Warszawa kontra Kraków. Ciągła walka o prestiż
Weszło

Warszawa kontra Kraków. Ciągła walka o prestiż

Dwa miasta, dwa wielkie kluby i rywalizacja, która przez lata napędzała całą polską piłkę. Mecze z licznymi podtekstami, także tymi wykraczającymi poza sport, których na linii Warszawa-Kraków nigdy nie brakowało. W pierwszej dekadzie XXI wieku to właśnie Legia i Wisła najczęściej sięgały po mistrzostwo Polski, a ich bezpośrednie starcia uchodziły za najważniejsze w sezonie. Dziś, nawet jeśli doszło do małego przebiegunowania, a spotkania obu zespołów nie jest już ligowym wydarzeniem numer jeden, to i tak mają swoją wymowę. I nadal są elektryzujące.

Kiedy w Wiśle Kraków nastala era Bogusława Cupiała, a klub spod Wawelu szybko wyrósł na dominującą w lidze siłę, Legia była jedynym zespołem, który na dłuższym dystansie był w stanie utrzymać podobne tempo. Zdarzały się sezony, gdy w czołówce próbowały mieszać Groclin i Amica, przez chwilę mistrzowskie aspiracje zgłaszała Pogoń Szczecin, ale na dobrą sprawę w polskiej piłce liczyły się tylko dwie siły. Wisła i Legia, kluby zwaśnione, ale w tamym czasie po prostu na siebie skazane, bo zwyczajnie najlepsze. – Te mecze zawsze elektryzowały kibiców, ale nas, piłkarzy, również. W czasach, gdy grałem w Wiśle Kraków, walka o mistrzostwo, nie licząc sezonu, gdy włączyła się Amica, rozgrywała się tylko między nami a Legią. Te mecze miały swoją rangę, swój wymiar. Nie trzeba było do nich nikogo specjalnie przygotowywać, bo wiadome było, że najlepsi zawodnicy w polskiej lidze, grają w tych dwóch klubach – mówi Tomasz Kłos, który z Wisłą dwukrotnie sięgał po mistrzowski tytuł.

Cupiał, który wygrzebał Wisłę z piłkarskich wieków ciemnych, od samego początku miał wyłącznie mistrzowskie aspiracje. W polskim futbolu stworzył nową jakość. Hojny prywatny inwestor z wielkim kapitałem nagle stał się obiektem westchnień kibiców w całym kraju. Mecze z Legią, która dzięki wsparciu Daewoo czy ITI mogła pochwalić się stosunkowo wysokim budżetem, stały się najbardziej interesującymi w sezonie. – Kiedy my graliśmy z Legią, mieliśmy w drużynie sześciu-siedmiu reprezentantów Polski. W Legi też było czterech-pięciu. To przekładało się na inny poziom meczów, inną widowiskowość i atrakcyjność. Stadion Wisły mieścić dwanaście tysięcy, a na mecz z „Wojskowymi” chciało przyjść pięćdziesiąt – kontynuuje Kłos.

W latach 2001-2011 Wisła mistrzowską koronę właściwie schowała do kieszeni, aż siedmiokrotnie sięgając po tytuł. Legia w tym czasie tylko trzy razy kończyła sezon wyżej, dwukrotnie będąc najlepszą drużyną w kraju. Szczególny smak miało mistrzostwo wywalczone w sezonie 2001/02, gdy to właśnie bezpośrednie starcia przechyliły szalę na korzyć warszawskiego klubu. – Te mecze zawsze elektryzowały środowisko piłkarskie, zawodników, kibiców. Z reguły wgrywaliśmy u siebie, a Wisła pokonywała nas na własnym boisku. Faworytem zawsze był zespół, który grał na swoim stadionie. Wisła za czasów Frankowskiego, Kulawika czy Żurawskiego była jednym z najlepszych zespołów w Polsce. Jeśli tracili bramkę w Wodzisławiu, to kwestią czasu było, kiedy strzelą im pięć. Mieli moc. My Wisłę goniliśmy w każdym sezonie, ale ona zawsze wyprzedzała nas o parę oczek. Mobilizacja i emocje zawsze były większe, bo Wisła w tamtym czasie ogrywała wszystkich – opowiada Sylwester Czereszewski, były napastnik „Wojskowych”.

Czereszewski podkreśla też, że to właśnie mecze u siebie, miały dla zawodników i kibiców największe znaczenie. Porażka na wyjeździe z silną Wisła była jeszcze do przełknięcia. Zwycięstwo na własnym boisku, niezależnie od tego, czy losu tytułu były rozstrzygnięte, czy nie, traktowano w kategoriach obowiązku. – Na własnym boisku ciśnienie zawsze było największe, nawet jeśli grało się już o pietruszkę. U siebie trzeba było udowodnić wyższość. Porażka na Reymonta była normalną rzeczą, bo wtedy przegrywał tam każdy. Przegrana u siebie wyglądało jednak słabo – mówi były król strzelców ówczesnej pierwszej ligi, który w 2002 r. świętował z Legią mistrzostwo Polski.

Zdanie Czereszewskiego podziela Jarosław Krzoska, człowiek od lat związany z Wisłą Kraków, który od podszewki obejrzał niejeden mecz z Legią. – Nawet wtedy, gdy Wisła zdobywała mistrzostwa, to w Warszawie grało się bardzo ciężko. Taka specyfika miejsca. Dodatkowo ta rywalizacja zawsze miała swoje smaczki. Zbyt wielu zwycięstw na Łazienkowskiej nie pamiętam. O wygraną zawsze było tam bardzo, bardzo trudno – mówi obecny kierownik Wisły.

Oczywiście wśród uczestników tych prestiżowych spotkań byli i tacy, którym boisko nie sprawiało żadnej różnicy. Tomasz Frankowski, który na Legię miał ewidentny patent, gole na Łazienkowskiej strzelał regularnie. – Podchodziłem do tych meczów, jak do innych. Nie zakreślałem w kalendarzu, kiedy gramy z Legią, kolejkę wcześniej chciałem rozegrać skutecznie. Nie było to coś, przez co nie spałem po nocach. Legia była takim rywalem, który mi leżał. I to zarówno wtedy, gdy grałem w Wiśle, jak i w Jagielloni. Lubiłem grać na Łazienkowskiej bez względu na to, jak ten stadion wyglądał kiedyś, a jak wygląda dzisiaj. Adrenalina pracowała i być może człowiek był przez to bardziej skoncentrowany – zdradza tajemnice swojej skuteczności.

Były piłkarz Wisły strzelił Legii łącznie jedenaście bramek, a jeśli chodzi o mecze między oboma zespołami – widział chyba wszystko. Frankowski pamięta zwycięstwo Wisły 1:2 na Łazienkowskiej, którym „Biała Gwiazda” w sezonie 2000/01 przyklepała tytuł mistrzowski, ale w głowie ma też dotkliwe porażki, jak chociażby 1:5 w sezonie 2004/05 po hattricku Piotra Włodarczyka. Rywalizację z Legią wspomina jednak jako starcia godnych siebie rywali, które śledzono z olbrzymim zainteresowaniem. – Jako piłkarz lubiłem uczestniczyć w tego typu wydarzeniach. To zawsze były spotkania wysokiej rangi, o których mówiło się i w Warszawie, i w Krakowie. Cała piłkarska Polska żyła tymi meczami. W ciągu ostatnich kilkunastu lat trudno wymienić bardziej zażarte pojedynki. Jeśli wziąć pod uwagę historię, rangę oraz ilość mistrzostw zdobytych przez oba klubu, jestem przekonany, że te mecze najbardziej podnoszą ciśnienie u kibiców.

Poza najważniejszym, piłkarskim, aspektem, rywalizacja Legii z Wisłą ma też inny, pozasportowy wymiar. Większych animozji ciężko się doszukać, ale mimo wszystko chodzi starcie dwóch różnych różnych koncepcji, różnych światów, które zauważalne jest w wielu dziedzinach życia. To, do którego dochodzi na stadionie, jest pewnie najmniej ważne, ale za to wywołuje najwięcej emocji. – Ta rywalizacja faktycznie wykracza trochę poza sport, aczkolwiek to nie jest tak, żeby było bardzo gorąco. Mam w Warszawie wielu znajomych, którzy są kibicami Legii i z którymi możemy się podroczyć i podokuczać sobie przed meczem, bo taka rywalizacja jest, była i jeszcze będzie – mówi Krzoska.

Dla kogo mecze Legii z Wisłą były więc najtrudniejsze? Patrząc przez pryzmat słów kierownika „Białej Gwizdy”, wskazać trzeba tych piłkarzy, którzy brali w nich udział, stojąc po obu stronach barykady. Jednym z najbardziej wyrazistych przykładów jest bez wątpienia Łukasz Surma. – Od dziecka mam te mecze w pamięci. To były klasyki polskiej ligi. Cieszę się, że mogłem brać w nich udział czy to jako piłkarz, czy nawet jako chłopiec, który stał z boku boiska. Pamiętam chociażby porażkę 0:6 w 1993 r., kiedy podawałem piłki. Bolało mnie to i płakałem, bo każda porażka była dla mnie nie do zniesienia. Jako dziecko nie bardzo wiedziałem, o co chodzi, ale trzeba przyznać, że różnica potencjału była wyraźnie na korzyść Legii, w której grali wtedy sami reprezentanci kraju. Same znaczące nazwiska, gwiazdy, które każdy chciał zobaczyć z bliska. Wtedy nie było takiego dostępu do piłki, jak dzisiaj, a zawodnicy Legii byli dla nas bogami. Grałem przeciwko Legii w barwach Wisły i w barwach Legii przeciwko Wiśle. Gdy zaczynałem grać w Legii bardzo chciałem pokazać się przeciwko Wiśle, ale kiedy występowałem na Reymonta, to te mecze również były wyjątkowe  – mówi wychowanek Wisły, który mistrzostwo Polski zdobywał w barwach Legii.

Surma wraca też do czasów, gdy szatnię Legii dzielił z wieloma bardzo dobrymi zawodnikami. Na papierze „Wojskowi” mieli wówczas wszystko, by seryjnie wygrywać ligę. Sęk w tym, że Wisła z reguły miała odrobinę więcej. Dla Legii, która przeważnie oglądała plecy „Białej Gwiazdy”, bezpośrednie starcia były szansą na udowodnienie swoje prawdziwej siły nie tylko największemu rywalowi, ale wręcz całej piłkarskiej Polsce. – Był takie okres, że w Legii mieliśmy bardzo dobry skład, wygrywaliśmy praktycznie każdy mecz, ale Wisła i tak dominowała w rozgrywkach. Wystarczyły dwa potknięcia, a już zostawaliśmy tylko z wicemistrzostwem. Przed meczami z Wisłą czuliśmy zawsze większą presję i przygotowywaliśmy się do nich szczególnie. Wyniki 4:1, w meczu, w którym strzeliłem bramkę, czy 5:1 może nie dawały nam mistrzostwa, ale pokazują sprężarkę, jaka była w szatni – kontynuuje były piłkarz obu klubów.

W meczach Wisły z Legia nigdy nie brakowało też innych, niż w przypadku Surmy podtekstów. Zawodnicy spotykali się chociażby na zgrupowaniach reprezentacji Polski, a tam ligowa rywalizacja kręciła się wokół prywatnych „porachunków”. – Wszystkie mecze z Legią miały jakieś podteksty. Pamiętam, że kiedyś spotkaliśmy się z Arturem Borucem na zgrupowaniu reprezentacji, a cztery dni później graliśmy mecz w Warszawie. Założyliśmy się wtedy o piwo, że strzelę mu bramkę no i udało mi się. Mnie ogólnie drużyna z Warszawy leżała. Grając czy to w Wiśle, czy w ŁKS-ie, parę bramek im strzeliłem – opowiada Tomasz Kłos.

Były obrońca Wisły zwraca też uwagę na towarzyszącą spotkaniu otoczkę, która bardzo poprawiła się wraz z rozwojem infrastruktury stadionowej. Dziś mecze Legii z Wisłą w obrazku wyglądają dużo lepiej niż kilkanaście lat temu. Gorzej jest za to na boisku. – Do dzisiaj żałuję, że nie mogliśmy grać na takich stadionach, jakie są dzisiaj. Na Legii w niedzielę pewnie będzie komplet widzów, a taka atmosfera robi bardzo dużo. Dzisiejsze hity często jednak rozczarowują. Nie ujmując nikomu, uważam, że dzisiaj nie ma takich drużyn, jak wtedy.

I w gruncie rzeczy ciężko się z Kłosem nie zgodzić. Wisła jest dziś zupełnie inną Wisłą, niż piętnaście lat temu. „Biała Gwiazda” nie sieje już postrachu wśród ligowych rywali, a z „Wojskowymi” nie wygrała od 2013 roku. Legia? Zespół z sukcesami, którego największą siłą jest jednak słabość innych drużyn. Ale mimo to bezpośrednie starcie tych zespołów nadal budzi sporo emocji. Hit, nawet jeśli w ostatnich latach stał się mocno wyblakły, nadal pozostaje hitem. Emocjonującym starciem dwóch światów, którym w gruncie rzeczy cały czas przyświeca ten sam cel. Zapewnić swojemu miastu prestiż.

Fot. 400mm.pl