultura. Z czasem też zmieniała się moja sytuacja w drużynie, grałem więcej i inaczej byłem postrzegany. To naturalne, że potrzeba czasu w nowym miejscu pracy.

A język?

Niemieckiego liznąłem tyle, co w szkole. Dobrze mówię po angielsku, w szatni też każdy znał ten język, więc wejście miałem o tyle łatwiejsze. Też nikt nie udawał, że nie zna angielskiego i „ich spreche nur Deutsch”. Dziś rozumiem już wszystko, mogę śmiać się razem z żartów. Początki były trudne, ale widziałem jak wraz ze znajomością języka rośnie mój komfort w szatni. Chociaż był jeszcze drugi problem. Stuttgart to Szwabia, czyli taki nasz Śląsk. Jak zarzucą „po swojemu”, to nawet Niemcy z innych regionów ich nie rozumieją. Z czasem zakumplowałem się z Mitchellem Langerakiem, nasze kobiety złapały też wspólny kontakt.

Ja też m.in. dlatego chciałem wyjechać z Poznania. Poznać inną kulturę, inny język. Ciągnęło mnie to strasznie. Gdybym spędził w Polsce całą karierę, to we mnie mocno siedział by ten fakt, że nie skorzystałem z możliwości, jakie daje gra w piłkę.

19.12.2017, Coface Arena, Mainz, GER, DFB Pokal, 1. FSV Mainz 05 vs VfB Stuttgart, Achtelfinale, im Bild Marcin Kaminski (Stuttgart) // during the DFB Pokal, round of 16 match between 1. FSV Mainz 05 and VfB Stuttgart at the Coface Arena in Mainz, Germany on 2017/12/19. EXPA Pictures © 2017, PhotoCredit: EXPA/ Eibner-Pressefoto/ Weiss *****ATTENTION - OUT of GER***** PUCHAR NIEMIEC PILKA NOZNA SEZON 2017/2018 FOT.EXPA/NEWSPIX.PL AUSTRIA, Italy, Spain, Slovenia, Serbia, Croatia, Germany, UK, USA and Sweden OUT! --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

fot. newspix.pl

Jak ci się pracowało z Hannesem Wolfem? To on na ciebie postawił, u niego grałeś najwięcej, był zaledwie jedenaście lat starszy od ciebie. No i jest trenerem z tej generacji młodych, niemieckich trenerów. Uczył się m.in. od Jurgena Kloppa i Thomasa Tuchela.

Widać było po nim to zacięcie „nowej szkoły”. Gegenpressing odmieniał przez wszystkie przypadki i – podobnie jak Tuchel – dba o absolutnie każdy szczegół taktyki i funkcjonowania zespołu. On też się uczył pracy z seniorami, wcześniej trenował głównie młodzież. Kilku chłopaków było od niego tylko kilka lat młodszych i dla niego to też było ciekawym doświadczeniem pracować w takich warunkach. Czuję, że sporo mnie nauczył i zrobiłem krok do przodu jako piłkarz. Jak na mnie raz postawił, to był w tym konsekwentny. Nawet jak zdarzały mi się słabsze spotkania, to miałem jego zaufanie. Ale on się nie cacka z piłkarzami – mimo, że jest młody i wydawałoby się, że może mieć opory, by cię ochrzanić. Zdarzało się nam,  jako zespołowi czy mi indywidualnie, dostać od trenera ostry ochrzan w szatni. Ale takie rozmowy dużo dawały. Nie było czarowania na okrągłe słówka – zagrałeś źle, to ci powiedział, że było słabo. Ale przyszedł moment na zmianę trenera i wyniki pokazują, że widocznie tego Stuttgart potrzebował.

Wasza gra u Tayfuna Korkuta uległa dużej zmianie. Przede wszystkim gracie prostszy futbol, bez kombinowania, opieracie się na organizacji gry w defensywie i długich podaniach do napastników.

Zdecydowanie tak. Gramy na czwórkę z tyłu, ale ogromną robotę robi to, że w ataku mamy dwóch piłkarzy – Mario Gomeza i Daniela Ginczka. Sama ich obecność sprawia, że naszej obronie gra się łatwiej, a rywal czuje presję tego duetu. Rzadko dominujemy nad rywalem, ale gramy solidnie. W siedmiu spotkaniach straciliśmy trzy bramki. W siedmiu meczach zdobyliśmy 17 punktów. Układ tabeli sprawia, że jesteśmy spokojniejsi.

Mówi się nawet o grze w Lidze Europy, a jeszcze chwilę temu groził wam spadek.

Mamy sześć punktów straty do miejsca pucharowego (rozmawialiśmy przed ostatnią kolejką – przyp. DS) i dwanaście przewagi nad strefą spadkową. Nic dziwnego, że mówi się o Lidze Europy, bo po prostu pojawiła się na nią szansa. Ale w klubie nikt nie skacze pod sufit, nastroje są tonowane. Mimo wszystko w klubie tematem jest utrzymanie. Taka stabilizacja jest teraz bardzo potrzebna, żeby nie było tak, że zrobiliśmy awans i zaraz wracamy do 2. Bundesligi. Zresztą w klubie usłyszałem takie fajne zdanie, że Stuttgart to klub Bundesligi i nie ma prawa spadać. Więc dzisiaj, nawet mimo tej dobrej pozycji w tabeli, celem pozostaje utrzymanie ekstraklasy.

Zespołowi idzie dobrze, ale po zmianie trenera do przyjazdu na kadrę rozegrałeś zaledwie kilka minut.

Wiem na czym stoję, rozmawiałem z trenerem. Na pierwszy mecz wystawił nieco inny skład i po dwóch porażkach udało nam się zremisować. Powiedział, że nie chce nic zmieniać skoro wynik był lepszy niż te poprzednie. Potem przyszły cztery zwycięstwa z rzędu. O co miałem mieć pretensje? Gdybym to ja grał w tamtych meczach i byśmy wygrywali, to sam byłbym zdziwiony, gdybym nagle stracił miejsce w składzie. A ja widzę, że jestem blisko pierwszego składu. To nie jest tak, że trener wysyła mnie na trybuny. Cieszę się ze zwycięstw, ale z drugiej strony chcę grać.

Nie masz poczucia, że jesteś na bocznym torze?

Absolutnie nie. Dobrze nam idzie, trener nie chce mieszać w składzie i ja to rozumiem. Ale też nie zadowalam się tym, że wchodzę z ławki. Wiem, że po sezonie jest mundial, o którym marzę. Strasznie mi na nim zależy, siedzi mi to w głowie, chciałbym tam pojechać.

Szczególnie, że Euro 2016 przeszło ci obok nosa.

Tak. A bez minut w klubie nie mam szans by wyjechać na mundial w Rosji. Więc cieszyłem się, że trener Nawałka dał mi zagrać w sparingu z Nigerią.

Selekcjoner podczas swojej pierwszej konferencji wymienił nazwisko tylko jednego piłkarza. Twoje. Chciał budować wokół ciebie obronę.

Wtedy nawet o tym nie wiedziałem, dopiero dziennikarze powiedzieli mi o tym podczas wywiadów. Duża sprawa, spore wyróżnienie. Ale nie poszło ani po myśli trenera, ani mojej. Nie chcę tego rozpamiętywać, wtedy to we mnie siedziało, zagrałem słabo w pierwszym meczu i później powołań już nie było. To były momenty, które dawały mi do zrozumienia, że trzeba jest jeszcze wiele do zrobienia.

Masz ponad dwieście występów w Lechu, ponad 40 spotkań w Niemczech, debiutowałeś w kadrze jako 19-latek. A spotkań w kadrze? Tylko pięć. Biorąc pod uwagę twoje CV powinno być ich więcej i pewnie sam masz takie poczucie.

Wiesz, ja nie zagrałem w kadrze nawet minuty przez 4,5 roku. Taka dziura odbiła się na tej skromnej liczbie meczów w reprezentacji. Pojechałem na pierwsze zgrupowanie pod wodzą Waldemara Fornalika, ale tam nie zagrałem. Czekałem, czekałem i doczekałem się powołania od trenera Nawałki na mecz ze Słowacją. To było jesienią 2013 roku. Wróciłem do drużyny w czerwcu cztery lata później.

Wcześniej co przerwę na reprezentacje szukałeś się wśród powołanych?

Nie, bo pewnie dostałbym informację wcześniej. A skoro tego nie było, to nie miałem co wertować newsów i rozmyślać o kadrze. Wiadomo, chciałem w niej być, ale musiałem czekać. Chciałbym, żeby przez te lata uzbierało się więcej występów z orłem na koszulce.

Masz 26 lat. Jeszcze niejeden mecz w reprezentacji przed tobą.

Tak, ale debiutowałem w niej jako 19-latek i wtedy myślałem sobie, że inaczej się to ułoży.

Mówisz, że nie było cię tu kilka lat, ale na zgrupowanie przyjeżdżasz niemal jak do siebie. Pół kadry znasz z reprezentacji młodzieżowej, do tego zawodnicy, których znasz z Lecha.

No i trzon kadry z Euro 2012 został zachowany, więc z większością chłopaków się znam. Latem, gdy przyjechałem na zgrupowanie po raz pierwszy od prawie czterech lat, to tak naprawdę nie wiedziałem czego się spodziewać. Jak się będę czuł? Jak zostanę przyjęty? I byłem pozytywnie zaskoczony, bo te wszystkie drobne obawy prysnęły w ciągu minuty. Czułem się, jakbym tu był cały czas. Ponowna aklimatyzacja przebiegła bezproblemowo.

Z kim byłeś w pokoju podczas zgrupowania?

Miałem być z Beresiem, ale wyjechał przez uraz i zostałem sam.

Czyli w pokoju z książką i sudoku?

(śmiech) Książka nie, ale z sudoku jak najbardziej.

Wolisz papierowe czy aplikację na telefon?

Zdecydowanie papierowe.

Sto sudoku w jednej gazetce, ładna pani na okładce…

Bardziej chodzi o to, żeby nie siedzieć cały dzień w telefonie. Dzisiaj możesz przesiedzieć pół dnia z nosem w komórce. Nie ma szans rozwiązać kilku sudoku w telefonie, bo ciągle będzie cię coś rozpraszało. A tak – wyciągam papierowe, duża kartka, notuje sobie na boku czego mi jeszcze brakuje. Zdecydowanie wolę te wydania klasyczne. Ale to też nie jest tak, że zamykam się w pokoju i tłukę kolejne zagadki matematyczne. Muszę mieć taką fazę na to, mieć też ochotę by zrobić trening mózgu.

KOPENHAGA 01.09.2017 MECZ ELIMINACJE DO MISTRZOSTW SWIATA 2018 GRUPA E: DANIA - POLSKA 4:0 --- FIFA WORLD CUP 2018 QUALIFYING ROUND GROUP E MATCH IN COPENHAGEN: DENMARK - POLAND 4:0 MARCIN KAMINSKI FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

fot. 400mm.pl

Istnieje takie przekonanie, że jeśli chcesz z Polski wyjechać za granicę, to tylko jako gwiazda Ekstraklasy. W innym wypadku przepadniesz. I przykłady takich nietrafionych wyjazdów można mnożyć. Ty przed wyjazdem do Stuttgartu byłeś wyróżniającą się postacią ligi, natomiast nie nazwałbym cię gwiazdą Ekstraklasy. 

Sam bym się nie nazwał. Ale miałem inną optykę, bo zagrałem w Polsce 200 spotkań i wiedziałem czego mogę się spodziewać. A wiem, że sporo osób pukało się w czoło. „Nie gra w kadrze, w Lechu go wygwizdali i jeszcze wybrał 2. Bundesligę”. Na początku nie grałem i zaczęło się przebąkiwanie, że zaraz wrócę z podkulonym ogonem. Ale tak naprawdę mało kto zdawał sobie sprawę gdzie idę. Druga Bundesliga jest bardzo zacięta, a poziom jest wysoki. To było świetnie przetarcie, musiałem powalczyć o swoje. Awansowaliśmy, a ja czułem, że zachowam miejsce w składzie i nie zostanę odpalony. I tak się stało. Wyszło na moje.

Nie ma reguły co do wyjazdów. Musisz trafić w miejsce, gdzie poczujesz zaufanie, gdzie się będziesz rozwijać. Jest tysiąc różnych teorii. Jeden powie, żeby wyjeżdżać jako 20-latek, inny, że jako 25-latek. A tak naprawdę jest tyle zmiennych i różnych czynników, że nie można stworzyć idealnego modelu na udany wyjazd za granicę. Sam musisz czuć, że to jest to. Ja z Lecha mogłem odejść kilka razy. Najbliżej było, gdy zgłosiło się Palermo latem 2014 roku. Prowadziliśmy rozmowy, do Poznania ściągnięto Maćka Wilusza i dostałem sygnał, że wszystko idzie w kierunku transferu. Już byłem nastawiony na odejście, ale temat się rozmył. Trzeba się było skupić na grze i źle nie wyszło, bo zdobyliśmy mistrzostwo Polski.

Po ostatnim sezonie w Lechu miałeś poczucie, że to optymalny moment na transfer?

W Lechu dorobiłem się już swojej pozycji. Zmieniali się piłkarze, zmieniali się trenerzy, a ja ciągle miałem miejsce w składzie. Znałem swoją wartość i wiedziałem, że pewnego poziomu w Poznaniu już nie przeskoczę. Potrzebowałem nowego bodźca, jakiejś zmiany. Wiesz co mi uświadomiło, że w Lechu jestem już naprawdę długo? Pewnego dnia dostałem prezent od klubu za 100 meczów w barwach Kolejorza. Minęły dwa lata i już miałem 200 spotkań na liczniku. W sezonie 2015/16 rozegrałem 54 mecze. W jednym sezonie! Zahartowałem się. Graliśmy w Pucharze Polski, w Lidze Europy, w eliminacjach do Ligi Mistrzów, Superpuchar… Sezon zaczął się w lipcu, a ja na koniec sierpnia miałem 15 czy 16 meczów na koncie. Czyli tyle, ile w Niemczech w całej rundzie. Mecz, regeneracja, rozruch, mecz, regeneracja, rozruch… Może właśnie wtedy nauczyłem się tego, by nie siedzieć i nie rozmyślać nad jakimś słabszym meczem? Bo wtedy po prostu nie było na to czasu.

Rzucam tezę – gdybyś przez te 200 meczów uzbierał z 30 żółtych kartek więcej i nabrałbyś dodatkowych kilka kilogramów masy, to miałbyś znacznie lepszą opinię wśród kibiców i ekspertów. Bo wiesz co się o tobie mówi. Że chudzinka, że nie walczy, że dobrze wygląda z piłką przy nodze, ale gorzej, gdy trzeba o nią powalczyć.

Tak, tak… Na pewno jeśli chodzi o wagę, to temat był wałkowany setki razy. Chciałem się wzmocnić, rozkminiałem jak nabrać mięśni. Może nie dziesięć kilogramów, ale kilka. Pewnie miałbym lepszą opinię. Kartki? Nie wiem, czy one mają większe znaczenie. Ale wiem o co ci chodzi – że mam mało kartek, bo gram pasywnie. Ale równie dobrze możesz dostać napomnienie za nawrzucanie sędziemu. I co? To znaczy, że jesteś lepszym obrońcą? Nie należałem do tych, co grali bardzo agresywnie – zgoda. Ale miałem inne atuty – rozegranie akcji, ustawianie się, gra głową. Często się uzupełnialiśmy – taki Paulus Arajuuri był silny i agresywny, ja miałem inną rolę.

WARSZAWA 31.05.2017 TRENING REPREZENTACJI POLSKI --- POLISH FOOTBALL NATIONAL TEAM TRAINING IN WARSAW MARCIN KAMINSKI FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

fot. 400mm.pl

Czujesz, że w Niemczech bardziej cenią twoją charakterystykę?

To nie jest tak, że dzisiaj w futbolu wymaga się tylko twardej gry, albo tylko obrońców grających piłką. Dla mnie przykładami są stoperzy Bayernu, czyli Hummels i Boateng. Na nich mogę patrzeć na co dzień. I zobacz – oni i są silni, zdecydowani, ale i świetnie rozgrywają akcje. Musisz znaleźć odpowiedni balans. Ja dziś rozwijam się zarówno jeśli chodzi o walkę o piłkę, ale i wciąż poprawiam wyprowadzanie piłki. To nie jest tak, że skoro piłka nie przeszkadza mi jako obrońcy, to przez następny rok mogę siedzieć wyłącznie na siłowni i nabierać kilogramy masy mięśniowej. Zwróć uwagę, jak zmienia się futbol. Dzisiaj coraz więcej zespołów gra systemem z trójką obrońców, gdzie każdy z nich musi umieć rozpocząć akcję dokładnym podaniem. Musisz być twardy, twoje podstawowe zadanie to bronienie, ale nie możesz być drewniakiem, który wybija tylko piłkę po autach.

Ale widzę, że od wyjazdu z Poznania i parę kilogramów mięśni przybrałeś.

Może trochę, chociaż u mnie ogólna waga ciała raczej stoi w miejscu. U mnie to też musi przebiegać etapami, bo jestem wysoki i gdybym nagle przybrał pięć kilogramów, to ruszałbym się jak wóz z węglem. Natomiast czuję po sobie, że w walce w powietrzu czy bark w bark jestem mocniejszy. Że mogę wygenerować więcej siły w starciu z przeciwnikiem. A umówmy się, że w Bundeslidze nie grają cherlawi zawodnicy.

Szybko urosłeś za małolata?

Miałem taki rok w gimnazjum. Poszedłem we wrześniu do szkoły mierząc 170 cm, a na koniec drugiego semestru miałem już 182 cm wzrostu. Jakbyś poszperał w zdjęciach z juniorskich kadr Wielkopolski, to ja tam byłem jednym z niższym na boisku.

W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy awansowałeś ze Stuttgartem do Bundesligi, ożeniłeś się, wciąż walczycie z klubem o awans do Ligi Europy, a ty sam masz spore szansę na wyjazd na mundial. To może być najlepszy rok w twoim życiu?

Zapamiętam go na długo. Ślub, awans do Bundesligi. Feta po ostatnim meczu – to było coś niesamowitego. Wiadomo, ja już tego posmakowałem w Lechu, ale tam zdobyliśmy mistrzostwo kraju. I radość była bajeczna, rewelacyjne chwile. A w Niemczech wywalczyliśmy awans do ekstraklasy, mistrzostwo II ligi, a nie Bundesligi. Na stadionie 50 czy 60 tysięcy ludzi, pełen stadion. Wchodzimy do szatni, wracamy na boisko, a tam komplet na trybunach i na murawie. Nie wiadomo skąd ci ludzie się wzięli. Później poszliśmy na taki plac świętować dalej, a tam prawie 100 tys. kibiców. To było… (chwila ciszy) Ja nawet nie wiem jak to opisać. Awansowałeś z drugiej ligi i przychodzi 100 tysięcy osób! Ale co do tego najlepszego roku w życiu – tak, ten ostatni był znakomity. Ale mam nadzieję, że ten przyszły będzie jeszcze lepszy. Teraz już wszystko zależy ode mnie.

Rozmawiał Damian Smyk (na Twitterze – @d_smyk)

KOMENTARZE (4)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
MisKrzys

No, no… z tym sudoku to mi dopiero zaimponował!

Rojber Hultajski

Szacun dla Kamyka i jego dokonań w Kolejorzu.tak jak powiedział doszedl do sciany bedac w Lechu i musiał iść dalej.powodzenia o mam nadzieje ze na stare lata wrocisz do Poznania

tencowie

Albo mam deja vu albo czytałem już identyczny wywiad z Kamińskim.

bogdan

Kurde, przecież taki wywiad z Kamykiem już był. Może nie identyczny (fragmentów z sudoku nie było), ale te pytania o Lecha, pożegnanie z Kolejorzem, trenerów już na pewno były…

PS Kamyk na boisku jest 100 razy bardziej elektryczny niż ten wywiad

wpDiscuz