W ślady Agassiego i Samprasa. Pokolenie, które może przerwać tenisową suszę w USA
Inne sporty

W ślady Agassiego i Samprasa. Pokolenie, które może przerwać tenisową suszę w USA

Stany Zjednoczone od zawsze były tenisową potęgą i nie zamierzają oddawać tego miana. U kobiet rządzą siostry Williams, a – gdy zabrakło Sereny – pojawiła się choćby Sloane Stephens, zgarniając US Open; w deblu wciąż wysoko stoją akcje braci Bryanów; w mikście zawsze znajdą się pary, które są w stanie coś osiągnąć. I tylko singiel mężczyzn patrzy na to wszystko z zazdrością.

Właściwie jak to możliwe, że kraj z takimi tradycjami tenisowymi – zwłaszcza w męskich rozgrywkach – dziś z nadzieją czeka na kogoś, kto byłby w stanie powalczyć o tytuł wielkoszlemowy? To pytanie, na które postaramy się odpowiedzieć. Istotniejsze jest jednak inne: czy nowe pokolenie młodych, znakomitych zawodników, jakich wysyp nastąpił w USA, jest w stanie sprostać oczekiwaniom, które się przed nimi stawia?

Złote czasy

By dobrze zrozumieć sytuację, w jakiej znalazły się Stany, warto cofnąć się w czasie i przeprowadzić szybkie obliczenia. Od początku ery Open i profesjonalizacji tenisa (końcówka lat 60.) do dziś, tenisiści z USA zgromadzili na swym koncie 51 tytułów wielkoszlemowych. Gdyby zsumować osiągnięcia drugich Szwedów i trzecich Hiszpanów, mieliby ich oni 48. Ujmując to najprościej, jak się da: Stany to potęga.

Warto tu jeszcze napomknąć, że ludzie, którzy zdobywali te tytuły, to Gwiazdy. Przez duże G. John McEnroe, Jimmy Connors, Pete Sampras, Andre Agassi, Artur Ashe. To wszystko tenisiści, którzy zmieniali oblicze tego sportu. Celebryci, nie tylko na korcie, ale poza nim, rozpoznawalni w każdym mieście, na każdej ulicy. Równać do nich nie jest łatwo.

Gdy na światowe korty zawitał Andy Roddick, który wszedł na szczyt rankingu i wygrał US Open, okazało się… że to za mało. Ludzie chcieli więcej. Chcieli tenisistów „rockmanów”, pięknej gry, wielkich sukcesów, ale i rozrywki. Chcieli nowego Agassiego, nowego McEnroe. Andy tego nie gwarantował, nie gwarantowali też jego koledzy – James Blake czy Mardy Fish.

Tomasz Lorek, komentator tenisa w Polsacie Sport:

Roddick zastanawiał się, co będzie dalej, skoro pomstowano na ich trójkę. On czuł się w głębi duszy takim straconym pokoleniem. „Biczowano” go za sukcesy, które nijak się miały do wcześniejszych pokoleń amerykańskich tenisistów. On sarkastycznie odbijał piłeczkę, mówiąc, że jeszcze wszyscy będą mówili o prawdziwej suszy i braku sukcesów.

Że Andy Roddick był dobry w odbijaniu piłeczki – wiedzieliśmy wszyscy. Nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że jest z niego też kawał całkiem niezłego wróżbity. Od 2003 roku, czyli momentu, gdy triumfował w US Open, amerykański tenisista nie wspiął się już na szczyty męskiego tenisa. Ba, żaden nie był tego nawet blisko. Wiemy, że Amerykanie nie czerpią zapewne wzorców z Chin, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że w tym przypadku postawiono na…

…ilość, nie jakość

Dobra, to przesadne uproszczenie tematu, wiemy. Poza tym John Isner czy Sam Querrey są całkiem niezłym tenisistami, to też wiemy. Słabi nie wygrywają 12 (Isner) lub 10 (Querrey) turniejów ATP i nie kręcą się w okolicach pierwszej 10 rankingu. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że Amerykanom, mimo wielu starań, nie udało się przez te lata wyhodować tenisisty wybitnego. Spójrzmy na jeszcze inne nazwiska: Steve Johnson, Donald Young, Tim Smyczek. Niedzielny kibic tenisa mógł nigdy o nich nie słyszeć.

W czym więc rzecz? Co sprawiło, że Amerykanie, mając tak ogromny potencjał ludzki i finansowy, nie zdołali znaleźć tenisisty, który gwarantowałby sukcesy? Mimo tego, że przecież w kobiecym tenisie do USA wciąż trafiają nowsze i nowsze trofea. Swoje trzy grosze ma tu do dorzucenia Jim Courier, a że czterokrotnego zwycięzcę turniejów wielkoszlemowych zawsze warto posłuchać:

Musimy zrozumieć, że świat stał się kompletnie inny od czasów, gdy Amerykanie zajmowali niemal 50 procent miejsc na liście stu najlepszych zawodników. Mieliśmy najlepszy system szkolenia, najlepsze informacje. Świat nie był wtedy płaski, informacje nie były zdemokratyzowane za sprawą Internetu.

To ciekawe spojrzenie, bo mówi nam, że to nie tyle USA stało się gorsze, co świat przeskoczył znacznie do przodu. Tenis stał się sportem globalnym, coraz częściej zawodnicy z krajów, które wcześniej się nie liczyły, wygrywają turnieje i zajmują w rankingu wyższe pozycje. Zresztą wielu z nich szkoli się w… USA. Prywatne akademie z radością przyjmują tenisistów spoza granic kraju. Tych najlepszych i tych nieco gorszych, którzy mają za to sporo pieniędzy. Uzyskać jakąkolwiek przewagę w takim układzie? Nie da się.

Za taką teorią stoi zresztą jeszcze jeden argument: kraje, w których rozgrywane są turnieje Wielkiego Szlema, a więc najbogatsze, dosłownie i w tenisowe tradycje, w męskim tenisie sobie nie radzą. Ostatni zwycięzca Szlema z Australii? Hewitt, 2002. Wielka Brytania? No dobra, oni mają Murraya. Przed nim? Fredy Perry, 1936! Francja? Yannick Noah, 1983, jedyny tytuł Francuzów w erze Open. Podobne osiągnięcie na koncie mają m.in. Austriacy czy Ekwadorczycy. USA, jak mówiliśmy: Roddick, rok 2003. W czym tkwi kłopot Ameryki?

Tomasz Lorek:

Myślę, że nacje obarczone wielką przeszłością z jednej strony wywierają presję, a z drugiej, gdy zbyt często odnoszą sukcesy, one powszednieją. Ludzie mają przesyt rozrywki i kierują się w stronę innych zajęć. Dziś jest też mnóstwo turniejów, które stają się mniej interesujące dla szerszego grona odbiorców. Kiedyś było głównie US Open. Do tego w Stanach znajdziemy masę innych możliwości: koszykówka, baseball, hokej, nawet zwykła praca. Silna ekonomia też poniekąd może zniechęcać do tenisa.

Podobne spojrzenie ma na to wszystko James Blake, były numer cztery rankingu ATP:

Nie wydaje mi się, by problem leżał w treningu. Myślę, że to wpływ innych możliwości rywalizacji w USA. Jest koszykówka, futbol amerykański, baseball. Coraz popularniejsze stają się piłka nożna czy lacrosse. Wielu sportowców idzie do innych dyscyplin.

A całe rozważania podsumować można jeszcze jednym cytatem z Couriera:

Rzecz, którą powtarzam naszym młodym tenisistom to to, że nie jesteśmy przypisani do sukcesu. To, że jesteśmy Amerykanami, nie znaczy nic. Piłka tenisowa nie ma pojęcia z jakiego kraju pochodzisz, kiedy ja uderzasz. Musimy zapracować na sukcesy, jak wszyscy inni. Musimy być ich głodni, jeśli nie głodniejsi, niż wszyscy pozostali.

Bogactwo

Z tego co czytałem i rozmawiałem z chłopakami, powstały centralne ośrodki szkolenia. W zależności od regionu, najlepsi tenisiści z niego są ściągani do konkretnego ośrodka. Tam ci najbardziej utalentowani mają zapewnione wszystko, co potrzebne, by mogli trenować na wysokim poziomie za darmo. Ta nowa generacja chłopaków to w sporej części pokłosie tego systemu.

To słowa Dawida Olejniczaka, byłego tenisisty, dziś komentatora. Nie da się ukryć, że amerykańska federacja środki na działanie ma. Zresztą ogromne. W świecie tenisa działa to na prostej zasadzie: masz turniej wielkoszlemowy – jesteś jedną z najbogatszych federacji świata. Jak ten fakt wykorzystasz, to już inna sprawa. Amerykanie po tym, jak przestali wieść prym, zaczęli się nad tym poważniej zastanawiać.

Wspomniane ośrodki to jedna sprawa, choć nie zawsze i nie wszyscy z nich korzystają. Jared Donaldson, dla przykładu, dwa lata trenował w Argentynie, by przystosować się do gry na mączce. Wśród innych pomysłów m.in. system dofinansowań dla tenisistów. By jednak z niego skorzystać, trzeba wdrapać się co najmniej na poziom TOP 500 rankingu, ale to i tak wielka ulga dla wielu młodych i zdolnych chłopaków. System zresztą rozsądny, bo pieniądze w nim są zwykle przeznaczane na konkretne cele, np. podróże, nie wręczane zawodnikowi, który może z nimi zrobić wszystko (a tak to wyglądało kiedyś m.in. w Polsce, co, swoją drogą, i tak było sytuacją lepszą niż obecna).

W ostatnich latach w USA odpalono też program Net Generation. Pokolenie, o którym tu mówimy, już z niego nie skorzysta, bo adresowany jest on w stronę tenisistów w wieku do 18 lat, ale wielu innych z pewnością zwróci się w jego stronę. Odpowiednikiem tego u starszych jest Team USA, zakładający m.in. wspomniane dofinansowania, z których skorzystał choćby Frances Tiafoe. Było warto trochę na niego wydać, ostatnio w Delray Beach wygrał swój pierwszy tytuł ATP, po drodze eliminując m.in. Juana Martina del Potro. A to zapewne dopiero początek jego dokonań. 

Co jednak wzbudza największy zachwyt, to otwarte niedawno centrum treningowe USTA National Campus. 102 korty, różne nawierzchnie, miejsce do trenowania dla wszystkich – od dzieciaków, po uznanych w świecie zawodników. Trenerzy z federacji, współpracujący z prywatnymi szkoleniowcami tenisistów, darmowe wyżywienie i zakwaterowanie. Tenisowy raj na ziemi, wybudowany kosztem 60 milionów dolarów. Nie ukrywamy – moglibyśmy tam mieszkać.

Jeśli ktoś jeszcze ma wątpliwości, rozwiewamy je: Amerykanie chcą wrócić na tenisowy tron. I istnieje spora szansa, że im się to uda.

Nowe pokolenie, nowa nadzieja

Trzeba sobie jasno powiedzieć: mimo problemów, o których wspominają Blake, Courier czy Lorek, Stany Zjednoczone mają pokolenie tenisistów, którzy przez kolejnych kilkanaście lat mogą rozdawać karty w najważniejszych turniejach. To, czy tak się stanie, zależy od wielu czynników, jak zawsze w przypadku młodych graczy. To oczywiste i nie będziemy się na ten temat rozpisywać.

W USA dostali teraz do oszlifowania tenisistów, którzy spokojnie mogą wejść do TOP 10 światowego rankingu w ciągu kilku lat i… uczynić je w pełni amerykańskim. Bo jest ich aż tylu. Jared Donaldson, Frances Tiafoe, Taylor Fritz, Ernesto Escobedo, Mackenzie McDonald, Tommy Paul, Stefan Kozlov, Michael Mmoh, Reilly Opelka. To tylko ci, którzy zajmują miejsce w pierwszej dwusetce tegoż rankingu i mają maksymalnie 22 lata. Kilku kolejnych za niedługo pewnie przebije granicę tej pozycji.

February 19, 2018: Frances Tiafoe, from USA, plays a forehand against Matthew Ebden, from Australia, during the 2018 Delray Beach Open ATP professional tennis tournament, played at the Delray Beach Stadium & Tennis Center in Delray Beach, Florida, USA. Frances Tiafoe won 6-2, 2-6, 6-2. Mario Houben/CSM(Credit Image: © Mario Houben/CSM via ZUMA Wire) TENIS TURNIEJ TENISOWY FOT.ZUMA/NEWSPIX.PL POLAND ONLY!!! --- Newspix.pl *** Local Caption *** www.newspix.pl mail us: info@newspix.pl call us: 0048 022 23 22 222 --- Polish Picture Agency by Ringier Axel Springer Poland

Wielu z nich swój talent pokazywało już w rozgrywkach juniorskich. Rok 2015 był wręcz zdominowany przez zawodników ze Stanów – wygrali trzy z czterech turniejów. Na Roland Garros najlepszy był Tommy Paul, Wimbledon wygrał Reilly Opelka (idąc w ślady Noaha Rubina, który zrobił to rok wcześniej), a US Open Taylor Fritz, wspinając się przy okazji na szczyt rankingu. Dominacja.

Ten sezon, po dwóch latach przerwy, rozpoczął się od wygranej Sebastiana Kordy w Australian Open. Za rok albo dwa, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, usłyszycie o jego osiągnięciach w seniorskich turniejach.

Dawid Olejniczak:

Trudno ocenić, który z tych młodych tenisistów robi na mnie największe wrażenie. Taki Taylor Fritz bardzo szybko wszedł do setki, później z niej wypadł, a teraz ponownie wrócił. Ważna jest tu powtarzalność, coś co ma np. Marin Cilić, który ustabilizował się na poziomie TOP 10 i radzi sobie całkiem nieźle. Tej powtarzalności brakuje młodym tenisistom, nie tylko amerykańskim, ale też m.in. Saschy Zverevovi.

Wszyscy ci zawodnicy najlepsze lata mają jeszcze przed sobą – tenis staje się sportem dla coraz starszych, a odnoszenie sukcesów w wieku nastoletnim jest coraz mniej prawdopodobne (wyjątki, jak wspomniany Zverev, pozostają wyjątkami). Każdy z nich pokazał już jednak, że potrafi zagrać naprawdę solidne mecze, nawet z najlepszymi. O wygranej Tiafoe już wspominaliśmy. Fritz, tuż po przejściu na profesjonalizm, doszedł do finału turnieju tej samej rangi. Donaldson, najstarszy z tego grona, na razie wygrał tylko Challengera, ale konsekwentnie wspina się w rankingu, aktualnie jest 59.

Trudno tu znaleźć jakiś wspólny mianownik: ci goście pochodzą z kompletnie różnych środowisk. Matka Fritza była niegdyś w TOP 10 kobiecego tenisa, ojciec Tiafoe pracował na czarno jako stróż przy kortach, a sam Francis na nich wręcz mieszkał, Michael Mmoh pochodzi z Nigerii, ale jego ojciec grywał w tenisa na niezłym poziomie. Inaczej też grają: Reilly Opelka jest wysoki i potężnie serwuje, Fritz też nieźle operuje serwisem, ale uwielbia grać z końca kortu, Tiafoe jest bardziej przebojowy, ma w sobie coś z Gaela Monfilsa, choć niektórzy twierdzą, że ma braki w technice.

I to też chyba w pewien sposób ich zaleta. Każdy z nich do sukcesu dochodzi inną drogą, każdy ma inne motywacje, każdego nakręca co innego. Nie są produktem masowego szkolenia, nie mają wpojonych jednakowych zachowań i nie grają w tym samym stylu. Jeśli zawiedzie jeden z nich, istnieje spora szansa, że kolejny – całkiem inny pod niemal każdym względem – zdoła odnieść sukces.

Co więc mają ze sobą wspólnego? Dwie rzeczy. O pierwszej mówi Taylor Fritz:

Lubię grupę, jaka powstała w ramach Team USA. Wszyscy jesteśmy młodymi Amerykanami, trenujemy razem, gramy sparingi. Wspieramy się. Wszyscy chcemy, żeby innym wiodło się jak najlepiej i wzajemnie się motywujemy. Jest między nami dobra, zdrowa rywalizacja.

Druga? Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to za kilka lat nie będą już nadziejami amerykańskiego tenisa. Będą jego gwiazdami.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix.pl

KOMENTARZE (2)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Placek

Po prostu ostatnie 14 lat to era 3 cyborgow: Federer, Nadal, Djokovic. Na 57 turniejow WS oddali tylko 10, kiedy pokoncza kariery sprawa sie unormuje.

Kosior1997

Obecnie żaden z Amerykanów mimo kontuzji graczy z topu np: Djokovic, Murray,Wawrinka nie ma szans na wygranie szlema i myślę ze w trakcie najbliższych kilku lat się to nie zmieni :)

wpDiscuz