Kto podskoczy Lavillenie?
Inne sporty

Kto podskoczy Lavillenie?

– Chciałbym być jak Superman i skakać ciągle powyżej sześciu metrów… – powiedział kiedyś Renaud Lavillenie. I faktycznie, Francuz wyprawiał już z tyczką takie rzeczy, że brakowało mu tylko peleryny. Czy pogromca jednego z najsłynniejszych rekordów świata w historii znów zamieni się w superbohatera i wygra Halowe Mistrzostwa Świata w Birmingham?  

Rekordy świata w lekkoatletyce padały w przeróżnych okolicznościach. O ile Usain Bolt bił je na igrzyskach i mistrzostwach świata, to już taki Javier Sotomayor 2,45 w skoku wzwyż zaliczył podczas trochę piknikowych zawodów w Salamance. Absolutnemu rekordowi świata w skoku o tyczce towarzyszyły jednak okoliczności absolutnie wyjątkowe.

Po pierwsze, Renaud Lavillenie wymazał rekord z 21-letnią brodą. Po drugie, dokonał tego w Doniecku, a więc w tym samym mieście, gdzie w 1993 r. Siergiej Bubka wyśrubował swój wynik do 6,15. Po trzecie, dokonał tego w obecności legendarnego Ukraińca. I wreszcie po czwarte – kontekst. W Kijowie od kilku tygodni trwały największe protesty w historii kraju, setki tysięcy ludzi domagały się odwołania prezydenta Wiktora Janukowycza, gruntownych reform i zbliżenia państwa do Unii Europejskiej. Kiedy media na całym świecie relacjonowały protesty i informowały o kolejnych zabitych z rąk berkutowców, 700 kilometrów dalej został pobity jeden z najsłynniejszych rekordów świata w lekkoatletyce. Skok Francuza był pierwszym od dawna pozytywnym newsem, jaki podano w kontekście Ukrainy.

A kilka tygodni później w tym samym Donbasie wybuchła wojna.

„Chwila, którą mogłem się rozkoszować”

Rekord świata padł 15 lutego 2014 r. podczas organizowanego przez samego Siergieja Bubkę mityngu Pole Vault Stars. Lavillenie miał stamtąd dobre wspomnienia, bo wygrał tam trzy wcześniejsze edycje.

Kiedy także wtedy zwycięzca był już znany, poprzeczka powędrowała na 6,16. Trudno jednak było wierzyć w powodzenie tej misji księżycowej, skoro wcześniejszą wysokość – konkretnie 6,01 – Francuz pokonał dopiero w trzeciej próbie. Ale jednak, dołożył ten jeden centymetr, te dziesięć milimetrów, które przez ponad dwie dekady były czymś niewykonalnym.

A Bubka? Kiedy 27-latek był na rozbiegu, on siedział na trybunie honorowej i z uśmiechem od ucha do ucha żartował sobie z kolegami. Kiedy już po skoku skierowano na niego kamery, wstał i natychmiast zszedł na dół, żeby osobiście pogratulować nowemu rekordziście. Brytyjski „The Guardian” napisał później, że Ukrainiec, chociaż fetował rekord razem z Francuzem, miał jednak na twarzy nieco wymuszony uśmiech. „Być może była to zwyczajna niemożność całkowitego ukrycia naturalnego rozczarowania, które musi być odczuwane, kiedy traci się coś tak cennego” – filozofowali dziennikarze.

Bubka, który w swojej karierze aż 35 razy poprawiał rekord świata w hali i na stadionie, w późniejszych komentarzach mówił jednak, że szczerze się z wyniku Renaud cieszy. Tym bardziej, że zależało mu, aby padł on właśnie w Doniecku. Zdradził też, że dzień wcześniej długo rozmawiał z Lavillenie o rekordzie i był pewien, że chciałby właśnie takiego następcę.

Myślę, że będę potrzebował trochę czasu zanim zejdę na Ziemię, bo to niesamowite. To był mityczny rekord świata, a pokonałem go w pierwszej próbie bez żadnego dotknięcia. To po prostu chwila, którą mogłem się rozkoszować. Wiedziałem, że jestem zdolny do takiego skoku, ale nastawiałem się, że będzie to możliwe najwcześniej w 2015 lub 2016 r. – mówił z kolei francuski tyczkarz, który był w Doniecku tak nakręcony sukcesem, że poprosił o zawieszenie poprzeczki na 6,21.

Wyglądało to zresztą trochę zabawnie, bo trzymając już tyczkę w rękach i szykując się do rozbiegu, nie potrafił powstrzymać uśmiechu. Próba oczywiście się nie powiodła. Na dodatek skończyła się kiepsko, bo gwiazdor niefortunnie upadł i doznał kontuzji nogi.

Dziś już nie każdy pamięta, ale ten rekord teoretycznie mógł paść w Bydgoszczy. Dwa tygodnie wcześniej Lavillenie już tam sygnalizował, że jest piekielnie mocny. Mityng Pedros Cup wygrał z wynikiem 6,08, co było wtedy nowym rekordem Francji. U nas też próbował przeskoczyć 6,16, ale trzy razy strącił. Zapach rekordu był już jednak lekko wyczuwalny.

Brazylia nie wybaczy mu hitlerowców 

Kiedy bił wynik Bubki, był już mistrzem olimpijskim z Londynu, wicemistrzem świata z 2013 r., dwukrotnym mistrzem Europy, zdobywcą Diamentowej Ligi, wygrywał też halowe mistrzostwa świata i Starego Kontynentu. Po Doniecku obwołano go nowym carem tyczki, ale później nie zawsze był hegemonem. Wielkie rozczarowanie przyszło już rok później podczas mistrzostwa świata, gdzie wyskakał jedynie brązowy medal. Na trzecim stopniu podium stanął wówczas z Piotrem Liskiem i Pawłem Wojciechowskim.

Z kiepskim jak na niego wynikiem szybko się pogodził, ale jest jedna rana, która zawsze będzie go piekła – igrzyska w Rio de Janeiro. Chociaż był wielkim faworytem, to zakończył je tylko ze srebrem. Sensacyjnym zwycięzcą konkursu został Brazylijczyk Thiago Braz.

To był konkurs, który zostanie zapamiętany na lata z kilku powodów. Po pierwsze, ze względu na kosmiczny poziom sportowy. Zarówno Lavillenie jak i Braz ustanawiali rekordy olimpijskie. Najpierw francuz skoczył 5,98, ale Brazylijczyk aż 6,03, co dało mu ostatecznie złoty medal. Drugim czynnikiem była atmosfera wrogości, jaka panowała na trybunach względem rekordzisty świata. Lavillenie przy decydujących próbach był niemiłosiernie wygwizdywany i lżony, a strącenie przez niego poprzeczki powodowało wśród publiczności istny karnawał. Niby nie powinno być w tym nic nadzwyczajnego, ale tego typu zachowania – pomijając „polityczne” konkursy i sytuacje pokroju gestu Kozakiewicza – są w lekkoatletyce rzadkością. Niepisana zasada mówi po prostu, że nie buczy się na przeciwników.

Lavillenie dał się sprowokować, wykonywał w kierunku trybun przeróżne gesty, czym jeszcze bardziej nakręcał publiczność. A po konkursie, kiedy był dodatkowo przybity przegraną, poszedł już na całość. Brazylijskich kibiców porównał do publiczności z hitlerowskich igrzysk w 1936 r., kiedy trybuny były przeciwko Jesse Owensowi. Szybko zrozumiał, że grubo przesadził i za swoje słowa oficjalnie przeprosił, ale ten wywód nigdy nie zostanie mu już pewnie zapomniany. Chociaż organizatorzy igrzysk poniekąd stanęli po jego stronie. MKOl wystosował do kibiców apel, aby tak nie hejtowali przeciwników swoich faworytów.

August 15, 2016 - Rio de Janeiro, RJ, Brazil - OLYMPICS ATHLETICS: Renaud Lavillenie (FRA) reacts after he misses 6.03 meters in the Men's pole vault final at Olympic Stadium (Engenhão) during the 2016 Rio Summer Olympics games. (Credit Image: © Paul Kitagaki Jr. via ZUMA Wire) FOT. ZUMAPRESS.com / NEWSPIX.PL POLAND ONLY !!! --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

– Zachowanie kibiców było niefajne, bo w „lekkiej” takie rzeczy nie mają miejsca. W dzisiejszych czasach nie zdarza się, żeby kibice byli aż tak negatywnie nastawieni do jednego zawodnika. Sama nigdy z czymś takim się nie spotkałam – mówi nam dwukrotna wicemistrzyni świata Monika Pyrek. I przyznaje, że reakcji Francuza jeszcze na stadionie się nie dziwi: – Jeśli ktoś na ciebie tak gwiżdże, a mimo to uda się pokonać wysokość, to nerwy puszczają. To naturalne, nie da się zatrzymać takich emocji.

„Maszyna” na rozbiegu

Lavillenie nie wygrał wprawdzie też ubiegłorocznych mistrzostw świata w Londynie, gdzie znów był trzeci, ale i tak pozostaje w swojej dyscyplinie gwiazdą numer jeden. W czym tkwi jego siła? – Ma dar od Boga. To totalny luzak, jest crazy. Znam wielu zawodników, którzy skaczą, ponieważ dostrzegają w tym szansę dla siebie. On jest inny, ponieważ widać, że to kocha. To jego gigantyczny atut – mówił w wywiadzie dla Weszło Piotr Lisek.

Jeśli wygrywam raz, chcę wygrać drugi. Jeśli zrobię to drugi raz, to marzę o trzecim. Chcę, żeby moja szafa na trofea była największa ze wszystkich w całym domu – mówił Lavillenie.

Rzeczywiście, studiując wywiady których udzielał, ciężko jest doszukać się jakichś głębokich zwierzeń o życiu prywatnym, wszędzie tylko tyczka, tyczka, tyczka. Jest na niej totalnie zafiksowany i być może dlatego jedną z jego ksywek jest „Maszyna”. Co robi jednak w wolnych czasie? Jak opowiadał, poza tyczką uwielbia szybkie motocykle i jazdę po torach wyścigowych, muzykę elektroniczną, a na stole pizzę i spaghetti.

Zamiast nad przepisami w kuchni, pochylmy się jednak nad przepisem na jego wysokie skoki.  Zdaniem Moniki Pyrek, Lavillenie to przede wszystkim bardzo dobry rytm rozbiegu.

– Jak mówią najlepsi trenerzy na świecie, „to co się zrobi na ziemi, później daje oddźwięk na górze”. I jego największą zaletą jest właśnie bardzo szybki i niesamowicie rytmiczny rozbieg, który pozwala na stabilizację techniki. Odpowiedni rytm jest ważny, bo czasami ktoś jest bardzo szybki, ale kiedy w pewnym momencie spada mu prędkość, nie radzi sobie z elementami technicznymi. A u Francuza nie ma takich problemów, on nawet jak biega trochę wolniej, to i tak potrafi poskładać wszystkie elementy. To jego atut, bo ponieważ on nie skacze na najtwardszych tyczkach na świecie, jest też dość niski jak na tyczkarza (ma 177 cm – red.). Nie ma również muskulatury, tutaj wszystko jest oparte na zdolnościach koordynacyjnych, umiejętności łączenia poszczególnych elementów tej trudnej konkurencji – twierdzi nasza medalistka.

W przypadku rekordzisty świata w oczy rzuca się też to, że często nawet na najważniejszych zawodach rezygnuje z niższych wysokości. Kiedy rywale walczą już na poziomie 5,50, on potrafi ściągnąć dresy dopiero przy 5,80.

– Wynika to z ustaleń taktycznych. Zawsze były dwie szkoły: albo zaczynasz wcześniej na miękkich tyczkach i startujesz od bezpiecznego skakania, albo zaczynasz od twardszych. Ja zawsze czułam się pewniej, kiedy mogłam zacząć niżej na miększej tyczce. Ale są tacy jak Lavillenie, którzy zaczynają wysoko. U niego może to wynikać również z tego, że ma dość długi rozbieg. W ten sposób być może też oszczędza siły, bo gdyby startował od początku, tych rozbiegów musiałby wykonać więcej. Tutaj wszystko jest skalkulowane – podkreśla.

Czy Lisek przechytrzy Supermana?

Naturalne jest więc pytanie, gdzie jest rzeczywista granica możliwości 31-latka. Siergiej Bubka przyznał, że wierzy w 6,20, a może nawet więcej. Porównywał Francuza do siebie sprzed lat, bo jak mówił w 2014 r. wywiadzie dla „PS”, sam mógł osiągnąć ponoć nawet 6,37. Takie były bowiem wyliczenia naukowców. Teoria i wykresy nigdy nie przełożyły się jednak na rzeczywistość.

Warto też przypomnieć, że o ile absolutny rekord świata należy do Lavillenie, to gdyby patrzeć na sam stadion, wciąż sporo mu brakuje do Bubki: jego życiówka to 6,05 przy 6,14 Ukraińca.

– Będę szczera: kiedy Lavillenie zaczął wygrywać, nie wierzyłam do końca, że będzie tak stabilnym zawodnikiem. Wydawało się, że sposób w jaki skacze, pozwoli mu błyszczeć może przez dwa sezony? Ale on pozostaje w czołówce bardzo długo i nie zamierza jej opuszczać – mówi Monika Pyrek. – Po tamtym rekordowym skoku mam jednak poczucie, że więcej tyczkarzy jest w stanie skakać bardzo wysoko. Po 6,16 stało się coś takiego jak w damskiej tyczce. W momencie, kiedy Jelena Isinbajewa przestała trenować, to tak jakby pozostałym dziewczynom otworzyły się głowy. Kiedy jej dominacja się skończyła, bardziej uwierzyły, że wysokości 4,90 czy 5 metrów nie są zarezerwowane tylko dla Rosjanki.

Halowe Mistrzostwa Świata w Birmingham ruszają w czwartek i Renaud Lavillenie będzie oczywiście jednym z głównych faworytów do złota. Ostatnie mistrzostwa na stadionie wprawdzie przegrał i tego jednego tytułu wciąż jeszcze nie ma w swojej szafie, ale hala jest jego terenem. Mistrzostwo globu wygrał tam w 2012 i 2016 r., a pewnie zrobiłby to samo w 2014 r. w Sopocie, ale wypadł z gry przez kontuzję.

Brytyjski konkurs zapowiada się świetnie także z naszej perspektywy. Jeszcze do niedzieli liderem na liście światowej z 5,91 był bowiem Piotr Lisek. Tego dnia – skacząc 5,93 – wyprzedził go właśnie Lavillenie (na spółkę z Amerykaninem Samem Kendricksem). Na tym etapie sezonu to oni wydają się być najbardziej ustabilizowani. Kto komu bardziej podskoczy?

RAFAŁ BIEŃKOWSKI    

Fot. newspix.pl

KOMENTARZE (2)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Behaer

Już tu ktoś kiedyś obalał mity na temat Owensa w Berlinie. Raz jeszcze proszę, kawał odkłamania historii: http://www.superkalejdoskop.com/index.php/web-links/511-jesse-owens-dwa-mity

tolep
Hejko Lejorz

dorzucam http://nowadebata.pl/2016/12/07/o-ryszardzie-czarneckim-jesse-owensie-adolfie-hitlerze-i-innych-osobach/

Owens stał się gwiazdą igrzysk i idolem publiczności, ulubieńcem berlińczyków, prawdziwym sportowym celebrytą. Jego rzetelni biografowie piszą, że podbił serca i wyobraźnię tłumów zgromadzonych na stadionie. Niemiecka publiczność wiwatowała na jego cześć, skandując „Yes-sa Ov-enss! Yes-sa Ov-enss!’. Powszechnie podziwiano go jako wybitnego sportowca. Kilkakrotnie cały stadion zgotował mu burzliwą owację na stojąco – owacje, jakie otrzymał w Berlinie były największymi w jego karierze sportowej. Sam Owens twierdził potem, że, berlińska publiczność podarowała mu najpiękniejsze dni w życiu.

wpDiscuz

INNE SPORTY