Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI
Weszło

Jak co czwartek… LESZEK MILEWSKI

Dla dziewięcioletniego mnie najlepszym rzucającym za trzy punkty na świecie był Dominik Tomczyk. Za młody byłem, żeby oglądać NBA na dwójce – pamiętam tylko migawki Bullsów. Ale mistrzostwa Europy w kosza z 1997 to było coś. Pierwsza duża impreza polskiej drużyny. W dodatku nie według wkrótce praktykowanego przez piłkarzy schematu „mecz otwarcia, mecz o wszystko, mecz o honor”, tylko emocjonująca, pozwalająca poznać co to duma z polskiej kadry.

Poza Tomczykiem oczywiście Zieliński i Wójcik. Do tego Bacik. Szybilski. Pluta. Kościuk. A potem nasi wychodzą na parkiet i leją Niemców. Biją arcymocnych Chorwatów. Podejmują walkę z Grecją w ćwierćfinale. W tym czasie piłkarze przegrali wszystko co było do przegrania w eliminacjach do Francji, Piechniczek odchodził w niesławie, a Krzysztof Pawlak w zasadzie Polską B ogrywał Gruzinów.

Koniec lat dziewięćdziesiątych w Polsce to nie są rządy koszykówki. Zawsze rządził i będzie rządził futbol, choćby Polacy w skokach zajmowali pierwsze dziesięć miejsc, choćby piłkarze ręczni wygrywali wszystko rzutami w ostatnich sekundach, choćby siatkarze bili Rosjan za każdym razem, choćby żużlowcy zaczęli jeździć w prawo. Walka toczy się o drugie miejsce w hierarchii i wtedy, na fali „hej hej tu NBA”, potem sukcesu reprezentacji, a nawet dobrych koszykarskich filmów, to miejsce zajmował kosz.

Losowanie eliminacji mundialu czy Euro to dla każdego kibica piłki moment, którego nie wolno przegapić. Ale wtedy pamiętam, że z taką samą uwagą śledziłem koszykarskie rozdanie kart. Analizowało się z kolegami terminarz, zastanawiało z kim będzie najciężej. Wiedziało się, kiedy kolejny mecz, a wiedziało się nie dlatego, że kupiło się parę razy magazyn „Basket” (chyba tak się nazywał), ale dlatego, że to była wiedza powszechna. Tym się żyło.

Dotyczyło to także ligowego kosza. W starciach między Hoopem Pekaesem Pruszków a Zapterem Śląskiem Wrocław z nieznanych mi przyczyn byłem za Pruszkowem. Nie pamiętam dziś tak dokładnie z kim nasze drużyny miały swoje odpowiedniki piłkarskich bojów z Parmą, BVB czy swoje Levadie. Ale pamiętam, że zasiadało się do tego z tylko odrobinę mniejszą regularnością, niż do bojów piłkarskich. Koszykarze ligowi nie byli anonimowi – takiego Józka McNaulla spokojnie w tramwaju bym rozpoznał. Zdarzał się też autentyczny zachwyt. O polskich gwiazdach – bo wtedy jeszcze zazwyczaj karty rozdawali w polskich klubach Polacy – już mówiłem. Ostatnim koszykarzem, dla którego włączało się telewizor, był Lynn Greer, który w barwach Śląska zrobił króla strzelców Euroligi. Niesamowity snajper.

A potem koszykówka przestała istnieć.

Włączało się czasem kadrę, pamiętam Eurobasket, miałem dwuletni zryw z NBA, kiedy pracowałem po nocach i w tle lecieli Knicksi, Pistonsi czy beznadziejni już Lakersi, choć jeszcze z Bryantem. Ale polska klubowa koszykówka dla mnie osobiście umarła. Chętnie włączę mecz Polaków, ale nie wiem co by mnie musiało zmusić, żebym włączył Turów Zgorzelec czy inną ligową drużynę.

Są lepsi, bardziej obeznani z tematem, by odkopać wszystkie czynniki tego, że koszykówka stała się w Polsce dyscyplina numer 6-7. Zamiast masówki, sport świetlicowy. Ja ze swojej perspektywy zaryzykuję tezę, że całkowite wymiecenie klubowego kosza z ramówek otwartych, szeroko dostępnych kanałów, pomogło wymieść go z masowej świadomości.

Nie ma w Polsce bogatszych, bardziej znaczących rozgrywek drużynowych niż Ekstraklasa. Muszą mi wybaczyć kibice żużla, muszą wybaczyć kibice siatkówki, ale piłka nożna na świecie nie ma sobie równych pod względem ekonomicznym, a że futbol to globalna wioska, więc widzimy to i u nas. Poważne kwoty transferowe, idące w setkach tysięcy euro, potrafią wydać już nawet ligowi średniacy. Piękne stadiony, chluby miast, wyrastają jak grzyby po deszczu także w niższych ligach.

Ale Ekstraklasa też nie istnieje. Z perspektywy masowego widza, piłka nożna to przede wszystkim mecze kadry, a na drugim miejscu ciekawe hity w Lidze Mistrzów wymieszane z polskimi bojami pucharowymi. Koniec. Liga zeszła do podziemia. Ja, który to piszę i wy, którzy to czytacie – siedzimy pod ziemią jak bohaterowie Metra 2033.

Oczywiście wciąż jest to podziemie, które elektryzuje całe miasta, w których akurat ta liga gra. Każdy w Kielcach wie jak idzie Koronie, każdy w Białymstoku wie jak idzie Jadze, są całe dzielnice w Warszawie, gdzie nie wypada nie wiedzieć, który nowy legionista nie ma legijnego charakteru. Ale jak zebrać wszystkie wioski, małe i średnie miejscowości, a także większe miasta, gdzie Ekstraklasy – ani bastionów kibicowskich ligowych drużyn – nie ma, to i tak liczba chociaż mniej więcej kojarzących wydarzenia ligowe będzie śmieszna.

Tam Ekstraklasa nie istnieje. I nawet nie podejmuje rękawicy, bo nie ma narzędzi walki o kibica.

Dlatego z wielkim entuzjazmem przyjąłem wiadomość, że bardzo prawdopodobne jest, by po najbliższym rozdaniu praw telewizyjnych przynajmniej jeden mecz w kolejce leciał w otwartym kanale. Nie interesuje mnie kto wygra przetarg – niech wygra najlepszy. Ale skoro jeszcze nie nadeszły czas, by Ekstraklasę dało się oglądać np. tak jak NBA, czyli za pomocą League Passa, gdzie płacisz za sezon, za drużynę lub nawet konkretne spotkanie i odpalasz co chcesz kiedy chcesz, to chociaż niech będzie to. Co tydzień gramy osiem razy – mają się czym stacje dzielić.

Jest oczywiste, że pieniądze z Canal+ były kołem zamachowym rozwoju ligi – głównie infrastrukturalno-organizacyjnego, ale jednak. Opakowali rozgrywki świetnie, mają swoje zasługi dla polskiej piłki. Jestem jednak przekonany, że przyszedł czas, gdy Ekstraklasa do wykonania kolejnego kroku potrzebuje stać się rozgrywkami masowymi, a przynajmniej spróbować. Pierwszym krokiem byłby mecz, powiedzmy, na dwójce po Familiadzie czy Kole Fortuny, na TVN-ie czy Polsacie zamiast paradokumentów czy powtórek, albo na jeszcze innym kanale, który zastawiłby się, ale postawił, i uczynił z Ekstraklasy jeden ze swoich okrętów flagowych.

Czas wyjść do ludzi, a nie dalej się okopywać. I tak, uważam, że nie musiałby to być koniecznie ligowy hit. Mam wśród znajomych i rodziny osoby, które oglądają piłkę od święta – ot, Liga Mistrzów mecz kadry, te klimaty. Zastanówcie się – ilu znacie tych, których kontakty z piłką opierają się na tym schemacie? My jesteśmy fanatykami, pasjonatami, ale ci, którzy lubią piłkę obejrzeć raz na jakiś czas, to morze ludzi. Nie mielibyśmy szans w ustawce, zjedliby nas liczbowo. Z pewnym zdziwieniem zauważyłem jednak, że gdy tylko jest polska liga do obejrzenia – swego czasu skromny pakiet TVP – to wszyscy wpisujący się w tą mentalność, oglądali.

Nawet jeśli mecz nie był o hitową stawkę. Nawet jeśli mecz nie należał do rewelacyjnych. To koszula naprawdę potwierdzało się, że koszula bliższa ciału. Możliwość obejrzenia polskiej ligi, dwóch polskich drużyn, walki wizytówek dwóch polskich miast, ma w sobie coś wyjątkowo atrakcyjnego dla każdego polskiego kibica, nawet tego niedzielnego. Głęboko w to wierzę.

Ale w tym momencie, kolokwialnie mówiąc, nie mają czym się zajarać. Jeśli Ekstraklasa ma się rozwijać, musi znowu zaistnieć w świadomości nie tylko czytelnika Weszło, użytkownika piłkarskiego Twittera, nie tylko kibica z sektoru A ligowego stadionu, ale w masowej świadomości. Jeden mecz tygodniowo to już przeciekający kran, którego krople mogłyby zacząć drążyć skałę.

I może przyjdzie nam jeszcze żyć w raju – w rozmowie z teściem pogadać nie o Realu albo Lewym, ale o tym co piszczy w Piaście.

Leszek Milewski