W Fundacji finanse się zgadzają. Po pozwie dla Borskiego będą się też zgadzać w domu dziecka
Weszło

W Fundacji finanse się zgadzają. Po pozwie dla Borskiego będą się też zgadzać w domu dziecka

W ostatnim czasie mnóstwo zamieszania powstało wokół przewodniczącego Kolegium Sędziów PZPN, Zbigniewa Przesmyckiego. Ponownie na wokandę wróciła sprawa Koleżeńskiego Funduszu Pośmiertnego, szef polskich sędziów został też publicznie zaatakowany przez przewodniczącego Mazowieckiego KS, Marcina Borskiego. A przy tym wypłynęły maile, w których Przesmycki wprost namawiał arbitrów do łamania przepisów gry i sporo zaczęło się mówić m.in. o bałaganie interpretacyjnym dotyczącym zagrania piłki ręką oraz przemęczenia naszych sędziów. Tematów jest więc mnóstwo, także – nie tracąc więcej czasu – zapraszamy na długą rozmowę ze Zbigniewem Przesmyckim.

* * *

Sporo zamieszania ostatnio wokół pana, ale też czytałem apel, by do pana nie dzwonić. Dlaczego więc zdecydował się pan na tę rozmowę?

Jest takie powiedzenie: psy szczekają, a karawana idzie dalej. I wie pan jaka jest jego geneza? Wszyscy, którzy zarządzają takimi czy innymi organizacjami, aby osiągać postawione przed nimi cele, muszą być kreatywni. A kreatywność to konieczność podejmowania decyzji, niekiedy nietrafionych. To także konieczność strukturyzowania projektów, które siłą rzeczy na początku nie mogą być doskonałe. I to jest poletko do krytyki w wydaniu frustratów, destruktorów. Tych, którym podano na srebrnym talerzu – odsyłam do bajki Śpiąca Królewna. Dla nich nie jest ważne, że osiągany jest cel, postrzegany przez normalnych ludzi w kategoriach sukcesu. Dla nich normalne ludzkie potknięcie na drodze do realizacji celu jest wystarczające do krytyki. Ba, jeżeli nie ma dostatecznej liczby potknięć, potrafią je wręcz wykreować. I tu odsyłam do pierwszego zdania mojej wypowiedzi.

Jak rozumiem, według pana Kolegium Sędziów idzie dalej.

Przede wszystkim PZPN idzie dalej. Zarówno w kraju, jak i na świecie, jest dziś postrzegany jako organizacja sukcesu. Kolegium Sędziów PZPN wręcz nie wypada nie nadążać za Związkiem. 15 grudnia ubiegłego roku minęło 6 lat mojego przewodniczenia KS PZPN, obszaru tak bardzo przecież wystawionego na krytykę. Nie trzeba być naszym poplecznikiem, aby zauważyć, jak bardzo podniósł się poziom sędziowania, jak pozytywnie zmieniły się boiskowe relacje sędziów z zawodnikami. Jesteśmy cenieni w UEFA i FIFA. International Football Association Board, który nadzorował wdrażanie na naszych boiskach systemu VAR wystawia nam ocenę excellent. Może dla niektórych to co powiem zabrzmi niemerytorycznie, ale gdyby wszystkich uczestników meczu ubrać w takie same stroje, to – pod względem fizycznym – postronny obserwator nie byłby w stanie wskazać, którzy z nich są sędziami. A przecież niekoniecznie tak było w przeszłości.

Nie sposób też nie zauważyć, jak dobrze funkcjonuje unikalny w skali światowej system obiektywizacji pracy sędziów na boisku, który skrótowo nazywamy triple checking. Sędziowie w tym systemie uczestniczą w procesie oceniania jakości ich pracy na boisku. Powoduje to, że decyzje o spadkach i awansach sędziów na koniec sezonu nie budzą już takich emocji jak kiedyś, oraz że na szczeblu centralnym panuje naprawdę dobra atmosfera. Obrazowo powiem, że kiedy zaczynałem swoją pracę, to po zakończeniu sezonu leżało na moim biurku, a także prezesa PZPN, kilkadziesiąt odwołań od decyzji spadkowo/awansowych. Odwołania składali sędziowie, prezesi wojewódzkich ZPN, przewodniczący KS tychże ZPN. Od paru lat nie ma ani jednego odwołania. Ale nie ma też już sędziów awansujących dzięki koneksjom i układom. Takich, którzy demotywowali pozostałych, i przez których ci zaczynali wątpić, czy ich ciężka praca ma sens.

A to nie pan jednoosobowo podejmuje decyzje o spadkach i awansach?

Poza mną, w skład zarządu KS PZPN wchodzą wiceprzewodniczący Tomek Mikulski oraz członkowie Tomek Rusek i Maciej Wierzbowski. Tomek Mikulski, na co dzień jest uznanym lekarzem kardiologiem. Tomek Rusek i Maciej to pracownicy Politechnik: Gliwickiej i Gdańskiej. Obaj są doktorami nauk technicznych, ja zresztą też obroniłem pracę doktorską. Jesteśmy poważnymi, odpowiedzialnymi osobami, zarządzamy obszarem sędziowskim z pasją. Sędziowie zawodowi i ekstraklasa to mój obszar odpowiedzialności, przy pełnej akceptacji pozostałych członków zarządu. Natomiast decyzje personalne w I i II lidze podejmowane są kolegialnie przez wszystkich członków zarządu. A tak naprawdę, przy funkcjonującym systemie triple checking nasza praca w tym zakresie sprowadza się do wystawiania ostatecznych not sędziom za prowadzone przez nich mecze i na tej podstawie powstają rankingi.

Co 7-8 kolejek spotykamy się na posiedzeniu zarządu. Z każdego meczu mamy do dyspozycji: samooceny sędziów, czyli arkusze, w których sędziowie oceniają podjęte przez siebie decyzje, obserwacje telewizyjne, sporządzane na podstawie pełnego zapisu wideo oraz obserwacje stadionowe, czyli tradycyjny raport obserwatora oceniającego spotkanie z trybun, a także zdania odrębne sędziów do tych obserwacji. Mamy również dostęp do klipów ze wszystkich meczów umieszczonych przez sędziów na specjalnie dedykowanym do tych celów serwerze. Pochylamy się nad każdym meczem, oglądamy klipy, dokonujemy analiz i stawiamy noty. Żeby była jasność, jestem jednym z czterech równoprawnych członków zarządu. I musimy uzgodnić swoje stanowiska. Jeżeli choćby jeden z członków zarządu ma inne spojrzenie od pozostałych, to zawsze uznajemy boiskową decyzję sędziego za prawidłową. Ten system naprawdę daje sędziom duży komfort. To jest sportowa rywalizacja, sprzyjająca utrzymaniu dobrej atmosfery.

Wróćmy do początku – dlaczego przerywa pan milczenie?

Wyjaśnienie jest proste. Moja córka Gosia, podczas rodzinnego obiadu, powiedziała: „Tato, z tego co piszą wynika, że coś ukradłeś”. I to uzmysłowiło mi, że muszę zareagować. Przeczytałem raz jeszcze wszystko, co wiąże się z bezprecedensowym, niespotykanym atakiem członka społeczności sędziowskiej, nowo powołanego przewodniczącego KS mazowieckiego ZPN, obserwatora UEFA z rekomendacji PZPN, na przewodniczącego KS PZPN. I nie mam wątpliwości, że Marcin Borski naruszył moje dobra osobiste.

W jaki sposób?

No to zacznijmy od początku, chronologicznie. W połowie lutego wysyłam maila do członków środowiska sędziowskiego, prezesów wojewódzkich ZPN i kierowników drużyn ekstraklasy. Mail ten dotyczy spraw szkoleniowych, a Marcin Borski odpisuje wszystkim adresatom mojego maila pytając mnie, ni stąd, ni zowąd, o Koleżeński Fundusz Pośmiertny. Cytuję: „Otrzymałem niepokojące informacje o zdarzeniach dotyczących przekształceń prawno-finansowych Koleżeńskiego Funduszu Pośmiertnego (KFP) powierzonego przed laty opiece KS PZPN, jakie miały miejsce w ostatnich latach kierowania przez Pana organizacją sędziowską. Duża rzesza Kolegów wyraża co najmniej niepokój, jeśli chodzi o stan finansów oraz transparentność działań KS PZPN w tej sprawie. W związku z tym, w ich imieniu muszę poprosić o przekazanie do wojewódzkich organizacji sędziowskich raportu (bilansu) zamknięcia i otwarcia KFP (po przekazaniu i powtórnie po powrocie środków z fundacji do KS PZPN)”

Skan maila wysłanego przez Marcina Borskiego.

 

I co pan na to?

Przede wszystkim trzy lata temu, po rejestracji Fundacji Kolegium Sędziów Piłkarskich, zadawano nam podobne pytania. Wręcz zarzucano zawłaszczenie środków KFP. Proszę, tu jest jeden z artykułów z maja 2015 roku, z wymownym tytułem „spór o milion wyciągnięty z PZPN” (Przesmycki pokazuje artykuł z PS na laptopie – przyp. MS). Składano zawiadomienia do prokuratury, do Ministerstwa Sportu, a Borski znów wraca do wyjaśnionego już tematu. Proszę, tu jest odpowiedź Ministra Sportu adresowana do jednego z ówczesnych pieniaczy. Proszę ją opublikować. Cała kwota ponad miliona złotych znalazła się legalnie na koncie Fundacji. I po trzech latach, w trakcie których KS PZPN nie zajmuje się ani KFP – bo nie istnieje – ani Fundacją, Borski wyraża niepokój o transparentność działań KS PZPN w tej sprawie. I niech pana nie zmyli ta duża rzesza Kolegów. To taka prymitywna taktyka tych, co to nie twierdzą, ale tylko się pytają. I nie w imieniu własnym, ale w imieniu dużej rzeszy Kolegów. A jeżeli chodzi o tę rzeszę, to co do jednego nazwiska jestem pewny, ale co do pozostałych członków rzeszy już mam wątpliwości.

Ale po kolei. Marcin Borski pisze, że pieniądze wróciły z Fundacji do KS PZPN?

No tak i żąda bilansu otwarcia KFP po powrocie środków. Nikt rozsądny nie napisałby tego. Wystarczyło zapytać, choćby poprzedniego przewodniczącego KS Mazowieckiego ZPN, Jarka Chmiela, który jest członkiem Rady Fundacji. Oczywiście, że pieniądze nie wróciły do KS PZPN. Koleżeński Fundusz Pośmiertny nie istnieje, a Fundacja działa od początku 2015 roku i kontynuuje ideę KFP realizując swój główny cel: wspiera rodziny zmarłych członków organizacji sędziowskiej. Członkowie organizacji płacą 52 złote rocznie, czyli niewiele ponad 4 złote miesięcznie, a gdy umrą, wskazane przez nich przed śmiercią osoby otrzymują 8500 złotych wsparcia finansowego.

Dlaczego Koleżeński Fundusz Pośmiertny został zamknięty i powstała Fundacja?

Wielokrotnie już to wyjaśnialiśmy. Koleżeński Fundusz Pośmiertny został założony w 1968 roku i nie miał żadnej formy prawnej. W tamtym czasie było to możliwe. Niejako siłą rozpędu wjechał on w gospodarkę rynkową, gdzie obowiązuje już system podatkowy. Po wygraniu po raz pierwszy wyborów przez prezesa Zbigniewa Bońka, profesjonalny audyt – przeprowadzony w ramach sporządzania bilansu otwarcia – stwierdził, że na jednym z kont PZPN znajduje się ponad milion złotych, który nie jest własnością PZPN. Stwierdzono, że są to pieniądze pochodzące ze składek osób fizycznych, członków organizacji sędziowskiej, a KFP niemający osobowości prawnej działa poza ramami prawnymi. Przekazywanie zapomóg pogrzebowych poza systemem podatkowym, w świetle obowiązującej ustawy karno-skarbowej było po prostu nielegalne. Wtedy prezes Boniek powiedział mi, że niestety, ale KFP nie może działać dalej, a audytorzy sugerują, aby zwrócić pieniądze członkom organizacji sędziowskiej. Oznaczałoby to, że każdy z ok. 10 tysięcy członków organizacji otrzymałby po ok. 100 złotych. Bo przecież KFP to nie była kasa oszczędnościowa, a ten milion złotych to była rezerwa finansowa, różnica pomiędzy zebranymi składkami, a wypłaconymi zasiłkami pogrzebowymi. Co powiedzieliby na likwidację KFP ci członkowie organizacji sędziowskiej, którzy płacili składki przez 30, 40 lat po to, aby ich najbliżsi po ich śmierci otrzymali znaczące, bo wynoszące 8500 złotych wsparcie finansowe?

Ostatecznie zapomoga nie została zlikwidowana, a milion złotych nie został zwrócony.

No tak, bo kiedy poinformowałem prezesa Bońka o szczytnych, społecznych ideach KFP i negatywach jego likwidacji, zdecydował on o podjęciu działań mających na celu znalezienie formy prawnej dla kontynuowania tego projektu. Spotykaliśmy się z firmami ubezpieczeniowymi, funduszami inwestycyjnymi, jednak dopiero ówczesny przewodniczący KS Wielkopolskiego ZPN, Ryszard Dolata zaproponował rozwiązanie, które idealnie pasowało do kontynuowania idei KFP w aktualnych ramach prawnych. Było nim założenie fundacji i przekazanie jej środków KFP. Warto dodać, że jeżeli członek organizacji przed śmiercią wskaże dwie osoby, to każda z nich otrzymuje z Fundacji po 4250 zł prawnie zwolnionych z podatku. Jeżeli całość wsparcia finansowego trafia do jednej osoby, to płaci ona podatek od nadwyżki ponad kwotę zwolnioną od podatku, czyli ok. 700 złotych.

Dlaczego to akurat pan, przewodniczący Dolata i jego zastępca Mowlik zostaliście fundatorami?

Trzeba było działać szybko, tak aby wsparcie finansowe wypłacane było w ramach systemu podatkowego. W przypadku PZPN, czy wojewódzkich ZPN, założenie fundacji oznaczało przejście określonej ścieżki legislacyjnej, w tym zgody Walnych Zgromadzeń, a Kolegia Sędziów nie mają osobowości prawnej. Ale przede wszystkim, dla każdego znającego ustawę o fundacjach, nie było nic zdrożnego w założeniu fundacji przez naszą trójkę, w tym pomysłodawcę jej założenia. Przecież w momencie zarejestrowania fundacji w KRS staje się ona bytem prawnym niezależnym od fundatorów, co oznacza, że ich dożywotni charakter ma wymiar symboliczny.

W przypadku Fundacji Kolegium Sędziów Piłkarskich to fundatorzy powołują i odwołują Radę Funduszu?

Zgadza się, ale ma to wymiar techniczny. Radę Fundacji stanowią aktualni, bądź byli przewodniczący Kolegiów Sędziów wojewódzkich ZPN bądź członkowie władz KS – proszę zerknąć na stronę. Fundatorzy po prostu podpisują się pod wnioskiem do KRS o odwołanie ustępującego członka władz KS wojewódzkich ZPN i powołanie aktualnego. Przecież odwołany został fundator Ryszard Dolata, będący przewodniczącym Rady Funduszu, gdy przestał być przewodniczącym KS Wielkopolskiego ZPN. A ponadto statut Fundacji stanowi, że jego zmian dokonuje Rada Fundacji. Oznacza to, że reprezentanci poszczególnych sędziowskich organizacji wojewódzkich wchodzący w skład Rady mogą dokonywać dowolnych zmian w statucie, takich jakie uznają za stosowne.

Zarobił pan na tych przekształceniach?

Wyłożyłem, tak jak pozostali fundatorzy, 800 złotych – również na koszty obsługi notarialnej. Koszty firmy prawniczej, która opracowała statut Fundacji i asystowała w jej założeniu, pokrył PZPN. Od ponad trzech lat jestem jednym z 17 członków Rady Fundacji, a jej przewodniczącym jest szef największej organizacji sędziowskiej, Kolegium Sędziów Śląskiego ZPN. Wynagrodzenie otrzymuje jedynie prezes zarządu Fundacji, jest to kwota poniżej 2000 złotych miesięcznie.

A co z tymi 800 tysiącami złotych zablokowanymi przez bank?

Początkowo Rada Funduszu powołała na funkcję prezesa zarządu Fundacji, fundatora Łukasza Mowlika. Był on wtedy zastępcą Ryszarda Dolaty w KS Wielkopolskiego ZPN. Rada Fundacji powołała go jednogłośnie, nikt nie miał żadnych zastrzeżeń. Niestety Mowlik podjął dodatkową pracę i nie wywiązywał się właściwie ze swoich obowiązków. Dlatego Rada odwołała go i powołała dwuosobowy zarząd, Andrzeja Sękowskiego i Leszka Saksa. Jeden z banków uwarunkował dostęp do konta Fundacji zarejestrowaniem nowego zarządu w KRS. Było na nim 405 tysięcy złotych. Natomiast inny bank, w którym było drugie konto Funduszu, na którym było 505 tysięcy złotych, umożliwił nowemu zarządowi dostęp do tego konta na podstawie uchwały Rady Fundacji i złożonego wniosku do KRS. Dwa tygodnie temu nastąpił wpis nowego zarządu do KRS. Fundacja pracuje pełną parą i w ostatnich dwóch miesiącach wypłacono 60 wsparć finansowych rodzinom zmarłych członków naszej organizacji, na łączną kwotę 510 tysięcy złotych. A jeżeli Łukasz Mowlik przekroczył swoje uprawnienia członka zarządu, to Rada Fundacji go z tego rozliczy. Nowy zarząd pracuje nad stosownym raportem w tym zakresie.

No to skąd słowa Borskiego o powrocie środków finansowych z Fundacji do Kolegium Sędziów PZPN?

O to trzeba by zapytać Marcina Borskiego. Ale, że posiadł taką fałszywą wiedzę, to pewne – świadczy o tym żądanie przez niego bilansu otwarcia KFP. A przecież po przekazaniu środków finansowych do Fundacji KFP definitywnie zakończył swój pozaprawny żywot.

Jak pan skomentuje cały artykuł na WP „Fundusz pośmiertny, problem żywy, 800 tys. zł zablokowane”?

Wspomniany artykuł, o jakże tendencyjnym, nieprawdziwym tytule, ukazał się 26 lutego. Produkuje się w nim Rola-Wawrzecki, były pracownik PZPN, który z racji tego czym się zajmował, miał pobieżną wiedzę o KFP. Ogólnie rzecz ujmując, Rola-Wawrzecki bredzi, mówiąc między innymi: „Wyraziłem swoje krytyczne stanowisko co do sposobu postępowania z długoletnią inicjatywą sędziów”. A tym samym, opowiada się on za oddaniem po 100 złotych członkom organizacji i likwidacją KFP. I jest prawdopodobne, że to on dopatrzył się powrotu środków finansowych do KS PZPN. Ale tak naprawdę nie obchodzi mnie skąd Marcin Borski posiadł tak absurdalną wiedzę.

No to przejdźmy do wpisu Marcina Borskiego na Facebooku.

Istnieje uzasadnione podejrzenie, że atak Borskiego na Facebooku ma związek z odwołaniem go z turnieju UEFA w Portugalii, gdzie miał być obserwatorem. Ale czy ktoś, kto bezpodstawnie, w urągający zasadom współżycia związkowego sposób, zadaje publicznie, w określonym celu, kłamliwe pytania przewodniczącemu organizacji, której jest członkiem, powinien reprezentować PZPN podczas misji UEFA?

Borski w wywiadzie dla Przeglądu Sportowego mówi: „Nie mogłem zostać odwołany, bo nie byłem wyznaczony. Przynajmniej nic nie wiem na ten temat. Może mi nie przekazano tej informacji”.

To takie małe kłamstewko, chociaż pewnie według Borskiego to sprytny unik. Wykorzystał on fakt, że dziennikarz zapytał go o odwołanie z turnieju na Malcie, a ten turniej był w Portugalii. Proszę, oto mail z UEFA skierowany do mnie i dany do wiadomości Borskiego o odwołaniu go z turnieju U-17 w Portugalii. I parę godzin później, tego samego dnia, Borski – jak to napisaliście – demoluje mnie na Facebooku.

Dlatego Borski wziął pana na celownik?

No przecież na Facebooku podaje powody. Przyjrzyjmy się im, punkt po punkcie i zobaczy pan pokłady hipokryzji, zakłamania, nieprawdy i braku koleżeństwa.

Proszę bardzo.

Wpis Borskiego na Facebooku zaczyna się od bohaterskiego pytania: „Dlaczego odmawiam współpracy z Panem Przesmyckim?” A przecież odwołanie go z turnieju UEFA w Portugalii było dla niego informacją, że to my rezygnujemy ze współpracy z nim. Mówię my, ponieważ mówię to w imieniu wszystkich członków zarządu KS PZPN, a także przewodniczącej Centralnej Komisji Szkoleniowej: Marcin Borski nie nadaje się do współpracy, w żadnej formie i w żadnym zakresie. Jeżeli chce pan rozwinięcia tego tematu, to proszę porozmawiać z przewodniczącą CKS Kasią Wierzbowską i odpowiedzialnym z ramienia KS PZPN za obserwatorów, wiceprzewodniczącym Kolegium, Tomkiem Mikulskim.

Abstrahując od tego, kto z kogo zrezygnował, później padają konkretne argumenty.

Ok, zacznijmy zatem od tego, co przelało czarę goryczy. Otóż czara goryczy Marcina Borskiego przelała się, bo: „W najważniejszych rozgrywkach piłkarskich w Polsce, w meczu na szczycie (dobrze że nie w ostatniej, decydującej kolejce!) sędzia uznaje gola, wznawia grę a następnie przerywa ją i anuluje gola. Jak mówią Przepisy Gry: „Sędzia nie może zmienić swojej decyzji wtedy, gdy sam uzna ją za niewłaściwą, względnie na sugestię innego z pozostałych sędziów, jeśli gra została już wznowiona.” To wie każdy sędzia! Nawet sędzia początkujący. Co sprawiło, że tak doświadczony arbiter jak Daniel Stefański (sorry Daniel, nothing personal) zdecydował się na taki krok? Trudno to wyjaśnić racjonalnie, ponieważ przepis nie daje tu pola do interpretacji”.

Przypomnijmy, że to rzekomo skandaliczne postępowanie Daniela zostało zdemaskowane przez Marcina Borskiego dwa dni po meczu Legia-Jagiellonia, wygranym przez gości 2-0, a wcześniej nikt nawet o nim nie wspomniał. Daniel złamał przepis i owszem, ale nie zezwalając na kontynuowanie gry i nie uznając, po analizie VAR, strzelonej ze spalonego bramki, podjął sprawiedliwą decyzję. Decyzja ta pozwoliła na uniknięcie skandalu, a przecież w tym celu został zaprojektowany VAR. Marcin Borski traktuje cytowany przez niego przepis dogmatycznie. A co to oznacza? Oznacza to, że gdyby to Marcin Borski miał gwizdek w ręku, uznano by bramkę strzeloną przez Jagiellonię ze spalonego na 1:0 i zaraz po zakończeniu meczu mówiono by o skandalu. Dwa lata temu członkowie ciała stanowiącego przepisy gry, czyli International Football Association Board (IFAB) dokonali rewolucyjnych zmian w przepisach, łamiąc – w imię zwiększenia sprawiedliwości i atrakcyjności gry – funkcjonujące w przeszłości dogmaty. A Marcin pastwi się nad Danielem bo ten, cytuję: „uznaje gola, wznawia grę a następnie przerywa ją i anuluje gola”.

Otóż informuję Marcina Borskiego, że IFAB zna tę sytuację i, podobnie jak Zbigniew Boniek, mówi: sędzia popełnił błąd wznawiając grę, ale biorąc pod uwagę wynik meczu, postąpił on dobrze. I taka sytuacja na polskich boiskach już się nie powtórzy, bo za to, aby gra nie została wznowiona przed zakończeniem analizy VAR, odpowiadać będzie cała szóstka sędziów.

Ale pan później w swoim mailu poinstruował sędziów, aby w przyszłości postępowali tak jak Daniel Stefański.

Tak, ponieważ byłem przekonany, że ma tu zastosowanie „duch gry”. I każdy, kto się z tego śmieje, powinien zerknąć do Przepisów Gry, gdzie w Art. 5 „Sędzia” jest napisane: „Decyzje będą podejmowane zgodnie z Przepisami Gry i duchem gry”. Ale niestety zapis w podręczniku VAR, który jest teraz częścią Przepisów Gry, wręcz nokautuje moje podejście, co oznacza, jak to określił prezes Boniek, że palnąłem głupotę. Dodam tylko, że dywagacje, jakoby moja wadliwa instrukcja mogła spowodować jakiekolwiek negatywne konsekwencje ze strony IFAB, są lekko śmieszne. Sekretarz IFAB Lukas Brud powiedział mi, godząc się, abym to przekazał do wiadomości publicznej, że w ocenie IFAB jakość wykorzystywania systemu VAR do wspomagania pracy sędziów na polskich boiskach jest excellent! Mogę również przekazać, że nasze bardzo pozytywne doświadczenia we wdrażaniu systemu VAR były bardzo pomocne w podjęciu przez IFAB decyzji o wprowadzeniu VAR do Przepisów Gry. Zdarzyło to się jak wiemy na początku tego miesiąca.

Wróćmy do Facebooka.

Tak, zwróćmy jeszcze uwagę jak pełne obłudy i hipokryzji jest napisanie przez Borskiego: „Sorry Daniel nothing personal”. A przecież wcześniej pisze on: „To wie każdy sędzia! Nawet sędzia początkujący”. Ośmielę się stwierdzić, że całość wypowiedzi Marcina – w kontekście decyzji podjętych przez Daniela – pokazuje, jaka jest różnica pomiędzy mentalnością obecnych sędziów, selekcjonowanych w oparciu o merytoryczne kryteria, a mentalnością Marcina Borskiego.

Przejdźmy do listy zarzutów.

Najpierw Marcin Borski wypuszcza słowotok, w którym są slogany i ogólniki typu bałagan, naginanie przepisów, bramki ze spalonego, karne za nierozmyślną rękę. Ot taki bełkocik. Możemy wziąć te zarzuty, nawet punkt po punkcie, czy tam rok po roku.

2012 – na „dobry” początek pozbycie się bardzo solidnego sędziego międzynarodowego Dawida Piaseckiego (był moim niezawodnym bramkowym w rozgrywkach UEFA). Tłumaczono Przesmyckiemu, że może mu potem zabraknąć dobrych sędziów. Dziś Dawid ma dopiero 42 lata, a do VAR-u brakuje w PZPN doświadczonych arbitrów. Zresztą pozbywanie się wykwalifikowanych, lecz niewygodnych ludzi to też cecha Pana Przesmyckiego. Mam pytanie – dlaczego nie korzysta z wiedzy Michała Listkiewicza? Dlaczego pozbył się innych doświadczonych, w tym sędziego o rekordowej liczbie sezonów w ekstraklasie?

Tu warto poinformować czytelników, że już w styczniu 2010 roku zostałem wiceprzewodniczącym KS PZPN. A lutym 2011, na wniosek poprzedniego przewodniczącego, zostałem odwołany. Ale już na początku grudnia prezes Lato namawiał mnie, abym wrócił, już jako przewodniczący KS PZPN. 15 grudnia 2011 roku tak się stało. Był to bardzo zły okres dla organizacji sędziowskiej. Powiem tylko, że Ekstraklasa S.A., która w tamtym czasie w całości finansowała kontrakty sędziów zawodowych, wypowiedziała te kontrakty, ze względu na jakość sędziowania. Rok wice-przewodniczenia był dla mnie bardzo rozwijający. Dwa razy wziąłem udział w obozach w Antalyi, poznawałem poszczególnych sędziów. I cały czas musiałem się mierzyć z notesikiem poprzedniego przewodniczącego, w którym obliczał średnie not obserwatorów, pilnując, aby jego faworyci mieli odpowiednio wysokie średnie. I wśród tych faworytów był Dawid Piasecki, sędzia z nadwagą, mający problemy z zaliczaniem testów interwałowych. Obserwowałem go trzy razy i we wszystkich trzech meczach miał problemy na boisku. W dwóch z tych meczów na linii biegał aktualny członek zarządu, Maciek Wierzbowski i był on świadkiem, jak Dawid przepraszał mnie, że mu nie wyszło. A Dawid w tamtym czasie sędziował w niemal każdej kolejce, a taki Daniel Stefański trzy mecze w ciągu pół roku! Jakby postawić obu panów obok siebie, to widzielibyśmy zawodowego arbitra, Daniela i zwykłego zjadacza chleba o niekoniecznie optymalnych kształtach, Dawida.

Może nie powinienem tego mówić, ale zarzut Marcina Borskiego wręcz nie pozwala mi na milczenie. To oczywiście nie były tylko moje spostrzeżenia. Ceniony instruktor FIFA, Valentin Ivanov, który pracował z nami podczas obozów w Turcji, po jednym z meczów sędziowanych tam przez Daniela Stefańskiego zapytał wprost: Jakim cudem ten facet nie jest sędzią międzynarodowym i na czym polega fenomen selekcji w waszym kraju? Przejmując na koniec 2011 roku stery w Kolegium Sędziów szybko rozpoczęliśmy proces gruntownych zmian. Już po trzech miesiącach przewodniczenia, po opracowaniu programu profesjonalizacji sędziowania, ponownie doszło do porozumienia z Ekstraklasą S.A i mogliśmy zaproponować kontrakty zawodowe wybranym sędziom. Jestem biznesmenem, w tym specjalistą od restrukturyzacji przedsiębiorstw. A organizacja sędziowska wymagała restrukturyzacji. I pierwsze co robi restrukturyzator, to uruchamia proste rezerwy. Brak propozycji kontraktu zawodowego dla Dawida było bardzo dobrym posunięciem restrukturyzacyjnym, uruchamiającym prostą rezerwę, bo to nie był dobry sędzia.

A Michał Listkiewicz?

Proszę, tu jest SMS od Michała z 2 marca, w którym pisze: „Zbyszku, atak Borskiego bez sensu i lojalności, a mnie adwokaci niepotrzebni, pozdrawiam serdecznie, Michał.” Ale jedźmy dalej.

„2013 – wprowadzenie bez przygotowania niedoświadczonych sędziów bramkowych do ekstraklasy. Tłumaczono Przesmyckiemu, że bramkowi zgodnie z zaleceniami UEFA muszą mieć niemalże ten sam poziom umiejętności i odporności na stres, to wysłał za bramkę sędziów z niższych klas. Efekt – słynne dwie wtopy na Wisła – Legia i Wisła – Podbeskidzie (byłem, widziałem niestety).”

Na początku 2013 roku poleciałem do siedziby UEFA na warsztaty poświęcone sędziowaniu z dodatkowymi sędziami asystentami AAR za obydwoma liniami bramkowymi. Prowadził je Pierluigi Collina. Wróciłem podekscytowany i zacząłem przekonywać prezesa Bońka do wprowadzenia AAR do naszej ekstraklasy. Bylibyśmy wtedy w awangardzie lig europejskich, AAR funkcjonowali już w Lidze Mistrzów. Prezes był sceptyczny, z różnych względów, ale powiedział, że jak nie spróbujemy, to się nie dowiemy. I zaproponował test polegający na sędziowaniu z AAR jednego z ośmiu meczów ekstraklasy. Było to bardzo mądre ustrukturyzowanie tego projektu, dostarczyło nam niezbędnych doświadczeń, przy minimalizacji kosztów. Pierwsza z wtop, o których mówi Borski, to niezauważenie metrowego wyjścia piłki za linię końcową, przy czym w roli AAR był ówczesny sędzia ekstraklasy. W drugiej z wtop, w meczu Wisła-Podbeskidzie, pierwszoplanową rolę odegrał inny sędzia ekstraklasy, Marcin Borski właśnie, który ten mecz sędziował. Mimo, że miał dobry obraz starcia w polu karnym, to jednak po konsultacji z AAR niesłusznie odwołał podyktowanego przez siebie karnego. Tym razem AAR był sędzia I ligi. Kto dał przysłowiowego ciała? Pierwszoligowy AAR, czy też sędzia międzynarodowy Borski, który bardzo dobrze widział zdarzenie i początkowo dobrze zdecydował? Czy to, że Marcin zmienił decyzje było winą AAR? Ok, spuśćmy na tę sytuację zasłonę miłosierdzia, ale faktem jest, że prezes Boniek po tym meczu zadecydował o zakończeniu tego eksperymentu. Proszę powiedzieć, czy ten, tak dobrze ustrukturyzowany doświadczalny projekt, może być powodem do stawiania mi zarzutu, nawet jeżeli cała zasługa w bardzo dobrym jego ustrukturyzowaniu jest po stronie prezesa Bońka?

„2014 – Wprowadzenie w Ekstraklasie unikalnej w skali światowej interpretacji ręki. Ostrzegano Przesmyckiego, że obrońca nie jest w stanie wykonywać wślizgu na „torpedę” z rękami przyklejonymi do tułowia i nóg, ale on uznał, że fajnie będzie jak padnie więcej bramek z karnych, bo w końcu „komu to przeszkadza?”.”

Nie ulega wątpliwości, że po tej wypowiedzi, gdyby Marcin był jeszcze sędzią, to posadziłbym go podczas zajęć w tzw. oślej ławce. Były sędzia zawodowy powtarza głupotę, która nie przystoi nawet początkującemu sędziemu. Nasza metodologia w przypadku „piłka do ręki” mówi wyraźnie, że zawodnik walczący o piłkę z przeciwnikiem nie musi obawiać się kontaktu swojej ręki z piłką, gdy ta nieoczekiwanie „ruszy” w kierunku jego ręki. Ważne jest, aby jego ręce były ułożone naturalnie i wtedy nie ma mowy o rozmyślności. A wślizg jest metodą walki o piłkę i zawodnik ma prawo do takiego układania rąk, żeby wykonał wślizg jak najefektywniej. Jeżeli piłka trafi w naturalnie ułożoną rękę zawodnika wykonującego wślizg, czyli walczącego w ten sposób o piłkę, to nie będzie w tym rozmyślności.

Borski mówiąc o wślizgu na torpedę, ma na myśli sytuację, gdy zawodnik rzuca się aby zablokować strzał czy dośrodkowanie przeciwnika. Ale wtedy nie można używać określenia wślizg, bo zawodnik nie walczy o piłkę. Można wtedy mówić jedynie o wślizgopodobnej interwencji parabramkarskiej. I wtedy zatrzymanie piłki przez rękę powiększającą obrys ciała powinno być uznane za rozmyślne. Nie mam wątpliwości, że pan rozumie to co przed chwilą powiedziałem, bo napisał pan całkiem fajny artykuł na temat ręki. Oczywiście nie jest on tak doskonały jak niektóry twierdzą, ale nie musi pan się go wstydzić.

A co z metodologią KS PZPN, która została ostatnio zdjęta ze strony PZPN?

To przecież pan to spowodował, zwracając mi słuszną uwagę, że nasze spojrzenie na rękę po kiksie nie jest zgodne ze spojrzeniem UEFA. Widział pan mojego styczniowego maila do Pierluigiego Colliny, w którym zapewniam go, że nasza spojrzenie na rozmyślność kontaktów piłka-ręka jest takie same jak UEFA. I widział pan odpowiedź Pierluigiego do mnie. Musi mi pan uwierzyć na słowo, że tak jest. Za kilka dni na stronie PZPN znajdzie się link do materiałów UEFA DVD RAP 2017-2, zawierających setki klipów w tym pokazujących kontakty piłki z ręką i decyzje jakie rekomenduje UEFA. Zawiesimy też na stronie PZPN naszą metodologię oceny kontaktów piłka/ręka i decyzje podejmowane na jej podstawie będą takie same jak UEFA. I bardzo chętnie umówię się z panem na oddzielną rozmowę o ręce, w której uwzględnimy również tezy i wnioski z pana artykułu

2015 – Zabawy z czasem gry, czyli wprowadzenie kończenia meczów równo z upływem czasu niezależnie od rozwoju wypadków na boisku. Efekt? Wszyscy pamiętają jak zawodnicy skakali sędziom do gardeł po kończącym gwizdku, kiedy nie mogli sfinalizować obiecującej akcji.”

To mniej więcej tak samo kuriozalny zarzut jak z wślizgiem na torpedę. Jest on nie tylko wyrwany z kontekstu, ale i nieprawdziwy. To skakanie do gardeł dotyczy samego Marcin Borskiego, który zakończył mecz GKS Bełchatów – Lech dokładnie w momencie upływu trzech minut czasu doliczonego. Wtedy, gdy GKS wyprowadził korzystną akcję. Wtedy zawodnicy Bełchatowa skoczyli Marcinowi do gardła bez jego reakcji. Posadziłem wtedy go na ławce rezerwowych, już nie pamiętam, czy na dwie, czy na trzy kolejki. Pewnie miał do mnie pretensje, ale jak zauważył jeden z moich kolegów z zarządu KS PZPN, który oglądał ten mecz, sposób jego zakończenia przez Marcina w żadnym razie nie był wymuszony obowiązującymi wtedy zasadami. A nawet, jeżeli te zasady były wtedy niedoskonałe, to nie należy zapominać, że były one antidotum na brak zasad. Wszyscy pamiętamy mecze, które mimo upływu doliczonego czasu gry trwały w nieskończoność: rzut rożny, jeszcze jeden rzut rożny, bramka z rzutu wolnego i wielka awantura po zakończeniu. Tak było na przykład w meczu pucharowym Flota Świnoujście – Śląsk Wrocław z finałem awantury pomeczowej w komisji dyscypliny. I wprowadziliśmy zasady kończenia wszystkich części meczu. Byliśmy też bardzo konsekwentni w ulepszaniu tych zasad. Przez cały sezon otrzymywałem od sędziów klipy obrazujące, jak kończyli poszczególne części meczu. I analizowaliśmy je na naszych warsztatach, tak, że dzisiejsze zasady są nieomal doskonałe. Słyszał pan w ostatnich latach o jakichkolwiek problemach z kończeniem meczu?

Nie słyszałem.

No właśnie. Czy można trafić do celu nie wypuszczając strzały? I czy jeżeli za pierwszym razem nie trafimy to jest to powód do krytyki? Tak, jak komuś na tym zależy, to mogę przyznać, że nasze pierwsze strzały nie był trafione, ale teraz wszystkie trafiają do celu. Albo inaczej, czy trzymając w ręce nowoczesną wielofunkcyjną komórkę można stawiać zarzuty konstruktorom pierwszych komórek, że były ciężkie, nie miały nawigacji i trzeszczały? A przecież zarzut Borskiego jest mniej więcej w tym stylu. A tak naprawdę to Borski stawiając ten zarzut podaje do wiadomości publicznej coś, czym możemy się pochwalić.

Dalej temat, o którym już rozmawialiśmy: „2016 – sprawa Koleżeńskiego Fundusz Pośmiertnego – nie będę się rozpisywał. Już inni to zrobili w tym miejscu – link do tekstu WP”. 

No i widzi pan, link do artykułu z Rolą-Wawrzeckim w roli głównej. Czy moja córka nie mogła odnieść wrażenia, że coś ukradłem? Zadzwonił do mnie prezes Fundacji, Andrzej Sękowski z życzeniami imieninowymi i powiedział również, że kasa Fundacji mu się zgadza. Czyli nic nie ukradłem, nie ukradł też Łukasz Mowlik. Nie ma tam żadnych dziur finansowych, a teraz mam także nadzieję, że dziury finansowe zostaną zasypane w jednym z domów dziecka. A to za sprawą Marcina Borskiego, od którego moi prawnicy – przygotowujący pozew sądowy – zażądają stosownej wpłaty.

2017 – VAR. Wiem, że to nie Przesmycki odpowiada osobiście za wprowadzenie VAR, ale to on odpowiada za politykę kadrową. Jego działania doprowadziły do tego, że niektórzy sędziowie sędziowali po 3 mecze w przeciągu 3-4 dni (europejskie puchary / VAR / Ekstraklasa czy VAR / Ekstraklasa / VAR). Biorąc pod uwagę, że muszą się przy tym przemieszczać po Polsce, zwykle samochodem, powstaje pytanie kiedy, ile i czy w ogóle odpoczywają, żeby zregenerować siły.”

Wstydziłby się Marcin, tu też wystarczyło zapytać. To jest zarzut, w którym jest absolutne zero treści mogącej być zarzutem. Otóż kolego Borski, sędziowie prowadzący mecze ekstraklasy w systemie VAR, a także sędziowie asystenci wideo muszą spełnić określone kryteria ustalone przez IFAB. Sędzia boiskowy, aby otrzymać od IFAB pozwolenie na poprowadzenie zawodów ekstraklasy z pomocą VAR, musi najpierw zaliczyć co najmniej trzy mecze on-line z VAR na meczach bez stawki, towarzyskich lub turniejach młodzieżowych. Natomiast, żeby zostać dopuszczonym przez IFAB do meczu ligowego jako sędzia VAR konieczne jest zaliczenie 5 meczów off-line, czyli siedząc przed monitorami ale bez kontaktu z sędzią prowadzącym mecz oraz 5 meczów on-line, bez stawki. Tak więc, prezes Boniek podejmując w maju 2017 roku decyzję o wdrożeniu w ekspresowym tempie systemu VAR w meczach ligowych, miał do wyboru dwie drogi. Mogliśmy rozpocząć produkcję sędziów i sędziów asystentów wideo spełniających wyżej wspomniane wymogi IFAB i dopiero po wyprodukowaniu odpowiedniej ich liczby zacząć sędziowanie meczów ekstraklasy z VAR, np. od tegorocznej rundy wiosennej. Mogliśmy też rozpocząć sędziowanie meczów w ekstraklasie ze wspomaganiem VAR natychmiast i prowadzić produkcję kolejnych sędziów i asystentów wideo równolegle, zwiększając liczbę meczów sędziowanych w ekstraklasie z VAR. Oczywiście ta druga opcja wiązała się z większymi obciążeniami ograniczonej przecież z przyczyn formalnych liczby sędziów mających uprawnienia IFAB do pracy w meczach ekstraklasy z VAR, czy to na boisku, czy to za monitorami w roli wideo asystentów.

Wybraliście większe obciążenia dla sędziów.

Tak, prezes Boniek zdecydował się na ten drugi wariant. I nie ulega dla mnie wątpliwości, że podejmując taką decyzję brał pod uwagę umiejętności, w tym siłę mentalną i przygotowanie kondycyjne naszych aktualnych arbitrów. A pamiętamy jak bardzo był sceptyczny co do jakości zasobów sędziowskich 4 lata wcześniej, gdy ograniczył eksperyment z sędziami bramkowymi do jednego meczu w kolejce. I teraz prezes Boniek nie zawiódł się, chociaż były kolejki, że mieliśmy mniej asystentów wideo z uprawnieniami niż meczów sędziowanych w systemie VAR, co dla niektórych z nich oznaczało konieczność pracy przed monitorami dwa razy w jednej kolejce. Ograniczona była również liczba sędziów, którzy w tym systemie mieli uprawnienia do pracy na murawie boiska. I w tym miejscu, zacytuję raz jeszcze słowa sekretarza IFAB Lukasa Bruda, który powiedział: w ocenie IFAB jakość wykorzystywania systemu VAR do wspomagania pracy sędziów na polskich boiskach jest znakomita, a wasze bardzo pozytywne doświadczenia we wdrażaniu systemu VAR były bardzo pomocne w podjęciu przez IFAB decyzji o wprowadzeniu VAR do Przepisów Gry.

Dodam, że w tej chwili mamy 14 sędziów mogących prowadzić zawody na środku z VAR oraz 9 sędziów mogących być asystentami wideo. W najbliższym czasie liczba sędziów w obu kategoriach wzrośnie do 16 i 11 i kolejni będą uzyskiwali te uprawnienia. Oczywiście również tu decyzje obsadowe są podejmowane na podstawie umiejętności i predyspozycji poszczególnych osób. Funkcja VAR wymaga specyficznych zdolności, nie każdy nadaje się do niej w równym stopniu. I żeby była jasność, sędziowie nie są zmęczeni fizyczne, bo nie potwierdzają tego monitory pracy serca. Nie sadzę również, aby było to zmęczenie psychiczne, bo dzisiejsi sędziowie to tak zwani twardziele, którzy nie wychodzą na boisko w pampersach i nie muszą po meczu czekać paru tygodni, aby znów poczuć głód sędziowania.

Ostatnia sprawa:2018 i wcześniej – doprowadzenie do zapaści wśród sędziów I, II ligi. Oni wykonują tę samą pracę co sędziowie w Ekstraklasie, a jak uzyskają 10 procent dochodów sędziego zawodowego to uznają miesiąc za dobry. Powinni być zapleczem dla grupy zawodowej. Czy są? Chyba sam Przesmycki tak nie uważa skoro nie dopuszcza ich nawet do roli rezerwowego sędziego VAR.”

Zaglądanie w kieszenie innych jest prymitywną, ale niestety czasami skuteczną metodą poróżnienia ludzi i wywołania zamętu. I próbuje to robić Marcin Borski, ale od razu dodam, bez szans na powodzenie. Bo w ustach Marcina, który w oczach zdecydowanej większości społeczności sędziowskiej postrzegany jest jako nieomal wzorcowy egoista, słowa i argumenty co do zapaści, brzmią wyjątkowo obłudnie i niewiarygodnie. Popatrzmy jak wyglądają apanaże sędziów w trzech ligach szczebla centralnego. W 2012 roku, w momencie rozpoczęcia pierwszej kadencji Zbigniewa Bońka, sędziowie ekstraklasy otrzymywali za jeden mecz 3600 złotych brutto. W pierwszej lidze było to 1200 zł, a w II lidze 800 zł. W lipcu 2014 roku stawki w I lidze wzrosły do 1500 zł, a więc o 25 procent, a w drugiej lidze do 1000 zł, czyli też o 25 procent. W ekstraklasie pozostały bez zmian. Ponadto, nie można brać pod uwagę pensji sędziów zawodowych, które tak na marginesie są finansowane przez Ekstraklasa S.A., bo wtedy trzeba by brać pod uwagę wynagrodzenia jakie otrzymują sędziowie I i II ligi, z tytułu wykonywanych przez nich zawodów. A już wrzutka z dodatkowym sędzią VAR urąga zdrowemu rozsądkowi i każdemu, kto zna realia wdrażania systemu VAR nawet nie przyszłaby to do głowy.

A jakieś perspektywy co do wzrostu płac sędziów I i II ligi?

Już w styczniu rozmawiałem z prezesem Bońkiem o podniesieniu ryczałtów za mecze w I i II lidze. Moje propozycje zostały przejęte przez prezesa życzliwie. Wrócimy do tematu po zakończeniu bieżącego sezonu, bo taka decyzja, akceptująca przecież kolejny wydatek budżetowy, nie może być podjęta w oderwaniu od całościowego budżetu PZPN. A ten przygotowywany jest w merytoryczny, wyważony i profesjonalny sposób. Nie możemy bowiem zapomnieć, że za kadencji prezesa Bońka PZPN odciążył budżety klubów I i II ligi przejmując całość finansowania sędziów i obserwatorów. Od początku 2017 roku PZPN odciążył również budżety wszystkich klubów III ligi przejmując finansowanie sędziów prowadzących ich mecze. Te znaczące dla klubów wydatki są teraz w budżecie PZPN.

Skoro już rozliczamy zarzuty pod pana adresem, Jarosław Rynkiewicz wypowiedział bardzo mocne słowa na łamach WP.

No tak, to te same łamy na których produkuje się Rola-Wawrzecki, protestując jak Rejtan przeciwko uzasadnionemu, zgodnemu z prawem przelewowi środków finansowych do Fundacji. I to są te same łamy, na których produkuje się redaktor Marek Wawrzynowski. I wie pan co ten facet napisał na Twitterze, po artykule na WP? Proszę więc, zacytujmy: „Czyli szef sędziów, pan Przesmycki założył ze znajomymi fundację i przelał tam milion złotych z Koleżeńskiego Funduszu Pośmiertnego. Bez pytania sędziów, którzy wpłacali pieniądze. Wcześniej konto należało w PZPN. A miał być taki nieskazitelny. Wygląda jak dymisja”. Może pan zacytować w całości to co teraz ja powiem?

Tak.

Panie redaktorze Wawrzynowski, mam dla pana dobrą informację: nie jestem pana szefem. Bo gdybym był, już szukałby pan sobie innej pracy, bez szans na odwołanie w którymkolwiek z sądów pracy. Bo odpowiedzialność za słowa jest bardzo ważną cechą każdego szanującego się dziennikarza.

A co do mocnych słów Jarosława Rynkiewicza?

To są tak samo mocne zarzuty jak te Marcina Borskiego. Spójrzmy na jego pierwsze słowa: „Problemem jest również to, że sędziowie zawodowi wystawiający oceny młodszym arbitrom podczas obserwacji telewizyjnych, też są zależni od tej jednej osoby. To jest wielki problem. Wiem, że niestety muszą lawirować, aby nie skrzywdzić młodszych kolegów, a jednocześnie nie podpaść przewodniczącemu”

To świadczy, że kolega Rynkiewicz – jeżeli chodzi o sędziowanie – żyje w świecie fikcji i abstrakcji. I jest to w mojej ocenie ściśle związane z poczuciem krzywd, których jakoby doznał. Jak funkcjonuje triple checking, opowiedziałem już wcześniej. Teraz tylko dodam, że sędziowie zawodowi dobrze wiedzą, że muszą obserwacje telewizyjne wykonywać samodzielnie i pozostawać anonimowi dla sędziów, których prace na boisku oceniają. Wymiana samooceny i obserwacji telewizyjnej pomiędzy ocenianym sędzią I ligi, a zawodowym sędzią asystentem, którego zresztą bardzo lubiłem, zakończyła się rozwiązaniem z nim kontraktu zawodowego. Zawodowcy w roli obserwatora telewizyjnego OT muszą być bardzo krytyczni wobec ocenianych sędziów I i II ligi tak, aby żadna sytuacja z boiska nie przeszła niezauważona. Sędziowie otrzymując anonimowe obserwacje OT, są wtedy wręcz zmuszeni, aby odnieść się do zawartej w nich krytyki, co jest bardzo rozwijające. I mają oni prawo, aby skrytykować to krytyczne spojrzenie OT w przesłanym do nas zdaniu odrębnym. To zarząd KS PZPN wystawia ostateczną ocenę, a wszystkie inne raporty i oceny mają jedynie pomocniczy charakter. Gdzie tu jest miejsce na skrzywdzenie młodszych kolegów przez sędziów zawodowych w roli OT? Naprawdę mówienie o lawirowaniu przez aktualnych sędziów zawodowych w kontekście ich mocnych i prawych osobowości jest żałosne.

A inne zarzuty Rynkiewicza? Miał mu pan powiedzieć: „Tak to w życiu jest – tobie brat zginął, a mi się wnuczka urodziła.”

Nie mogłem akurat tak powiedzieć. W tym cytacie można by się dopatrzyć cynizmu, a ja mu zwyczajnie, po ludzku współczułem. Tak naprawdę cały wywiad Jarka Rynkiewicza mógłbym podsumować stwierdzeniem, że nie tylko nie złamałem Jarkowi kariery, ale wręcz przeciwnie – dałem mu szansę na jej zrobienie. I o tym fakcie nie wie chyba tylko Marcin Borski. Jarek wpadł mi w oko na obozie w Antalyi w styczniu 2012 roku, kiedy jako jeden z trzech sędziów spośród ponad 40 obecnych na obozie przebiegł i zaliczył wymagający test jo-jo. Tych dwóch to ówcześni sędziowie ekstraklasy, on był na miejscu spadkowym w I lidze. A przygotowanie fizyczne nie było w tamtych czasach mocną stroną dużej części sędziów. Proszę mnie zrozumieć i nie nalegać, bym odnosił się do poszczególnych zarzutów stawianych przez Jarka, bo są one pełne subiektywizmu i naprawdę tłumaczenie, że nie jest się wielbłądem nie jest ani ani przyjemne, ani pożyteczne. No bo jak odnieść się do wątku ze śmiercią jego brata? To akurat pamiętam, Jarek zadzwonił do mnie informując mnie, że jego brat zginął tragicznie. I naprawdę mu współczułem. Ale czy miałem mu pozwolić na prowadzenie meczu ekstraklasy w obliczu takiej tragedii, która musiała mieć wpływ na psychikę każdego człowieka?

Jarek Rynkiewicz to przykład sędziego bardzo dobrze, a nawet znakomicie przygotowanego fizycznie, ale o profilu mentalnym niespełniającym wymogów, jakie są stawiane sędziom wysokiej klasy. Nie mogłem go dalej obsadzać na mecze ekstraklasy, bo nie byłem w stanie wytrenować jego psychiki w stopniu pozwalającym mu na stabilne sędziowanie tej klasy. I, żeby była jasność, wszystko co mówię o Jarku nie dotyczy go jako obywatela RP, ale jako sędziego – mówię to z pozycji jego byłego trenera. A twierdzenie Jarka, że jestem nieuczciwy i zapewniłem sobie do dożywotnie wpływy z Fundacji będzie przedmiotem dyskusji na innym forum.

Rozmawiał MICHAŁ SADOMSKI

Fot. FotoPyK

KOMENTARZE (12)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Topinambur

Ten wywiad powinien każdego człowieka tylko uświadomić w tym, że Przesmyckiego z piłki powinno się pozbyć raz na zawsze. Kłamstwa i obłuda, bijące wręcz chamstwo.

MisKrzys

Zaorać całe to gówno, posypać wapnem i zakazać „zawodowego” uprawiania piłki na 20 lat.

Kierowniku
Za swoje się huśtam!

Gdzie jest granica miedzy walką o transparentność a publicznym praniem brudow? Kto podejmuje decyzje o tej granicy i na ile subiektywnie?
Czy sie to komus podoba, czy nie, sędziowie znajduja sie w samym centrum zdarzeń. Zawsze będą na świeczniku.

serek
Zagłębie Lubin

Każdy może wierzyć komu chce, ja przekonania do słów Przesmyckiego nie nabrałem. Co do funduszu – nie mam wiedzy na ten temat i mnie to nie interesuje. Ale co do reszty:
1. Sędziowie nie są zmęczeni psychicznie, bo to są twardzi faceci – 2 mecze w kolejce (główny + VAR) + liga mistrzów + wyloty zarobkowe do Arabii i ja widzę Marciniaka jako psychicznego wraka, ale pan Przesmycki arbitralnie twierdzi że jest ok i tyle.
2. Zakończenie meczów – przecież prawdą jest to co powiedział Borski – jeszcze w tym sezonie i poprzednim oglądałem mecze w których sędzia nie pozwolił wykonać rzutu rożnego, bo jest 93:00. Każdy kibic powinien się zgodzić, że to jest chore i nie widziane w żadnej innej lidze.
3. Sędziowie zabramkowi – no próbuje ich bronić, ale przyznaje że zostali skasowani z powodu błędów – więc kto ma rację?
4. C odo kwestii zasad VAR i ręki – Przesmycki przyznaje się do tworzenia własnych przepisów więc o czym tu gadać?

Lejek
Fc PangaZdoku

W sumie to żaden wywiad a możliwość wygadania się dla Pana Przesmyckiego. Wygadania się, które w żaden sposób nie przekonuje. Co dobre to on, co złe to Boniek. Masa ściemy i tyle. Rzeka słów, zero treści.
Ciężko Wam będzie udawać, że z tym Panem jest wszystko w porzadku, a Zibi ataku nie pochwali.
A tu aż się prosi, żeby Pana Przesmyckiego przemaglować ale redaktor tylko słucha.

MisKrzys

To jest tzw szkoła stanowskiego – wywiady robiona na kolanach z połykiem.

Janusz Kibol

Nie ma problemu z Przesmyckim. Nie ma problemu z sędziowaniem. A problem ze szkoleniem młodzieży nie jest problemem PZPN, jak niedawno dowiedzieliśmy się w Lidze + Extra. Generalnie PZPN nie ma żadnych problemów do rozwiązania. Boniek załatwił młodzieżowe mistrzostwa i ma fajrant. Może leżeć do góry jajcami. Wszystko jest pięknie. :-/

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

cpc

„Pierwsza z wtop, o których mówi Borski, to niezauważenie metrowego wyjścia piłki za linię końcową, przy czym w roli AAR był ówczesny sędzia ekstraklasy…” Problem w tym panie Przesmycki, że było to zauważone, a pozwolono na dalszą grę!!!

PhoenixLk
Legia Warszawa

„wślizgopodobna interwencja parabramkarska”… a potem się dziwimy, że „piłkarskopodobni parasportowcy”, którym na co dzień parasędziują panowie z gwizdkiem, odpadają z zespołami nie do końca najlepszego sortu…

Marcin Sz

Drogi Michale Sadomski. Artykuł bardzo merytoryczny i mnóstwo treści, które na pierwszy rzut oka zmieniają optykę wydarzeń na korzyść Przesmyckiego. Pan Zbyszek świetnie się do tego wywiadu przygotował, tak żeby nie zagiąć go w żadnym punkcie. Znów wychodzi na nieskazitelnego. Pora teraz dać się równie szeroko wypowiedzieć Borskiemu, może znaleźć jeszcze kogoś z rzeszy kolegów. Buta, pycha i nieomylność – to tak w pigułce z mojego punktu widzenia. Brakowało mi zaczepnych pytań o słynne już „będzie padać więcej bramek” itd.

Mate Usz
Kolejorz

Za każdym razem jak czytam bądź słyszę wypowiedzi Przesmyckiego, który tłumaczy siebie bądź arbitrów popełniających błędy, to odnoszę wrażenie, że ten człowiek żyje w jakiejś odrębnej rzeczywistości. A może po prostu próbuję robić debili ze wszystkich na około. Dla niego zawsze wszystko jest cacy, a jak ktoś twierdzi inaczej to najprawdopodobniej gówno wie 😉 popieram tezę, że im szybciej usunie się go z polskiej piłki, tym lepiej. Jest to gość odporny na argumenty i zadufany w sobie jak mało kto w tym środowisku.

wpDiscuz