Grałem w Eredivisie, a teraz gram w III lidze i jestem szczęśliwy. Dziś żyję już dla innych
Weszło Extra

Grałem w Eredivisie, a teraz gram w III lidze i jestem szczęśliwy. Dziś żyję już dla innych

Mateusz Prus będąc jeszcze juniorem nie wiedział, czy będzie w stanie normalnie chodzić. Przeszedł „falę” we wronieckim internacie. W Zagłębiu Sosnowiec z głodu niemal zasłabł na treningu. Podejrzewano u niego nowotwór kości. Jego rodzice dla dwóch eksperymentalnych operacji zaryzykowali całym majątkiem. Gdyby nie wyjechał do Rody Kerkrade, mogliby wszystko stracić. Rozegrał kilkadziesiąt meczów w Eredivisie, chciało go Leicester, miał na oku selekcjoner Franciszek Smuda, a kilka lat później gra w III lidze i… jest szczęśliwszy niż kiedykolwiek wcześniej. Dzięki wstawiennictwu pewnego świętego został uzdrowiony z poważnej kontuzji barku, a dziś żyje już przede wszystkim dla innych, nie dla siebie. Poznajcie niesamowitą historię 27-letniego bramkarza, który przeszedł w życiu więcej niż niejeden człowiek w podeszłym wieku. Zapraszamy! 

Masz dopiero 27 lat, a zdążyłeś zjechać z pułapu kilkudziesięciu meczów w Eredivisie do występów w trzecioligowym Świcie Nowy Dwór Mazowiecki. Wielu na twoim miejscu miałoby poczucie wielkiej życiowej porażki. Ty takiego wrażenia nie sprawiasz…

Słuchaj, jest dokładnie odwrotnie. Tak naprawdę teraz lepiej odnajduję się w życiu. Szczęście chodzi niżej niż ludziom się wydaje – mój przykład to potwierdza. Kiedy byłem na swoim piłkarskim szczycie, czułem się samotny i odizolowany. Wbrew pozorom, miałem znacznie mniej możliwości spełniania się. Teraz mogę rozwinąć skrzydła, wykorzystać wcześniej zarobione pieniądze i uzyskane kontakty do całkiem innych rzeczy, które dają mi więcej szczęścia.

W jaki sposób czułeś się samotny i odizolowany?

Środowisko piłkarskie niejako samo podsuwa ci towarzystwo, znajomych, jest w tym dużo hermetyczności. Niektórzy nie mają z tym problemów, mi to czasami doskwierało – przede wszystkim za granicą, bo głównie tam grałem na wyższym poziomie.

Środowisko piłkarskie to nie twoja bajka?

Zdecydowanie nie. Nie chcę być źle zrozumiany: w nim też poznałem świetnych, niesamowitych ludzi, z którymi do dziś mam kontakt. Nieraz pomagają mi przy dzisiejszych projektach, które realizuję. Wciąż jednak miałem to przeświadczenie, że tracę czas, że coś ważniejszego mi ucieka. Mając kontakt z osobami z innych środowisk, widziałem, że w znacznie szerszy sposób rozwijają się w wielu kierunkach. Ja jako człowiek nie szedłem wtedy do przodu, chciałem czegoś więcej.

Masz jeszcze poważniejsze plany związane z piłką, czy granie w III lidze jest już tylko przy okazji, jako dodatek?

Życie pokazywało, że jeśli miałem jakieś plany, to zawsze wychodziło na odwrót. Kiedyś chciałem być lekarzem czy adwokatem, wyszło, że byłem kopaczem – boję się tu zawsze słowa  „piłkarz”, ono jest zarezerwowane dla lepszych. Z tego względu niczego teraz w temacie grania nie planuję. Chcę dokończyć inne sprawy – skończyć studia, uzyskać certyfikaty językowe, zająłem się inwestowaniem na giełdzie, zaczynam się zagłębiać w trenerkę. W Świcie jestem nie tylko bramkarzem, ale także trenerem bramkarzy – de facto trenuję sam siebie – i trenerem w akademii. Jeśli uznam, że piłka daje mi najwięcej szczęścia w życiu – w co sam już wątpię – będę starał się jeszcze zdziałać coś więcej. Na ten moment większe spełnienie dają mi inne rzeczy, aczkolwiek niczego nie wykluczam. Dziś fizycznie i mentalnie czuję się zdecydowanie mocniejszy niż za czasów holenderskich.

Jakie plany najbardziej ci nie wypaliły?

Dawniej zawsze chciałem mieć pewną, spokojną pozycję na poziomie Ekstraklasy lub Eredivisie. Nigdy mi się to nie udało. W Ekstraklasie nawet nie zadebiutowałem, w Eredivisie nie uzyskałem komfortu psychicznego, że mam tę bluzę z numerem jeden i za dwa tygodnie jej nie stracę. Zawsze byłem na karuzeli, z której co chwila wypadałem. Raz byłem na dole, raz na górze. Przekonałem się, że w piłce wszystko bardzo szybko się zmienia, co stawało się męczące. Nie zawsze chodziło o moją formę. Czasami zmieniał się dyrektor sportowy lub trener i od razu moja pozycja stawała się inna. Nie chcę się oczywiście usprawiedliwiać, błędy też mi się zdarzały.

Od początku miałeś pod górkę, bo żeby zacząć grać na poważnie, musiałeś najpierw przejść gehennę zdrowotną.

Tych problemów było bardzo dużo i zaczęły się bardzo wcześnie. Wzięły się z tego, że w wieku 12-13 lat rodzice załatwili mi dodatkowe treningi indywidualne. Przynosiły one efekt, bardzo szybko szedłem do góry, piąłem się po szczeblach reprezentacji młodzieżowych, ale w końcu mój organizm nie wytrzymał. W takim wieku nie można było stosować takich obciążeń, a obowiązywała zasada „im bardziej mokra koszulka po treningu, tym lepiej”. Podejście radzieckie.

Z drugiej strony – gdyby ktoś wtedy nie wpuścił mnie na takie obroty, może nigdy nic by się nie wydarzyło. Cena za to była jednak wysoka. Do momentu kontuzji, przez którą pauzowałem dwa lata, wychodziło mi wszystko. Gdzie nie pojechałem, robiłem dobre wrażenie i dostawałem się. Wcześniej, gdy byłem jeszcze w internacie we Wronkach, doskwierały mi bóle pleców, straciłem prawie rok na leczenie. Podejrzewano nawet nowotwór kości. Do dziś mam zdjęcia z tomografu. Rezonans później obalił tamtą diagnozę, ale przez miesiąc żyłem w niepewności.

I to chyba delikatnie mówiąc.

No tak, nowotwór kości to w zasadzie wyrok śmierci, można się żegnać. Osiem lat później napisała do mnie koleżanka, że na studiach medycznych omawiali błędy diagnostyczne i był przypadek bardzo podobny do mojego.

W myślach zdążyłeś się pożegnać ze światem?

Chyba nie do końca zdawałem sobie sprawę ze skali problemu. Poza tym zawsze byłem głęboko wierzący. Co by się nie działo, powierzałem to Panu Bogu. Nawet jeśli zdarzały mi się pewne regresy wiary, nigdy nie przestawałem odnosić się do „góry”.

To był dopiero początek twoich zdrowotnych przejść…

Po tych przeżyciach wszystko zdawało się iść dobrze, ale wtedy zaczęły się problemy z kośćmi kulszowymi. Przez kilka miesięcy dociekano, co mi w gruncie rzeczy dolega. Jakoś nikt nie wpadł na pomysł, żeby przeprowadzić dokładniejsze badania. Jeszcze będąc we Wronkach, pojechałem na testy do FC Metz. Francuzi byli bardzo pozytywnie nastawieni i stwierdzili, że jak tylko skończę 18 lat, to mnie wezmą. Miałem być poważną inwestycją. Później, gdy na przeczekanie byłem w Hetmanie Zamość na prowizorycznym kontrakcie, faktycznie się odezwali. Niestety miałem już w rękach diagnozę: obustronne awulsyjne złamanie kości kulszowej. Kość trzymała się już tylko na słowo honoru. Doszło do eksperymentalnej operacji. Wtedy nawet nikt nie pytał, czy jeszcze wrócę na boisko, tylko czy będę w stanie normalnie się poruszać.

Miałem poczucie wielkiej straty. W Hetmanie z trenerem Przemysławem Cecherzem byłem umówiony, że gdybym ostatecznie nie poszedł do Metz, to w nieodległej przyszłości będę numerem jeden w jego drużynie. Cały czas dostawałem powołania do młodzieżówki. Rywalizowałem wtedy z Wojciechem Szczęsnym i – co Wojtek ostatnio sam przyznał – w tamtym czasie byłem na ciut wyższym poziomie niż on.

A tak musiałeś walczyć o zdrowie.

Samo szukanie szpitala, w którym podejmą się tej eksperymentalnej operacji, zajęło pół roku. Wiązało się to z olbrzymimi kosztami. Rodzice musieli wziąć kredyt, bo ubezpieczenie takiego przypadku nie obejmowało. Pierwsza operacja kosztowała 50 tys. zł. Potem okazało się, że muszę iść pod nóż drugi raz…

Czyli rodzice zadłużyli się na 100 tys. zł?

Tak. Gdybym nie poszedł do Holandii i szybko tego nie spłacił, ojciec nie dostałby kredytu obrotowego i straciłby wszystko. Sprawa była na ostrzu noża, na szczęście dobrze się skończyła.

Znajdowałeś się pod gigantyczną presją. Nie chodziło tylko o powrót do zdrowia.

Dokładnie. To była dla mnie dodatkowa motywacja. Nie mogłem nawet pomyśleć, że się poddaję, że już nie mogę. Na moim miejscu wielu pewnie by się załamało i dało sobie spokój. Pauzowałem prawie dwa lata, nie zdążyłem się jeszcze pokazać na seniorskim poziomie… Niewesołe perspektywy. Miałem świetnego lekarza i rehabilitanta doktora Piotra Wolfa, który czasem zajmował się mną niemal 24 godziny na dobę. Rehabilitację przechodziłem w Łodzi, mieszkałem tam sam. Miałem nawet pomysł, żeby iść na medycynę i w przyszłości zajmować się podobnymi przypadkami, gdybym już nie wrócił na boisko.

W Łodzi musiałeś się pewnie zmierzyć z szarą codziennością.

Chwilami musiałem tam żyć za kilka złotych dziennie. Jeździłem autobusem bez biletu, nie miałem nawet na stancję. Jak mogła pomagała fundacja panów Smolarków. Na początku w najprostszych czynnościach pomagali mi też mieszkający tam studenci. Dostałem mieszkanie za 300 zł, pokój przechodni. Lepsze to niż nic. W miarę możliwości na rehabilitację podwoził mnie doktor, czasami transportem służyli inni zawodnicy zjawiający się u niego. Mogłem się przejechać jakimś fajnym wozem, przyjemna odskocznia. Pamiętam, jak Łukasz Garguła podjechał wypasionym Mercedesem. Przez kilka nocy nie mogłem spać z wrażenia, choć przez ból i tak rzadko spałem.

To była walka o przetrwanie, próba udowodnienia sobie czegoś, a przecież moc w słabości się doskonali. W dzieciństwie wpojono mi, że jak się już czegoś podejmuję, walczę do końca, że zawsze lepiej wiedzieć niż nie wiedzieć. Tutaj dodatkowo chodziło o spłacenie rodziców. Do dziś zawsze działam na sto procent w każdej dziedzinie. Nawet jeśli nie wyjdzie, będę wiedział, że zrobiłem wszystko co mogłem.

Dużo się modliłeś?

Bardzo dużo, czasami nic innego mi nie pozostawało. Nikt do mnie nie przyjeżdżał, ale to bardziej ja się odciąłem. Nie chciałem nikogo przytłaczać moimi problemami. Rodzicom po prostu mówiłem, że jest dobrze. W pełni koncentrowałem się na leczeniu. Zresztą, jeśli tygodniami nie możesz normalnie spać, bo ciągle cię boli – a może nie wszyscy wiedzą, że kości kulszowe znajdują się na tyłku – nie masz sił na życie towarzyskie. Przysypiałem, uczyłem się do matury nocami, 5-6 godzin rehabilitacji, kościół – tak przeważnie wyglądał mój dzień.

Ile trwała przerwa między jedną operacją a drugą?

Dokładnie nie pamiętam, chyba siedem miesięcy. Po pierwszej zacząłem już wdrażać się w treningi, gdy okazało się, że prawa strona zaczyna boleć tak samo jak lewa. To był moment kryzysowy. Wiedziałem, że znów przejdę tę samą żmudną i nieprzyjemną rehabilitację. Wtedy w modlitwie składałem obietnice: jeżeli wyjdę z tego na prostą, będę mógł spełnić marzenia i spłacić rodziców, wtedy zacznę żyć dla innych, żeby się odwdzięczyć za tamto dobro.

Zostało zasiane ziarno pod twoją charytatywną działalność.

Tak. Ciągoty ku dobru i pomaganiu miałem zawsze, ale chodziło już o coś na większą skalę.

Te tematy jeszcze poruszymy. Na razie wróćmy do walki o powrót na boisko.

W końcu się udało. Wskoczyłem do składu drugoligowego Hetmana, który jednak miał mnóstwo długów. Z ich powodu nie płacono mi, gdy leczyłem się w Łodzi, w dużej mierze dlatego miałem tak trudną sytuację. Mówiliśmy wcześniej o środowisku piłkarskim: w tamtym czasie trochę się do niego zraziłem. Ok, część kontaktów sam uciąłem, ale niektórzy sami się ode mnie odwrócili. Nie było już telefonów od agentów czy trenerów, we Wronkach też się wypięli, byłem pozostawiony samemu sobie. Z tego względu nigdy na dobre do tego środowiska nie wróciłem.

Zimą 2010 przeszedłem do Zagłębia Sosnowiec – wówczas też drugoligowego. Kibice wybrali mnie najlepszym piłkarzem rundy wiosennej.

W rozmowie dla gramybezbramkarza.wordpress.com, powiedziałeś, że niektórzy we Wronkach chcieli cię zniszczyć. O co chodziło?

Internat, zamknięte środowisko. Chłopaki mieli już swoje zasady, które wyklarowały się jeszcze w oparciu o podejście starszych pokoleń: jeżeli ktoś mi podpadł, to można go wyeliminować na różne sposoby.

Była tam „fala”?

Tak. Nie boję się dziś tego powiedzieć.

Na czym polegała?

Wystarczyło powiedzieć, że ktoś nadaje na kolegów trenerom, że jest „frajerem”. Nigdy czegoś takiego nie robiłem. Miałem dobre relacje z trenerami, ale nie przekraczałem granicy. Pewnym osobom to przeszkadzało. Byłem rywalem do gry, zabierałem komuś miejsce.

Najczęściej chodziło o niszczenie psychiczne. Internat miał dwa piętra, mała przestrzeń, było to bardziej odczuwalne niż w normalnych okolicznościach. Chciałem być dobry dla wszystkich i zostało to przez niektórych wykorzystane, zwłaszcza że byłem młodszy od większości pozostałych. Dla tamtych chłopaków być może były to normalne działania, mogli nawet nie mieć świadomości, że robią coś złego, bo cały czas funkcjonowali w takich realiach.

Ale nie dałeś się?

Nie dałem. Wszystkie te działania, jeżeli byłem zdrowy, nie miały większego wpływu na moją grę. Minął rok i mój rocznik był już juniorem młodszym. Przestaliśmy być trójką najmłodszych w internacie.  W tym wieku była cała drużyna, a doszli jeszcze młodsi. Pilnowałem potem, żeby inni nie mieli już takich przejść jak ja. Nie był to jakiś szeroki proceder – nie przesadzajmy – ale zdarzały się różne historie. Zawsze takich kolegów starałem się wspierać. Łatwo można było zauważyć, że ktoś jest przytłoczony, nieobecny. Wszyscy byliśmy młodymi chłopcami, którzy nieraz z drugiego końca kraju przyjeżdżali w nieznane walczyć o swoje marzenia. Jeśli na co dzień jest źle, w końcu wyjdzie to na boisku. Niektórzy nie dawali rady i rezygnowali. Ja nie dopuszczałem takiej możliwości. Nie mogłem wrócić ze szkółki mającej opinię jednej z najlepszych w kraju jako przegrany.

Wśród twoich oponentów byli zawodnicy, którzy potem pokazali się szerszej publiczności?

Co ciekawe – nie, chyba że o kimś zapomniałem. To też o czymś świadczy. Ale nie czuję do nich nienawiści czy czegoś takiego. Tamte wydarzenia zahartowały mnie przed późniejszymi próbami, które były dużo trudniejsze niż poradzenie sobie we Wronkach. Przeciwnie – w kontekście tego, co miało nadejść, jestem naprawdę wdzięczny.

Po jednej rundzie w Sosnowcu przeszedłeś do Rody Kerkrade. W jakich okolicznościach?

Grając w młodzieżówkach byłem powszechnie kojarzony przez skautów klubów zachodnich. Holendrzy też zapisali moje nazwisko w notesach. Obserwowali mnie na pewno podczas meczu z Czechami na turnieju w La Mandze do lat 17. Pomogło również to, że wcześniej świetną reklamę polskim bramkarzom w Rodzie zrobił Przemek Tytoń.

Swoją drogą – łączyło was bardzo dużo.

To kolega z tej samej ulicy w Zamościu. Dopóki Przemek nie wyjechał do Łęcznej, byliśmy w jednej ekipie znajomych. Mieliśmy kolegę, który jako pierwszy w okolicy dostał komputer, więc podlizywaliśmy mu się. Już wtedy rywalizowaliśmy (śmiech).

Później mieliśmy tego samego agenta Krzysztofa Jakubczaka. Przyszedłem do Rody, gdy Przemek zaczynał tam już czwarty rok i miał niemalże status pół-Boga. Przetarł szlak, miałem ułatwione zadanie.

Trudno było ci się przystosować do wymagań stawianych w klubie Eredivisie?

Na początku tak. W Polsce praca z bramkarzami to przede wszystkim koncentracja na linii i aspektach sprawnościowych. Gorzej to wygląda z grą nogami i na przedpolu. Do dziś nie wiem, jakim cudem przeszedłem testy na moją lewą nogę. Kopnąłem trzy razy i trzy razy idealnie. W tamtym czasie nigdy bym tego nie powtórzył. Nie chciałem psuć świetnego wrażenia, więc pojawiła się tzw. „niewidzialna pachwina”. Zgłosiłem ból w lewej pachwinie, przez który nie mogę więcej kopać i wystarczyło.

Już po podpisaniu kontraktu miałem wiele dodatkowych treningów na grę nogami. Z czasem wszedłem na wymagany poziom i już nie było większych problemów, ale zawsze czegoś mi brakowało w porównaniu do bramkarzy holenderskich. Oni na pewien sposób gry byli nakierowywani od najmłodszych lat. Na boisku myśleli bardziej jak środkowy pomocnik, z piłką przy nodze reagowali znacznie szybciej. Wychodzi się z założenia, że możesz nawet mieć trochę gorszy refleks, ale za to szerszy arsenał w innych aspektach. Ostatnio rozmawiałem z Filipem Kurto, z którym też byłem w Rodzie. Teraz znów jest w tym klubie i mówi, że często siedzi na ławce dlatego, że bramkarz w Holandii musi więcej krzyczeć, lepiej się komunikować i lepiej grać nogami . Dla mnie zresztą ta ich komunikacja to trochę sztuka dla sztuki, popisówka. Holendrzy są narodem przywiązującym dużą wagę do tego, jak coś wygląda na zewnątrz, dbają o pozory. To leży w ich mentalności.

Jak się to objawiało na co dzień?

Holendrzy często mieszkają w domach jednorodzinnych, w których główny pokój wychodzi na ulicę. Jest w nim wielkie okno, bez firan i zasłon. Każdy może zobaczyć, jak mają w środku. Przeważnie zobaczysz tam dzieła sztuki, antyki, jakieś oryginalne rzeczy, generalnie „ą” i „ę”. A w przedpokoju walają się śmieci, reszta domu często jest bardziej zaniedbana. Chwilami nie odróżnisz, czy to pokój do remontu, czy ktoś tam mieszka. Byleby ten salon był idealny.

Przez pierwsze pół roku naprawdę mi się tam podobało. Mówię:
– Kurde, Przemek, fantastyczni są ci ludzie.
– Poczekaj dłużej.

I rzeczywiście. Po czterech latach byłem już strasznie zmęczony, widząc, czym się kierują w życiu, co jest dla nich najistotniejsze.

Co masz na myśli?

W Holandii ludzie bardzo rzadko powiedzą ci, o co tak naprawdę chodzi. Najczęściej mówią to, co chcesz usłyszeć. Tobie na ten sam temat powiedzą jedno, a komuś obok już zupełnie co innego, bo bardziej pasowało. Do tego bije od nich pewne poczucie wyższości. Nawet nie za bardzo wiedzą, gdzie leży Polska, ale chętnie decydowaliby za Polskę w szeroko pojętej makroekonomii. Jeżeli byłeś spoza „starej” Europy, traktowali cię w porządku, ale na zasadzie „znaj miejsce w szeregu”. Nieraz słyszałem pytania, czy w Polsce jest coca-cola. Albo współczuli dalekiej podróży, bo skoro przyjechałem z Polski, to musiałem przejechać przez Rosję. Gdy im mówiłem, że za Rosją jest ocen i Ameryka, zmieniali temat.

Rzucasz nowe światło w tej kwestii. Do tej pory polscy zawodnicy grający w Holandii bardzo sobie chwalili tamtejsze życie.

Oczywiście nie mówię, że zawsze wszyscy tam tacy byli, ale pewne tendencje dało się zauważyć. Zależy też, gdzie trafisz. Filip spędził trochę czasu w Dordrechcie. To miasto położone na północy, leżące nad morzem, tam mentalność jest trochę inna. Opieram się na tym, czego sam doświadczyłem i co słyszałem od innych, którzy nieraz mieszkali w tym kraju już kilkanaście lat. We wspomnianych kwestiach zawsze byliśmy zgodni. Ciekawe były również zawiłości finansowe w rozliczeniach okresowych. Nikt nie był w stanie mi dobrze wytłumaczyć, za co ile płacę. Pamiętam, że pisał o tym w swojej biografii Zlatan Ibrahimović. Co nie znaczy, że to w jakikolwiek sposób tłumaczy moje odejście. Nie do tego zmierzam.

A co ci się w Holendrach podobało?

Zawsze byli szczodrzy, uśmiechnięci, nie unikali pomocy. Ale po kilku latach bardziej widziałeś już ich wady niż zalety.

Jak wyglądała holenderska szatnia? Było coś specyficznego?

Zaskoczyło mnie, że wielu zawodników bardziej dbało o relacje z trenerem niż z kolegami. Trenerom wręcz na tym zależało. Jak już dochodziło do rozmowy, słyszałeś:

 – Dlaczego wcześniej nie walczyłeś o swoje, nie przyszedłeś, nie zapytałeś?

W Polsce rozmowy z trenerami rzadko mają większy sens. Tam wychodzą z założenia, że „dobra rozmowa” może rozwiązać wiele problemów. W praktyce przeważnie wyglądało to tak, że pogadaliśmy, ale i tak nie brano pod uwagę tego, co mówiłeś. Znów pozory. I tak lepiej wiedzieli. Po fakcie jednak było „czemu nie przychodziłeś, jak inni zawodnicy?”. A niektórzy chodzili dosłownie co drugi dzień, szczególnie ci niegrający. Nie wiem, jaki to miało sens, bo nie widziałem, żeby przynosiło efekty. Może po prostu potrzebowali słownego dowartościowania, mimo że w następnej kolejce znów siedzieli na ławce? Zgaduję, dla mnie i Filipa to nadal dziwne sprawy.

W Rodzie zawsze rywalizowałeś z Polakami. Najpierw był Tytoń, następnie Paweł Kieszek, a potem Kurto. Każdą z tych rywalizacji przegrywałeś.

W przypadku Przemka nie było tematu, miał już bardzo mocną pozycję. Przychodziłem jako trzeci bramkarz, ale zaraz byłem drugim. Pod koniec rozgrywek Przemek doznał kontuzji i już w pierwszym sezonie rozegrałem osiem meczów w Eredivisie. Normalnie nie miałbym szans. Wiadomo było jednak, że Przemek zaraz odejdzie gdzieś wyżej, w Rodzie robiło się dla niego za ciasno.

Jeżeli chodzi o rywalizację z Pawłem… Nie wiem, czy można powiedzieć, że ją przegrałem. 10 meczów ligowych wtedy rozegrałem.

Ale w dużej mierze dlatego, że Kieszek dostał w tamtym sezonie trzy czerwone kartki. Wskakiwałeś do składu na chwilę i później znów on grał.

Myślę, że sam Paweł przyzna, że nie było wtedy między nami większej różnicy. Pierwsze dwa mecze rozegrał jeszcze Przemek i odszedł do PSV. Ja wskoczyłem do bramki na 3. i 4. kolejkę, wypadłem naprawdę solidnie, a potem pozyskano Pawła i od razu on grał. Przychodził z FC Porto po roku na ławce, nie był jeszcze w rytmie meczowym. Był jednak bardziej doświadczony, wypożyczono go z większego klubu i pewnie miało to jakieś znaczenie. Roda była jego ostatnim okresem, w którym wyglądał przeciętnie. W Vitorii Setubal, Estoril i teraz w Cordobie prezentował się już naprawdę świetnie, trwale wszedł na wyższy poziom. To nie jest przypadek, to bardzo dobry bramkarz.

Najbardziej rozgoryczony byłeś w sezonie 2012/13. Kurto przyszedł z Wisły i od razu wskoczył do składu, mimo że ty byłeś w klubie od dłuższego czasu.

Byłem bardzo zły. Nie na Filipa, z rywalami do gry zawsze miałem dobry kontakt. Liczyłem jednak na pierwszy skład, zwłaszcza że wcześniej pojawiło się zainteresowanie innych klubów. Dość konkretne sygnały wysyłało Leicester, ale Roda nie chciała słyszeć o transferze. Jeszcze wcześniej poprzez mojego agenta dostałem nawet cynk, że jeśli utrzymam miejsce w składzie, to mogę liczyć na powołanie do reprezentacji Franciszka Smudy.

Przed tamtym sezonem w klubie doszło do rewolucji. Przyszedł nowy trener Ruud Brood, zmienił się też dyrektor sportowy. Broodowi chyba źle się kojarzyłem. W sezonie 2011/12 prowadził RKC Waalwijk. Graliśmy z tym zespołem w przedostatniej kolejce. Przegraliśmy aż 2:5. Nie miałem jakichś klopsów na YouTube, ale nie pomogłem, można było zrobić więcej. Zaraz potem przyszedł on do Rody…

Brood to bardzo specyficzny człowiek. Jednym wszystko dawał, innym wszystko odbierał i uparcie trzymał się swoich decyzji. Jak się z czasem okazało, facet praktycznie zniszczył klub. Odsunął wszystkich, którzy mieli coś do powiedzenia w szatni, a byli to głównie ci, którzy już w Rodzie grali. Zawodnicy sprowadzeni za jego kadencji mieli dużo łatwiej. Stworzył nieformalny podział na swoich i resztę. Każda większa ingerencja w szatnię to błąd trenerów. Zawsze imponowali mi ci, którzy możliwie najmniej mieszali się do jej spraw. Piłkarze muszą mieć pewną autonomię.

Skoro byłeś w gronie odsuniętych, to miałeś już w drużynie mocną pozycję.

Bo tak to wyglądało. Mimo że nadal byłem dość młody, byłem już w klubie dwa lata i uczestniczyłem w życiu szatni. Już wtedy przeprowadzałem akcje charytatywne, czasami organizowałem zbiórki między chłopakami, raz do roku większe na świąteczne akcje. Jakiś szacunek już u nich miałem. Od początku starałem się mówić holendersku, nie odseparowywałem się jak wielu obcokrajowców.

W każdym razie – czułem, że jestem w formie. Filip też dobrze się prezentował, ale nie miałem wątpliwości, że to nie była normalna rywalizacja.

Czyli Kurto był człowiekiem Brooda?

Nie. Bardziej był po prostu nowym zawodnikiem. Brood wszystkie ewentualne zasługi chciał przypisać sobie – że to on kogoś wymyślił, że on wszystko stworzył od podstaw, że decydował jego trenerski nos. A skończyło się tak, że przez niego Roda spadła z Eredivisie. W pierwszym sezonie jeszcze jakoś się uratowaliśmy w barażach i to ledwo, ledwo. W decydującym dwumeczu graliśmy ze Spartą Rotterdam. Na wyjeździe było 0:0, u siebie przegrywaliśmy 0:1 do 73. minuty. I akurat w tamtym dniu Mark-Jan Fledderus strzelił dwa gole z rzutów wolnych – tego na wagę zwycięstwa w ostatniej minucie. Jakoś udało się oszukać przeznaczenie.

Ostatni sezon w Rodzie to już dla ciebie stracony czas.

Brood najpierw odsunął mnie od zespołu, przez dwa miesiące trenowałem z rezerwami. Powtarzałem sobie, że nie mogę odpuścić i muszę walczyć, górę znów wzięła moja ambicja. Paradoksalnie jeśli chodzi o formę, była ona najlepsza podczas mojego pobytu w Holandii. Piłkarz po prostu wie, gdy jest dobrze. Niestety nie mogłem tego potwierdzić w meczach. Brood w połowie sezonu został wreszcie zwolniony. Za niego przyszedł początkujący trenersko Jon Dahl Tomasson, ale zespół był już za bardzo rozbity. Tomasson przywrócił mnie do kadry, byłem numerem dwa. Widać było, że Duńczyk miał pomysł, sama gra nie wyglądała najgorzej, lecz czegoś brakowało i spadliśmy.

Tak szczerze: podsumowując twoją grę w Eredivisie, czułeś, że wykorzystywałeś szansę?

Dwa razy znalazłem się w jedenastce kolejki, 4-5 razy zostawałem piłkarzem meczu, kilka szampanów uzbierałem.

Ale były też klopsy, jak w meczu z PEC Zwolle.

Jakby to ładnie powiedzieć… Trener Brood podtarł sobie mną swoją dupę. Zawaliłem półtora gola. Przy pierwszym można się kłócić, gość markował dośrodkowanie, ale strzelił w bliższy róg. Jedna bramka jednak ewidentnie obciążała moje konto. To był poważny błąd, prosta piłka przeleciała mi przez ręce. Przegraliśmy 2:3. Brood nie omieszkał się wypowiedzieć, że właśnie dlatego na mnie nie stawiał, że sami widzicie. Nie wytrzymałem presji, kolejny raz po kilku meczach lądowałem na ławce, mimo że ogólnie zbierałem dobre recenzje. W końcu pojawił się kryzys, złapała mnie dekoncentracja. A wcześniej miałem naprawdę fajne momenty. W sezonie 2010/11 obroniłem rzut karny z Twente, skończyło się 1:1 i w dużej mierze przez ten remis Twente nie zostało mistrzem Holandii.

W tym meczu dostałeś też czerwoną kartkę.

Tak, ale dopiero w 83. minucie, udało nam się dowieźć wynik do końca.

Mecz przeciwko Zwolle okazał się twoim ostatnim w Eredivisie.

Media w Holandii dość mocno mnie wtedy zjechały, zapominając o wcześniejszych dobrych występach. A Brood po tym meczu mógł mówić, że dostał potwierdzenie w praktyce, że słusznie na mnie nie stawiał i nie zamierzał już burzyć tego obrazu.

Miałeś też żal do polskich mediów.

Żalu nie miałem nigdy do nikogo. Każdy żyje i działa jak chce, jego rzecz. Chwilami jednak byłem zdziwiony, to lepsze słowo. Bardzo szeroko pisano o tym błędzie, ale jak znajdowałem się w jedenastce kolejki, to mało kto to odnotowywał. Kolejne potwierdzenie, że negatywy są znacznie częściej eksponowane. Tak działa ten świat.

Odszedłeś wtedy z Rody i zaczyna się okres najbardziej tajemniczy. Dlaczego tak długo szukałeś klubu?

Chciałem zostać w Holandii, miałem dużo do udowodnienia. Czułem, że mogę jeszcze coś tam zdziałać, mimo że jak ci wspominałem, pod pewnymi względami byłem już zmęczony tym krajem. Znowu jednak górę brała ambicja, nie chciałem wracać po straconym sezonie. Z tego względu w czerwcu odrzuciłem kilka ofert z Polski i Skandynawii. Zanosiło się, że zostanę w Eredivisie, były tematy Dordrechtu i Willem II. Pierwszy po prostu upadł, w drugim przypadku ktoś miał odejść, a jednak nie odszedł. Nim się obejrzałem, była końcówka sierpnia. Kluby domykały kadry i znalazłem się na lodzie. Dopiero we wrześniu pojawiła się możliwość przejścia do Ruchu Chorzów, bo akurat Wojtek Skaba doznał kontuzji.

Od początku zanosiło się na to, że masz minimalne szanse na grę. Z tobą w kadrze Ruchu było czterech bramkarzy.

W życiowej formie był wtedy Krzysztof Kamiński, co zresztą zaraz potem dało mu transfer do Japonii. Przychodząc wiedziałem, że w najbliższym czasie mogę być co najwyżej numerem dwa. I tak też było, we wszystkich meczach siedziałem na ławce w Ekstraklasie, debiutu nie doczekałem. Nie zanosiło się niestety, żeby zimą miało się coś zmienić, więc zszedłem szczebel niżej do Chrobrego Głogów.

Z punktu widzenia postronnego obserwatora nieprzebicie się w pierwszoligowym Chrobrym i drugoligowym Rakowie Częstochowa wyglądało słabo. To czarne plamy w twoim CV.

Zawsze sobie tłumaczę, że najwyraźniej wszystko zmierzało do tego, żebym był tu, gdzie teraz jestem i bardziej skupił się na innych rzeczach. Życie udowadniało mi, że piłka nie jest najważniejsza, że co innego da mi szczęście. Oczywiście niektórzy powiedzą, że gość się teraz tłumaczy i dorabia sobie ideologię. Tak po prostu czułem. Nigdy nie byłem z piłką tak w pełni związany, nigdy nie była dla mnie wszystkim. Gdzieś z tyłu głowy siedziało mi, że po tylu zdrowotnych przejściach każda następna kontuzja może oznaczać koniec, że to wszystko runie w jednym momencie.

W Chrobrym wystąpiłem w pierwszych trzech meczach ligowych. Mówię wprost: wypadłem wtedy kiepsko, nie był to dla mnie dobry czas. Bez regularnej gry byłem już przez półtora roku i dało to o sobie znać. Potem doznałem poważnej kontuzji barku i miałem sezon z głowy. Przerwa trwała siedem miesięcy. Uraz przytrafił się na treningu przed 5. kolejką, w której już miałem nie grać.

W Głogowie był świetny trener bramkarzy Maciej Kowal, natomiast współpracy z Ireneuszem Mamrotem nie wspominam zbyt miło. Bywały tam dziwne sytuacje.

Jakie?

Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego kilku piłkarzy, którzy przed i po Chrobrym dawali radę, tam spisywało się gorzej. Z jakiegoś powodu nie odpowiadali trenerowi Mamrotowi. Pracował w klubie od III ligi i zdążył stworzyć pewne struktury, do których wielu mu nie pasowało. Broniły go wyniki, warsztat czysto trenerski miał naprawdę świetny, natomiast zastanawiała mnie selekcja. Na przykład taki Rafał Figiel – niesamowity zawodnik. Nie wierzę, że w Głogowie był wtedy za słaby.

A czemu nie wyszło w Rakowie?

Byłem po prawie rocznej przerwie w grze. Dla Chrobrego ostatni występ zaliczyłem w marcu 2015, a do Rakowa przyszedłem w lutym 2016. Zdecydowałem się na ten klub głównie dlatego, że był tam trener Cecherz. Przewijał się też temat Górnika Łęczna. Z Arkadiuszem Onyszką współpracowałem już nieco wcześniej w temacie powrotu do zdrowia.

W Rakowie w tamtej rundzie nie miałem większych szans na wskoczenie do składu. Zostało to jasno powiedziane. Siłą rzeczy nie mogłem być w formie, moim zadaniem było skupienie się na nadrobieniu zaległości. Nie rywalizowałem z byle kim. Numerem jeden na zmianę byli Mateusz Kos – który grał w Częstochowie od lat i nawet teraz, już w I lidze, kilka meczów uzbierał – oraz Maciej Mielcarz, postać uznana na polskich boiskach. Ja byłem szykowany na nowy sezon, takie dostałem deklaracje od trenera bramkarzy. Potem jednak trener Cecherz został zwolniony. Przyszedł Marek Papszun i miał zupełnie inne plany. Dla niego priorytet stanowił młodzieżowiec w bramce. Zdążyłem zagrać tylko na zakończenie drugoligowego sezonu. Wygraliśmy 3:1 z Kotwicą Kołobrzeg, wybrano mnie do jedenastki kolejki. Później zgodnie uznaliśmy, że najlepiej będzie się rozstać.

Długo szukałeś nowego klubu?

Nie, bardzo szybko zdecydowałem się na Świt, gdzie pracę znalazł trener Cecherz. Swoje dołożył też sztab Rakowa, który pracował wcześniej na Mazowszu i polecił mnie do kilku klubów, w tym do Świtu. Nie zamierzałem łudzić się, że dostanę oferty z wyższych lig. Kilka razy w trakcie kariery czułem, że naprawdę jestem w gazie, ale w gruncie rzeczy niewiele zależy ode mnie. Nie miałem też dobrego pijaru, nikt wpływowy za mną nie stał. Czasami coś takiego jest potrzebne. Po Rakowie uznałem, że pora spróbować w życiu czegoś, co już od wielu lat za mną chodziło, a co odkładałem ze względu na piłkę.

Czyli studia?

Tak. Studiuję ekonomię w Warszawie, mam stypendium naukowe, nawet zostałem nieoficjalnie przewodniczącym senatu uczelnianego. Chciałem wreszcie gdzieś osiąść, poczuć stabilizację. Od piętnastego roku życia byłem w ciągłej niepewności. Nigdy nie wiedziałem, gdzie będę, czy za chwilę coś się nie wydarzy. Ciągła gonitwa. Teraz udało mi się ułożyć kilka spraw: studia, kupno mieszkania, działalność charytatywna i dalsze granie.

Po tej kontuzji barku znów zobaczyłem gorszą stronę piłkarskiej rzeczywistości. Szefowie Chrobrego wypięli się na mnie, nawet za głupie USG nie dostałem ani gorsza. Wszystko musiałem opłacać samemu.

Znów kosztowna operacja?

Wisiało to w powietrzu. To była ciekawa historia. Zabrzmi już naprawdę mistycznie… Bark ewidentnie był do operacji. Przeszedłem badania w Rehasporcie w Poznaniu. Powiedzieli, że możemy poczekać dwa miesiące i zobaczymy, ale nie wiadomo, czy jest sens zwlekać. Nie za bardzo mi się to uśmiechało, zwłaszcza że i tak już dużo zapłaciłem, a na Chrobrego nie miałem co liczyć. Znów zawierzyłem wszystko Panu Bogu, wierzyłem, że samo się to ułoży.

I tak było?

Nigdy tego nie opowiadałem, ale… w końcu przeszło w tydzień. Naprawdę. Nie potrafię tego wyjaśnić. Mało tego – nie było „efektu klawisza”, który przy takich kontuzjach często się zdarza. Na zdjęciach wszystko wyglądało idealnie.

Boska interwencja?

Sądzę, że tak. Wiem, że niektórzy mogą się teraz popukać w czoło, gość wymyśla jakieś martyrologiczne historie, ale trudno. Niech tak myślą.

Przebywając kontuzjowany w Zamościu, miałem czas, żeby jeszcze bardziej zaangażować się w działalność dla innych – wolontariat, szpitale, pomaganie rodzinom w trudnej sytuacji. Jedna z takich rodzin stwierdziła, że jest ktoś, kto mi pomoże. Zakładałem, że mówią o osobie żyjącej. Wyjaśnili, że będą się modlić w intencji mojego wyzdrowienia. Tego samego dnia pojechałem do szpitala, gdzie opiekowaliśmy się starszymi pacjentami na geriatrii paliatywnej. Pewna pani dała mi jakąś gazetę, otworzyłem na środkowej stronie i… było tam zdjęcie tej samej osoby, o której mówiła tamta rodzina – św. Charbela. Był to duchowny z libańskiego zakonu marianitów, zmarł pod koniec XIX wieku. Przez jego wstawiennictwo odnotowano najwięcej uzdrowień. W Polsce mało się o nim mówi, mamy wielu swoich świętych. Opowiedziałem osobom na sali o tym wszystkim i zapewniły, że też będą się modlić. Półtora tygodnia później po kontuzji nie było śladu. Może bez tej historii też by tak było. Może… Ja nie wierzę, że to zbieg okoliczności.

Nim zacząłeś treningi w Świcie, zdarzało ci się nawet… nocować w samochodzie. O co chodziło?

Nie chodziło o to, że nie miałem kasy na jakiś nocleg. Spokojnie. Krytyczny moment był w Sosnowcu, gdy w pewnym momencie dosłownie nie miałem co jeść.

Zasłabłeś wtedy na treningu z braku sił.

Może nie tyle zasłabłem, co ewidentnie zamulałem, przez co trener się zdenerwował. Piotrowi Pierścionkowi grunt osuwał się spod nóg, jego posada wisiała na włosku. Atmosfera była bardzo napięta.

Przyszedłem do Zagłębia po osiemnastu miesiącach bez pensji w Hetmanie Zamość. Wisieli mi 17 tys. zł, kwota odstępnego za mnie wynosiła 20 tys. zł. Gdy zrzekłem się zaległości, uznano, że najlepiej, aby Zagłębie jeszcze dopłaciło 3 tys. zł (śmiech). W Sosnowcu też bywało różnie, akurat wtedy nie płacili przez cztery miesiące. Na rodziców siłą rzeczy nie mogłem liczyć, bo już się pozadłużali na moje operacje. Mieszkałem w klubie, w pokoju testowiczów – trzy łóżka, nawet nogi było trudno rozprostować. Na korytarzu była taka mini kafejka z ekspresem do kawy, tam spędzałem wolny czas. Żyłem za 7-8 zł dziennie. Jadłem głównie paluszki krabowe Surimi z Lidla. Były bardzo tanie i jako tako mogłem się najeść. Do tego piłem bardzo dużo kawy. Oczywiście wiele osób w miarę możliwość mi tam pomagało, szczególnie trener Grzegorz Kurdziel, z którym  współpracę bardzo dobrze wspominam czy kierownik Piotr Caliński.

Później, pod koniec pobytu, miałem nawet obiady za darmo w osiedlowej jadłodajni w zamian za plakat z moją osobą. Do dziś jest on obiektem kpin, ale mam dystans do siebie. Jak już tam jadłem, miałem siadać właśnie pod tym plakatem.

prus plakat

Nie chciałem jednak non stop na tym się opierać, z niektórymi problemami nie wychodziłem do świata. Akurat wtedy były dwa dni przerwy, a ja bez kasy na koncie, bez kasy na telefonie. Cały dzień piłem kawę, dopiero następnego dnia zjadłem jabłko, które leżało na biurku u kierownika. W lodówce miałem do odgrzania pizzę, tyle że… ktoś mi ją zjadł. Sam przed sobą czułem zażenowanie, ale już do tego stopnia, że zaczynało mnie to bawić. Śmiech przez łzy.

No i jest ten trening, po jednym ze strzałów nie za bardzo miałem już siły się podnieść i trener pyta:

– Co jest?!
– Panie trenerze, nie mam sił. Wczoraj nic nie jadłem, dzisiaj nic nie jadłem.

Potem Pierścionek poruszył ten wątek na konferencji prasowej, pytając retorycznie, jak ma walczyć o awans do I ligi, skoro niektórzy zawodnicy nie jedzą przez dwa dni. Do dziś jest to w internecie.

Ok, wracamy do tego, że już po transferze do Świtu nocowałeś w samochodzie.

Szukałem mieszkania do kupienia, ogarniałem inne wspomniane sprawy i po prostu nie za bardzo miałem czas na załatwianie tymczasowego lokum. Przez kilka tygodni spałem po znajomych, ale zdarzało się, że nocowałem w aucie na stacji benzynowej. To był środek lata, ciepło, więc nie mówimy o jakiejś ekstremalnej sytuacji. Co ciekawe, dwa miesiące później ten samochód mi ukradziono. Dobrze, że wtedy w nim nie spałem (śmiech).

Przemysław Cecherz to chyba jedyny trener, który zawsze za tobą stał.

Chyba tak, ja też bardzo go cenię. Sądzę, że zawsze spłacałem u niego kredyt zaufania. W Świcie też wszystko wyrobiłem sobie pozycję. Jeżeli jestem zdrowy, gram regularnie. Ostatnio miałem przerwę, w meczu z Widzewem zerwałem więzadła w kostce.

O tej kontuzji było głośno, bo przez moment zostałeś na Twitterze wrednym symulantem. Sam podałem dalej twitt Żelisława Żyżyńskiego, później przeprosiłem, gdy poznałem tło.

Widzisz, nie pcham się na afisz, a i tak mnie na niego wepchną (śmiech). Nie wiem, dlaczego w internecie pokazywano tylko ostatnie 2-3 sekundy, gdy wygląda, jakbym teatralnie upadał bez powodu. Co ciekawe, nie udało mi się nigdy dotrzeć do nagrania pokazującego, co było wcześniej. Zawodnik Widzewa widząc, że wychodzę poza pole karne, chciał przyaktorzyć, tyle że wjeżdżał prosto we mnie. Chciałem cofnąć nogę, nie zdążyłem, kostka wykręciła się pod wpływem jego rozpędu. Działo się to tak szybko, że nawet nie słyszałem chrupnięcia.

Nie sądziłem, że będzie aż tak źle. Wieczorem pojechałem na wesele do Gdańska, ból nie był jeszcze aż tak silny. Tańczyć jednak już nie mogłem, byłem atrakcją dla dzieciaków. Noga mocno spuchła, śmiano się, że Hobbit przyjechał. Następnego dnia ludzie piszą mi, że jest afera. Żyżyński wstawił szyderczego twitta z pytaniem, czy ten bramkarz jednak przeżył. Uznałem, że zaszło to za daleko i muszę reagować. Specjalnie dla tej sprawy założyłem konto na Twitterze i pokazałem, w jakim stanie jest moja noga. Niektórzy i tak się upierali, że to musiało się stać kilka dni wcześniej, że udawałem przez cały mecz. Szkoda gadać.

Ale generalnie udało się to odkręcić.

Tak. Żelek przeprosił, rozpowszechnił swoje wyjaśnienia i można powiedzieć, że wyszło na zero. Co do kontuzji, zerwałem trzy więzadła, ale operacji uniknąłem. Po dwóch miesiącach wróciłem na boisko. Kapitalną robotę wykonał doktor Bartłomiej Kasprzak oraz jego sztab z Łodzi, który nie przez przypadek staje się coraz bardziej rozchwytywany. Wykluczył operację, która wcześniej wydawała się nieunikniona i postawił mnie na nogi.

No i dochodzimy do twojej działalności charytatywnej. O co dokładnie chodzi? Mówimy o czymś zdecydowanie ponadprzeciętnym w tej kwestii.

Działam razem z moim kolegą Kamilem Tomczyszynem – to też bramkarz, był m.in. w Stali Rzeszów – i naszą koleżanką-aniołem Małgorzatą Ostasz. Ona najbardziej czuwa nad tym pod kątem organizacyjnym i formalnym. Dba o wszystko, gdy nas nie ma na miejscu. Nasze stowarzyszenie nazywa się Dawcy Uśmiechu. 10 lat temu w Zamościu chciałem zrobić coś dobrego, szukaliśmy wyzwań z jednym znajomym. Skierowano nas na oddział paliatywny, gdzie mówiąc wprost, umierają ludzie. To coś gorszego nawet od hospicjum, warunki są trudniejsze. Nie było zbytnio chętnych, żeby tam pomagać. Później doszły inne oddziały, w tym geriatrii. Chodziliśmy tam sami z siebie, widzieliśmy, że ma to wielki sens. Gdy wyjechałem do Holandii, mogłem wspierać ten projekt znacznie bardziej i wznieść go na wyższy poziom. Organizowałem różne akcje i zbiórki. Do Holandii przyjeżdżały czasami polskie wycieczki dzieci z trudnych rodzin. Wychodziliśmy do nich z inicjatywą. Najwięcej jednak działaliśmy w Polsce, ale cały czas było to jeszcze nieformalne, niejawne.

Kiedy to sformalizowaliście?

Ponad trzy lata temu. Wielu akcji nie nagłaśnialiśmy, działaliśmy po cichu. Nie chodzi o rozgłos, spłacałem swój dług wdzięczności za powrót do zdrowia i możliwość spełnienia marzeń. Jeżeli ktoś nam zarzuca parcie na szkło, to jest w wielkim błędzie. Na zewnątrz wychodziła niewielka część całości. Działałem według biblijnej zasady: niech twoja lewa ręka nie wie, co czyni prawa. W całkowitym podziemiu nie można jednak funkcjonować, bo nie moglibyśmy wtedy liczyć na żadną pomoc z zewnątrz.

Co dokładnie robicie?

Wszystko, co się da. Prowadzimy wolontariat w szpitalach, organizujemy spotkania w szkołach i domach dziecka, promujemy sportowy tryb życia, pomagamy konkretnym osobom i rodzinom, zbieramy pieniądze na różne dobre cele. Teraz na przykład finalizujemy to, żeby wychowankowie domu dziecka w Zamościu pojechali na mecz reprezentacji Polski. Zorganizowaliśmy turniej, który przyniósł 35 tys. zł dla 11-letniego Patryka w celu wybudzenia go ze śpiączki. Takich większych imprez organizujemy przeważnie dwie w roku. Ludzie już wiedzą, że naprawdę się staramy, a przez tyle lat wyrobiłem sobie kontakty mogące się teraz przydać. Wielu kolegów z boiska pomaga – Paweł Kieszek, Tomek Kupisz, Wojtek Szczęsny, Arek Milik, Filip Kurto, Przemek Tytoń, Grzegorz Sandomierski i inni. Nieraz sami pytają, czy mogą jakoś pomóc. Muszę tu jeszcze zaakcentować pomoc Michała Efira, który nieraz mocno się angażuje.

prus1prus2prus3

Traktujesz to jako „nabijanie punktów” pod kątem życia po śmierci?

Tak. Wierzę, że Bóg tego nie zapomni i na sądzie ostatecznym plusów na moim koncie będzie więcej niż minusów. Na tyle, na ile możemy, chcemy zmieniać świat na lepsze. Bywa, że wykracza to poza poprawienie bytu materialnego. Z ludźmi, którym pomagamy mamy dalej kontakt. Niektórzy później odwdzięczali się tym samym względem innych, sami stawali się lepsi. Dobro napędza inne dobro.

Dużo pieniędzy wydajesz na Dawców Uśmiechu?

W zasadzie nie zdarza się, żeby nie trzeba było dokładać do jakiejś inicjatywy. Raz więcej, raz mniej. Pieniądze zbieramy głównie raz w roku przy okazji akcji świątecznych. Reszta jest finansowana z tego, co ewentualnie zostało lub z naszych środków. Wiadomo, że teraz nie mogę już wydawać tyle, co wcześniej. Oszczędności z Holandii to nie była studnia bez dna.

Wychowywano mnie w myśl tego, że jeśli nie muszę wydawać pieniędzy, to ich nie wydaję. Nie mówię, że żyję na granicy jakiegoś minimum, ale wiele nie potrzebuję. Jak najmniej dla siebie, jak najwięcej dla innych. Żeby nie szaleć wystarcza mi świadomość, ile dobrego można zrobić za tę kasę, którą zaraz zmarnowałbym na głupoty.

Tu nie chodzi tylko o pieniądze, często to poświęcony czas i zaangażowanie emocjonalne. W szpitalach organizowaliśmy wigilie dla pacjentów i ten wyjątkowy okres spędzaliśmy z nimi, nie w swoich domach.

prus4prus5prus6

Momenty największego wzruszenia?

Jako wolontariusz na oddziałach szpitalnych nieraz byłem świadkiem odchodzenia kogoś z tego świata. Najczęściej w takich chwilach przy umierającym jest rodzina, ale zdarzało się, że to ja trzymałem tę osobę za rękę, dodawałem otuchy. Czasami byłem już z nimi zżyty. Niesamowite momenty miały miejsce podczas jednej z wigilii, gdy przy śpiewaniu kolęd osoba w agonalnym stanie uśmiechnęła się i poruszała wargami. Rodzina reagowała wielkim wzruszeniem…

Masz przekonanie, że wszystkie wydarzenia w twoim życiu zmierzały do tego, żebyś był tu, gdzie teraz jesteś?

Tak.  Przejścia z kontuzjami, złożona obietnica, wyjazd do Holandii. Z czasów Rody na przykład do dziś mam kontakt z Danilo Pereirą, który z reprezentacją Portugalii wygrał Euro 2016. Kilka razy pomógł.

Często odnosisz się do Boga? Zawsze byłeś wierzący?

Mówią, że zagubienie się i utrata drogi to nic w porównaniu z utratą sensu jej szukania. Ja dzięki wierze nigdy się nawet nie zagubiłem, nie zboczyłem ze ścieżki, oddawałem Panu wszystkie najtrudniejsze momenty. Bywało, że chodziłem do kościoła codziennie. Śmiałem się, że rzuciło mnie do Częstochowy tylko po to, żeby móc jeszcze bardziej zgłębić wiarę. Nie chcę jednak robić za kaznodzieję. Nie prawię ludziom kazań, jadąc samochodem nie słucham Radia Maryja. Po prostu staram się nie oddalać od Bożych wartości i wcielać je w życie, czyny są najważniejsze. Religia jest tu najlepszą motywacją.

Jeżeli piłkarsko nie wyjdziesz już poza Świt, nic się nie stanie?

Dokładnie. Ja już swoje marzenia spełniłem. Przecież nie byłem pewny, czy będę mógł chodzić, a kilka lat później grałem przeciwko Ajaxowi czy PSV w Eredivisie! Piłka jest bardzo niewdzięcznym sportem, nie można od niej uzależniać swojego szczęścia. Jeżeli będzie jeszcze okazja pograć na wyższym poziomie – fajnie. Jeżeli nie, niczego to w moim życiu nie zmieni. Futbol zahartował mnie do tego, żebym mógł potem iść dalej na innych frontach. Taka była jego rola.

rozmawiał PRZEMYSŁAW MICHALAK

Fot. Przemysław Michalak/weszlo.com

KOMENTARZE (11)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

lucabrasi88

Ciekawy wywiad, Mateusz Super człowiek , Pozdrawiam serdecznie
A ty fioot spierdalaj łajzo

Cisse

Mega pozytywny gościu. Widać, że nie jest roszczeniowym gościem w stylu „trener się uwziął” albo „manager drugiego miał większą siłę przebicia” itd. Za mądry na środowisko piłkarskie.

StalinMourinho

Ogromny podziw i szacunek. Nie interesuję się polską piłką klubową, ale to nazwisko zapamiętam.

RobRob

Fajny wywiad. Wielke brawa dla niego za udzielanie sie charytatywnie.

fronda

Szacun Chłopaku.I dramat co się dzieje w niektórych klubach.

szaman69

Pewno to bez znacxenia ale moj szacunsk masz mlody czlowieku w zalewie peszkow krychowiakow itp ktos taki jak Ty przywraca nadzieje ze moze jest jeszcze szansa dla tego swiata gdybym wiedzial jak do was trafic sam bym chetnie pomogl

Marcinecckie

Pozytywny chłopak – fajnie, że są osoby, które potrafią dzielić się z innymi, pomagać. I wypada pochwalić też pana Przemka – kolejny ciekawy temat zaprezentowany na Weszło. Tak trzymać.

Pozniej wymysle nick

dzieki takim ludziom jak Prus jeszcze tli sie we mnie resztka wiary w gatunek ludzki.

danek.michalowski@gmail.com

Fantastyczy wywiad z takimże człowiekiem.
Co tu dużo gadać, uwielbiam te Wasze wywiady, Panowie!

Serge Yebaka
Toronto Raptors

Trafiłem tu po czasie i przeczytałem od deski do Z. Warto było. Brawo, Mateusz, brawo redaktor.

wpDiscuz

INNE SPORTY