Jak co wtorek… KRZYSZTOF STANOWSKI
Blogi i felietony

Jak co wtorek… KRZYSZTOF STANOWSKI

Dwie kolejki, dwóch trenerów. Trudno będzie to tempo utrzymać, jak mawia klasyk – wszystkich trenerów nie zwolnimy, ale próbować warto!

Jan Urban nie jest już trenerem Śląska Wrocław. Sam mówi, że to przykre i że zwolniono go po dwóch meczach, co nie do końca jest prawdą, bo nie po dwóch, tylko po dwudziestu trzech. No ale jednak troszkę można tego szkoleniowca wziąć w obronę – nie dlatego, że tak bardzo go cenię, bo to nie do końca prawda, ale dlatego, że wszystko co dzieje się we Wrocławiu jest kretyńskie. Spójrzmy na to w następujący sposób: Śląsk jedzie do Warszawy na mecz z Legią. Czy raczej ten mecz wygra, przegra, czy zremisuje? Albo inaczej – dziesiąta drużyna w tabeli w dowolnej lidze jedzie na stadion lidera. Wygra, przegra czy zremisuje?

No przecież wszyscy wiemy, że raczej przegra. Może dojść do dużej niespodzianki w postaci remisu albo olbrzymiej sensacji w postaci zwycięstwa, ale tak generalnie: przegra.

W związku z tym czy wyciąganie tak daleko idących konsekwencji akurat po meczu z Legią, i to akurat po meczu, w którym Śląsk grał bardzo osłabiony, jest mądre czy niezbyt mądre? Moim zdaniem niezbyt mądre.

Wrocławianie mogli zapunktować w Krakowie tydzień temu, ale Mariusz Pawelec w ostatniej minucie nie trafił w piłkę, na co Urban wpływ miał taki jak ja. Teraz po prostu przegrał mecz, bo bez względu na to, kto byłby na ławce, i tak by przegrał. Zwalniać można było w grudniu, wtedy przynajmniej udałoby się znaleźć trenera, no i miałby on trochę czasu, by chociaż w minimalnym stopniu ułożyć drużynę na swoją modłę. A tak – zatrudniono Tadeusza Pawłowskiego tylko dlatego, że akurat siedział w pokoju obok.

Pan Tadeusz uchachany wyszedł z kanciapy i podpisał 2,5-letni kontrakt, mimo że obie jego trenerskie przygody w erze nowożytnej (w Śląsku i Wiśle) były zdecydowanie krótsze. Ale umowa na 2,5 roku brzmi lepiej niż umowa na pół roku, a i tak pewnie zawarto w niej paragrafy, zgodnie z którymi można ją rozwiązać w każdej chwili z minimalnym odszkodowaniem.

Na konferencji prezes mówi: teraz trzeba ratować awans do ósemki!
A trener siedzący obok: że młodych trzeba wprowadzać.

No w porządku, jak kto sobie życzy. Za akademię ma opowiadać asystent pierwszego trenera, czyli wiadomo, że ludzi jest mniej niż etatów i każdy musi sobie wziąć coś na boku. „Coś na boku”, czyli zakres obowiązków, które w normalnych klubach uważane są za kluczowe.

*

O ile do szybkiego zwalniania trenerów jesteśmy przyzwyczajeni, o tyle funkcja dyrektora sportowego raczej kojarzy się z funkcją bardziej odporną na zawirowania sezonowe. Ale nie we Wrocławiu.

Wyobrażam sobie, że z Adamem Matyskiem odbyto przed zatrudnieniem go mniej więcej taką rozmowę.

– Musimy awansować do pierwszej ósemki, jaki jest twój pomysł?
– Skoro ma być pierwsza ósemka, to musimy postawić na doświadczonych ligowców.

W tym momencie prezes miał dwa wyjścia:
a) Co ty mi tu Adam pierniczysz, jakich doświadczonych, dzięki nie podoba mi się ta idea, zatrudnię kogoś innego.
b) Masz rację, wydaje się, że tacy doświadczeni zawodnicy jak Robak, Piech czy Kosecki najprędzej zagwarantują nam ósemkę.

Jak rozumiem, wybrano opcję „b”, która rzeczywiście nie była głupia, jeśli cele ustalono właśnie w ten sposób (krótkowzroczność). Matysek swoją robotę wykonał, naściągał doświadczonych ligowców, tylko oni – wraz z trenerem – nie udźwignęli. Ale czy robota wykonana przez dyrektora była ewidentnie zła? Zła pod warunkiem, że oczekiwano od niego zupełnie czego innego, a ja takiego wrażenia nie mam. Matysek może ściągać piłkarzy, ale grać za nich przecież nie będzie.

W normalnym klubie prezes spotyka się z dyrektorem i rozmawiają: – Słuchaj, ci nasi ligowcy to jednak nie dają rady, może zweryfikujmy założenia.

A dyrektor na to: – W porządku, odchodzimy od koncepcji z doświadczonymi zawodnikami, czy po prostu wymieniamy ich na innych?

I tu można się zastanawiać.

Natomiast Śląsk dość szybko po wyznaczeniu jakiejś strategii znalazł się w punkcie, w którym nie ma nikogo, kto miał tę strategię realizować. Trener na aucie, dyrektor na aucie, nawet prezes się zmienił. Zostali tylko piłkarze z wysokimi kontraktami.

*

Poleciał też Maciej Bartoszek i też trzeba powiedzieć, że skoro miał lecieć, to przed przerwą zimową, a nie po niej. On sam by wcale nie płakał, gdyby podziękowano mu w grudniu. Zdaje się, że już wtedy wiedział, iż ten romans nie ma sensu, tylko wszyscy postanowili jeszcze chwilę się wzajemnie pooszukiwać.

Szkoda mi tego, co się z Niecieczą dzieje, bo gdy wchodzili do ligi, to naprawdę dobrze im życzyłem. To jest przecież na skalę Europy bardzo fajna historia, nie bez powodu o tej malutkiej mieścinie pisały gazety z całego kontynentu i podawały jako przykład na swój sposób romantyczny. Bruk-Bet – firma, którą szanuję, bo tworzy produkty dobrej jakości – mógł mieć swój klub-wizytówkę, PR-owe cacuszko, fantastycznie ocieplające wizerunek przedsiębiorstwa. Wystarczyła odrobina otwartości, życzliwości, luzu, dystansu, pomysłu na siebie. Cały ten potencjał zmarnowano i dzisiaj kibice z całej Polski nie patrzą na Bruk-Bet jak na klub, w którym właściciel zrobił coś z niczego, tylko jak na klub, który jest przez właściciela rozkładany na łopatki. A to przecież bez sensu, niedorzeczność.

Jeszcze raz: Bruk-Bet dobrze PR-owo i medialnie poprowadzony byłby tworem pozytywnie odjechanym i wzbudzającym sympatię. Tymczasem zamiast tego mamy jakieś zaperzenie się, odcięcie, walkę z resztą świata, skazaną przecież na pożarcie. Idea sięgnęła bruku.

Dzisiaj Bruk-Bet ma bezsensowną drużynę (moim zdaniem polscy piłkarze też byliby w stanie zajmować ostatnie miejsce w tabeli), bezsensowny PR (żaden szanujący się trener nie chce tam pracować, o ile nie przymusi go sytuacja finansowa) i beznadziejną prasę.

Da się to jeszcze odkręcić, ale najpierw trzeba zawrócić. Tylko czy ktoś jest w stanie podjąć taką decyzję, kalecząc własne ego?