Iniesta nadal będzie śnił się kibicom Chelsea po nocach…
Weszło

Iniesta nadal będzie śnił się kibicom Chelsea po nocach…

Ernesto Valverde mówił przed tym spotkaniem, iż nie ma dobrego momentu na rozegranie dwumeczu z Chelsea. Pytano go o to, bo The Blues w ostatnim czasie byli w dołku. W fatalnym stylu przegrywali z Bournemouth, potem niemal w pojedynkę zaorał ich Gerard Deulofeu z Watfordu, więc możecie sobie wyobrazić, jak złe spotkanie zagrała wtedy londyńska ekipa. Wygrane z WBA oraz Hull natomiast mało kto uważał za miarodajne. Tymczasem jednak Chelsea pokazała, iż przez ostatni tydzień podbudowała się mentalnie, a hymn Ligi Mistrzów tylko dodał jej kopa.

– Kluczem do sukcesu będzie kolektywna gra oraz zachowanie czystego konta – zdradzał przed meczem Cesc Fabregas i rzeczywiście miał rację. Chelsea naprawdę zagrała dziś jak drużyna, choć przez większą część bieżącego sezonu przypominała zbieraninę ludzi, którzy chyba nie do końca wiedzieli, jaki jest plan na dany mecz. Hazard ciągnął drużynę najbardziej. Dziś też miał to zrobić, ale wystawienie go w roli środkowego napastnika budziło wątpliwości.

Już pierwsze minuty meczu wyjaśniły o co chodziło Conte, decydując się na taki zabieg. Eden, mając za wsparcie Williana oraz Pedro, miał non stop wywierać presję na obrońcach Dumy Katalonii, by uniemożliwić im spokojne rozgrywanie akcji od tyłu. Choć londyńczycy ogólnie nastawili się defensywnie, to dzięki dynamice powyższych zawodników mogli łatwo przechodzić od skutecznego, wysokiego pressingu, do głębszej obrony bliżej własnej szesnastki.

– The Blues mają graczy o jakości, która pozwoliłaby im dominować, ale z taką taktyką nawet nie powącha piłki – mówił przed meczem Bernd Schuster. I trochę tak było, bo w pewnej chwili naliczono Barsie ponad 80% posiadania futbolówki. Tylko co z tego? Podawali sobie jak prawy do lewego i w drugą stronę, ale co z konkretami? Te znów wyciągali podopieczni Conte. Szczególnie Willian wykorzystywał błędy Blaugrany w ustawianiu się i zagęszczaniu poszczególnych stref. Problem w tym, iż nikt nie powiedział Brazylijczykowi, że dziś występował w normalnym meczu, a nie grał w tysiąca. Za dwa strzały w słupek, które obił w pierwszej połowie – i których ter Stegen nie miałby szans wyjąć, gdyby były ciut celniejsze – nabiłby sporo punktów, ale w Champions League nie dają nic za takie wyczyny.

Duma Katalonii wyglądała natomiast tak, jakby nie do końca miała pomysł na sforsowanie obronnych zasieków przeciwników. Niby parę razy przedostała się w pole karne, niby stworzyła sobie kilka sytuacji, ale żadna z nich nie była klarowna. Ba, Luis Suarez pierwszy kontakt w szesnastce rywala zaliczył dopiero w drugiej połowie!

Najlepszą okazję miał chyba Paulinho, który kontrująco uderzał głową, ale nie trafił on nawet w światło bramki. W ogóle były gracz Guangzhou wyglądał dziś na zagubionego. Miał wspierać… No właśnie, kogo? Biegał po całym boisku, jak zwykle, tylko nie wiadomo po co. Kiedy natomiast powinien był przyspieszać akcję, holował piłkę zbyt długo, nie grał bez przyjęcia, czyli głównie ograniczał potencjał własnego zespołu.

Mniej więcej po godzinie zastąpił go Aleix Vidal. Valverde dał wtedy jasny znak – „Panowie, do roboty, do przodu!” Była to też reakcja na gola, którego chwilę wcześniej strzelił Willian. Chelsea rozegrała rzut rożny, a skrzydłowy ustawiony był przed polem karnym. Kiedy otrzymał piłkę, nie ładował na pałę. Pędęm biegł do niego Busquets, ale wtedy Brazylijczyk zrobił szybki zwód w prawo i podkręconym strzałem po ziemi pokonał ter Stegena. Niemiec tylko stał i patrzył, jak futbolówka turla się do siatki, ale raczej niewiele mógł w tej sytuacji zrobić, ponieważ zasłaniało go aż czterech zawodników. No cóż, widocznie piłkarze Barcelony nie znali powiedzenia „do trzech razy sztuka”.

– Kibice The Blues wciąż mają koszmary z Iniestą w roli głównej – mówił z kolei Cesar Azpilicueta. Dziś Don Andres znów sprawił, że nie będą oni spali spokojnie. Bo gdy wydawało się, iż londyńczycy są bezpieczni pod każdym względem, sprezentowali Blaugranie idealną sytuację. Christensen chciał odegrać piłkę do innego kolegi z obrony, ale zrobił to fatalnie… Hiszpan zwietrzył okazję, ruszył do futbolówki, wpadł w pole karne i wyłożył ją czyhającemu przed nim Messiemu. Argentyńczyk miał w tej sytuacji tak dużo miejsca i czasu, że zdążyłby jeszcze nadrobić popołudniową angielską herbatkę, a pewnie i tak strzeliłby gola. Plasowanym strzałem z pierwszej piłki pokonał Courtoisa, tym samym zdobywając pierwszą bramkę przeciwko Chelsea, choć mierzył się z nią już 9 razy.

Gdyby ten mecz zakończył się zwycięstwem gospodarzy, jesteśmy niemal pewni, iż na Camp Nou obejrzelibyśmy potem paskudne starcie Katalończyków z zaparkowaną zajezdnią autobusów. Remis na razie faworyzuje Barcelonę, więc podopieczni Antonio Conte znów będą musieli zaatakować, odkryć się – w to Dumie Katalonii graj, choć nic tu jeszcze nie zostało rozstrzygnięte.

Aż szkoda, że na rewanż będziemy musieli zaczekać aż do połowy marca…

Chelsea 1:1 Barcelona (0:0)
1:0 Willian 62′
1:1 Messi 75′

Fot. NewsPix.pl