Powygrywaj mi mamo, czyli czy da się łączyć sport z macierzyństwem?
Inne sporty

Powygrywaj mi mamo, czyli czy da się łączyć sport z macierzyństwem?

W Indian Wells nastąpiło w tym tygodniu bardzo ważne dla światowego tenisa wydarzenia. I niestety, nie mamy tu na myśli nic związanego z Agnieszką Radwańską. Otóż na kort wróciły po urlopie macierzyńskim dwie wielkoszlemowe mistrzynie i byłe liderki rankingu WTA. Serena Williams i Wiktoria Azarenka to w tej chwili najbardziej znane mamy w tourze. Czy uda im się wrócić na szczyt? Czy łączenie sportu na najwyższym poziomie z rolą matki jest w ogóle możliwe? Sprawdzamy to!

Jak to wygląda w „normalnym” życiu – doskonale wiemy. Większość kobiet stara się normalnie pracować nawet do zaawansowanej ciąży, słusznie skądinąd przekonując, że „ciąża to nie choroba”. Oczywiście, zdarzają się przypadki zagrożonych ciąż, są też kobiety, które stan błogosławiony znoszą dużo gorzej niż inne. Bywa więc i tak, że większość z dziewięciu miesięcy spędzają w domu, a ostatnie tygodnie – w szpitalu.

Po urodzeniu dziecka także bywa różnie. Niektóre mamy zostają w domu rok, dwa, często po prostu do kolejnego porodu. Inne chcą jak najszybciej wrócić do pracy i robienia kariery. Portal sportowy to z pewnością nie jest miejsce do rozważania, która droga jest lepsza. My za to spróbujemy się przyjrzeć, jak to jest z ciążą, urlopem macierzyńskim i powrotem do zawodu wśród sportsmenek. Serena Williams i Wiktoria Azarenka właśnie dały kolejny dowód, że macierzyństwo wcale nie blokuje kariery.

Czwórka Federera

U tenisistów jest łatwiej, to oczywiste. Taki choćby Roger Federer doczekał się dwóch par bliźniaków. W 2009 urodziły się Myla Rose i Charlene Riva, a w 2014 na świat przyszli jego synowie – Leo i Lennart. Wielu obserwatorów spodziewało się, że powiększenie rodziny do sześciu członków będzie dla Szwajcara znakomitym pretekstem do zakończenia kariery. Tymczasem nastąpiło coś wręcz odwrotnego.

Federer przeżywa kolejną młodość, już po narodzinach Leo i Lennarta dołożył do kolekcji trzy tytuły wielkoszlemowe. Niektórzy, zwłaszcza ci, którzy mają kilkoro dzieci, uważają, że właśnie wspomniana czwórka jest powodem, dla którego Federer nie odwiesza rakiety na kołku. Trochę na zasadzie: niech Mirka zajmie się dzieciakami, ja w pieluchach siedzieć nie zamierzam, wolę jeszcze trochę pograć…

U tenisistek i w ogóle sportsmenek sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Dziś żadnym wyjątkiem nie są zawodniczki startujące do czterdziestki, a nawet dłużej. O ile jednak można długo machać rakietą, czy biegać na nartach, to biologia raczej jasno wskazuje, że czas na rodzenie dzieci kończy się znacznie wcześniej niż ten na robienie kariery w sporcie. Dlatego całkiem realny u wielu zawodniczek staje się dylemat: „kariera, czy macierzyństwo”.

Prawie umarłam przy porodzie

Serena Williams ma dziś 36 lat. W styczniu ubiegłego roku wygrała Australian Open, czyli swój 23. wielkoszlemowy turniej. Gdy chwilę po nim ogłosiła, że jest w ciąży, wiele osób spodziewało się, że wygrana w Melbourne będzie po prostu ostatnim pięknym akcentem wspaniałej kariery. Nic z tego. Amerykanka, która już w czasie turnieju wiedziała o ciąży, natychmiast ogłosiła, że zrobi wszystko, by zagrać w kolejnej edycji. Aha, w jej słowniku „zagrać” i „wygrać” to w zasadzie synonimy. W każdym razie, najbardziej utytułowana tenisistka w historii od razu jasno zakomunikowała rywalkom, że nie mają jej jeszcze z głowy. Najwyraźniej doszła do wniosku, że córce, która urodziła się 1 września, warto od najmłodszych lat pokazywać świat. I że puchary czy medale nadają się do zabawy równie dobrze, jak lalki i przytulanki.

Inna sprawa, że samego porodu Serena Williams o mało co nie przypłaciła życiem. Kiedy na świecie pojawiła się Alexis Olympia, jej ojciec, współzałożyciel Reddita Alexis Ohanian przeciął pępowinę, a następnie noworodek został położony na piersiach matki.

Od tego momentu wszystko poszło fatalnie – zdradziła Williams w wywiadzie dla „Vogue”. – Moja rana otworzyła się z powodu intensywnego ataku kaszlu, do którego doszło z powodu zatoru. W czasie zabiegu lekarze wykryli w moim podbrzuszu krwiaka. Potem przeszłam kolejną operację, która miała na celu uniemożliwienie skrzepom przemieszczanie się do płuc.

Po kilku zabiegach i tygodniu od porodu, Serena mogła wrócić z córką do domu. Gwiazda doskonale zdaje sobie sprawę, że nie wszystkie matki są w podobnej do niej sytuacji. Ona rodziła w najlepszym szpitalu, gdzie czuwał nad nią sztab wybitnych lekarzy i pielęgniarek, czekających na jej najdrobniejszą uwagę. – Na całym świecie tysiące kobiet walczą o to, by móc rodzić bez problemów. W biednych krajach także zdarzają się takie komplikacje, jakie ja miałam. Ale tam nie ma leków, lekarzy i urządzeń, potrzebnych, by ratować kobiety – mówiła Serena, angażując się w akcję UNICEF. – Każda matka, w dowolnym miejscu na świecie, bez względu na rasę, czy pochodzenie, ma prawo do zdrowego przebiegu ciąży i porodu.

W sądzie, zamiast na korcie

Dobrze by problemów po porodzie również udawało się uniknąć. Wie coś o tym inna była liderka rankingu WTA i dwukrotna mistrzyni turniejów wielkoszlemowych, Wiktoria Azarenka. Białorusinka mamą została w grudniu 2016 roku, czyli chwilę przed tym, jak wiadomość o swojej ciąży ogłosiła Serena. Do gry wróciła na początku lipca. Dotarła do 4. rundy Wimbledonu, potem zagrała jeszcze w małym turnieju na Majorce. W obu turniejach towarzyszył jej mały Leo. Od lipca jednak Wiktoria nie walczyła na korcie, a… w sądzie (nawiasem mówiąc, spróbujcie to komuś wytłumaczyć po angielsku, gdzie i „kort” i „sąd” brzmią tak samo).

Białoruska tenisistka procesowała się z byłym partnerem o prawo do opieki nad dzieckiem. Sąd w Mińsku przyznał je Azarence, ale ojciec jej dziecka jest Amerykaninem i zażądał ponownego procesu w Kalifornii. Tam sprawa się toczyła oczywiście znacznie szybciej niż w polskim sądzie, ale i tak zajęła długie miesiące. Na początku sędzia wydał decyzję o zakazie opuszczania stanu przez malutkiego Leo. Trudno się dziwić, że dwukrotna mistrzyni Australian Open w takiej sytuacji kompletnie nie miała głowy do gry. Wreszcie kalifornijski sąd zdecydował, że sprawa powinna zostać rozstrzygnięta przez sędziów na Białorusi. To pozwoliło Azarence zameldować się w tym tygodniu w Indian Wells. Powrót wypadł dobrze – w pierwszym meczu pokonała Heather Watson. Tego samego dnia pierwszy oficjalny mecz od ponad roku zagrała także Serena Williams. Amerykanka pokonała Zarinę Diyas.

Nie wiem, ile razy się załamałam

Obie przeszły trudną drogę. Najbardziej zaskakujące jest tempo, w jakim do zawodowej gry wróciła Serena. Ciąża, potem powikłania, kilka operacji. W rozmowie z „Vogue” wyznała, że przez sześć tygodni po powrocie do domu praktycznie nie była w stanie wychodzić z łóżka i zdała sobie sprawę, jak wielkim wyzwaniem jest bycie matką.

Czasem wpadałam w dołek i czułam, że nie dam rady. To takie same złe nastawienie, jakie czasem mam na korcie. Chyba po prostu taka już jestem. Nikt nie chce mówić o słabych momentach, o presji, którą czujesz, o niesamowitym zawodzie za każdym razem, gdy słyszysz płacz dziecka – opowiadała w szczerym wywiadzie. – Nie wiem, jak wiele razy się załamywałam. Albo wpadałam w złość z powodu jej płaczu, a potem było mi smutno z tego powodu i miałam poczucie winy: czemu czuję się taka smutna, skoro mam takie piękne dziecko. Te emocje są szalone.

Imponujące, że po takiej huśtawce nastrojów Serena znalazła w sobie jeszcze dość siły i motywacji, by wznowić treningi. Choć, jak sama przyznaje, były momenty, w których miała ochotę się poddać. – Szczerze mówiąc, jest coś bardzo atrakcyjnego w pomyśle, by przenieść się do San Francisco i po prostu zostać mamą. Ale jeszcze nie teraz. Może to dla kogoś oczywiste, ale muszę to powiedzieć w mocny sposób: zdecydowanie chcę więcej Wielkich Szlemów – deklaruje.

W tym przypadku oznacza to mniej więcej: chcę, i to już. Patrick Mouratoglou, trener Amerykanki, też nie owija w bawełnę. – Celem Sereny na ten rok są wygrane w turniejach wielkoszlemowych. Ona wie, że powrót może zająć trochę czasu, ale jej poziom oczekiwań jest wysoki, jak zawsze. Są w tym roku jeszcze trzy turnieje wielkoszlemowe, więc Serena ma trzy cele w 2018 – mówi wprost.

Matka wszystkich powrotów

Jeśli młodsza z sióstr Williams zrealizuje swój cel (a znając ją zdecydowanie radzimy mówić „kiedy”, zamiast „jeśli”) nie będzie wcale pierwszą matką, której się to uda. Co więcej, osiągnięcia na przykład takiej Kim Clijsters na pewno nie pobije. Bo Belgijka po urodzeniu syna zdołała wygrać dwa razy więcej turniejów wielkoszlemowych niż przed. No dobra, to trochę naciągany fakt, bo przed zwyciężyła w US Open 2005, a po w US Open 2009 i Australian Open 2011. Co ciekawe, dziś ma tyle samo dzieci, co wielkoszlemowych tytułów. Cóż, Serena Williams zaskakiwała nas już wielokrotnie, ale takiego osiągnięcia jednak jej nie wróżymy.

Kiedy w 2009 roku Clijsters wygrała w Nowym Jorku, została pierwszą matką od prawie 30 lat, której udało się wygrać turniej wielkoszlemowy. Amerykańska prasa pisała wówczas o „matce wszystkich powrotów”. Celnie.

Sportowe mamy można spotkać nie tylko w tenisie. Weźmy na przykład taką Jennie Finch, czyli przez lata jedną z najlepszych zawodniczek softballu. Z racji wielkiego talentu, fajnej osobowości i pięknej buzi – twarzy tego sportu. W 2004 poprowadziła reprezentację USA do złotego medalu olimpijskiego. Dwa lata później urodziła syna, ale do gry wróciła właściwie z marszu. I od razu pomogła koleżankom w zdobyciu mistrzostwa świata, a na kolejnych igrzyskach następnego medalu (tym razem srebrnego).

Rekordzistka w maratonie i pływaniu

Znamy was, już słyszymy te głowy: „jaki tam softball, mówmy o prawdziwym sporcie!” To może koszykówka? Tina Thompson trzy razy zdobyła mistrzostwo WNBA, zanim urodziła syna koszykarzowi NBA Damonowi Jonesowi. Na parkiet wróciła po zaledwie dwóch miesiącach i od tej pory notowała średnio 15,7 punktu i 5,7 zbiórki na mecz, co doprowadziło jej do drugiego miejsca na liście najskuteczniejszych zawodniczek w historii WNBA. Aha, w Pekinie dołożyła drugie złoto olimpijskie do swojej kolekcji.

Ktoś powie: „to mogła być zasługa koleżanek, dajcie kogoś ze sportów indywidualnych”. Proszę bardzo. Paula Radcliffe, brytyjska biegaczka, jedna z najlepszych maratonek w historii. Dość powiedzieć, że na cztery najlepsze wyniki w dziejach tej dyscypliny, trzy należą do niej (w tym oczywiście ten najlepszy – 2 godziny, 15 minut i 25 sekund z Maratonu Londyńskiego). Ona córkę urodziła w styczniu, a w listopadzie wygrała nowojorski,  silnie obsadzony maraton.

Jeszcze bardziej imponująco wyglądał powrót z macierzyńskiego Dary Torres. Amerykańska pływaczka w latach 1984-2000 zdobyła worek medali olimpijskich (w sumie 4 złote, 1 srebrny i 4 brązowe). Te ostatnie medale, w Sydney, zdobywała jako 33-latka, najstarsza w amerykańskiej ekipie pływaków, po siedmioletniej przerwie w zawodowym uprawianiu sportu. I to wcale nie był koniec. 6 lat później została mamą, po czym… wróciła w genialnej formie, pobiła rekord USA na 50 metrów stylem dowolnym i jako 41-latka zakwalifikowała się na igrzyska w Pekinie.

Kwalifikacja to jedno, ale w Chinach mama Torres wystartowała w trzech konkurencjach i zdobyła trzy srebrne medale! A propos dzieci – większość rywalek była w takim wieku, że Torres mogłaby być ich matką. Oczywiście – nikt wcześniej w takim wieku nie zdobywał medali olimpijskich w pływaniu…

JAN CIOSEK

Fot. Newspix.pl

KOMENTARZE (1)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

wpDiscuz