Zjazd gwiazd. Co się stało z najlepszą piątką rankingu ATP?
Inne sporty

Zjazd gwiazd. Co się stało z najlepszą piątką rankingu ATP?

Czy możemy sobie wyobrazić sytuację, w której pięć najmocniejszych ekip klubowych – powiedzmy Real, Barcelona, Bayern, Juventus i Manchester City – nagle zalicza równie spektakularny zjazd i kompletnie przestaje się liczyć? Umówmy się: raczej science – fiction. A dokładnie z taką sytuacją mamy do czynienia w męskim tenisie. Co się stało z graczami, którzy jeszcze rok temu dominowali w rankingu?

Ranking najlepszych tenisistów na świecie równo rok temu wyglądał tak:

  1. Andy Murray
  2. Novak Djoković
  3. Stan Wawrinka
  4. Milos Raonić
  5. Kei Nishikori

Dziś czołówka listy wygląda kompletnie inaczej. Ale nie to jest najciekawsze. Najbardziej zaskakuje fakt, że cała wymieniona piątka zaliczyła w ciągu 12 miesięcy spektakularny zjazd. Najmniej stracił Wawrinka, który w najnowszym notowaniu jest na jedenastym miejscu, ale już w kolejnym będzie bliżej trzydziestego. Djoković stracił 11 pozycji, ale – podobnie jak Szwajcar – zaraz zaliczy kolejny spadek. Nishikori na dziś w stosunku do notowania z marca 2017 – minus 20 pozycji, Murray – minus 28, a Raonić – aż minus 34.

Jasne, spadki się zdarzają, nawet takie spektakularne. Ale sytuacja, w której taki zjazd zalicza solidarnie cała czołowa piątka, jest kompletnie szokująca.

Raz na pół wieku

Wróćmy do hipotetycznego scenariusza piłkarskiego. Jasne, dwa lata temu Leicester City pogodziło gigantów, zdobywając mistrzostwo Anglii. Oczywiście, raz na jakiś czas ktoś przełamie barcelońsko-madrycką dominację w Primera Division. I tak, wcale nie jest niewykonalne zdobycie tytułu we Włoszech i Niemczech przez kogoś innego niż Juventus i Bayern. Ale czy jest możliwe, że wszystkie wymienione wcześniej ekipy nagle się zatną, w dodatku nie tylko na swoim podwórku, ale także na europejskim? Sprawdziliśmy. Szukaliśmy sezonu, w którym żadna z pięciu wspomnianych ekip nie zdobyła tytułu, ani nie zaistniała w pucharach. Szukaliśmy głęboko. Bardzo głęboko. Kopaliśmy niczym zawodowi górnicy, aż się dokopaliśmy. Był taki sezon. Kiedy?

Cóż, w redakcji Weszło nie ma nikogo, kto miałby prawo to pamiętać. To był rok 1971, czyli jakby nie liczyć – prawie 50 lat temu! Mistrzostwo Hiszpanii wywalczyła wtedy Valencia (przed Barceloną), we Włoszech triumfował Inter, w Anglii – Arsenal, a w Niemczech – Borussia Moenchengladbach. Jakby tego było mało, w Pucharze Europy najlepszy okazał się Ajax, który w finale ograł Panathinaikos. Nawiasem mówiąc, do ćwierćfinału rozgrywek dotarła wówczas Legia Warszawa (odpadła po 2:2 w dwumeczu z Atletico). Później był jeszcze sezon 1982/83, kiedy z mistrzowskich tytułów cieszyli się piłkarze Bilbao, Romy, Liverpoolu i HSV. Nie możemy go jednak wziąć pod uwagę, bo Juventus dotarł do finału Pucharu Europy (0:1 z HSV). To tylko pokazuje, do jak zaskakującego scenariusza doszło w rozgrywkach ATP.

Murray – biodro

Andy Murray nie gra w tenisa od wakacji. Dotarł wtedy do ćwierćfinału Wimbledonu, w którym przegrał z Samem Querreyem. Wcześniej był półfinał Roland Garros (pięć setów z Wawrinką), półfinał w Barcelonie, zwycięstwo w Dubaju i ćwierćfinał w Australian Open. Bilans po Wimbledonie – 25-10, plus ponad 2 mln dolarów wygranych w pół roku. Całkiem solidnie.

Po londyńskiej imprezie musiał jednak odpuścić – kontuzja biodra robiła się zbyt poważna. Po kilku miesiącach leczenia, w styczniu Murray wreszcie zdecydował się na operację. Za wszelką cenę chce wrócić do gry.
Chciałbym, żeby moje dzieci mogły zobaczyć jak gram. Dzięki temu chociaż trochę by zrozumiały, czym zajmuje się tata – mówił. – Widzę wielu zawodników, którzy podróżują na turnieje razem ze swoimi dziećmi i bardzo mi się to podoba. Też bym tak chciał!

Na razie córki patrzą, że tata ciągle się leczy.

Djoković – łokieć

Novak Djoković, podobnie jak Murray, nie grał od połowy ubiegłego roku. Z powodu kontuzji łokcia poddał się na początku drugiego seta ćwierćfinału Wimbledonu z Tomasem Berdychem. Wcześniej zaliczył choćby sensacyjną porażkę z Denisem Istominem w 2. rundzie Australian Open (pierwsza w karierze porażka z graczem spoza pierwszej setki rankingu w turnieju wielkoszlemowym).

Dołożył finał w Rzymie, półfinał w Madrycie, ćwierćfinał w Roland Garros. Na początku sezonu wygrał w Dausze (w finale z Murrayem). Rok zakończył, podobnie jak Szkot, z wygranymi na poziomie 2 mln dolarów i bilansem 32-8.
W międzyczasie zwolnił trenera Mariana Vajdę i resztę teamu, sporo mówiło się też o problemach osobistych. Do gry wrócił w styczniu, docierając do 4. rundy Australian Open. Po długiej przerwie teraz zagrał w Indian Wells. Raczej krótko: w pierwszym meczu przegrał ze 109. w rankingu Taro Danielem w trzech setach. W decydującym – 1:6. Grał – jak na siebie – fatalnie. Popełnił aż 61 niewymuszonych błędów i w niczym nie przypominał znanej wcześniej maszyny.

Czułem się, jakbym grał pierwszy mecz w zawodowym tourze. Kompletnie straciłem rytm i wszystko inne. Nie czułem się dobrze, denerwowałem się. To był jeden z tych dni, w których nie jesteś w stanie znaleźć właściwego rytmu – mówił. A pytany o kontuzję łokcia, wyznał: – Wciąż toczy się walka w twojej głowie. Nie czujesz bólu, ale wciąż o tym myślisz.

Wawrinka – kolano

Stan Wawrinka poprzedni rok zaczął bardzo dobrze – od półfinału Australian Open (epickie pięć setów z Federerem). Potem były finały w Indian Wells i Roland Garros (szybkie lanie z Nadalem). No i wreszcie Wimbledon, który w ubiegłym roku był koszmarem czołowych graczy rankingu. Wawrinka miał walczyć o zwycięstwo, a wyleciał z turnieju już w pierwszej rundzie, po szokującej porażce z Daniłem Miedwiediewem (49. w rankingu). Szybko okazało się, że przyczyna leżała w kontuzjowanym kolanie. Szwajcar zrobił sobie przerwę, a w sierpniu przeszedł zabieg. Do końca roku na kortach już się nie pojawił (bilans 26-11, zarobione 2,8 mln).

Wrócił na Australian Open, ale lepiej o tym za wiele nie mówić. Przegrał w 2. rundzie z 97. w rankingu Sandgrenem. Słowo „przegrał” nie oddaje skali tej porażki tak, jak dokładny wynik: 2:6, 1:6, 4:6. Przypadek? Niestety, nie bardzo. W Sofii uległ 129. na liście WTA Basiciowi, w Rotterdamie, notowanemu 130 miejsc niżej Griekspoorowi. W Marsylii grał z Ilią Iwaszką (#193), przegrał pierwszą partię, w drugiej się poddał. Powód: kontuzja kolana…
Miał zagrać w Indian Wells, bronić 600 punktów za finał. Nie zameldował się. Lakoniczny komunikat brzmiał „Powrót po poważnej operacji jest skomplikowany”. To oznacza, że 11. miejsce w rankingu jest aktualne jeszcze tylko przez chwilę. Po odpisaniu Indian Wells Wawrinka zleci w okolice 25.

Raonić – udo i nadgarstek

Milos Raonić miał doskonały sezon 2016, osiągnął finał Wimbledonu i zakończył rok na trzecim miejscu w rankingu. W 2017 tak dobrze nie było. To był pierwszy rok w zawodowej karierze bez wygranego turnieju. Ale – w przeciwieństwie do wcześniej wymienianych zawodników – nie zakończył go na Wimbledonie. Choć jemu też kontuzje spędzały sen z powiek.

W Miami oddał walkowerem mecz trzeciej rundy z powodu urazu mięśnia uda. Wimbledonie dotarł do ćwierćfinału, gdzie przegrał z Federerem. Na początku sierpnia grał u siebie – w Montrealu, ale odpadł już w pierwszym meczu. Już wtedy skarżył się na ból nadgarstka, który ostatecznie wyeliminował go z udziału w US Open. Pod koniec sierpnia przeszedł zabieg usunięcia fragmentu kości.

Ten rok póki co ma fatalny. W trzech turniejach wygrał łącznie jeden mecz, z Taro Danielem, tym samym, który teraz ograł Djokovicia. Z gry eliminowali go zawodnicy notowani na 208., 86. i 51. miejscu. Odrobinę lepiej może będzie w Indian Wells. W pierwszej rundzie miał wolny los, w drugiej wygrał ze swoim rodakiem, Feliksem Augerem – Aliassime. Dziś wieczorem powalczy z Joao Sousą.

Nishikori – nadgarstek

Kei Nishikori też nie dokończył poprzedniego sezonu. Kontuzja nadgarstka wyeliminowała go na początku sierpnia. Wcześniej wyniki były przyzwoite, choć dalekie od najlepszych. Czwarta runda Australian Open (Federer), finał w Buenos Aires, ćwierćfinał w Indian Wells, Miami, Madrycie i Roland Garros, trzecia runda Wimbledonu, półfinał w Waszyngtonie. W sumie – 30 zwycięstw i 13 porażek.

W US Open nie mógł zagrać, w styczniu zrezygnował z udziału z kolejnego Wielkiego Szlema.

Moja rehabilitacja przebiega dobrze, ale nie jestem jeszcze w stu procentach gotowy do gry w pięciosetowych spotkaniach – ogłosił przed Australian Open. Zamiast w Australii zagrał w USA w dwóch challengerach. Wyniki? Mocno odmienne. W pierwszym wypadł z pierwszej rundzie. W drugim – wygrał, za co dostał 18 tysięcy dolarów, czyli sporo mniej niż zazwyczaj dostaje za pierwszą rundę dużego turnieju. Co dalej? W Nowym Jorku dotarł do półfinału, w Acapulco przegrał już na dzień dobry, a potem wycofał się z Indian Wells.

Byłem chory przez ponad tydzień, próbowałem wszystkiego, żeby poczuć się lepiej. Ale wciąż nie czuję się wystarczająco dobrze, żeby zagrać mecz. Jest mi bardzo przykro, bo uwielbiam ten turniej – ogłosił. Po odpisaniu 180 punktów za ubiegłoroczny ćwierćfinał, spadnie o kolejnych kilka miejsc, przez co straci rozstawienie w największych turniejach.

W czym tkwi problem?

Adam Romer, redaktor naczelny miesięcznika „Tenisklub” podkreśla, że problemy z kontuzjami czołowych graczy wynikają z nadmiernej eksploatacji.

Doskonały jest tu przykład Federera, który potrafi odpowiednio zaplanować swoje starty i wciąż grać na najwyższym poziomie mimo 37 lat na karku – mówi. – To, co się dziś dzieje z Murrayem jest efektem końcówki sezonu 2016, kiedy szaleńczo gonił za pierwszym miejscem w rankingu. Djoković miał wiele problemów mentalnych i rodzinnych. Teraz ponosi też konsekwencje błędnych decyzji o zwolnieniu Beckera, a potem Vajdy.

Każdy z wymienionej piątki prezentuje zupełnie inny styl. Nishikori na przykład jest mniejszy od rywali, gra bardziej technicznie i kombinacyjnie.

On musi każdy mecz wybiegać. Bardzo szanuję jego decyzję o rezygnacji z Indian Wells. Przecież z automatu miałby drugą rundę i 25 tysięcy dolarów. Ale on zdecydował, że woli spokojnie trenować – zauważa Romer. – Prawda jest taka, że Murray, Djoković, Wawrinka, Raonić i Nishikori po prostu się zajechali. Ale spodziewam się, że jeszcze ich zobaczymy bardzo wysoko w rankingu, choć raczej nie tak wysoko, jak rok temu. Ale na przykład taki Murray, kiedy tylko będzie w pełni zdrowy, szybko wróci do dziesiątki.

JAN CIOSEK

foto: newspix.pl

KOMENTARZE (7)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
beppe

Skoro w przykładzie z roku 1971 wspominacie Legię w ćwierćfinale PE, to w przykładzie z roku 1983 warto byłoby dla jego wzmocnienia dołożyć Widzew w półfinale tejże LE :)

Hivth

Dodajcie do tłumaczeń Djokovica notkę o dziwnym zbiegu okoliczności, gdy spadek formy i zjazd w rankingu zbiegł się z zaostrzeniem listy zakazanych środków 😉 To jest facet, który z człowieka oddychającego stopami po drugim secie w pół sezonu zamienił się w maszynę wyglądającą na świeżaka po 3,5h gry, nie dziwi więc efekt odwrotny po tych zmianach.

Tomek Jankowski
Amika

Raz na jakiś czas trzeba organizm wyczyścić :)

Ivann

No w przypadku City do daleko cofać się nie musieliście… Jak w ogóle można ich zaliczać do 5 najmocniejszych drużyn na kontynencie (nie licząc obecnej formy). Kogoś tu trochę poniosło.

kasztan

zakazali od 2016 meldonium i po sezonie wszystkim padły organizmy hmmmm

adrian92

W 1971 roku ani City, ani Bayern nie byli jeszcze takimi potęgami jak dziś. Ponadto futbol był znacznie bardziej wyrównany, kasa nie miała aż takiego znaczenia. Lepiej by tu wyglądało porównanie w ramach tej samej dyscypliny, ciekawe czy coś takiego już miało miejsce w tenisie.

izibet

http://gstyperzy.blogspot.nl/ – Polecam typy z tego bloga, gram z nimi od już ponad tygodnia i śmiało mogę polecić. Są uczciwi i trafiają codziennie. Kursy nawet ponad 100! robią zdjęcia kuponów i wklejają na bloga. Na dziś mają już kolejne kupony !xvvz

wpDiscuz