„Dusza, która wróciła do ciała”. Za co tak kochamy Joaquina Sancheza?
Blogi i felietony

„Dusza, która wróciła do ciała”. Za co tak kochamy Joaquina Sancheza?

Ostatnio złapałem się na tym, że kariery pokończyli już niemal wszyscy zawodnicy, którzy, jak pamiętałem, grali od zawsze. Nawet Ze Roberto zawiesił buty na kołku w wieku 43 lat, a debiutował w seniorskim futbolu zanim się urodziłem. Podobnych emerytów zostało jeszcze kilku, między innymi Joaquin. Człowiek instytucja, człowiek-autorytet, człowiek-idol, który wczoraj rozegrał mecz numer 700 w swojej karierze klubowej. Chapeau-bas!

Jego Betis mierzył się z Realem Madryt, ale Królewscy popsuli ten jubileusz. Legendarny skrzydłowy dwoił się i troił, by uczcić go w wyjątkowy sposób, ale najpierw na drodze stanął mu Keylor Navas, broniąc strzał prosto w okienko, a potem cała ekipa Los Blancos, wygrywając 5:3. Sanchez raczej się nad sobą nie rozczulał. – Mam drużynę, która bardzo mi pomaga. Pójdę do domu, kiedy nawet minięcie pachołka stanie się dla mnie zbyt skomplikowane – mówił po końcowym gwizdku.

Coś mi się wydaje, że nie nastąpi to zbyt prędko. Po pierwsze, Joaquin to wciąż motor napędowy Betisu. Po drugie dopiero co przedłużył kontrakt ze swoim obecnym zespołem do 2020 roku, będzie miał wówczas 39 lat i dokładnie 20 w profesjonalnej piłce. Odpukać, co by nie zapeszyć, ale czego jak czego, zdrowia można mu pozazdrościć. Rzadko zdarza się, iż zawodnik niemal przez całe życie występujący na skrzydle jest aż tak długowieczny. On sam twierdzi, że jego kamień filozoficzny to… szczęście. Banalnie proste, może wręcz absurdalne, ale gdy spojrzymy na przebieg jego kariery, coś faktycznie może w tym być.

Betis, Valencia, Malaga, Fiorentina i znów Betis. Delikatnie rzecz ujmując, szału nie ma. I w związku z tym nie da się też ukryć, że Sanchez to trochę bohater dla futbolowych hipsterów. Ale to nie tak, iż nikt nie chciał zrobić z niego gwiazdy z prawdziwego topu. Wręcz przeciwnie, zgłaszali się po niego najwięksi. Na przykład Jose Mourinho za czasów swojej pierwszej kadencji w Chelsea.

– Transfer był już dogadany w pełni. Mój ojciec widział po mnie, że tak naprawdę wcale nie chciałem odchodzić. To nie pieniądze były ważne. Nie chciałem uwikłać się w te wszystkie problemy związane z przenosinami – opowiadał skrzydłowy. – Mourinho wiedział co jest grane. Dał mi dzień, abym się namyślił, ale podświadomie podjąłem decyzję już wcześniej. Chciałem żyć szczęśliwie w Sewiili. Tak, wiem, ominąłem wielką szansę by stać się znacznie lepszym piłkarzem niż wówczas byłem – wyjaśniał po latach.

Innym razem wspominał, w jaki sposób nakłaniano go do przejścia do Realu Madryt, gdzie zostałby kolejnym galactico. – To działo się podczas zgrupowania reprezentacji w Barcelonie. Raul nagle zawołał mnie, żebym przyszedł do łazienki, a tam spotkałem… Florentino Pereza. „Hej, tu jest prezydent twojego klubu!” krzyknąłem, po czym Perez zwrócił się do Raula: „Jak myślisz, dobrze wyglądałby w białym?” na co ten odpowiedział: „Szefie, on już od dawna powinien nosić białą koszulkę”. Chwilę później Florentino zapewnił mnie, że pogada z prezydentem Betisu i wyszedł jak gdyby kompletnie nic się nie stało – opowiadał Joaquin. Ostatecznie transfer ten nie doszedł do skutku, bo ani sam zawodnik nie chciał odchodzić, ani Verdiblancos nie mieli ochoty go sprzedawać.

Był „homesick” niczym Jesus Navas, który wielokrotnie odrzucał różne oferty, bo bał się opuścić dom? Chyba nie należy wykluczać tej tezy. Dobrze, że lęku przed lataniem samolotami nabawił się dopiero za czasów gry w Maladze, bo inaczej chyba nigdy nie ruszyłby się z Benito Villamarin. Gdy lecieli z drużyną do San Sebastian na mecz z Realem Sociedad, wpadli w turbulencję. Schodzili do lądowania, ale nagle gwałtownie znów się podnieśli. Przez pokład przeszło światło błyskawic, a z silnika poleciały iskry. Joaquin nawet włożył sobie kartę identyfikacyjną do ust, żeby w razie katastrofy bliscy mogli go rozpoznać. Na szczęście nie było to konieczne.

***

Niedawno pisałem podobnie o Ronaldinho, ale jestem pewny, że z naszym dzisiejszym bohaterem byłoby tak jak z Brazylijczykiem. To znaczy nie grałby tak dobrze i długo, gdyby nie jego hedonistyczne podejście do życia. Sytuacja paradoksalna, ponieważ to przecież wbrew profesjonalizmowi, ale naprawdę uważam, że komfort mentalny to gdzieś 50% sukcesu w karierze każdego sportowca. A że nie każdy lubi spokojny tryb życia? No cóż, nudzilibyśmy się, gdyby wszyscy byli tacy sami.

Sanchez więc też balował, znacznie mniej intensywnie niż Ronaldinho, ale swoje za uszami miał. Weźmy na przykład historię związaną z imprezą, jaką swego czasu urządzili zawodnicy Betisu w domu jednego z piłkarzy. Ktoś musiał puścić farbę, bo pojawił się na niej ówczesny prezydent klubu, Manuel Ruiz de Lopera. Chodził po domu, wyłapywał ich jednego po drugim i pytał ironiczne: „no jak tam, przygotowujecie się wszyscy razem do meczu, tak?” Denilson był ponoć tak przerażony możliwą karą, że chciał uciekać przez okno z drugiego piętra, ale na szczęście dwudziestoletni wówczas Joaquin wybił mu z głowy ten pomysł. Chwilę później sam stanął oko w oko z Loperą. – No nieźle, młody. Wcześnie zaczynasz – powiedział szef i wyciągnął chłopaka za fraki.

Po tej sytuacji prezydent Betisu wynajął prywatnego detektywa, by pilnował wschodzącej gwiazdy zespołu. Wkrótce i jego doprowadził do szału. Po tygodniu agent zgłosił się do Lopery z prośbą o znaczną podwyżkę, argumentując, że od pięciu dni nie widział swojej rodziny, bo przez cały ten czas łaził za Joaquinem, spędzającym mnóstwo czasu na mieście.

Cokolwiek jednak powiedzieć, obaj panowie potrafili się dogadać, choć niektóre z ich historii są tak absurdalne, że aż śmieszne. – Zaraz miał się odbyć mój ślub, czekałem na małżonkę, przyjmowałem życzenia od gości, gdy nagle ktoś złapał mnie od tyłu za ramię. To był Lopera, powiedział, że ma dla mnie niespodziankę. Przyniósł ze sobą Puchar Króla, który zdobyliśmy w tamtym sezonie. Widać go na większości moich zdjęć ze ślubu – opisywał Sanchez.

Źródło: AS

Źródło: AS

***

„Niebieski ptak” to chyba byłoby dość celne określenie jego podejścia do życia. Futbolu zresztą także, czego dowodzi podejście naszego bohatera do długich odpraw taktycznych Unaia Emery’ego, z którym współpracował w Valencii. Bask jest perfekcjonistą, wiele osób męczyło jego podejście, ale mało kto był na tyle odważny, aby je zgryźliwie komentować. – Wytrzymałem z nim trzy sezony, czwartego bym nie wytrzymał. Analizy video zajmowały nam tyle czasu, że wciąż kończył mi się popcorn – mówił.

Zawodnicy tacy jak Joaquin nie lubią, gdy zakuwa się ich w taktyczne dyby, więc nie dziwię się, że pod tym względem miał dość Emery’ego. Postawa skrzydłowego podoba mi się jednak o tyle, iż jest konsekwentny względem preferowanego rodzaju futbolu, bo stoi w kontrze do skrajności, w jakie popada ostatnimi czasy hiszpański futbol. Weźmy chociaż kwestię szacunku – rodacy Sancheza uważają na przykład, że przy wysokim prowadzeniu nie należy dryblować, by nie ośmieszać rywala, ponieważ jest to brak respektu. Absurd, z którym legendarny skrzydłowy też by się nie zgodził.

Ciekawe ile z tej miłości do dryblingu wyniósł z corridy? Jako dziecko marzył bowiem, by zostać torreadorem, a przecież znacznie trudniej jest wywieść w pole byka niż myślącego (przeważnie) obrońcę. Tylko wkurzenie efektownie miniętego przeciwnika pozostaje taka sama. Podziękujmy zatem wujkowi Joaquina, który odkrył, że nogi jego siostrzeńca nadają się nie tylko do biegania po arenie, ale także efektownego kopania piłki.

***

Mało brakowało, a ten sam Manuel Luiz de Lopera, który tak ubóstwiał Sancheza, złamałby jego karierę. Prezydent Betisu wściekł się, gdy latem 2006 roku ulubieniec Verdiblancos postanowił w końcu odejść z Estadio Benito Villamarin. – Myślałem, że obaj jesteśmy Beticos… – mówił z nieskrywaną goryczą w głosie. Joaquin wywarł dużą presję na swoim prezydencie – albo ten sprzeda go za 25 baniek do Valencii, albo będzie miał dobrze opłacanego niewolnika zamiast wartościowego zawodnika.

Zanim jednak Lopera sprzedał skrzydłowego, wpadł na sprytny plan jak dać mu w kość, by na zawsze popamiętał, iż Betisu się tak nie wystawia – Idziesz na wypożyczenie do Albacete. Masz się tam stawić dziś do 18:00, poświadczyć swoją obecność w mieście, pójść do siedziby klubu i dopiąć transfer. W przeciwnym razu nałożę na ciebie 3 miliony kary – miał mu zakomunikować przez telefon. Mógł tak zrobić, bo wówczas każdy zawodnik Betisu miał w kontrakcie klauzulę umożliwiającą wypożyczenie go tam, gdzie tylko sobie Andaluzyjczycy zażyczyli. Sanchez wsiadł więc w samochód, przejechał 5,5 godziny, w końcu dotarł do obiektów Queso Mecanico i pocałował klamkę. W klubie z La Manchy nikt nie wiedział o przybyciu, wszak celem samym w sobie było tylko wystawienie go w ramach zemsty.

***

Joaquin i wszyscy jego fani mogli mieć spore deja vu, kiedy parę lat później odchodził z Fiorentiny. Scenariusz był podobny, tylko wówczas już nikt nie wysyłał go w trzy diabły za rzekomą nielojalność. – Profesjonalnie gram w piłkę od 16 lat. W koszulce Violi dawałem z siebie wszystko, więc myślę, że zasługuję na pozwolenie na powrót do domu – mówił w wywiadzie z fanami włoskiej ekipy. – Podjąłem decyzję, jedyne czego pragnę, to wrócić do domu – pisał z kolei na instagramie:

Źródło: Instagram

Źródło: Instagram

– Czekałem przez długie godziny, starałem się rozmawiać z kim się dało… Kiedy nie uczestniczysz w negocjacjach, nie możesz wiedzieć co się właściwie dzieje wokół ciebie. Momentami miałem ochotę wsiąść w samochód i osobiście negocjować z władzami Fiorentiny. Raz, ze złości, przywaliłem pięścią w ścianę tak mocno, że złamałem palec. Byłem tak wkurzony, że nie czułem wtedy bólu, tylko wściekłość i zawziętość. Nie chodziło o pieniądze. To była moja sprawa osobista – mówił później.

Wiadomo jak to jest z piłkarzami i ich gadaniem na temat wynagrodzeń, ale Joaquin faktycznie miał gdzieś kasę. W wielu innych miejscach niż Betis na pewno zarobiłby lepiej, bo przechodząc do ekipy z Benito Villamarin otrzymał pensję w wysokości 800 tysięcy euro rocznie. Sytuacja wymowna o tyle, że dwa razy więcej zarabiał w jako gracz Violi.

Do Sewilli przybywał niczym Odyseusz. – Dusza Betisu wraca do ciała – mówił Eduardio Macia, dyrektor sportowy klubu. Na prezentację Sancheza przyszło ponad 19 tysięcy fanów Verdiblancos, którzy na widok legendarnego skrzydłowego reagowali tak euforycznie, że zapewne odnotowały to nawet okoliczne liczniki richtera W następującym po tamtym lecie (2015 roku) sezonie, kibice ekipy z Sewilli wykupili aż 43 tysiące rocznych karnetów, co było piątym najlepszym wynikiem w Primera División.

– Wróciłem tu, by znów dawać radość ludziom. Nie spodziewałem się, że kochają mnie aż tak – mówił zaraz po ponownym dołączeniu do Betisu. Twierdzi, iż na Benito Villamarin spędził najlepsze lata swojego życia i w ogóle nie zdziwiłbym się, gdyby również po zakończeniu kariery na długo związał się z klubem – Kiedy mówię, że chciałbym zostać prezydentem tego klubu, odpowiadam twierdząco. Właśnie tego pragniecie, prawda? – śmiał się, choć z drugiej strony podkreślał: – Jeśli Betis będzie potrzebował prezydenta, ja będę gotowy.

Ostatnio nawet poczynił ku temu pewne kroki, wykupując za ponad milion euro akcje ukochanego klubu. On cieszył się jak dziecko, ale jego żona już niekoniecznie. – Kiedy jej powiedziałem tylko skrzyżowała ręce i wrzasnęła: „na sofę!” Musiałem tam spać przez tydzień – opowiadał.

Piłkarze pewnie mieliby z nim lepiej niż niegdyś on sam z Loperą. – Nie ma odpoczynku! Każdy kto wyjdzie do domu przed piątą rano dostanie grzywnę! – mówił po tym, jak na początku stycznia Verdiblancos pokonali swojego największego rywala, Sevillę, aż 5:3. Ciekawe czy tańczył wtedy lepiej niż swego czasu w szatni…

***

Skądkolwiek kibic hiszpańskiej piłki by pochodził, to i tak szanuje, a przeważnie nawet uwielbia Joaquina. Fanów ma chociażby w Korei Południowej, o czym przekonał się po mundialu w 2002 roku. Dwie Koreanki przez jakiś czas jeździły na każdy jego mecz, a na stadionach wywieszały dedykowane mu transparenty. Spotkał je nawet w tym samym samolocie, kiedy leciał do Madrytu. Okazało się, iż były to turystki, które na miesiąc utknęły w Andaluzji. Piłkarz spędzał z nimi mnóstwo czasu, a one codziennie kupowali mu jakiś prezent.

– W piłce nie wygrałem prawie nic, ale czerpałem z niej wiele przyjemności. Tego nikt mi nie zabierze – zauważał z jednej strony gorzko, z drugiej w pełni usatysfakcjonowany. Bo jeśli rzeczywiście przez całą karierę podejmował decyzję zgodnie z tym, czego pragnęło jego serce, w związku z tym był szczęśliwy, a Hiszpanie wymyślili nawet drinka specjalnie na jego cześć, to czy czegoś więcej było mu trzeba?

Mariusz Bielski

KOMENTARZE (7)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
FC Bazuka Bolencin

Prawdziwa legenda Betisu. Doskonały piłkarz, jeszcze sprzed ery obecnych pizdeczek przewracających się po każdym podmuchu wiatru, wytatuowanymi na każdej części ciała poza mózgiem oraz gwiazdorzących i wymuszających fochami transfer po jednym udanym sezonie .
Szacunek, piękna kariera.
W CM-ie a potem FM-ie prawie zawsze kupowałem jak mnie było stać:)

jajajakberety

Jeden z ostatnich prawdziwych skrzydłowych. Przyjemność w oglądaniu

SL Benfica

Wczoraj na żywo mieliśmy okazję widzieć Go w akcji. Jest z pewnością legendą klubu.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

danny_trejo

Typowy Andaluz, ktory z dala od domu czuje sie kiepsko i ‚chce do mamy’, mimo to w Valencii gral swoje, w najlepszej Maladze w jej historii byl motorem napedowym druzyny, w Fiorentinie tez go bardzo cenili, swietny pilkarz, ale andaluzyjska mentalnosc ‚chlopaka stad’ oddaje wlasnie odmowa transferu do Chelsea.

Jak co sobotnie przedpołudnie - Wiesław "Agent 711" Machniewicz

„Kochamy” xD Czyli kto konkretnie? Autorze, czy podpisałbyś się pod zdaniem „Kocham Joaquina”?

Larry Gopnik

Świezo poślubiona małzonka nie wygląda na specjalnie szczęsliwą z obecnosci pucharu.

Fajny tekst, gratuluję

wpDiscuz