Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI
Weszło

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

Ile było śmiechu tu i ówdzie, gdy Michał Probierz na konferencji prasowej zaprezentował swoje zdolności ogrodnicze. Przyniósł doniczkę, zasadził ziarno, zasypał, potem skwitował to:

– Może za pięć minut coś wyrośnie. 

Krótka, celna szpilka w cały trend obserwowany na polskich boiskach, w cały festiwal niecierpliwości. 

Ile było śmiechu, że Cracovia z Probierzem za sterami z miejsca nie wygrywa tak jak zeszłoroczna Jagiellonia. Przecież Probierz taki podobno dobry, tyle dostał władzy nad konstruowaniem kadry i lipa! I jakkolwiek długo byłem za tym, by uznać Pasy za rozczarowanie jesieni, tak teraz jestem bliższy zdania, że sam dałem się złapać na rozpowszechniony idiotyzm. To nie Championship Manager. Nie ma ani Taribo Westa za darmo, ani taktyki „diablo”, ani zgrania i zrozumienia od momentu podpisania kontraktu. Postęp wymaga czasu, tak jak to ilustrował na doniczce Probierz.

I postęp jest. W dodatku imponujący. Zapytajcie w Nowym Sączu kiedy lepiej być w formie – czy na początku sezonu, czy wiosną.

Screen Shot 03-15-18 at 01.14 PM

Źródło: 90minut.pl

Michałowi Probierzowi przyprawiono w polskiej lidze gębę – d0łożył do tego swoje trzy grosze, może nawet trzy złote, ale ostateczne szlify były poza nim. Nikt nie odmawia mu charyzmy, ale wielu tę charyzmę rozumie jako bufonadę. Maskę krzykacza. Nieustające szarpaniny z arbitrami dorobiły się takiej grafiki:

18485868_10155286845214770_1533708348424841333_n

Wielką krzywdę zrobił sam sobie Probierz tym ciągłym nadawaniem na arbitrów. Sami wskazaliśmy kiedyś, że jego pretensje są nieuzasadnione, bo taki jest futbol i arbitrzy szkodzą to tu, to tam. Był sezon, gdzie w naszej „niewydrukowanej tabeli” faktycznie Jaga dostawała po tyłku, ale później to się skończyło i najbardziej krzywdzeni byli inni, a Probierz wciąż nadawał na tych samych falach. Ale tu też zmienia podejście, w wywiadzie Pawła Wilkowicza powiedział, że analizując na spokojnie zauważył, że pewnych rzeczy wyraźnie z boku nie widać, ale niesiony emocjami człowiek robił z siebie debila.

Dlatego jest w tym też wina Probierza, ale mam graniczące z pewnością przekonanie, że ludzie za często skupiają się na tym w jaki sposób Probierz coś mówi, a nie co faktycznie mówi. I znowu jest – o, ale ten Probierz się wygłupia! Cały Probierz, ciągle ma o coś problem!

A co faktycznie mówi?

Osławiona konferencja z doniczką, którą najlepiej puentuje aktualna wiosna Cracovii, miała więcej tematów, których nie da się wyśmiać. Probierz od lat walczy o to, by doceniano polskich trenerów. Dlatego dał Bergowi słownik języka polskiego – coś w tym złego? „Bjelica to fajny gość. Ale jakby Probierz przegrał w finale PP a potem odpadł w pucharach, to by go za jaja powiesili” – nie ma racji? Moim zdaniem ma. Tak samo pewnie myśli Mamrot, sądząc po tym, co mi powiedział w wywiadzie:

„Nie ma pan wrażenia, że trener, który wyrobi sobie markę na trudnym pierwszoligowym terenie, w Ekstraklasie zawsze jest obdarzony dużo mniejszym zaufaniem początkowym niż ktokolwiek kto przychodzi zza granicy?

Nie mam wrażenia, tylko jestem o tym przekonany. Tak po prostu jest, w stu procentach się pod tym podpisuję. Fajnie, że trafiłem do Jagiellonii, bo tutaj od początku miałem poparcie prezesa Kuleszy, ale sytuacja jest taka, że gdzie indziej po trzech meczach bez zwycięstwa usłyszałbym pewnie, że jestem słaby, nie nadaję się i powinienem wracać do pierwszej ligi.”

Aż przypomina się jak Piotrek Kuklis, który usłyszawszy to samo od Beenhakkera co usłyszał wcześniej od Probierza – skupienie na detalach, futbol to najpierw proste sprawy, dokładne podanie, podczas gdy gol to dopiero dach, a od dachu budowy nie zaczynasz – posłuchał dopiero Beenhakkera.

Po ilustracji z doniczką Probierz opowiadał o losie wielu polskich trenerów, tych pracujących z młodzieżą, tych parających się piłką w niższych ligach. Chłopaki są pełni pasji. Nieskażeni nawykami sprzed wielu dekad, gdy polski trener pokazywał 4-4-2 na kieliszkach żołądkowej. Często łapią się kilku fuch, żeby móc utrzymać jako taki byt. Znam trenerów z imponującymi wynikami w piłce juniorskiej, zatrudnionych w ekstraklasowych klubach, a którzy nie mogą skupić się tylko na tym, żeby szkolić.

I po takich osobach, które zasuwają na drugi etat po to, żeby w ogóle móc pracować na rzecz przyszłości polskiej piłki, jedzie się równo z trawą bo przecież powszechnie wiadomo, że polska myśl szkoleniowa to dno. Probierz wystąpił w ich obronie. W obronie szacunku dla szkoleniowców, nie tylko tych kręcących się na ligowej karuzeli, ale też tych u samego dołu. Gdzie moim zdaniem nie będzie w Polsce rewolucji jeśli chodzi o szkolenie, dopóki trenerzy młodzieży nie będą mogli działać na pełny etat. Jeśli jedną nogą są na boisku, a drugą w Żabce, w fabryce, w warsztacie samochodowym, pod co muszą konstruować cały plan, to my bawimy się w szkolenie, podczas gdy nie tylko bogatsze zachodnie kraje, ale również te z ambicjami ze wschodu, wprowadzają takie standardy na porządku dziennym.

Albo wtedy gdy przyszedł w różowych okularach na konferencję. Znowu celny strzał, choć znowu wielu miało go za kompletnego czuba. A co powiedział?

„Chodzi o to, by polska piłka przejrzała na oczy. Jeśli chodzi o pucharowiczów… Śmiejemy się z zespołów, które ograły naszych. Wszyscy śmiejemy się z Azerbejdżanu, Kazachstanu, wcześniej z Macedonii. A kto przejechał się do tych krajów, by zobaczyć, jakie mają warunki do treningów i jakie środki pompują w kluby. Dlatego będę bronił naszych. Czas najwyższy, byśmy wstrząsnęli polską piłką, powiedzieli prawdę o tym, jak funkcjonuje. Wiele klubów nie ma nawet bazy treningowej. Potrafimy tylko szydzić, jesteśmy mistrzami hejtu. A gdzie debata?”

Nie ma racji? Ma. Jesteśmy mistrzami w pompowaniu balona Ekstraklasy, sam się na tym łapię. A potem przychodzi co do czego i jesteśmy – ni mniej ni więcej – w dupie. „W Polsce panuje partyzantka, działamy na fikcji” – dokładnie o to chodzi. Szlachetna fikcja, jak wtedy, gdy Anglicy nie mierzyli się z zespołami z kontynentu, bo przecież po co – i tak są najlepsi. A potem mieli takie mecze, jak porażka z amatorami z USA.

Kluczowy fragment, akurat ze starej rozmowy Tomka Ćwiąkały, ale wciąż aktualny.

„By ocenić czyjąś pracę w konkretnych okolicznościach, trzeba poznać cały kontekst. Ale proszę nie odbierać tego jako atak, bo wiem, że wielu tak traktuje moje wypowiedzi.

Sam pan sobie wypracował taki styl.

W Polsce nie lubi się osób, które potrafią odpowiedzieć. Wolimy spokorniałych. Czytam wiele wywiadów i widzę, że odbiór jest fajny, kiedy ktoś niby coś mówi, ale nie mówi nic.”

Słynna, obśmiewana w kółko wypowiedź o lotnisku? Można się spierać, ale nie jest budowana na wodzie.

„Jak Guardiola raz pojechał sześć godzin na mecz Ligi Mistrzów z Interem i przegrał 1:3, to było wielkie halo, a gdy ja mówię, że jedziemy do Krakowa dziewięć godzin, to jest śmiech na sali. O to mi chodzi. O niuanse, które budują całość. Nasze drogi się poprawiły, ale często gdy chcemy zrobić porządną regenerację, to – zakładając, że czeka nas osiem godzin w autobusie – trzeba improwizować. Piętnaście lat temu mówiłem w Canal+, że bez baz niczego nie osiągniemy i dziś mówię to samo. „

Zawsze na cały futbol rzutuje reprezentacja. My mamy aktualnie najlepszą od wielu dekad. Jest kluczowe, by nie patrzeć przez jej pryzmat na całą resztę. Kapitalną opinię słyszałem o absencji reprezentacji Włoch w Rosji. Największą szkodę wyrządziło im… mistrzostwo w 2006. Oczywiście wspaniały sukces, oczywiście gdy jakikolwiek Włoch mógł cofnąć się w czasie, nic by tu nie zmieniał. Ale już wtedy piłkarskie Włochy miały wielkie problemy, wymagały gruntownej przebudowy. Ale tytuł ich uśpił. Skoro wygraliśmy, wszystko jest dobrze, prawda?

Nieprawda.

I w naszym przypadku też nieprawda, nawet większa. Nad całym naszym futbolem unosi się cień Lewandowskiego. Jego sukcesami i wielkością łatwo się zachłysnąć, ale to najgorsze, co można zrobić. Potrzebni są ci, którzy chodzą i walą w bęben. I choć były sytuacje, które Probierz mógł rozegrać lepiej, tak nigdy nie będę miał do niego pretensji o to, że w bęben walił – dajmy na to – za głośno. Używanie barwnych metafor dla ilustrowania problemów polskiej piłki sprawia, że o jego metaforach się mówi, więc też ma nie tylko sens, ale i spryt.

Rozumiem, że w klubach, które rywalizowały z drużynami Probierza nie muszą go lubić. Rozumiem, że czasem powiedział o dwa słowa za dużo w kierunku przeciwników. Ale być może w polskiej piłce jest za dużo cackania się ze sobą, utwierdzania w przekonaniu, że jest całkiem nieźle – sam mogę mieć do siebie o to pretensje, na fali optymizmu zdarzyło mi się popełnić takie teksty. Teksty podkopujące motywację do rozwoju.

Probierz nie próbuje wciskać kitu, że z polską piłką jest całkiem nieźle. Jest nieustannie stanem polskiej piłki wkurwiony. I nawet największy przeciwnik, jak chłodno przeanalizuje wiele z jego tez, przyzna:

Może Probierz mnie denerwuje, może nawet czasem mnie wpienił, ale Probierz to na pewno nie jest nalepka na jabola. W wielu fundamentalnych sprawach ma rację.

Leszek Milewski