Paweł umarł świadomie. Wiem, bo mieliśmy plany, żeby razem to zrobić
Weszło

Paweł umarł świadomie. Wiem, bo mieliśmy plany, żeby razem to zrobić

Na antenie WeszłoFM wspominamy dziś Pawła Zarzecznego. Jedynego i niepodrabialnego. Swoimi wspomnieniami podzielił się między innymi Andrzej Iwan. Zapraszamy.

W jakich okolicznościach się poznaliście?

Paweł był ode mnie młodszy o 3 lata. Poznaliśmy się, kiedy byłem zawodnikiem. Często spotykaliśmy się przy okazji meczów Górnika Zabrze. Paweł zaczął wtedy odgrywać ważną rolę w tygodniku „Piłka Nożna”. Pisał o piłkarzach może niewyróżniających się, ale zdobywających tytuły. Ja zostałem wówczas piłkarzem roku. To był 1987 rok. Przed wyjazdem do Bochum odbyliśmy długą rozmowę razem z fotoreporterem „Piłki Nożnej”, Ryśkiem Rogalskim. To było spotkanie z dogrywką i rzutami karnymi (śmiech). Wyszedł z tego fajny artykuł. Potem Paweł przyjeżdżał do mnie do Niemiec, robił reportaże, wywiady. Nie tylko ze mną. Zaprzyjaźniliśmy się i tak zostało do końca.

Umiał się pan bawić po królewsku. Paweł też?

Przy Pawle byłem trampkarzem! Elita dziennikarska – Janusz Atlas, Paweł Zarzeczny czy Janusz Kmiecik – to byli naprawdę fajni, rozrywkowi ludzie. Byli blisko z piłkarzami, też ze względów oszczędnościowych. Wiadomo, że żyli wtedy z diet. Dziesięć dolarów diety w przeliczeniu na złotówki to było trochę pieniędzy, więc były takie momenty, że dziennikarze wręcz koczowali, korzystali ze znajomości. Trzeba było żyć blisko ludzi piłki, bo to się opłacało i owocowało świetnymi kontaktami, które przekładały się na wywiady czy felietony. Była więź między dziennikarzami i sportowcami.

Jaki to był człowiek i dziennikarz? Można stwierdzić po tym roku, że bardzo go brakuje?

Oczywiście. Paweł był niekonwencjonalny. Jedna rzecz. Mam nadzieję, że Paweł, słuchając tego w niebie, się nie obrazi. Chociaż nie wiem, czy w niebie. Nawet kiedy powiedziałeś mu coś w tajemnicy, wiadomo było, że tak czy inaczej to wyskoczy. Potem było tylko: „nie obrażaj się, przecież jestem dziennikarzem, muszę pisać”. A wcześniej mówił, że nic nie sprzeda, ale wiadomo jak to działa – Paweł pasowałby do ministra Ziobry. Znane są areszty wydobywcze, a Paweł był dziennikarzem wydobywczym. Potrafił nakłonić każdego do mówienia, na sobie znane tylko sposoby, ale potrafił. Przede wszystkim był erudytą, niesamowicie oczytanym człowiekiem. W każdej dziedzinie miał coś ciekawego do powiedzenia.

Nawet jak nie miał, to i tak miał.

Potrafił tak zbajerować człowieka… Nawet jak ktoś przeczytał wszystkie książki danego autora, nie wiedział, że ukazały się nowe wątki, które Paweł wymyślił na poczekaniu. Ale zrobił to z taką powagą, że człowiek był pewny, że ma rację. I to jest właśnie to. Jak trzeba było, szedł pod prąd. Lubił to robić. Wiedział, że będzie za to besztany, ale starał się być sobą do końca. Niepodrabialny typ.

Ma pan szczególne historie, które potwierdzają, że Paweł był niebanalnym dziennikarzem i człowiekiem?

Zacząłbym od końca. Od trochę nieprzyjemnej sprawy. Przed pogrzebem nagrywaliśmy w „Łączy Nas Piła” rozmowę. Paweł strasznie narzekał na swoją byłą żonę, która potem do mnie zadzwoniła. Powiedziała, że nie spodziewała się, że tak się o niej wypowiem i tak dalej. A ja powiedziałem tylko to, co przekazywał mi Paweł. Tak naprawdę nie wiem do końca, jak to było. Później nie odbierała ode mnie telefonu. Powiedziała mi, że nie było tak, jak mówiłem. Że znakomicie się rozumieli z Pawłem i nawet drugi raz wzięli ślub. Nie wiem, ile było w tym prawdy, ale w życiu bym tego nie przypuszczał. Czyli wynika z tego, że ich relacje były świetne, a Paweł mówił zupełnie coś innego. A byłem przekonany, że był szczery, jednak była małżonka mnie skontrowała.

Przed chwilą mieliśmy telefon, z którego wynikało, że żona, czy była żona, zorganizowała spotkanie wspominkowe z okazji rocznicy śmierci Pawła.

No właśnie, więc nie wiem do końca, jak to było. Ciężko mi powiedzieć. Pawła trudno było rozszyfrować. Mieliśmy też dużo podobnych problemów życiowych. Często rozmawialiśmy głęboko na różne życiowe tematy. Paweł chyba nie był do końca otwarty.

Wspominał pan, że jak się spotykaliście, to póki było dużo ludzi, było wesoło, inaczej, gdy zostawaliście sami.

Inne tematy zaprzątały nam wtedy głowę. U niego i u mnie wychodziła depresja. Takie zalewanie robaka, że tak powiem. Mieliśmy nawet głupie plany związane z kończeniem życia. Mam straszne wyrzuty sumienia. Trzy dni przed śmiercią Paweł zaczął do mnie dzwonić. Codziennie, po kilka razy. Nie odebrałem ani razu… Wydawało mi się, że znowu będzie mi nudził. Paweł lubił gadać, a ja nie lubię rozmawiać przez telefon. Niestety potem byłem przekonany, że popełniłem błąd. Paweł chciał się ze mną po prostu pożegnać. Wiedziałem, że jego odejście było świadome. Może nie przyjął lekarstw. Naprawdę, miał dwie reklamówki – na piwa i lekarstwa. Był poważnie chory.

Odniósł pan wrażenie, że ostatnie miesiące jego życia były autodestrukcją? Niszczył sam siebie?

Też nie do końca. Potrafił zachować odpowiedni poziom do tego, co robił. Nie było do końca tak, że Paweł przychodził uchlany, jak mówią. Pamiętam, że miał przyjaciółkę, którą się chwalił. Że to strasznie bogata kobieta, ale nie może się z nią dogadać, bo ona nienawidzi tych, którzy piją piwo. A Paweł był piwoszem. Nie mógł się przerzucić na wino, to było jego największe utrapienie.

Był człowiekiem, który czuł się niedoceniany. Nie patrzył na swoje wady. Dziś jestem bardziej świadomy tego, że pewnych rzeczy nie mogę robić, żeby ze względu na swój charakter czy sposób bycia nie wsadzić kogoś na konia. A Paweł uważał, że miernoty zajmują miejsce, które należy się mu z urzędu. Z racji mądrości, a był niesamowicie inteligentny i mądry, nie lubił się podporządkowywać, a niestety w korporacjach tak to teraz wygląda. Wymagania są takie, a nie inne. Jeżeli piastujesz dane stanowisko, masz robić to, co ci każą. Wyprany mózg i koniec.

W szczerych rozmowach miał refleksje, że zawalił pewne rzeczy?

Nigdy. Zawsze twardo: „a, co mi będzie jakiś dupek mówił, co mam robić”. Później trochę tego żałował. Tracił na tym finansowo, musiał dużo więcej pracować, niż wymagałoby to stanowisko, które mógłby bez problemu objąć. Na przykład zarządzanie nie kosztowałoby go tyle zdrowia i wysiłku, gdzie musiał dojeżdżać z jednej roboty do drugiej, żeby utrzymać córkę i dom. Brakowało mu tego. Wychodziło to, że siostra i syn mają pieniądze, tak samo przyjaciółka, a on z tego nic nie miał. To go bolało. Nie mógł pożyć tak, jak na przykład redaktor naczelny Timesa.

Pamiętam filmik, kiedy przyjechał do niego między innymi Grzegorz Szamotulski. I pokazywał, że źle mu się nie żyje, że „tak żyje te górne 3 procent”. Żył tak jak chciał i umarł tak, jak chciał.

Tak, tak. Na pewno. Umarł tak, jak chciał. Na własne życzenie. Ktoś z rodziny może się obrazić, ale dla mnie nie ulega to wątpliwości. Paweł zrobił to świadomie. Dowiedziałem się o jego śmierci w przerwie meczu w Siedlcach, który komentowałem wraz z Leszkiem Bartnickim. Przypomniałem sobie, że próbował się do mnie dodzwonić od trzech dni. Swego czasu mieliśmy plany, żeby razem to zrobić. Wiedziałem, że Paweł chciał się pożegnać i miał dość. To, że tak żyją dziennikarze sportowi, górne trzy procent, to było trochę na pokaz. Piękny dom, ładna okolica, ale nie do końca spełnione życzenia potrzebne do życia kogoś takiego jak Paweł. Czyli gościa, który lubi czerpać z życia pełnymi garściami. Takimi, że nawet koparka by tego nie przerobiła.

Zakończmy optymistycznie. Paweł znany był jako mistrz podrywu. Podobno działał tak, żeby kobiety same się nim zainteresowały. Coś w tym jest?

To subiektywna prawda – z ust Pawła. Dwadzieścia lat temu: przystojniak, latynoski typ, szczupły. Zupełnie inny gość. Parę lat później rozrósł się niesamowicie. Coś w tym jednak było. Brał dziewczyny chyba na swój intelekt. Miał dobry bajer, znajomości i tak dalej. Czasami brałem hotel po jakiejś audycji, z którego korzystał Paweł. Jechałem do domu do Krakowa, a Paweł miał pole do działania. Z opowiadań wyglądało to rewelacyjnie, ale naocznym świadkiem nie byłem. Ale z ust Pawła wyglądało to tak, że otaczał go cały statek króliczków Playboya.

Fot. FotoPyK

KOMENTARZE (13)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

KazimierzZdzislaw
! 14=13+1/1 !

Dobry wywiad.
Paweł nie jest samobójcą – po prostu pozwolił (nie pomógł) sobie odejść, kiedy uznał to za stosowne. A czas był najwyższy ku temu.
Za parę(naście) lat narodzi się w Polsce zdolny dziennikarz…

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Medalion

Uprzejmie proszę – zamknij swój otwór gębowy.

wscieklybajpas

jag źmierz krula Pawua krytykować

martinezr

Każdy żulik, co kończy na marskość wątroby doczeka się tekstów typu: „sam sobie winien”, „zapił się na śmierć”, „może to i lepiej”. Ale nie „Pablo Coehlo” polskiego dziennikarstwa sportowego! (Śmieszą mnie te wszystkie cytaty, które są albo półprawdami, albo truizmami). Ten to przecież „żył jak chciał”, „czerpał z życia”, „zapijał depresję”…
A co zrobił dla dziennikarstwa? Tu też opinie podzielone – od „mistrza co wychował legion następców” po gościa, który dla rozgłosu „sprowadził dziennikarstwo sportowe do poziomu tabloidu”. Z drugiej strony tego oczekiwało większość czytelników PS :-)
Jedyne z czym się mogę zgodzić to, że był erudytą… Ale czy to wystarczające do stawiania za wzór?

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

wscieklybajpas

„umarł świadomie” czyli zwyczajny samobójca. ubieranie w wielkie słowa żałosnej śmierci. ktoś kto nie chce żyć musi mieć gówniane życie.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Skandaloza

„cały stateczek króliczków playboya” , „umarł świadomie” „3% społeczeństwa ”
ja pierdole, co wy bredzicie ?? !!

Spektakularny

O co tu chodzi? Co to jest za absurdalne dorabianie ideologii? Przecież i jeden i drugi skrajnie się zaniedbywali i jeden po prostu umarł, drugi jeszcze nie. Kurwa xD Na pewno od dziecka planowali, że będą chlać do oporu i umrą dokładnie w określonym wieku

wpDiscuz