Są wszędzie, ale tak naprawdę nie istnieją. Poznajcie „Ludzi znikąd”
Anglia

Są wszędzie, ale tak naprawdę nie istnieją. Poznajcie „Ludzi znikąd”

Przez kilkanaście miesięcy podążał za skautami krok w krok. Jego mentorem w tym specyficznym świecie, w którym każdy żyje marzeniami, został Mel Johnson, były pracownik m.in. Liverpoolu czy Tottenhamu. Poznał ludzi, którzy gotowi są pracować nad meczowym raportem przez siedem godzin za marne cztery funty, cenę szczęścia rodzinnego i jakiegokolwiek poczucia stabilizacji. Ludzi, którzy odkrywają zawodników sprzedawanych za dziesiątki milionów, a sami często nie otrzymują za to żadnej zapłaty.  Siadajcie głęboko w fotelach i łapcie wywiad z Michaelem Calvinem, autorem książki „Ludzie znikąd”, która pokazuje, jak od środka wygląda jeden z najbardziej niedocenianych zawodów w Wielkiej Brytanii. Zawód piłkarskiego skauta.

ludzie-znikad-okladka-front_1500px

Co sprawiło, że to właśnie skautom poświęcił pan swoją drugą – po zajrzeniu za kulisy Milwall – książkę?

Jeśli spojrzy pan na nowoczesną piłkę nożną, jest ona niesamowicie eksponowana. Można powiedzieć, że wiemy, jak funkcjonuje cały system, jak rozwijają się zawodnicy. Jedyne, czego nie wiemy, to jak zostają odnalezieni. Urzekł mnie pewien tkwiący w tym romantyzm. W gościu, który idzie na boisko i znajduje tego jedynego. TEGO zawodnika. Coś jakby niebiosa się przed nim otwierały. No więc chciałem się dowiedzieć, kim są ci goście. To dziwny świat oparty na sprzeczności. Bo z jednej strony są sobie bardzo bliscy, podróżują razem, jedzą w tym samym McDonaldsie, widzą siebie nawzajem częściej niż widzą się ze swoimi małżonkami. Więc wydaje ci się, że są sobie niesamowicie bliscy. I są, ale jednocześnie zachowują dystans, nie mogą być w pełni szczerzy. Próbują zwieść ludzi, nakazać im myśleć, że nie są zainteresowani konkretnym zawodnikiem, podczas gdy w środku czują, że właśnie patrzą na perełkę. Często skauci wychodzą z meczu wcześniej, żeby nie dać po sobie poznać, że się kimś interesują. Ci najlepsi, gdy dostrzegą wyjątkowe zagranie, zdradzające duży potencjał, nigdy nie zapisują nic przez kilka-kilkanaście minut. Słyszał pan o Stanie Collymore?

Oczywiście. Dziś ekspert telewizyjny, kiedyś świetny piłkarz Premier League.

W książcę piszę o 74-letnim Johnie Griffinie, znanym jako „ten skaut”. Jedna z legend tej profesji.

Ktoś jak Pini Zahavi w świecie agentów.

Mniej więcej. Różni ich to, że Zahavi ma miliony na koncie, a Griffin nie ma nic. W każdym razie – miał akurat luźniejszy dzień, nie miał co robić i ktoś zarekomendował mu bramkarza. Wysokiego, mocno zbudowanego. Ale za każdym razem, kiedy go wcześniej widział, ten bramkarz popełniał błędy. Ale wolał być pewny, więc uznał: dobra, pójdę go obejrzeć ten jeden, ostatni raz. I wtedy zobaczył, jak Stan Collymore wybiega na boisko, jak pierwszy raz kopnął piłkę. On już wtedy wiedział, że to The Player. TEN zawodnik. Nie wiem jak to zrobił, dla mnie to coś z pogranicza mistycyzmu, ale on to wiedział. Wiedział, że Collymore będzie świetnym piłkarzem. Co zrobił? Obejrzał go przez dziesięć minut, po czym wyszedł. Zrobił to, bo wiedział, że inni skauci obserwowali go i że jeśli wyjdzie po tak krótkim czasie, da im sygnał, że nie jest nikim zainteresowany. Skaut musi potrafić stwarzać pozory.

Szanują się, ale mimo to nieustannie jeden drugiego zwodzi.

Dokładnie. Często widzi się, jak rozmawiają zasłaniając usta…

Tak jak zawodnicy, od kiedy oko kamery stało się czujne na ich słowa.

Dokładnie. Nie wiem, jak pan, ale ja tego nienawidzę. Kiedy kamera łapie zawodnika, a on zasłania usta i coś mamrocze.

Po lekturze „Ludzi znikąd” nie mogę nie spytać – jest na świecie jakaś posada mniej stabilna od posady skauta w klubie piłkarskim?

Gdy zwalniany jest menedżer, zwykle dostaje w pakiecie wielką beczkę na kółkach, z którą wjeżdża do klubu, wypychają mu ją pieniędzmi, po czym wyjeżdża z klubu. Kompensacja dla menedżerów, którzy zawiedli, jest niezwykle wysoka, szczególnie w Premier League. Brendan Rodgers, kiedy odszedł z Liverpoolu, dostał siedem milionów funtów. Skauci nie dostają nic. Zaczynają z niczym i kończą z niczym.

Co w takim razie przyciąga tych ludzi do takiej pracy?

W piłce rządzonej przez pieniądze, ci ludzie są prawdopodobnie ostatnimi romantykami. Nie robią tego, by się dorobić. Garstka ma umowy o pracę na pełen etat, ale i tak nie zarabiają nawet w części tak dobrze jak zawodnicy, których transfery przygotowywali. Klub, gdy dzięki ich pracy odsprzeda takiego piłkarza, zarobi 10 milionów funtów. Oni nic z tego nie mają.

Czy skauci pana zdaniem mają szansę na normalne życie rodzinne?

Mam nadzieję, bo mój syn jest skautem Norwich City. (śmiech) Nie tylko na Wielką Brytanię, ale i Europę, skautował też Polskę. Liczę na to, że będzie mieć normalne życie rodzinne, choć wiem, że to trudne. W Lincoln City jest teraz taki młody, ambitny trener Danny Cowley. Ostatnio powiedział mi, że czasami przez piłkę zapomina, że ma dzieci. Że znajduje się w swego rodzaju „futbolowej mgle”. „To irracjonalne, ale tylko o tym myślę”. Dobrze znaleźć pracę, którą się kocha, bo wtedy przestaje być pracą. Ale to nie ułatwia rozgraniczenia obowiązków i życia prywatnego.

W książce pisze pan o kwotach, które dostają skauci za polecenie zawodnika, który później ląduje w akademii. To śmieszne pieniądze w warunkach, w jakich dziś operuje Premier League. Sto, może dwieście funtów.

Podałem tam przykład Shauna O’Connora z Arsenalu, który pewnego razu sędziował mecz drużyn do lat dziewięciu i zobaczył na skrzydle w jednej z drużyn szybkiego, silnego, ale i perfidnego chłopaka, który nigdy nie cofał nogi, gdy atakował piłkę. Zasadniczo podkradł tego chłopaka Luton i zabrał go do Arsenalu. Tym chłopakiem był Jack Wilshere. Można dziś mówić, że Jack nie spełnił swojego potencjału w pełni, bo był trapiony przez kontuzje. Ale to prawdziwy, czysty talent. Miał w sobie ten pierwiastek bezczelności, który w futbolu jest niezbędny. No więc O’Connor sprowadził go do Arsenalu. Chłopaka, który na dzisiejszym rynku byłby wyceniony pewnie na 40-50 milionów funtów, gdyby nie wygasający za moment kontrakt. Mimo wszystko wartego wiele milionów. Shaun dostał za ściągnięcie go do Arsenalu 125 funtów. Klub może na nim zarobić kilkadziesiąt milionów funtów, człowiek, który wykonał całą robotę i sprawił, że Arsenal ma Wilshere’a u siebie, dostał 125 funtów. To pokazuje, jak niesprawiedliwy jest system. Goście, którzy poświęcili piłce swoje życia, nie dostają od tej gry za wiele z powrotem. Shaun ma to szczęście, że pracuje teraz na pełny etat, że odbudowuje młodzieżowe struktury w Arsenalu, ale zdecydowana większość dostaje marne grosze albo wręcz nie zarabia na tym nic.

Spotkał pan wielu ludzi, którzy mają wręcz problem, by żyć na znośnym poziomie. Pisał o Stevie Jonesie, którego żona była fryzjerką i to ona utrzymywała rodzinę, bo on dostawał marne grosze, 25 pensów za każdy przejechany, by zobaczyć zawodnika kilometr. Nie trąci to wręcz naiwnym romantyzmem?

Steve to świetny przykład. On czuje, że ma talent i marzy o tym, by zostać topowym skautem. Więc goni za tym marzeniem przez cały czas. Życie bywa dla niego okrutne. W Hull pewnego dnia usłyszał, że po prostu nie będą mu płacić. Dalej robił swoje, ale nie dostawał za to żadnych pieniędzy. Miał niezłą pracę w Leicester, ale przyszedł nowy menedżer i usłyszał, że może zostać, ale będzie od teraz zarabiać 50 funtów tygodniowo. Poszedłem z nim na mecz, kiedy można powiedzieć, że spędził siedem godzin pracując. Obejrzał mecz, pojechał do domu, napisał raport na 700 słów i dostał za to cztery funty. Bo mecz odbywał się 8 kilometrów od jego domu, co dało 16 kilometrów do przejechania po 25 pensów za kilometr. Gdyby nie znalazł darmowego miejsca parkingowego, byłby na minusie.

Jak to możliwe, że są ludzie, którzy godzą się na takie warunki?

Dostrzegłem w jego postawie coś heroicznego, ale też desperację. Teraz Steve jest w Milwall, daje sobie radę, więc można powiedzieć, że dostał swoją nagrodę. Wrócę jeszcze do pana pierwszego pytania. Właśnie dlatego chciałem napisać tę książkę, by ludzie wiedzieli, kim są skauci, dlaczego robią to, co robią i co szczególnego jest w pracy, jaką wykonują.

Pan pokazał ich jako fajnych gości. Różnych, ale bardzo ludzkich.

Oczywiście, każdy z nich ma swoje wady, daleko im do ideałów. Wielu pewnie sprzedałoby własną babkę w zamian za dobrego zawodnika. Ale jako grupę ludzi, bardzo ich szanuję. Nazwałem ich „ludźmi znikąd”, bo są wszędzie, na całym świecie, w całej Anglii. Ale tak naprawdę nie istnieją. Nie w ludzkiej świadomości.

Mnie na myśl przychodzi jeden, o którym w ostatnich latach było szczególnie głośno. Młody Ben Wrigglesworth, którego Arsenal podkupił z Leicester, ten podobno odpowiedzialny za odkrycie dla Lisów Riyada Mahreza i N’Golo Kante.

Ben jest ciekawą postacią, bo należy do tego nowego nurtu analityków. Z drugiej strony są ci starzy skauci, którzy przychodzą na boiska w kaszkietach, notują na odwrocie paczki fajek i nie wiedzą, jak używać maila. Ale w erze komputerów, programów analitycznych, ich umiejętności nie wystarczają, by mogli pracować sami. Moim zdaniem najlepsza jest współpraca ortodoksyjnych skautów z tymi bardziej nowoczesnymi. Parę klubów wpadło w pułapkę pod tytułem „okej, teraz będziemy miec tylko analityków”. Fulham jest tego najlepszym przykładem. To nie działa.

W swoich książkach – nie tylko w „Ludziach znikąd” – pokazuje pan, jak brutalny może być świat piłki dla człowieka. Skauta, menedżera, piłkarza.

Ważne, żeby ludzie to rozumieli. Każdy element gry jest teraz analizowany, rozbierany na części pierwsze. Do tego stopnia, że czasami zapominamy, że mamy do czynienia z ludźmi z krwi i kości. Mam nadzieję, że te książki sprawią, że część ludzi postawi się na miejscu tego przykładowego Steve’a Jonesa. Człowieka, który napędza tę grę, a jednocześnie tego żołnierza z karabinem na ramieniu, który przyjmie pierwszą kulkę. Piłka nożna to biznes napędzany przez ludzi, który jednocześnie wielu z tych ludzi bardzo źle traktuje. Czy powinien? Nie. Czy przestanie? Nie.

Co pana zdaniem odróżnia skauta dobrego od skauta wybitnego?

Instynkt. Są techniczne i taktyczne aspekty, które każdy dostrzeże. Jak chłopak przyjmuje piłkę, jak podaje. Ale nikt nie jest w stanie stworzyć algorytmu, co się dzieje wewnątrz czyjejś głowy. Myślę, że w tym kierunku pójdzie skauting – w kierunku psychoanalizy. Odpowiadając jeszcze na pana pytanie – bardzo ważne jest też „trenerskie oko”. Ci ludzie oglądają tysiące meczów, czasami przekona ich drobnostka – to, jak zawodnik uderza piłkę zewnętrzną częścią stopy, jak komunikuje się z kolegami, czy napędza cały zespół. Kiedyś jednemu ze skautów zaproponowano, by oglądał mecze w telewizji. Odpowiedział: w porządku, jeśli dacie mi telewizor szeroki na 60 metrów. Bo musze widzieć, jak zawodnik się porusza nie tylko, gdy jest przy piłce. Kto rozmawia z kim. Najlepsi skauci czują grę.

Skoro już do tego doszliśmy, niech mi pan powie, czego może nas nauczyć przykład Shane’a Battiera, przeciętnego – tak by się wydawało, patrząc wyłącznie na liczby – koszykarza NBA.

Jego przykład jest fascynujący. To ktoś, kogo nazywa się „człowiekiem-klejem”. Może nie być najlepszym strzelcem dystansowym, najlepszym zbierającym czy asystującym. Ale to on sprawia, że jego drużyny wygrywają. Wynika to z tego, że ktoś taki jak Battier gra swoim intelektem. Widzi, co się stanie na chwilę przed tym, nim to się dzieje. Jest w stanie zdusić zagrożenie w zarodku. A przy tym sprawia, że istnieje chemia w zespole. Wiemy doskonale, że nie trzeba wiele, by rozmontować szatnię. Czasami wystarczy do tego jedna osoba, która roztacza złą atmosferę. Skauci muszą to przewidywać nim ci goście zrobią krzywdę całej drużynie. Ale nawet jeśli wydaje ci się, że zrobiłeś wyczerpujący research odnośnie charakteru zawodnika, wciąż wiele rzeczy może pójść nie tak. Niedawno rozmawiałem z Joeyem Bartonem. Kiedy przyszedł do Burnley, Sean Dyche kazał mu zrobić test psychometryczny. Nie po to, by przeanalizować jego charakter, ale by zobaczyć, jak Barton się uczy. Jak należy mu podawać wiedzę. W tym kierunku zdaje się zmierzać futbol. Są kluby Premier League zatrudniające prywatnych detektywów, którzy mają dowiedzieć się, jakie są nawyki zawodnika, jak zachowuje się w różnych sytuacjach. No bo jeśli koniec końców masz zapłacić 75 milionów funtów za jakiegoś świra, to nie ma prawa wypalić.

Prekursorami tego byli skauci City, którzy oglądali Alexisa Sancheza w Udinese.

(śmiech) Udawali, że są kibicami, chcieli zobaczyć, jak zareaguje, gdy poproszą o autograf. W barze sprawdzali, czy zamawia piwo, czy może jednak kawę…

Ale wciąż daleko temu do dokładnego profilowania psychologicznego, do stwierdzenia, że ten zawodnik „zaskoczy” w konkretnym środowisku.

Tak naprawdę dopiero z czasem, gdy masz już piłkarza u siebie wyczuwasz, czy zawodnik będzie takim, o jakiego walczyłeś. W zeszłym tygodniu rozmawiałem z Paulem Clementem. Spytałem go, co definiuje idealnego zawodnika. Ciężka praca. Profesjonalizm. Dbanie o swój organizm. Ale powiedział, że to, co najważniejsze, to ciągłe nienasycenie. Dał mi świetny przykład z okresu, kiedy był w Realu, a „Królewscy” wygrali Ligę Mistrzów. Powiedział, że po meczu była euforia, piłkarze robili sobie zdjęcia z pucharem. Ale usłyszał też kilku graczy rozmawiających między sobą: „musimy znów wygrać ten puchar za rok”. Ci ludzie właśnie wygrali najważniejsze klubowe trofeum, nie da się w piłce wygrać nic większego, a jednak cały czas chcieli więcej i więcej. Clement mówił, że był tym zdumiony i że to jego zdaniem czyni zawodnika znakomitym.

Obsesja wygrywania, czyli coś, o czym zawsze mówi się w kontekście Cristiano Ronaldo.

Paul opowiadał mi, jak Ronaldo, gdy wracał z meczów pucharowych o trzeciej-czwartej nad ranem, od razu szedł do wanny z lodem. W domu ma własne centrum odnowy biologicznej z wanną z lodem, z basenem, z bieżnią. Mało tego, zawsze ciągnął ze sobą Pepe. Namawiał go: „zróbmy jeszcze to, zróbmy tamto”. Nie da się zaprzeczyć, że Ronaldo ma talent i ego wielkości Jowisza, ale jednocześnie napędza go chęć bycia najlepszym. To coś, co skauci mogą próbować dostrzec, ale co widoczne nie jest. Łatwo stwierdzić, kto jest liderem, kto jest najbardziej inteligentny na boisku, ale obsesji wygrywania, myślenia mistrza, nie da się tak łatwo zdefiniować.

A kluby taką wiedzą, że ktoś ma szczególnie silną ambicję, niechętnie się dzielą. W końcu dla nich korzystniej pozbyć się za dobre pieniądze zawodnika z wątpliwym nastawieniem.

Kluby to w ogóle dziwne twory. Te w Premier League mają więcej pieniędzy niż Bóg. Manchester City tak bardzo chce rządzić światem, że w samym Huddersfield ma więcej swoich skautów niż Huddersfield. Mają tysiące ludzi, którzy obserwują dla nich, są wszędzie. Wydają rocznie dwa miliony funtów na rekrutację dzieciaków w samym Londynie. To jest szaleństwo.

Książka została wydana w Anglii w 2013 roku i to, co uderza najmocniej z perspektywy czasu, to to, jak zmieniło się postrzeganie opisywanego w niej Davida Moyesa. Pan stworzył obraz niesamowicie pracowitego, zorganizowanego człowieka, który chwilę później stał się memem. Pewnie pan kojarzy obrazek z Moyesem za biurkiem na Old Trafford z podpisem „I have no idea what I’m doing”.

Przez jedenaście lat w Evertonie, Moyes stworzył swój własny model pełen drobnych detali, znakomicie funkcjonujący. Ale im dłużej przyglądam się pracy menedżerów, tym lepiej widzę, że pod względem wypalenia zawodowego są jak piłkarze. Guardiola powiedział, że w wieku 50 lat pewnie nie będzie już menedżerem, tak ogromna jest presja. To, co stało się z Moyesem w Manchesterze United, to było zabicie postaci, jaką był do tej pory. Cieszę się, że moja książka pokazuje, jaki był nim to wszystko się stało. Nim stał się pewnego rodzaju pośmiewiskiem. Jeśli jeszcze teraz spadnie z West Hamem, będzie skończony. To, co mi w nim imponowało, to rygor, jaki zaprowadzał. Problem w tym, że kluby stały się leniwe, tak upojone pieniędzmi, że nie chcą czekać, nie chcą obserwować, nie chcą być cierpliwe. Najświeższy przykład, to gdy Leroy Sane wypadł z kontuzją, Manchester City od razu ruszył z kilkudziesięcioma milionami funtów po Riyada Mahreza. Rozbiło to Leicester. Manchester United nie miał powodów, by kupować Alexisa Sancheza, bo nie pasował do ich systemu gry. Ale skoro miał pieniądze, to to zrobił.

Z kolei najczęściej wymienianym zawodnikiem w książce, określanym jako przeogromny talent, był Raheem Sterling. Miał pan okazję oglądać go jeszcze nim trafił do seniorskiej piłki?

Tak, widziałem go, gdy miał czternaście lat.

Widział pan w nim to, co wszyscy ci skauci, którzy tak się nad nim rozpływali?

Mógłby pan być eskimosem i nie wiedzieć nic o piłce nożnej, a i tak widząc go stwierdziłby pan, że to będzie znakomity piłkarz. Najciekawsze w przypadku Sterlinga jest jednak jego tło. Aby móc go oceniać, trzeba znać jego korzenie. Raheem dorastał w getcie na Jamajce, jego ojciec został zamordowany przez jeden z gangów, dorastał w jednej z najtrudniejszych dzielnic Londynu, w cieniu Wembley. Uratowała go dla świata jego matka, niesamowita kobieta. Dokonanie tego, czego on już dokonał, gdy jest się tak obciążonym przeszłością, jest wielkim osiągnięciem. Wkurza mnie, gdy ludzie umniejszają jego dokonań, gdy piszą w social media obrzydliwe rzeczy na jego temat.

Po Euro 2016 został kozłem ofiarnym, szczególnie po umieszczeniu w sieci zdjęć z jego domu.

W dodatku zrobił to jeden z jego przyjaciół. To było obrzydliwe. Wracając do Sterlinga i jego rozwoju – gdy był w Queens Park Rangers, zanim trafił do Liverpoolu, trenował go stary trener Tom Walley.  Typowy sierżant major, zdolny uderzyć zawodnika, który się go nie słuchał. Nikt nie wiedział jeszcze wtedy, jaki jest Sterling. Tom zrobił mu test – kazał mu wykonywać 300-metrowe sprinty od punktu do punktu na polu za swoim domem. Sterling wykonał cztery czy pięć takich sprintów i upadł wyczerpany na ziemię. Tom podszedł do niego i zaczął trącać go stopą. „Wstawaj! Dawaj dalej! Biegnij!”. Dzieciak już się nie poddał, biegał w te i wewte. Wtedy Tom już wiedział, że ten dzieciak ma charakter. Tamto pole za domem Toma było trenerem mentalnym Sterlinga. Wtedy zobaczył, że może wszystko. Ale też, że w życiu nic nie przychodzi łatwo.

Historie, które opisuje pan w książkach mógłby pan opisywać w setkach osobnych artykułów. Dlaczego więc książka?

Wywiady w dzisiejszych czasach są niesamowicie fałszywe. W książce omijam cały ten system, w którym na karku siedzi ci oficer prasowy i mówi, że tego cytatu nie mogę użyć, ten mam napisać tak, a tutaj mam wspomnieć coś o sponsorze. To nie daje nic samym zawodnikom, bo nikt nie poznaje ich takimi, jakimi faktycznie są. Rozmawiałem z paroma piłkarzami osobiście na tyle długo, by zobaczyć, że to fantastyczni ludzie. A jednak gdy rozmawiamy w klubie, ich wypowiedzi są płytkie. Niewiele warte.

To nie dziennikarstwo, to robienie PR-u.

To cyrk. Teatr. I to uderza w piłkarzy i trenerów. W „Living on a Volcano” rozmawiałem z menedżerami szczerze o pracy w futbolu. Pytałem ich, dlaczego możemy swobodnie gadać o tym wszystkim, o złych i dobrych aspektach, a nie mogą o tym mówić na konferencjach prasowych. Jeden z nich spytał mnie: po co? Powiem coś szczerze i przez trzy dni będę tym cytatem atakowany z nagłówków. W książce patrzysz pod skorupę. To nie bajeczki dla dzieci, tylko prawdziwe historie. Często trudne. Te formułki z konferencji, wywiady nadzorowane przez oficerów prasowych, one uwłaczają kibicowi, czytelnikowi. Robią z niego głupka, którym on zwykle nie jest.

Skautów, których pan poznał, najbardziej boli płaca w tym zawodzie? Brak czasu dla rodziny? Uznania dla ich pracy? Czy jeszcze co innego?

Brak poszanowania dla ich pracy ze strony ich szefów. Gdy przychodzą do menedżera i wskazują mu zawodnika, na którego obserwowanie poświęcili sporo czasu, a na końcu przychodzi agent, wciska swojego piłkarza i cala robota idzie do kosza. To tak jak mieć złego brata i pójść z nim na plażę. Budujesz zamek, on przychodzi i go niszczy. Odbudowujesz go, robisz jeszcze piękniejszy. A on znów przychodzi i znów go rozwala. Ale budujesz jeszcze raz. I jeszcze raz. Bo w końcu trafisz na zawodnika, który będzie kiedyś błyszczeć w pierwszym zespole i będziesz mógł powiedzieć: „to moja robota”.

Czyli skauci są w gruncie rzeczy próżni, taka możliwość przechwalania się odkryciami ich napędza?

Tak jest. Najlepszym przykładem jest chyba Raheem Sterling. W chwili, kiedy stał się gwiazdą Liverpoolu, każdy, naprawdę każdy skaut wychodził przed szereg i mówił: to ja go znalazłem. Ja wiem, kto faktycznie go odkrył. Mark Anderson, obecnie pracujący w Manchesterze United. Swoją drogą sam proces ściągnięcia Sterlinga na Anfield też jest bardzo ciekawy. Raheem był już na Craven Cottage i miał podpisać kontrakt z Fulham. Przyszedł po niego jednak członek jego rodziny, któremu powiedziano, że w Liverpoolu zarobi zdecydowanie więcej. Nie nazwałbym tego łapówką, ale tak działa rynek. Trzeba być czujnym do samego końca.

Odnośnie przechwalania się, urzekła mnie historia Gary’ego Penrice’a i jego segregatorów, w których miał reporty o Hazardzie, Davidzie Luizie, Varanie, Ozilu. Jego pracodawcy nie ściągnęli żadnego z nich, ale on był zadowolony. Bo wystawił im najwyższe oceny, gdy nikt o nich nie słyszał, a potem widział, że miał rację. 

To ma w sobie coś z bycia fanem, czyż nie? Ego odgrywa tu ogromną rolę. Gary jest obecnie dyrektorem sportowym w QPR, gdzie pracuje teraz też mój mentor podczas pisania „Ludzi znikąd”, Mel Johnson. Mel jest kolejnym przykładem na takie podejście. W domu ma podwójny garaż, w który nie stoją samochody czy narzędzia, ale programy meczowe, raporty. Skauci są jak trainspotterzy, którzy stoją na peronie tylko po to, by spisać numery kolejnego pociągu. Mel czasami idzie do garażu, wraca do któregoś sezonu, przegląda te papiery i wspomina, jak radzili sobie zawodnicy, których kiedyś obserwował. Mówił, że uwielbia te sentymentalne podróże. Dla Johna Griffina z kolei najpiękniejszym momentem był ten, kiedy na oficjalnej kolacji Stan Collymore przecisnął się z jednego kąta sali w drugi tylko po to, by go uściskać i podziękować. To właśnie jest ten romantyzm, który sprawia, że ci ludzie tak kochają to, co robią.

Widzi pan dla tych romantyków, ludzi zapisujących notatki na paczce papierosów, przyszłość w nowoczesnym futbolu?

Oczywiście, że tak. Jestem dużym fanem baseballu. Tam analityka jest posunięta bardzo daleko, jest bardzo wyszukana, plan meczowy jest rozpisywany w opasłych księgach. Mój ulubiony klub to Chicago Cubs. Ich menedżer Joe Maddon mówił ostatnio na konferencji dla klubów Premier League, że skoro w MLB wszyscy mają bardzo dokładne dane i zespół analityków, którzy robią z nich użytek, to jak w takich warunkach wypracować przewagę? Tylko dzięki czynnikowi ludzkiemu. Tylko dzięki osobom, jakie się zatrudnia. Zawodnikom, sztabowi, skautom. Cubs mają tzw. geek department, ale mają też kilkudziesięciu skautów na całym świecie, którzy oglądają zawodników, rozmawiają z nimi, z ich przyjaciółmi, ich trenerami, nauczycielami. John użył na tej konferencji sformułowania, które bardzo mi się spodobało w kontekście sportu tak mocno atakowanego przez technologię, analizy, statystyki. „Nie wolno nam zapomnieć o biciu serca”.

Rozmawiał SZYMON PODSTUFKA

KOMENTARZE (6)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Szaweł Littletailor wyjaśnia i rozlicza oponentów
Pogranicze Półświatka

ale szyi jak nie było, tak nie ma

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

YNWA

Talk well 😉

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Kunta Kinte
Wybrzeże Klatki Schodowej

Dzięki za coś ciekawego do poczytania…

wpDiscuz