Jak stracić przyjaciół i zrazić do siebie ludzi. Kolejna wojenka Conte
Anglia

Jak stracić przyjaciół i zrazić do siebie ludzi. Kolejna wojenka Conte

W lidze radzą sobie całkiem przyzwoicie. Nie tak dobrze, jak w poprzednim sezonie, ale zdecydowanie lepiej niż w tragicznych rozgrywkach dwa lata temu. W pucharze ligi odpadli w półfinale, wciąż walczą w FA Cup, a w 1/8 finału Ligi Mistrzów zmierzą się w pełnym podtekstów, elektryzującym całą piłkarską Europę starciu z Barceloną. Nie zachwycają jak w minionych rozgrywkach, ale można to zrozumieć. Nie musieli bowiem wtedy łączyć gry na krajowym podwórku z grą w kontynentalnych rozgrywkach, a na dodatek mający znacznie większe możliwości finansowe i żądni krwi najwięksi rywale uzbroili się po zęby.

Tak mógłby dziś być opisywany sezon The Blues, gdyby Antonio Conte nie upodobał sobie toczenia wojen, z których nie ma szans wyjść zwycięsko i które nakazują mocno zaostrzyć narrację.

***

– Nie mam wielkiego wpływu na transfery. Od lata klub decyduje o każdym nowym zawodniku. Czasami mam na to wpływ, czasami nie.
Antonio Conte, jedna z wielu wypowiedzi, w których ostatnimi czasy krytykował swojego pracodawcę

***

– Antonio jest trochę drażliwy, gdy mówisz mu, że coś nie będzie tak, jak on by tego chciał.
Andrea Agnelli, prezes Juventusu

***

Gdy Conte podpisywał kontrakt z londyńskim klubem, widział w nim spełnienie marzeń, jakich Juventus swego czasu nie był w stanie spełnić. Pracując w Turynie mówił bowiem o wysyłaniu go do luksusowej restauracji, gdzie obiad kosztuje 100 euro z 10 euro w ręku. Tak tłumaczył niepowodzenia, między innymi odpadnięcie z Ligi Mistrzów już w fazie grupowej, po porażce w ostatniej kolejce z Galatasaray. Przepastne kieszenie Romana Abramowicza miały rozprawić się z tym problemem. Na Stamford Bridge miał wreszcie nie tylko wyciągać to, co najlepsze z dostępnych zawodników – tak jak zrobił to z Paulem Pogbą, ale i wieloma innymi graczami Juventusu, których z przeciętności wyniósł na absolutne wyżyny ich możliwości. Miał również móc w odpowiedniej chwili sięgnąć po książeczkę czekową z kilkoma świstkami wypisanymi zawczasu in blanco przez właściciela.

ZWYCIĘSTWO CHELSEA NAD BARCELONĄ W SPOTKANIU NA STAMFORD BRIDGE? KURS 3,80 W TOTOLOTEK.PL!

Patrząc na to, jak dziś zachowuje się Conte, można odnieść wrażenie, że nie wykonał swojego researchu o obecnym pracodawcy odpowiednio rzetelnie.

Już parę lat temu Chelsea wysyłała bowiem w świat przekaz, że chce stać się klubem samowystarczalnym. Przygotowanym w każdym momencie na odejście Romana Abramowicza – choć oczywiście o takiej ewentualności oficjalnie nie wspominano. Już nie zależnym od tego, ile tym razem banknotów sypnie na wzmocnienia, a zdolna na swoje funkcjonowanie oraz transfery zarabiać samemu. Przy okazji nie łamiąc zasad Financial Fair Play.

Szaleństwa i życie ponad stan skończyły się jakieś pięć lat temu, kiedy ostatni raz The Blues wydali na transfery ponad cztery razy więcej niż zarobili na ruchach wychodzących.

Zrzut ekranu 2018-02-13 o 23.52.05

Można też docinać Conte, że nie poznał zawczasu hierarchii w klubie i nie uświadomił sobie wcześniej, że nie otrzyma w nim pełni władzy menedżerskiej, jaką kiedyś dzierżyli szkoleniowcy na wyspach. Że z każdą większą prośbą, szczególnie dotyczącą nowych zawodników, będzie musiał udać się do prawej ręki Romana Abramowicza. Do jednej z najtwardszych negocjatorek, z jaką można usiąść przy stole. Do Marii Granowskajej.

Tylko czy ktoś faktycznie wierzy, że Włoch nie wiedział, w co się pakuje? Że nie doczytał umowy, jaką podpisuje? Że nie poznał władz klubu na tyle, by wiedzieć, ile będzie zależeć od niego, a ile rzeczy będzie musiał uzgadniać z Granowskają czy choćby dyrektorem technicznym Michaelem Emenalo, który aż do listopadu – kiedy odszedł z klubu – stanowił swego rodzaju pomost pomiędzy twardą Rosjanką a temperamentnym Włochem.

Krótko mówiąc – widziały gały, co brały. Conte musiał wiedzieć, na co się pisze i czego będzie się od niego wymagać. Przede wszystkim – potwierdzenia renomy, którą zyskał jeszcze w Juventusie, o której ostatnio sam wspomniał (wbijając przy okazji kolejną szpilkę): – Jestem typem menadżera, który zawodnika ocenianego w dziesięciostopniowej skali na 6 zamieni w piłkarza 8/10. Mając gracza 8/10, zamienię go w piłkarza 10/10. To jest moje zadanie i bardzo dobrze się do tego nadaję. Fatalnie za to radzę sobie z przekonywaniem prezesów do wykonywania konkretnych transferów.

AWANS CHELSEA PO DWUMECZU Z BARCĄ? 3,20 W ZAKŁADACH BUKMACHERSKICH TOTOLOTEK!

Ta umiejętność wpisywała się doskonale w nową filozofię The Blues. Już nie przodowników wyścigu zbrojeń, jak w pierwszych latach Abramowicza na Stamford Bridge. To, co Conte zrobił z Victorem Mosesem, z przeciętnego, wyśmiewanego wręcz skrzydłowego, zrobił genialnego wahadłowego. Jak z Azpilicuety uczynił zawodnika, którego trudno zreplikować, idealnego półprawego stopera, który potrafi podłączyć się do akcji ofensywnej. Jak rozwinął Marcosa Alonso i uczynił z niego jedną z głównych broni w ofensywie. Zdobyte w pierwszym sezonie mistrzostwo. To wszystko utwierdzało władze klubu w przekonaniu, że postawiły na właściwego konia i że w najbliższej przyszłości będzie przewodnikiem kolejnych graczy na niedostępne dla nich dotąd szczyty.

Conte szybko zyskał też niemal boski status wśród fanów Chelsea. Kochany za swoją żywiołowość przy linii, ozłocony w ekspresowym tempie. Musiało go więc uwierać i uwiera go do teraz, że mimo to nie otrzymał podobnego statusu w samych strukturach klubu. Że to nie on, a Granowskaja, był osobą mającą najwięcej do powiedzenia w negocjacjach z zawodnikami przed kampanią, podczas której Chelsea powracała do Champions League. Jak w podcaście BBC „5 Live Football Daily” tłumaczył ostatnio Simon Johnson z London Evening Standard, dziennikarz świetnie poinformowany w sprawach klubu, cały czas to Rosjanka miała decydujący głos w sprawie kontraktów i transferów w obie strony – z i do klubu.

Pierwszy większy rozłam nastąpił – jak mówi Johnson – w dość błahej sprawie. Konkretnie, gdy Conte chciał mieć na Stamford Bridge Fernando Llorente. Włoch usłyszał „nie” chwilę po tym, jak wzniósł w górę trofeum za wygranie Premier League. I choć tak po prawdzie historia występów Llorente w Tottenhamie nie przyznała Włochowi racji, nic później już nie było takie samo. Póki jeszcze w klubie był Emenalo, niezadowolenie Włocha nie uchodziło z niego podczas każdego medialnego wystąpienia. Po jego listopadowym odejściu żółć zaczęła się jednak wylewać strumieniami.

Strumieniami chyba nawet zbyt szerokimi. Conte zrzucał z siebie bowiem resztki odpowiedzialności, całego zła, jakie spotkało The Blues upatrując w klubowych gabinetach. Tymczasem najgorszy zawodnik sezonu, a więc Tiemoue Bakayoko, to nie był bynajmniej piłkarz wciśnięty Conte na siłę. Jak zdradził przepytany przez BBC Johnson, Bakayoko był pomysłem Włocha, który zachwycił się pomocnikiem podczas gry dla AS Monaco.

Gdy Włoch został z kolei spytany o przeprowadzony w ostatnim dniu okienka transfer Oliviera Giroud z Arsenalu, odpowiedział zdawkowo, że to nie czas na rozmowę o tym ruchu. Minęły dwa tygodnie. Ani Francuz, ani Emerson Palmieri sprowadzony z Romy nie doczekali się jeszcze nawet wypowiedzianych oficjalnie przez szkoleniowca ciepłych słów pod swoim adresem, Brazylijczyka formułką „cieszymy się, że jest z nami” powitała jedynie… Granowskaja w ostatnim programie meczowym. Ze strony Conte? Cisza Conte – co warto dodać – dopiero co domagającego się głośno deklaracji pełnego wsparcia ze strony zarządu, a jednak samemu nie potrafiącego wesprzeć nowych graczy podczas ich pierwszych dni w klubie.

CHELSEA MISTRZEM ANGLII? KURS 250,00. PRZY 1,01 NA MANCHESTER CITY…

Jak takie sytuacje wpływają na stosunek zawodników do trenera – widać było w ostatnich meczach. Nawet ten wygrany w poniedziałek 3:0 z West Bromem mógł się potoczyć równie fatalnie, co starcia z Bournemouth (0:3) i Watfordem (1:4), gdyby nie geniusz Edena Hazarda. Nie było w nich widać niezłomnej wiary w siebie zawodników, którzy przecież posiadają umiejętności, by każdego rywala wgnieść w ziemię. Cóż, na pewno nie zaszczepił jej Conte, bez przerwy marudzący i kwestionujący jakość niemal każdego nabytku, za którym nie stał on sam. A i tych, na które nalegał też. Patrz Bakayoko.

Oczywiście nie wszystko, co złe, to dziś w Chelsea Conte. Nieprzypadkowo to już kolejny menedżer The Blues, którego posada wisi na włosku w pierwszym sezonie po wywalczeniu mistrzostwa Anglii. To on jednak ma w tej sprawie najwięcej do stracenia. No bo przecież nie Abramowicz, ani nie jego prawa ręka Granowskaja, do której ma bezgraniczne zaufanie tak prywatne, jak zawodowe. Jeśli zaś wsłuchacie się w głosy wyspiarskich ekspertów, dziś każdy jest przekonany, że Conte najpóźniej z końcem sezonu będzie szukać nowego pracodawcy. Pytanie, czy wszyscy będą z takim upodobaniem oglądać się za menedżerem, który dwukrotnie z klubów z topu odchodził w podobnych okolicznościach? Po wypowiedzeniu wojny ludziom zasiadającym za sterami i doszczętnym zmieszaniu ich wizji budowania klubu z błotem?

Żeby nie okazało się, że uderzając w źle funkcjonujące władze klubu, sam wkrótce oberwie bolesnym rykoszetem.

SZYMON PODSTUFKA

fot. NewsPix.pl