Ilu kozaków zimą sprowadziła Legia? Jednego na pewno
Weszło

Ilu kozaków zimą sprowadziła Legia? Jednego na pewno

Gdyby Romeo Jozak miał taki kaprys, to na najbliższy mecz z Wisłą Kraków mógłby wystawić jedenastkę stworzoną tylko z piłkarzy, którzy w kadrze klubu pojawili się zimą. Co prawda mocno wątpimy, czy drużyna z m.in. niedoświadczonym Łotyszem między słupkami oraz Iloskim, Kwietniewskim czy Najemskim z Białą Gwiazdą by wygrała, ale jedna rzecz wydaje się niemal pewna – najlepiej z piłkarzy Legii zaprezentowałby się William Remy. Ba! W całej ekstraklasie ciężko znaleźć nowego, który wprowadziłby się do ligi lepiej niż Francuz. 

Jasne, to od początku był transfer, który powinien wypalić. Remy stracił niemal cały rok 2017, trochę pokisił się w rezerwach Montpellier, ale wcześniej nastukał prawie 50 meczów w Ligue 1 i niemal dwa razy więcej na drugim poziomie rozgrywkowym. A jeszcze wcześniej uchodził za duży talent, grał w juniorskich reprezentacjach Francji i to nie bez sukcesów. Można było zakładać, że nie zapomniał, jak się kopie, a dzięki szybkiemu zakontraktowaniu uda się go należycie przygotować do pełnienia obowiązków.

Ale raczej nikt nie przypuszczał, że tak cicho będzie o Eduardo, który przyzwoity miał tylko początek i że w cieniu Remy’ego znajdą się również Vesović czy Antolić. Nie skreślamy Mauricio oraz Cafu, których dopiero poznajemy, ale musieliby zrobić dużo, by swojego kolegę przebić. Może ujmijmy to tak – tak jak co chwila doceniamy Dilavera z Lecha Poznań, tak takim warszawskim liderem staje się Remy. Obaj są bardzo fajnym połączeniem siły – która przekłada się też na dobrze rozumianą agresję – oraz spokoju, gdy trzeba pograć w piłkę. Cała formacje wyglądają lepiej, gdy są w pobliżu. Warszawian musi to cieszyć szczególnie w kontekście słabszej formy Michała Pazdana. Ma kto naprawiać błędy. Nawet w tym kompletnie nieudanym meczu z Jagiellonią do Francuza można było mieć mniej pretensji niż do innych zawodników z pola.

Do tego Remy daje komfort wyboru na dwóch pozycjach, choć my wolimy go chyba jako obrońcę niż środkowego pomocnika. Ale mniejsza z tym. Ważne, że taki gość się w naszej lidze zameldował. W rozgrywkach wiecznej bryndzy, w której piękne są tylko chwile, każdy piłkarz jest na wagę złota. Sześć występów i trzecia nominacja do drużyny kozaków. Niezła średnia.

Remy’emu poświęciliśmy najwięcej miejsca, bo już wypadało podsumować jego wyczyny, ale w tej kolejce byli gracze, którzy wypadli jeszcze lepiej. Gwiazda numer jeden to Carlitos, który przełamał się w taki sposób, że prawie zapomnieliśmy o jego wszystkich nieudanych zagraniach z poprzednich tygodni. A drużynowo najbardziej kozacko zaprezentowała się ekipa Lecha. Wspomniany Dilaver, robiący różnicę Situm, może nie bardzo skuteczny, ale harujący i efektowny Gytkjaer, do tego Jevtić, któremu kwadrans wystarczył, by wziąć udział w wypracowaniu trzech bramek. Przy niezłych występach reszty wystarczyło, by rzucić na kolana lidera.

fpBb6Cg

Badziewiaków najchętniej ubralibyśmy po tej kolejce w jeden z tych niewyszukanych t-shirtów, które kiedyś robiły furorę na gimnazjalnych korytarzach. Nie, nie w „piwo to moje paliwo”. W „pierdolę, nie robię”. Oczywiście nie wszystkich. Sztuka pojechałaby do Nowego Sącza, bo Gliwa ewidentnie oszczędzał sprzęt w trakcie meczu z Sandecją. Druga do Gdańska, a konkretniej do trałkującego Wojtkowiaka. Obrońca mógłby ją też pożyczać Krasiciowi, bo od dłuższego czasu gra Serba w obronie to jakiś sabotaż. Trzecią sztukę listonosz mógłby podrzucić Matrasowi, który nie napracował się w meczu z Górnikiem – szybko odcięło mu prąd i po bezmyślnym faulu można było ogłosić fajrant. Do tego sztuka dla Gutkovskisa, którego robotą powinno być strzelanie bramek, a fatalne pudło z Arką pokazało, że Łotysz zabiera się do niej wyjątkowo niechętnie. Żadnej koszulki nie wysłalibyśmy za to do Toivio i Kasprzaka. Po ostatnich meczach wydaje nam się, że spieprzyliby nawet taki odbiór.

O1bPLG3

Fot. 400mm.pl