Ja nie wykorzystałem szansy w Grecji, za to żona tak
Weszło Extra

Ja nie wykorzystałem szansy w Grecji, za to żona tak

Bartłomiej Babiarz ciągle musiał udowadniać, że niski wzrost nie jest przeszkodą, a on nie jest Przemysławem Babiarzem. Latami przebijał się w Ruchu Chorzów, a na koniec władze klubu przyczepiły mu łatkę oderwanego od rzeczywistości. W Termalice był kapitanem, mimo to nawet nie zaproponowano mu nowej umowy. W Grecji furory nie zrobił, za to szansę na rozwój dostała tam jego żona, która zresztą jest… córką zasłużonego dziennikarza katowickiego „Sportu”, co czasami kierowało na niego podejrzenia w Chorzowie. Z jakiego powodu nie zapomni pierwszego treningu w Apollonie Smyrnis? Dlaczego trener miał do niego pretensje, że znalazł się w sytuacji sam na sam z bramkarzem? Kiedy sędziowie ostrzegali go z kolegami, że dużo ryzykują uzyskując prowadzenie? Dlaczego za przedłużenie wypożyczenia zapłacił własnymi pieniędzmi? To tylko kilka z wielu ciekawych wątków, które poruszyliśmy w rozmowie z nowym pomocnikiem Zagłębia Sosnowiec. Zapraszamy!

Przejście z greckiej ekstraklasy do I ligi to nie jest codzienność. Chyba nie zakładałeś takiego scenariusza odchodząc z Apollonu Smyrnis?

Przede wszystkim nie zakładałem, że odejdę z Apollonu już po pół roku. Podpisałem roczny kontrakt na zasadzie iść, pokazać się w beniaminku greckiej ekstraklasy i pójść wyżej lub zostać w klubie, gdyby się utrzymał. Wydarzyło się bardzo dużo rzeczy, niekoniecznie na tle sportowym. Wszyscy przestrzegali mnie przed Grecją jako krajem wyjątkowo specyficznym piłkarsko. Przekonałem się, że pozasportowo faktycznie tak jest, ale w kwestii finansów na Apollon nie mogę powiedzieć złego słowa. Jak ustaliliśmy, tak potem praktycznie wszystko zrealizowaliśmy.

Słowo „praktycznie” to jednak pewna asekuracja. Czego zabrakło do ideału?

Tego, żeby się szybciej dogadać w sprawie odejścia. W pewnym momencie zgodnie uznaliśmy, że lepiej będzie, jeśli się rozstaniemy. Przyszedł kolejny trener i szybko stwierdził, że będę miał ciężko z graniem. Mówił, że jestem dobrym zawodnikiem, ale potrzebuje ludzi na „już”, którzy w tym sezonie grali więcej. Ja byłem po kontuzji, nie znajdowałem się w rytmie meczowym. Przerwa w Grecji trwała od 17 grudnia do 6 stycznia. Dostaliśmy cztery dni wolnego na święta, wróciliśmy, dzień wolny 1 stycznia i zaraz potem już mecz. Nie miałem okazji pokazać się trenerowi. Szkoda, że nie porozumieliśmy się szybciej, bo straciłem cenny czas. Mogliśmy się pożegnać zaraz po nowym roku, a stało się to dopiero 19 stycznia.

Dlaczego?

Prezes chciał pokazać, że on tu rządzi, ale koniec końców wyszło jak trzeba. Ja trochę zszedłem, oni trochę dodali, spotkaliśmy się pośrodku.

Jakie było pierwsze stanowisko prezesa?

7 stycznia stwierdzono, że będą fair wobec mnie, zapłacą mi za grudzień i mogę jechać do domu. Niezbyt mi to odpowiadało, bo minął już tydzień za nowy miesiąc. Powiedzieli „ok” i czekałem. Przyjeżdżałem na treningi, normalnie pracowałem. Widzieli, że to jakoś specjalnie mnie nie rusza, mimo że oczywiście chciałem sytuację jak najszybciej wyjaśnić. W końcu rozmowy zaczęły się na dobre i po paru dniach doszliśmy do porozumienia.

I tak miałeś szczęście, skoro ominęły cię problemy finansowe, z których grecka liga słynie.

Na starcie chciałem się zabezpieczyć, kontrakt i wszystkie inne kwestie formalne naprawdę porządnie załatwiono. Nie ukrywam, że wybadałem wcześniej, jak wygląda sytuacja Apollonu. Zadzwoniłem do Krzysztofa Warzychy. Powiedział szczerze:

 – Przez trzy miesiące na pewno będzie bardzo dobrze, a co potem? Nie wiem. To jest Grecja.

Postanowiłem spróbować i od strony finansowej wszystko było poukładane. W kwestiach pozasportowych działy się dziwne rzeczy, które nie do końca potrafiłem zrozumieć.

To znaczy?

Gdy przychodziłem, trenerem był Apostolos Mantzios. On mnie chciał, dyrektor sportowy podobnie. Byłem jednym z pierwszych piłkarzy ściągniętych w tamtym okienku. W klubie doszło do rewolucji po awansie, przyszło blisko dwudziestu nowych zawodników, a zimą pozyskano kolejnych siedmiu.

W pierwszych czterech kolejkach zagrałem dwa razy. Najpierw ławka, potem pierwszy skład, później znowu do rezerwy, a w czwartej kolejce czekał nas wyjazd na Panathinaikos. Dziwiło mnie podejście greckich piłkarzy Apollonu – jedziemy do wielkiego klubu, najważniejsze, żeby się dobrze pokazać. Nie mogłem tego zrozumieć, ja chciałem wygrać. W Polsce nigdy nie wychodziłem na boisko z innym nastawieniem, nawet gdy Termalica grała z Legią przy Łazienkowskiej. A tam na odprawie słyszę, że grunt to nie przegrać 0:5. Skończyło się 0:1, nawet miałem swoją sytuację…

Właśnie chciałem do niej nawiązać. Gdybyś ją wykorzystał, grecka przygoda mogłaby się potoczyć zupełnie inaczej. Taką bramkę długo by ci pamiętano.

Był nawet moment, w którym na 35. metrze wychodziłem sam na sam z bramkarzem. Powtórki nie wyjaśniały, czy stałem na spalonym, ale w Grecji w takich sytuacjach sędziowie rozstrzygają wątpliwości na korzyść największych drużyn. W przerwie meczu trener ochrzanił mnie.

 – Gdzie ty biegłeś?!

– Trenerze, chciałem strzelić gola, gdybym uniknął spalonego, byłbym sam na sam.

– Nie, nie, ty masz stać z tyłu! Mógłbyś stracić piłkę, poszłaby kontra i to oni by nam strzelili!

Miał pretensje za to, że być może miałbym stuprocentową okazję! W drugiej połowie udało się wreszcie dojść do sytuacji, nie wykorzystałem jej.

Mimo to po meczu chwalili mnie wszyscy – dyrektor sportowy, syn prezesa, koledzy z drużyny. Przychylnie pisała też grecka prasa. Trzy dni później czekał nas pucharowy mecz z Plataniasem. Mantzios powiedział, że jadę, ale na pewno nie wystąpię, bo jestem oszczędzany na ligę z tym samym rywalem. Godzinę przed pierwszym gwizdkiem stwierdził jednak, że skoro już tu przyjechałem, to może wejdę w końcówce, ale najważniejsze zadanie mamy w sobotę i wtedy mam być gotowy. W pucharze dostałem niewiele ponad kwadrans, by potem… w lidze nie powąchać murawy. Na mojej pozycji zagrał stoper, przegraliśmy 0:1 i Mantzios po pięciu kolejkach został zwolniony. Za niego przyszedł Chorwat…

Zoran Vulić.

Mantzios co mecz wymieniał połowę składu, ciągła rotacja. Vulić stwierdził, że postawi na 12-13 zawodników i w najbliższym czasie tylko nimi zamierza grać. Debiut przegrał, zagrałem trzy minuty. Potem dwa zwycięstwa i dwa remisy, już bez mojego udziału. Wiedziałem, że będzie ciężko. Na dodatek pod koniec października naderwałem mięsień czworogłowy. Pauzowałem ponad miesiąc. Tydzień po moim powrocie do normalnych treningów, Vulić stracił posadę.

I przyszedł Georgios Paraschos.

Szczerze mówiąc, nawet nie zapamiętałem nazwiska. W klubie oczywiście w pewnym momencie uznano, że winni są obcokrajowcy. Pojechano klasyką: że nie wiemy, o co gramy, że jesteśmy tylko na chwilę i tak dalej. A co mogliśmy zrobić, skoro kilku z nas zagrało 2-3 mecze i na tym koniec? Izraelski napastnik Eli Elbaz w debiucie wszedł z ławki i zdobył bramkę na wagę remisu. I co? W następnych dziesięciu meczach uzbierał jakieś 20 minut. Potem dostał wreszcie więcej czasu i od razu strzelił w dwóch spotkaniach z rzędu. A będący prawie zawsze w składzie Gonzalo Castillejos od początku sezonu ma jednego gola. Nie wiem, o co chodzi, ale trzymam kciuki za Apollon. Do dziś mam kontakt z wieloma chłopakami, to mogą być przyjaźnie na długo. Nie dzieje się najlepiej, są na przedostatnim miejscu w tabeli, od trzynastu kolejek nie wygrali. Mimo to nadal mają realne szanse na utrzymanie.

Samą decyzję o przejściu do Apollonu podobno musiałeś podjąć w ciągu kilku godzin.

Najpierw dostałem konkretną ofertę z drugiej ligi tureckiej. Dobre warunki, ale chodziło o miejscowość oddaloną 250 kilometrów od Aleppo. Z tego, co się dowiadywałem, nie powinno być żadnego niebezpieczeństwa, jednak nie uspokoiło mnie to, bo chciałem jechać z rodziną. Co dwa tygodnie mielibyśmy mecz wyjazdowy i za każdym razem zamartwiałbym się, czy wszystko w porządku. Mógłbym być na drugim końcu Turcji, a żona z córką siedziałaby w obcym miejscu, blisko którego toczy się wojna. Podziękowałem. Było też zapytanie z Austrii, otrzymałem mnóstwo ofert z I ligi, za to żadnej z Ekstraklasy.

Tylko zapytania?

Nie było nic, nawet zapytań. No i pewnego dnia koło 10:00 dostałem telefon, że jest propozycja z Aten. Miałem czas do popołudnia, żeby dać odpowiedź. Zdążyłem zadzwonić do Krzysztofa Warzychy, poprosiłem też o pomoc mojego przyjaciela z Ruchu, Krzysia Kamińskiego. W Japonii jego klubowym kolegą był Grek, więc przez niego dowiadywał się o Apollonie. Usłyszał same pozytywny, co później się potwierdziło. Postanowiłem spróbować. W nocy z poniedziałku na wtorek leciałem już na testy medyczne.

Byłeś zszokowany, ile w Apollonie o tobie wiedzą.

To prawda. Stanowiło to powód do zadowolenia, bo oznaczało, że biorą mnie z powodu racjonalnych przesłanek, a nie dlatego, że akurat się nawinąłem. Szkoda tylko, że nie miało to przełożenia na moje późniejsze losy w Grecji.

babiarz bartlomiej apollon

Zobaczyłeś stadion, bazę treningową – o ile była – i… co sobie pomyślałeś?

Sporo miejsc na świecie widziałem, ale w Atenach jestem zakochany. Kapitalne miejsce do życia. Stadion? Stary, nie mógł imponować.

Na trybunach często 700-800 widzów. Przy tym to nawet w Termalice miałeś młyn.

Kibiców było więcej, gdy graliśmy z faworytami, wtedy dobijano do dwóch tysięcy. Apollon to bardzo stary klub i… średnia wieku publiczności dostosowywała się do tego. To byli często kibice piłkarscy, którzy po prostu przyszli na grecką ekstraklasę. Kibiców Apollonu jest garstka.

Co do bazy – mieliśmy wynajęty stadion w górach i tam codziennie trenowaliśmy, ewentualnie awaryjnie na swoim obiekcie. Wokół stadionu Apollonu boisk treningowych nie było.

Wspominałeś, że był to problemu wielu greckich klubów.

Tak. Olympiakos, Panathinaikos, PAOK czy AEK mają swoje bazy, większość pozostałych wynajmuje stadiony do treningów od mniejszych klubów. Pracowano na głównych płytach, a przecież drużyna-gospodarz też musiała gdzieś trenować, więc po kilku miesiącach takie boiska prezentowały się kiepsko.

Kilka razy w różnej formie przekonałeś się, co to znaczy piłkarski fanatyzm w Grecji…

Najbardziej w pamięci utkwił mi pucharowy mecz na wyjeździe z OFI Kreta. Przez kilka dni ostrzegano i przygotowywano nas na to, co może się tam wydarzyć. Trochę mnie to dziwiło. Grałem przecież przy pełnych trybunach na Legii czy Lechu – OFI przy tym nie brzmi groźnie. Ale potem wiedziałem, o co chodziło. Przejście przez tunel znajduje się za jedną z bramek, za którą umiejscowiono „młyn” kibiców gospodarzy. Dosłownie wisieli nad tobą na siatkach i pluli, ile śliny w ustach. Wychodząc musiałeś się zasłaniać bluzą czy ortalionem, inaczej byłbyś mokry. Inna z trybun jest tak blisko boiska, że gdyby któryś kibic chciał, to zawodnika wyrzucającego piłkę z autu mógłby złapać. Nasz kapitan podbiegł tam do linii, żeby szybko wykonać aut. Ścigał się z chłopakiem od podawania piłek, który wziął mu piłkę i rzucił w trybuny.

Co na to sędziowie?

Nic! Gdy objęliśmy prowadzenie, sędzia zaczął krzyczeć do naszego kapitana:

 – Co wy robicie?! Przecież was tu zabiją!

Wyniku nie wypaczył, gwizdał w porządku, ale na greckich zawodników Apollonu ta presja chyba miała wpływ. Przegraliśmy 1:2, oba gole straciliśmy po błędach przy stałych fragmentach gry. Rok wcześniej, jeszcze w drugiej lidze, piłkarze Apollonu po meczu przez pół godziny musieli stać z policją na środku boiska, bo kibice OFI nie pozwalali zejść im do tunelu. To był prawdziwy fanatyzm. Nawet u siebie raz tego doświadczyliśmy. Zremisowaliśmy spotkanie i musieliśmy trochę poczekać w szatni. Na korytarzach jakieś krzyki i wrzaski. Dla Greków to była normalka. Po chwili wchodzi zrelaksowany dyrektor i mówi:

 – Spokojnie, to tylko kibice chcieli wejść do prezesa. Nic wam nie zrobią, tylko posiedźcie tu trochę dłużej.

Masz jakieś wspomnienia związane z kibicami?

Jedno, bardzo miłe. W Atenach rzadko byliśmy rozpoznawani, co najwyżej gdzieś w okolicach stadionu. Kiedyś wykorzystaliśmy z rodziną wolny weekend i pojechaliśmy do „greckiego Zakopanego” Arachova, położonego w górach Parnas. To jakieś 150 kilometrów od Aten. Byliśmy tam w grudniu – w Atenach 14 stopni, a tam śniegu po pas! Ludzie jeździli na nartach i snowboardach, rewelacyjne stoki, nowoczesne kolejki. Byliśmy w szoku. I właśnie tam w pewnym momencie podeszło do nas kilku kibiców Apollonu, poznali mnie. To było fajne, bo zagrałem raptem pięć meczów, raczej nie zapadłem w pamięć. Swoją drogą – Apollon ma garstkę fanów i akurat tak daleko spotkałem paru z nich (śmiech).

Mogłeś też zobaczyć, że opowieści o szalonych greckich prezesach nie są legendami.

Dużo słyszałem o prezesie Larissy. Opowiadano mi, że pobił się z prezesem AEK Ateny, gdy spotkali się w restauracji. Opieram się jednak tylko na tym, co mi przekazano. Widziałem natomiast nagrania z meczu Larissa – PAOK. Końcówka spotkania, doszło do jakiegoś zamieszania przy linii bocznej, czarnoskóry zawodnik gości szedł w tamtą stronę. Wtedy prezes Larissy wbiegł na boisko, napluł mu w twarz i zawrócił! Kurczę, gdyby coś takiego stało się w Polsce, to pewnie przez miesiąc by o tym pisano. Szok.

Na video od 0:20.

W Grecji normą było to, że prezesi i dyrektorzy w trakcie meczów normalnie siedzieli na ławkach rezerwowych. Nasz dyrektor często stał przy linii, dyrygował, czasami gdzieś dzwonił…

Zdarzało się, że dyrygował bardziej niż trener?

Tak, za czasów Chorwata Vulicia, który dobrze mówił po francusku i hiszpańsku, rozumiał niemiecki, ale po angielsku nie mówił w ogóle. Jego asystent z tym językiem radził sobie bardzo przeciętnie. Na początku dochodziło do śmiesznych sytuacji, bo Grecy zupełnie nie mogli ich zrozumieć. Podczas meczu trener mówił do asystenta, ten łamanym angielskim przekazywał to dyrektorowi, a dyrektor krzyczał do piłkarzy. Głuchy telefon, na końcu wiadomość mogła już brzmieć zupełnie inaczej. Ja miałem trochę łatwiej, chorwacki momentami jest dość podobny do polskiego.

W szatni zdarzało się, że trener powiedział coś w ośmiu zdaniach, za to asystent po angielsku powiedział jedno. Vulić tłumaczył, że napastnik musi się pokazać, zgrać, przetrzymać piłkę, a asystent:

 – We don’t have a striker.

Był z nami chorwacki bramkarz Ivan Cosić, więc w końcu na prośbę chłopaków to on tłumaczył im polecenia trenera. Nie zapomnę pierwszego treningu z Vuliciem. Boczny obrońca zagrał daleką piłkę, trenerowi bardzo się to nie spodobało. Wołał: – Ne, ne, ne! Po grecku „ne” oznacza „tak”. Chłopaki to usłyszeli i pomyśleli: no dobra, skoro mu to pasuje, gramy cały czas długie podania. Zrobiły się dwa ognie. Vulić się wściekł, zaczął rzucać pachołkami i w końcu przerwał zajęcia. Znowu krzyczał „ne, ne, ne!”, a oni ciągle nie mogli zrozumieć, o co mu chodzi, niech się facet zdecyduje. Wytłumaczyłem asystentowi, że tu rozumieją to na odwrót i wreszcie udało się dojść do porozumienia.

Generalnie słabe było to, że do zespołu chyba z dwunastoma narodowościami zatrudniono człowieka, który niczego nie ogarniał po angielsku. Nie zmienia to faktu, że uważam Vulicia za jednego z najlepszych trenerów, z którymi pracowałem – mimo że u niego nie grałem.

No właśnie, jak ogólnie tamtejsi trenerzy prezentowali się w porównaniu do naszych?

Vulić miał naprawdę dobre, ciekawe treningi. Greccy szkoleniowcy bazują głównie na przygotowaniu fizycznym. Biegać, biegać, biegać – to ich domena.

To dość zaskakujące.

U Mantziosa i Paraschosa codziennie połowę zajęć prowadził trener przygotowania fizycznego. Sama rozgrzewka trwała 50 minut i w ogóle nie była traktowana jako trening – najpierw siłownia, potem przeróżne ćwiczenia na boisku z piłką lub bez. Czegoś takiego w Polsce nie spotkałem.

Podczas gierek treningowych dochodziło do absurdalnych sytuacji. Dzieliliśmy się na 5-6 drużyn i wiadomo, że ta najlepsza najwięcej grała piłką, więc najmniej biegała. Futbolowa reguła. Trener siedział przy laptopie i krzyczał do drużyny dominującej, że ma więcej biegać. Zdarzało się, że ci którzy wygrywali cały mini-turniej, na koniec musieli jeszcze biec karniaki, żeby osiągnąć wymaganą normę.

Miało to sens?

Nie. Kończyło się nawet na tym, że chłopaki woleli przegrać mecz na gierce, byleby tylko zrobić swoje kilometry. Gdyby nie zrobili, to potem biegaliby dziesięć razy po 50 metrów. Obcokrajowcy próbowali rozmawiać na ten temat i coś tłumaczyć, ale Grecy od razu im powiedzieli, że to nadaremno. Takie jest ich podejście i tyle. Podczas okresu przygotowawczego z Apollonem biegałem najwięcej w życiu.

Czułeś, że to procentowało na boisku?

Nie czułem. W Polsce letnie przygotowania trwają trzy tygodnie. Grecka ekstraklasa startuje na przełomie sierpnia i września, a treningi zaczęliśmy 2 lipca. Rano mnóstwo biegania, po południu zajęcia z piłką i tak przez półtora miesiąca. Oczywiście monitorowano nas, każdy pracował według swoich progów. Ja i inni obcokrajowcy próbowaliśmy rozmawiać, że w naszych ligach pracowaliśmy zupełnie inaczej, że to dla nas duża odmiana. W każdym razie cały ten wysiłek nie za bardzo przełożył się potem na wyniki.

Zapewne spodziewałeś się, że w życiu codziennym doświadczysz typowego południowego podejścia Greków, ale podobno dawało to o sobie znać również w klubie…

Nie uznawano czegoś takiego jak „punktualność”, nie było tego słowa w słowniku. Nie dotyczyło to tylko Greków, niektórzy obcokrajowcy szybko przyjęli taki sposób funkcjonowania. Skoro Grek spóźnia się 15 minut i wchodzi do szatni z kawą, a na zwrócenie uwagi reaguje obruszony, to oni też nie zamierzali się żyłować. Niby obowiązywał regulamin kar, za który odpowiadał dyrektor. Czasem karę nałożył, czasem nie nałożył… Ktoś nie przyjechał na trening, bo drzwi mu się zacięły w mieszkaniu i dostał za to 50 euro kary. Następnego dnia inny spóźnił się kwadrans i też zapłacił 50 euro. Żadnej konsekwencji.

W Polsce zawsze uczono mnie, że tak jak drużyna funkcjonuje w szatni, tak później funkcjonuje na boisku. W Apollonie przekonałem się, że to racja. Jeśli brakuje dyscypliny na co dzień i wszystko się gdzieś rozłazi, to potem tak samo dzieje się podczas meczu. Niestety. Jeżeli ktoś mówi, że czegoś nie wolno i masz przyjść w niebieskiej koszulce, to nie przychodzisz w żółtej. Koniec, kropka. Dla mnie to oczywiste. A tam? Niekoniecznie.

Czyli nie byłbyś bohaterem afery klapkowej w Koronie Kielce.

Każdy trener ma swoje zasady. Jeśli wcześniej je jasno przedstawił całej drużynie, trzeba to respektować. Wyłamywanie się z tego z premedytacją jest brakiem szacunku dla reszty. Jedność w szatni może zrobić różnicę na boisku, nawet gdy nie masz dużego budżetu i wielkich nazwisk.

Ty trzymałeś fason cały czas?

Nie mogło być inaczej. Wchodząc 12 lat temu do szatni Ruchu Chorzów miałem tam Wojtka Grzyba, Tomka Sokołowskiego, później Marcina Malinowskiego, Łukasza Surmę, Marka Szyndrowskiego, Marka Zieńczuka, Roberta Mioduszewskiego. W Tychach spotkałem jeszcze Krzysia Bizackiego czy Mariusza Masternaka. Tam się wyłamywało raz. Jeżeli młody to zrobił, następnego razu nie miało prawa być. I nie było. Nawet nie przyszłoby to do głowy. Każdy był nauczony: jesteś młody, masz to i to robić. Ktoś był starszy i już nie musiał. Widzę, że dziś te granice zaczynają się zacierać. Czasy się zmieniły, ale ja cieszę się, że mogłem zaczynać w tamtych czasach z takimi uznanymi zawodnikami.

Są w Apollonie nazwiska, które poleciłbyś do polskiej ligi? Przeglądając kadrę, kojarzyłem dwa: od dawna grającego w Grecji Emmanuela Kone i holenderskiego skrzydłowego Darrena Maatsena, kiedyś łączonego z Lechem Poznań.     

Na pewno ten chorwacki bramkarz Ivan Cović. Apollon ma mało punktów, ale gdyby nie on, miałby jeszcze mniej. Zimą był nawet przymierzany do Olympiakosu. Dużo umie skrzydłowy Christos Albanis. Ich spokojnie mógłbym polecić.

Z Emmanuelem Kone rozmawiałem i powiedział mi, że jakieś dwa lata temu dostał nawet ofertę z Polski. Nie pamiętał, z jakiego klubu. Siedliśmy przed komputerem i kazał pokazywać sobie herby, aż wskazał herb Cracovii. Gdy dowiedział się, że u nas jest zima i może spaść dużo śniegu, od razu stwierdził, że nie ma takiej opcji, że nie dałby rady w takim klimacie.

babiarz bartlomiej gmoch

Pewnie z żalem opuszczałeś Grecję? Nie tylko żegnałeś fajne miejsce do życia, ale na jakiś czas zostawiłeś tam żonę, która dostała pracę w polskiej ambasadzie.

Dylemat był ogromny. Córka w Grecji poszła do przedszkola, mieliśmy do niego z domu 200 metrów. Daliśmy ją najpierw na próbę na dwa tygodnie i okazało się, że… był problem z odbieraniem jej, tak dobrze się tam czuła. Żona to ten typ człowieka, który nie usiedzi w domu. Stwierdziła więc, że złoży CV do ambasady z zapytaniem, czy byłaby możliwość pracowania tam. Już na drugi dzień dostała odpowiedź, że jak najbardziej.

To było związane z jej zawodem?

Żona skończyła prawo, ma przed sobą jeszcze egzamin aplikancki. Najpierw trafiła na okres próbny, a w grudniu zaproponowano jej siedmiomiesięczny kontrakt. Wtedy jeszcze nic nie wskazywało, że będę musiał wracać do Polski. Słyszałem raczej od dyrektora, że cieszą się z mojego powrotu do zdrowia. Jak już wspominaliśmy, tydzień później jednak Vulić został zwolniony, a nowy trener nie widział dla mnie miejsca. Żona umowę zdążyła już podpisać. Została tam, jakoś damy radę z córką. Takiej okazji mogłaby więcej w życiu nie mieć. Zobaczymy, jak to się dalej potoczy, ale nawet gdyby nie było ciągu dalszego, praca w ambasadzie będzie bardzo ważnym punktem w jej CV. Żona chciała wracać ze mną, ale stwierdziłem, że skoro ja nie wykorzystałem szansy jaką był wyjazd do Grecji, to niech ona nie zmarnuje szansy, żeby tam pracować. Na razie musi wystarczyć to, że przylatuje do nas na weekendy.

Twoja żona jest córką dziennikarza katowickiego „Sportu” Zbigniewa Cieńciały. Poznaliście się dzięki piłce?

Poznaliśmy się na… wagarach, jeszcze w gimnazjum. Później po paru latach spotkaliśmy się na stadionie Ruchu Chorzów, była z tatą na meczu. I tak to poszło, jesteśmy razem już od dziesięciu lat. W 2015 roku się pobraliśmy.

Miałeś zawodowe kontakty z teściem?

Akurat pisał o Ruchu, gdy tam wróciłem. Od razu wyznaczyliśmy sobie granice. Powiedział:

 – Ja nie pytam, ty nie mówisz.

Chcieliśmy uniknąć jakichkolwiek niejasności i niedomówień. Na „dzień dobry” poinformowałem o wszystkim trenera i kolegów z drużyny. Wszyscy wiedzieli, jak sprawa wygląda i nikomu to nie przeszkadzało. Parę razy dochodziło do dziwnych sytuacji, gdy ktoś spoza szatni sugerował, że wynoszę tajemnice na zewnątrz. Gdy jakiś dziennikarz czegoś więcej się dowiedział, niektórzy od razu podejrzenia rzucali na Babiarza. Bo kto, jak nie on? Pewnie nagadał teściowi przy niedzielnym obiedzie. Chłopaki zawsze stawali za mną murem i po czasie wychodziło, że kto inny puszczał farbę.

Z teściem trzymaliśmy się umowy, przez dwa lata ani razu nie udzieliłem mu indywidualnego wywiadu. Co najwyżej stał wśród kilku dziennikarzy z włączonym dyktafonem.

Czyli pod kątem życia rodzinnego przejście do Termaliki było ci chyba na rękę.

Ja nie miałem z tamtą sytuacją żadnego problemu. Zasady były czytelne, w szatni nigdy nie było kwasów z tego powodu. A zmiana klubu na Termalikę co najwyżej była powodem żartów na ten temat.

Siłą rzeczy pewnie bardziej rozumiesz specyfikę naszego zawodu, ale i tak z jednym dziennikarzem do dziś masz „kosę”.

Gdy wygasał mi kontrakt z Ruchem, jeden z dziennikarzy – w ogóle ze mną nie rozmawiając – przedstawił wyłącznie stanowisko klubu. Przekaz był taki, że chyba oszalałem z żądaniami.

Miałeś chcieć czterokrotnej podwyżki.

A tak naprawdę z Ruchem nie prowadziłem żadnych rozmów. Wygasła mi umowa, wyjechałem na urlop i po powrocie dowiedziałem się, że agent spotkał się z działaczami, ale bez efektu. Miałem najniższą pensję w drużynie, w zasadzie były to warunki z kontraktu podpisanego sześć lat wcześniej, gdy dopiero zakładano, że z czasem wejdę do pierwszego zespołu i może wtedy coś mi podniosą. Zaproponowano taką stawkę, że… zrobiło mi się przykro. Po prostu. Po czterech latach w Tychach wreszcie udało się przebić w Ruchu, jestem niemalże wychowankiem tego klubu, coś osiągnęliśmy, a ta oferta była na zasadzie „nie chcemy cię”. Złożyliśmy ją, żeby nie było, ale wiemy, że tego nie przyjmiesz.

Tamten dziennikarz napisał co napisał, a później zadzwonił do mnie z przeprosinami. Nie żywię do niego jakiejś wielkiej urazy, przeprosiny przyjąłem, ale zaznaczyłem, żeby więcej nie dzwonił. Wcześniej o nic nie zapytał, a w artykule było, że wręcz zwariowałem. To niepoważne.

Kto z klubu się wypowiadał?

Prezes. Dyrektor zapewnił, że z nikim nie rozmawiał, więc zostawał on. Potem gdzieś to niby prostowano, w artykule internetowym po jakimś czasie dodano aktualizację, gdzie ja się wypowiadam, ale kto to wtedy czytał? Wcześniejsza wersja poszła w świat.

Grałeś w Tychach cztery lata, lecz najlepsze cię ominęło…

No tak, nie zagrałem na nowym stadionie. Pamiętam jeszcze mecze na starym obiekcie, a potem byliśmy „gospodarzem” w Jaworznie.

Jak wspominasz ten okres?

Do Tychów ściągał mnie Mirosław Smyła, z którym do dziś mam dobre relacje…

Czyli w razie awansu Odry Opole, wiadomo, gdzie popatrzy w temacie wzmocnień.

Na co dzień nie rozmawiamy regularnie, ale życzenia na święta czy urodziny obowiązkowo są. Trener Smyła chciał mnie w Tychach, bo kiedyś prowadził juniorów Polonii Bytom i w meczu naszych roczników wpadłem mu w oko. Jak tylko się dowiedział, że jest szansa, żebym przyszedł z Ruchu, od razu był na „tak”. Też byłem chętny, w Młodej Ekstraklasie Ruchu spędziłem już dwa lata i wiedziałem, że nie za bardzo są perspektywy na pierwszy zespół. Poszedłem do Tychów otrzaskać się z seniorską piłką, ale w życiu bym nie przypuszczał, że to wypożyczenie potrwa cztery sezony. To chyba jakiś rekord świata.

Wypożyczenie przedłużano co sezon?

Co roku, czasami co pół. W pewnym momencie doszło do tego, że Ruch chciał pieniądze za kolejne wypożyczenie, a GKS nie miał jak zapłacić. Zależało mi na pozostaniu w Tychach po awansie do I ligi, więc zrzekłem się swoich zaległości w GKS-ie, żeby on przelał tę kasę Ruchowi za mój dalszy pobyt. Ruch się zgodził, tyle że to mogła być opłata na pół roku. Potem zostałem wezwany przez panią prezes Alinę Sowę. Stwierdziła, że skoro tak zależało mi na pozostaniu w klubie, to zasługuję, żeby teraz przedłużyć wypożyczenie na kolejną rundę. I tak się stało. Gdybym w tamtym sezonie nie został w Tychach, mogłoby być niewesoło. W Ruchu dwa czy trzy tygodnie spędziłem w klubie kokosa, straciłbym dużo czasu.

Sam kiedyś powiedziałeś, że twój przykład powinien stanowić motywację dla innych chłopaków idących do niższych lig, że to nie jest zesłanie, że powinni tam grać na sto procent, bo w końcu mogą dostać szansę w Ekstraklasie.

Moim zdaniem jeśli młody zawodnik z klubu Ekstraklasy może regularnie grać – choćby w tej II lidze – to lepiej, żeby poszedł na wypożyczenie niż wchodził na boisko raz na miesiąc w Ekstraklasie. Poszedłem do drugoligowego GKS-u, który borykał się z problemami finansowymi, ale wiedziałem, że będę regularnie występował. To była bardzo ważna decyzja. Gdybym siedział w Ruchu jeszcze rok czy dwa, mógłbym się zakurzyć i już nigdy nie wypłynąć w Ekstraklasie, a może i nawet w I lidze. A tak ograłem się z seniorami, wiele nauczyłem się od Bizackiego, Masternaka, Pawła Pęczaka czy Łukasza Kopczyka – legendy klubu z Tychów. Dzięki tamtemu okresowi dostałem potem szansę w Ekstraklasie, mam z Ruchem brązowy medal, posmakowałem europejskich pucharów.

Miałeś świadomość, że szansę w Ruchu dostałeś w dużej mierze dlatego, że nie miano wyjścia i musiano postawić na młodego zawodnika, który mało zarabiał? Tak wtedy przedstawiał to „Przegląd Sportowy”.

Nikt mi tego wprost nie powiedział, ale wiem, że tak było. Miałem jeszcze pół roku kontraktu, a klub dostał zakaz transferowy i nie mógł nikogo ściągnąć. Śmiałem się, że wzięto mnie jako „sztukę”, żeby liczba piłkarzy w kadrze się zgadzała. Początkowo proponowano, żebym pojechał testowo na dwa tygodnie na obóz, ale postawiłem sprawę jasno: albo mnie tu chcecie, albo odchodzę. Miałem sporo ofert z I ligi i wolałem to niż samo bycie sobie w ekstraklasowej kadrze. W końcu stwierdzono, że zostanę i dostanę szansę. Przedłużyłem umowę i mogłem zacząć sprawdzać się na najwyższym szczeblu.

No i wyszło na to, że przez dwa sezony byłeś podstawowym zawodnikiem Ruchu.

Na początku rundy wiosennej pierwszego sezonu siedziałem trochę na ławce, ale w drugim już faktycznie grałem prawie wszystko.

W eliminacjach Ligi Europy wyrzuciliście za burtę szwajcarski Vaduz i duński Esbjerg, przegraliście dopiero dwumecz z Metalistem Charków. Odnosiło się wrażenie, że mogliście ugrać jeszcze więcej, gdybyście w pewnym momencie zagrali odważniej.

Na każdym etapie nas wtedy w Polsce lekceważono. Jak już trafiliśmy na Metalist, zakładano, że nie mamy żadnych szans, co my tam możemy zrobić. Jeśli dobrze pamiętam, nie było w polskiej telewizji żadnego meczu Ruchu, a przecież to była norma, że transmitowano nawet rundy wstępne. W Gliwicach zremisowaliśmy z Metalistem 0:0. W rewanżu w Kijowe doszło do dogrywki, w której Krzysiu Kamiński dostał czerwoną kartkę za faul na przedpolu i sędzia podyktował rzut karny, co przesądziło. Nie ulegało wątpliwości, że Metalist piłkarsko był od nas lepszy, ale mogliśmy się postawić jako drużyna. Niewiele zabrakło, a sprawilibyśmy sensację, awansując do fazy grupowej Ligi Europy, na co wyjściowo absolutnie nikt nie liczył.

Pytanie, czy to by was nie zarżnęło w Ekstraklasie? Kadrę mieliście bardzo wąską.

Jakoś dalibyśmy radę, a każdy mógłby mieć poczucie, że osiągnął coś ważnego.

No i klub dostałby kilka milionów złotych, wreszcie byłoby więcej pieniędzy.

W Ruchu nigdy nie było więcej pieniędzy. Mieliśmy dostać premie za wejście do IV rundy eliminacji LE, ale potem zmieniono zdanie. I tu jest najciekawsze. Pensje dostawaliśmy wtedy co miesiąc, bo klub był nadzorowany przez UEFA jako uczestnik europejskich pucharów i nie miał wyjścia. W pewnym momencie jednak z wypłatami się spóźnił. Dostał za to karę finansową od UEFA. Co zrobiono? Klub naszą premią zapłacił karę…

Miałeś to szczęście, że w Ruchu grałeś u boku Łukasza Surmy.

Spotkał mnie wielki zaszczyt. On i Marcin Malinowski doradzali mi najwięcej. Żałuję, że spotkałem ich tak późno. Kiedyś powiedziałem Łukaszowi, że powinno być tak, iż młodzi zawodnicy obligatoryjnie mają do czynienia z takimi osobami jak on – na rok, na dwa. Dwa lata z Łukaszem dały mi więcej niż 6-8 lat bez niego. Jak na polską ligę był zaawansowany piłkarsko, a do tego mógł mnóstwo przekazać. Na jednym z pierwszych treningów od razu powiedział:

 – Słuchaj, jak ja cię widzę, musisz być zawsze gotowy. Mnie nie interesuje, czy ktoś tam stoi, czy nie stoi. Jesteś na boisku, masz być w każdym momencie do gry.

Nogi zawsze ugięte, pełna gotowość?

Tak jest. Dzięki takiemu podejściu nasza trójka w drugiej linii – Łukasz, ja i Filip Starzyński – bardzo dobrze funkcjonowała. Role były podzielone. Byłem od typowo czarnej roboty, Łukasz grał trochę wyżej, a na fortepianie grał Filip. To mi odpowiadało. W lidze potrafiliśmy postawić się każdemu, co dało nam trzecie miejsce.

Latem 2015 odszedłeś do Termaliki. Podejrzewam, że aspekt finansowy miał wtedy spore znaczenie, że chciałeś wreszcie stabilizacji w tym względzie…

Dużo wcześniej rozmawiałem z trenerem Piotrem Mandryszem, z którym dobrze pracowało mi się w Tychach. Jego osoba miała duży wpływ na moją decyzję, finanse również – nie ukrywam. W Niecieczy powstawał naprawdę ciekawy projekt. Gdy przyjechałem tam pierwszy raz i zapowiadano, że za trzy miesiące będzie gotowy nowy stadion, a za pół roku baza, niedowierzałem. Wtedy widziałem stary stadion i starą bazę. Tempo prac było niesamowite i wcześniejsze zapowiedzi zrealizowano. Nowy, kameralny obiekt prezentuje się godnie, a baza jest jedną z najlepszych w Ekstraklasie. Taki poziom powinien być wymogiem.

Mandrysz to najważniejszy trener w twojej karierze? Nie wszyscy miło wspominają pracę z nim, wam chyba zawsze było po drodze.

Mamy bardzo dobre relacje i nie jest to tajemnica. Dwa lata współpracy w Tychach dużo mi dały, wywalczyliśmy awans do I ligi i później jako beniaminek graliśmy powyżej oczekiwań. Zajęliśmy szóste miejsce, a gdybyśmy mieli jeszcze 3-4 punkty, moglibyśmy się nawet zakręcić koło podium. Piotr Mandrysz to ważna postać w moim piłkarskim życiorysie. Co jakiś czas się spotykamy i niewykluczone, że kiedyś jeszcze nasze zawodowe drogi się zejdą.

Atmosfera w Termalice była specyficzna? Dziś o tej specyfice mówi się więcej niż kiedykolwiek wcześniej i to w negatywnym kontekście, ale długo patrzono na nią w sposób pozytywny.

Mieliśmy tam wszystko, czego potrzebowaliśmy. To nie jest norma w polskiej piłce.

Pani prezes trzymała rękę na pulsie bardziej niż normalny prezes?

Państwo Witkowscy dokonali czegoś niesamowitego. Za własne pieniądze w ciągu dekady przeszli drogę od IV ligi do Ekstraklasy, wybudowali stadion, imponującą bazę, po awansie zainteresowali Termaliką piłkarską Europę. Trzeba to docenić. Pod względem codziennych rządów jest to inny klub niż reszta, to prawda. Każdy klub ma inne problemy – jest klub miejski, prywatny, biedny i tak dalej.

Jakie problemy miała Termalica?

Może nie nazwałbym tego problemami – pani prezes na pewno jest bliżej drużyny niż większość prezesów, co nie musi oznaczać czegoś złego.

Patrzyliście krzywo na jej brata Jana Pochronia? Był w sztabie szkoleniowym każdego kolejnego trenera i jest do dziś. To nie jest normalne…

Pan Pochroń był tam od zawsze i wiadomo, że będzie. Zawodnicy są od wykonywania poleceń trenerów, nie od ich oceniania czy tym bardziej decydowania, kto może być w klubie. Wszyscy wiedzą, że Jan Pochroń jest w sztabie, nasze zadanie to robić swoje bez względu na wszystko.

Widzieliście jakieś konkretne działania u Pochronia, czy faktycznie było tak, że siedział w pokoju z trenerami i „był” na treningach?

Nie wiem, jak wyglądały rozmowy trenerów w pokoju. Podczas zajęć nie wydawał komend, nie brał w nich aktywnego udziału. To się nie zdarzało. Od tego byli pierwszy trener i asystent. Pochroń był obecny na każdych zajęciach, a jaka była jego rola? To już pytanie do trenerów.

Dostawaliście zniżki na kostkę brukową od właścicieli?

Nigdy nie przedstawiono mi takiej możliwości, nigdy nie korzystałem. Może któryś z chłopaków akurat budował dom lub podjazd i mógłby powiedzieć coś więcej.

W pewnym momencie wydawało się, że w Termalice też możecie napisać piękną historię. W pierwszej rundzie z Czesławem Michniewiczem odnosiliście wyniki ponad stan?

Według mnie trener Michniewicz idealnie dopasował taktykę do możliwości drużyny. Powiedział nam:

 – Panowie, my się będziemy „bronić”. Ja mam taki i taki plan na was, jeżeli mi uwierzycie, to będziemy wygrywać.

I tak było. Jesienią byliśmy rewelacją rundy, a w zimowych sparingach potrafiliśmy wygrać nawet z Łudogorcem.

Co się potem popsuło?

Do dziś nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Wiosnę zaczęliśmy od 0:3 w Poznaniu po trzech rzutach karnych. Pierwszy raz w życiu ktoś przeciwko mnie trzy razy odgwizdał jedenastkę. Inna sprawa, że wszystkie były słuszne. Po remisach z Lechią i Legią wydawało się, że nabierzemy rozpędu w meczu z Ruchem u siebie. Czasami czujesz, że jeśli dziś wygrasz, to potem pójdzie seria, że to będzie przełom. Kontrolowaliśmy przebieg gry, mieliśmy mnóstwo sytuacji, zmarnowaliśmy nawet karnego i skończyło się 0:0. To był ten moment, gdy wsadziliśmy sobie kij w szprychy. Tak jak latem wystartowaliśmy dwoma zwycięstwami i rozpędziliśmy się, tak wtedy coś się zacięło. Graliśmy podobnie, ale zaczęliśmy wykładać się na szczegółach. Wcześniej działały na naszą korzyść, mieliśmy trochę szczęścia, a wtedy decydowały o porażkach. Szkoda, bo mogliśmy zająć wyższe miejsce niż ósme.

Atmosfera w szatni zrobiła się niezręczna, gdy odszedł Michniewicz, a jego asystent Marcin Węglewski stał się pierwszym trenerem?

Znów mogę powiedzieć, że mieliśmy robić swoje bez względu na okoliczności. Marcin Węglewski wybrał jak wybrał, nie wiemy, co zaszło między trenerami. A czy wpłynęło to na atmosferę? Nie mogę stwierdzić, że było normalnie, skoro drugi trener został po odejściu pierwszego. Nie miałem wcześniej takiej sytuacji. Było… inaczej.

Już wtedy w Termalice było mnóstwo Słowaków. Z tego co się słyszy, zaczyna być to problem. Za twoich czasów nie powstawały grupki?

Pierwszy raz spotkałem się z tym, że jestem w polskim klubie, a inny kraj ma ośmiu przedstawicieli w kadrze. Nikt się jednak nie panoszył, wręcz trzymaliśmy się razem w jednej grupie. Wtedy też jednak było 12-13 Polaków, proporcje były mniej więcej pół na pół. Dziś jest inaczej w drugą stronę, ale skoro klub ma taką wizję budowania drużyny… To już nie moja sprawa i nie moje zmartwienie.

Słowacy nauczyli się polskiego? Niektórzy nawet po dłuższym czasie bardziej mówią po swojemu, bo języki są podobne.

Większość chłopaków szybko załapała nasz język, ale była mniejszość, która nawet po roku czy półtora miała problem z mówieniem. Pewnie nie ułatwiało im to aklimatyzacji, jednak to był ich wybór.

Latem odszedłeś z Termaliki po wygaśnięciu umowy, choć wcale się do tego nie rwałeś…

Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie spodziewałem się przynajmniej rozmów na temat nowego kontraktu. Grałem regularnie w pierwszym składzie, przez ostatnie pół roku byłem kapitanem. Klub jednak zdecydował inaczej.

Przeczuwałeś to?

Z jednej strony tak, z drugiej do końca łudziłem się, że może coś się jeszcze wydarzy. Czasami w takich sprawach do stołu siada się dopiero po powrocie z urlopów.

Kto decydował, że nie zostajesz? Mariusz Rumak?

Nie, to była decyzja klubu. Takie prawo pracodawcy, najwyraźniej przez dwa lata zrobiłem za mało.

No i wracamy do początku rozmowy. Trafiłeś do pierwszoligowego Zagłębia Sosnowiec. Skąd taki wybór?

Podobnie jak pół roku wcześniej, z Ekstraklasy nie dostałem żadnej konkretnej oferty. Z I ligi przyszło sporo zapytań. Wiedziałem, jak do czerwca będzie wyglądała moja sytuacja rodzinna, więc powrót na Śląsk był czymś pożądanym. Oferta Zagłębia, z którym już kiedyś rozmawiałem, pozwoliła poukładać wszystkie puzzle. Mogę znów mieszkać w domu w Chorzowie, w Sosnowcu ambicje mają duże, drużyna po słabym początku sezonu wróciła na właściwe tory. Do tego mam stabilizację, podpisaliśmy dłuższy kontrakt.

Nie ma opcji wcześniejszego rozstania w razie braku awansu w tym sezonie?

Cel jest taki, żeby awansować. Umowę mam na dwa i pół roku, wierzę, że w tym czasie zagram z Zagłębiem w Ekstraklasie. Tracimy siedem punktów do drugiego miejsca, wiemy o tym, ale I liga ma swoją specyfikę, można odrobić nawet większe straty, co niedawno pokazał Górnik Zabrze. Wszystko zależy od nas. Jeżeli nie wyjdzie, pretensje będziemy mogli mieć tylko do siebie.

Twój starszy brat jest fanatykiem GKS-u Katowice. Kilka razy byłeś przymierzany do tego klubu. Zagranie w nim jest jakimś marzeniem?

Powiedziałbym, że brat jest zagorzałym kibicem, to lepsze określenie. Chodzi z kolegami na wszystkie domowe mecze. Zawsze, gdy gdzieś kończyła mi się umowa, niektórzy w ciemno łączyli Babiarza z Katowicami. Telefony od znajomych urywały się, pytali, czy to prawda. Ostatnio jeden z nich zażartował jednak:

 – Wiesz, w sumie dobrze, że tu nie trafiłeś, bo musiałbyś tam teraz stać i na ciebie też byśmy krzyczeli.

Dwa razy byłem blisko Katowic. Były to jeszcze czasy, gdy na klubie ciążyły zakazy transferowe. Przebywałem na testach, gdy miało dojść do połączenia z Polonią Warszawa, ale nic z tego nie wyszło. Nie ma co rozpamiętywać historii. Dziś cieszę się, że jestem w Zagłębiu.

Gdy miałeś 13 lat, nagle zmarł ci ojciec. Piłka była wtedy odskocznią, ratunkiem?

Może parę lat temu powiedziałem coś w takim kontekście, dziś bym tak nie powiedział. To sprawy prywatne, nie za bardzo chciałbym do nich wracać. Na pewno nie było tak, że odejście taty zmobilizowało mnie bardziej do treningów czy coś takiego. Już wtedy byłem zafiksowany na punkcie piłki, grałem w nią od rana do wieczora, odkąd pamiętam. Po szkole rzucałem plecak w kąt, jechałem na trening, potem kopałem z kolegami, aż robiło się ciemno. Nie łączyłbym spraw rodzinnych z tym, że do czegoś udało mi się w piłce dojść.

Na pewno jednak musiałeś szybciej dorosnąć, szybciej wziąć większą odpowiedzialność, a to mogło potem pomóc.

Każda osoba trudniej doświadczona w życiu musi szybciej dorosnąć. Tak już jest.

Sprawiałeś wcześniej problemy?

Broń Boże – ani w szkole, ani na podwórku. Wręcz przeciwnie. Nie za bardzo pakowałem się w kłopoty. Całe moje życie to była piłka. Weekendy spędzałem na boisku, z przerwą na symboliczną kanapkę. Nie miałem czasu na głupoty.

Masz obecnie status solidnego ligowca. Czego ci brakuje, żeby wejść półkę wyżej?

Kiedyś na Weszło napisaliście, że gdybym przyszedł z pizzą, to nikt by mnie nie rozpoznał. Później jednak było mi miło, gdy przy okazji jakiegoś rankingu uznaliście mnie za jednego z najbardziej niedocenianych ligowców. To pokazuje, że już jakiś przeskok zanotowałem (śmiech).

Cały czas marzę o reprezentacji, choć zdaję sobie sprawę, że droga do niej znacznie się teraz wydłużyła. Historie młodszych chłopaków z Górnika Zabrze – którzy rok temu grali w I lidze, awansowali po niesamowitym finiszu, dają radę w Ekstraklasie i ich kariera nabiera rozpędu – udowadniają, że wszystko może się zdarzyć. Moje życie pokazało już, że marzenia się spełniają. Oczywiście one się zmieniały. Za bajtla marzyłem o występach w Juventusie, potem o przebiciu się w Ekstraklasie i to udało się zrealizować. Dziś celem jest wrócić tam z Zagłębiem. Chciałbym też móc grać tak długo na dobrym poziomie jak Marcin Malinowski czy Łukasz Surma. Nawet w wieku czterdziestu lat nie odcinali kuponów.

Często musiałeś udowadniać, że niski wzrost nie jest dla ciebie przeszkodą?

Bardzo często. Zawsze musiałem nadrabiać braki w centymetrach. Raczej nie kryłem przy stałych fragmentach czy nie szedłem w pole karne rywala, ale pamiętam zabawną sytuację z meczu z Cracovią – odnieśliśmy zwycięstwo, jeden z moich lepszych występów. Skakałem do główki z Miroslavem Covilo i… wygrałem ten pojedynek. Sędzia od razu użył gwizdka. Ja zdziwiony, Covilo też. Później sędzia tłumaczył:

 – Kurde, nie wierzyłem, że mogłeś to zrobić bez faulu. To musiał być faul.

Utarło się, że będąc „szóstką” czy „ósemką” powinienem mieć co najmniej 175 cm wzrostu i byłbym inaczej postrzegany. Ja nie narzekam, to bardziej inni mieli problem. Kiedyś mnie to denerwowało, dziś mam dystans. Pamiętam rozmowę z pewnym znajomym, który uważał, że nie mam po co wracać do Ruchu, że z takimi warunkami jestem bez szans na grę w Ekstraklasie. Fajnie było mu pokazać, że się pomylił, że jeśli umiesz grać w piłkę, to w końcu się obronisz.

W tym temacie często odnosiłeś się do Alessandro Del Piero. To twój idol?

Tak, jestem wielkim kibicem Juventusu, a to mój ulubiony piłkarz. Będąc w Apollonie udało mi się być na wyjazdowym spotkaniu „Juve” z Olympiakosem w Lidze Mistrzów. To też spełnienie marzenia. Niby dziś to żadna większa sztuka pojechać na mecz wielkiego klubu, ale w moim przypadku zawsze był kłopot z terminami. W dzieciństwie często pomykałem po boisku w pasiastej koszulce z Del Piero, oczywiście kupionej na bazarze. Mimo że różniliśmy się pozycjami, imponowało mi to, że będąc niskim grał na światowym poziomie,.

Nadal jesteś mylony z Przemysławem Babiarzem?

Już rzadziej niż kiedyś, ale ciągle się to zdarza. Nawet kierownik Zagłębia na początku krzyknął do mnie „Przemo!”. Musieliśmy ustalić fakty raz a dobrze (śmiech). Dawniej często Przemysławem nazywali mnie sędziowie, co było mega słabe. W końcu nawet zapytałem któregoś, czy robi mi na złość. Rozumiem zbieżność nazwisk, ale czy tak trudno rozróżnić imiona, zwłaszcza gdy jest się w środowisku piłkarskim?… Czasami słyszałem też „Przemo, Przemo!” od jakichś dziennikarzy po meczach, jakby chcieli jeszcze pokazać, że się znamy. Żenujące.

Na pewno miałeś też jakieś zabawne historie.

Dziś się z tego śmieję, ale wtedy zdążyłem się naprawdę wkurzyć. Na jednym ze zgrupowań Termaliki jestem w pokoju z Mateuszem Kupczakiem. Nagle dzwoni nieznany numer. Odbieram.

 – Dzień dobry. Panie Przemysławie, rozmawialiśmy wczoraj i dzwonię zgodnie z umową.

 – Pomyłka, nie jestem Przemysławem Babiarzem.

Po chwili jednak facet znów dzwoni i tak jeszcze kilka razy. Nie mógł uwierzyć, że nie jestem tym dziennikarzem. Facet już prawie popłakany, ja wściekły. Myślę sobie, że to jakiś troll, że ktoś mnie tu chyba porządnie wkręca. Co się okazało? To był jakiś redaktor, który faktycznie dzień wcześniej rozmawiał z Przemysławem Babiarzem. Wymienili się numerami i umówili na rozmowę. Zapisał go w kontaktach, gdzie miał też zapisanego mnie, przy jakiejś okazji kiedyś rozmawialiśmy. No i wybierał pierwszego Babiarza z listy, aż w końcu się zorientował. Na koniec się pośmialiśmy, ale wcześniej nie było mi do śmiechu.

Na swój sposób zdążyłem się już przyzwyczaić do tych pomyłek, ale słabo to wygląda, gdy ktoś chce coś od ciebie i nie wie, do kogo mówi. Jak nie ma pewności, niech po prostu nie używa imienia. Fajnie byłoby się kiedyś spotkać z panem Przemysławem. Jest wysoki, ja niski. Zrobiliśmy sobie zdjęcie, wrzuciłbym je na Twittera z podpisem „znajdź trzy różnice”. Może wtedy do niektórych by dotarło (śmiech).

rozmawiał PRZEMYSŁAW MICHALAK

KOMENTARZE (9)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Kunta Kinte
Wybrzeże Klatki Schodowej

W jakiej sytuacji można uderzyć kobietę na g. śląsku w twarz…?!
Gdy palą się jej wąsy…

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

wojtek1611

Dziwnych czasów dożyliśmy, że wychowanek Ruchu, żyjący w środowisku kibiców Gieksy, idzie do Zagłębia. Do tego mieszka ciągle w Chorzowie…

Rojber Hultajski

..takie czasy

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

wojtek1611

Wiem że to miałeś na myśli i się z tobą zgadzam 😉

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

wpDiscuz