Weszło na stopa #23. Najpierw napad, a potem dom i pierwszy klub Messiego
Weszło

Weszło na stopa #23. Najpierw napad, a potem dom i pierwszy klub Messiego

Argentyna uśpiła moją czujność. Wszystkie miejscowości, zarówno te większe jak i mniejsze, odwiedzane przeze mnie na wschodzie witały mnie z ogromną życzliwością. Sprawdzały się też przepowiednie większości obieżyświatów, że to właśnie Argentyńczycy najbardziej kochają podróżować i pomagać podróżnikom. Bezpieczeństwo? Czułem się wyjątkowo spokojnie. Gaz pieprzowy czy pałka teleskopowa, nawet nie wiem kiedy, wylądowały gdzieś na dnie plecaka i nie wyciągałem już ich nawet na noc spędzaną w namiocie. Do czasu…

– Nie rozumiem was – odpowiadałem trzem chłopakom, którzy najpierw krzyczeli coś do mnie z odległości kilkudziesięciu metrów, a chwilę później stali tuż obok. Byli normalni, uśmiechnięci, wyglądali na około 20 lat. Dwóch z nich podjechało na skuterze, jeden podbiegł do mnie znienacka. Mówili coś w moją stronę, ale kompletnie nie wiem, czemu nic z tego do mnie nie trafiało.

– Naprawdę Was nie rozumiem.
– Dawaj plecak! – krzyknął jeden z nich momentalnie zmieniając ton.

To zrozumiałem. Nie było jednak czasu na zastanowienie, bo mówiąc to szarpnął mój mniejszy plecak, który miałem na brzuchu. Zaskoczył mnie. Tym jednym pociągnięciem wyrwał plecak z mojej prawej ręki, tak, iż ten zawisł jedynie na lewej stronie. Błyskawicznie odszarpnąłem i owinąłem go sobie go wokół kończyny, żeby napór z mojej strony był mocniejszy. W międzyczasie z prawej strony poczułem uderzenie w głowę. Pierwsze, chwilę później drugie. Teraz pamiętam to jak przez mgłę. Skupiałem się tylko na utrzymaniu plecaka, drugi atakujący mnie uderzeniami z boku zdawał się mnie wówczas nie interesować. Trzeci z kolei siedział na motorze przyglądając się całej sytuacji:

– WYPIERDALAĆ CHUJE PIERDOLONE!
– WYPIERDAAAALAĆ, BO WAS ZAJEBIĘ! – nie miałem pojęcia nigdy wcześniej, iż tkwi we mnie taka złość i taka agresja. Adrenalina spowodowana napaścią wzięła jednak górę, a ja nie hamowałem się ani na sekundę.
– WYPIERDALAĆ! WYYYYYYPIEEEEERDAAAAAALAAAAAAAAAĆ! – krzyczałem coraz to głośniej z wściekłością jeszcze potężniejszą, rzucając się przy tym jak opętany.

Czułem przypływ nieprawdopodobnej siły. W całym tym szale, który ogarnął mój umysł, udało mi się jednak zachować resztki zdrowego rozsądku. Zerknąłem kątem oka na ulicę i szarpnąłem plecakiem jeszcze mocniej. W tym samym czasie zrobiłem też dwa szybkie kroki do tyłu, by znaleźć się na środku jezdni. Byłem przekonany, że jeśli jeszcze chwilę uda mi się utrzymać plecak, to zatrzymam jakieś auto skąd dostanę pomoc.

Nikt nie pomógł…

Cała zadyma trwała… kilkanaście sekund? Kompletnie straciłem rachubę czasu. Chłopaki prawdopodobnie wystraszyli się złości i agresji bijącej z mojego głosu i mimiki twarzy. Nie mam też pojęcia, ile razy dostałem po ryju od tego drugiego, ale albo bił jak ciota, albo adrenalina sprawiła, iż nie zwróciłem szczególnej uwagi na żaden cios. Pamiętam tylko moment, w którym wyrwałem plecak. Sekundę później biegłem już środkiem ulicy, nie zważając na samochody. Zatrzymałem się kilometr dalej. Ten sprint zapamiętam do końca życia. Santa Fe również…

Takim sposobem stanąłem na wylotówce w stronę kolejnego miasta. Rosario… Miasta Boga futbolu – Leo Messiego.

Rosario to trzecie co do wielkości miasto Argentyny. Trzeba jednak powiedzieć, że niczym szczególnym się nie wyróżnia. Z pozoru miasto jak każde inne. Brak tu jednak wielkich drapaczy chmur, ale również nie ma zbyt wielu atrakcji czy miejsc, nad którymi możemy powzdychać z zachwytu. Rosario po prostu jest. I byłoby dla mnie kolejnym zwykłym przystankiem na mapie, gdyby nie 24 czerwca 1987 roku. W tym dniu narodził się Messi. Leo Messi. Właśnie tu, w Rosario.

Rosario z hiszpańskiego oznacza niemniej nie więcej tylko Różaniec. Jeżdżąc po Ameryce Łacińskiej, gdzie połowa miast nazwana jest ku czci świętych, miejscowość „Różaniec” już mnie w ogóle nie dziwi. Tak samo jak i to, że kierowca, który do Rosario mnie wwiózł, zostawił mnie na ulicy – a jakżeby inaczej – Jana Pawła II. Trzeba jednak powiedzieć szczerze, że ani Messi – Bóg futbolu, ani Jan Paweł II – wysłannik Boga w niebie, nie są najpopularniejszymi osobami w tym mieście. Nie jest też nim Maradona czy argentyński aktualnie papież – Franciszek. Dla mieszkańców Rosario największym bohaterem jest Che. Che Guevara! Urodzony właśnie w Rosario komunistyczny morderca w opinii wielu mieszkańców jest jak męczennik, bohater, idealista, który oddał życie w obronie wyższych wartości. Gdy w dniu przyjazdu do Rosario oglądałem sklep z naklejkami na auto i znalazłem tam osiem nalepek z Che (i tylko jedną z Messim), byłem jeszcze tylko zdziwiony. Gdy jednak dzień później na budynku klubu Grandoli, gdzie swoje pierwsze kroki w futbolu stawiał Messi, tuż przy głównym wejściu zobaczyłem to: nic już mnie nie dziwiło.

che guevara mural

Che Guevara w Rosario to bohater. A Messi? Prawdopodobnie jest najpopularniejszym Argentyńczykiem – prawdopodobnie, bo część starszego pokolenia na piedestał wystawia jednak Maradonę – ale nawet w Rosario nie jest bohaterem. Z prostego, choć tak niezrozumiałego dla nas powodu. Messi nie gra w Argentynie. Messi łupie gdzieś tam w Hiszpanii, strzela gola za golem, bije co rusz to nowe rekordy, ale tam – w Barcelonie. Nie w Rosario czy Buenos Aires. Argentyńczycy kochają futbol, ale głównie ten argentyński. Jasne, znają Lewandowskiego, Suareza czy Benzemę, ale ci wszyscy grajkowie z Europy są jedynie… grajkami z Europy. Dla Argentyńczyków liczy się tu i teraz. Liga argentyńska, a nie Liga Mistrzów. River Plate, a nie Real Madryt. Tevez, grający aktualnie w Boca Juniors, a nie Messi. Proste, prawda?

Messiego na ulicy za dużo więc nie ma. Gdy ktoś chodzi w koszulce Albiscelestes, to z wielkim prawdopodobieństwem stwierdzić można, że z tyłu jest dycha z nazwiskiem „pchły”. Zdecydowanie więcej jednak w Argentynie jest koszulek Boca, River Plate czy miejscowych klubów – w zależności od części kraju, w jakiej się znajdujemy. Nie inaczej jest w Rosario.

– Dom Messiego? No, on jest z Rosario, ale nie mam pojęcia, gdzie  jest jego dom – odpowiedział mi zaskoczony mężczyzna.

Dobrze wiedziałem, gdzie szukać domu piłkarza. Z premedytacją pytałem jednak kolejne to osoby, by uzyskać odpowiedź. Nie otrzymałem jej od nikogo. Dopiero gdy doszedłem do ulicy Estado de Israel i zacząłem szukać numeru 525, a ulica malejąc od 2000 zatrzymała się na numerze 1000 i urwała się, zgłupiałem. Z pomocą przyszedł mi miejscowy Argentyńczyk. Nie wiedział, gdzie jest dom Messiego. Wiedział jednak, gdzie znajdę kontynuację ulicy z numerami mniejszymi niż 1000.

dom messiego

Tak oto trafiłem do domu Leo Messiego. Domu, który do dziś stoi … pusty. Rodzina Messich nigdy go nie sprzedała, ale też raczej nie często jest on użytkowany.

– Mieszkał tu kiedyś brat Messiego. Ostatnio jego wujek kilka lat temu – powiedziała mi sąsiadka Marta. Starsza pani, lekko przygłuchawa, która na odpowiedź skąd pochodzę usłyszawszy „Polonia”, odparła: Colombia? Jakie miasto w Kolumbii? Bogota?
– Nie, proszę pani, Polonia, Europa!
– Aaaa, Papa Juan Pablo Segundo.
– Tak, tak, a znała pani Messiego prywatnie? Ma pani jakieś wspomnienia z nim? – pytałem dalej
– Ja mam – odparła kobieta, która przysłuchiwała się naszej rozmowie od kilku sekund. Okazała się być córką mojej rozmówczyni i koleżanką Lionela z sąsiedztwa.
– Był ode mnie parę lat młodszy, dlatego też nie zwracałam na niego uwagi. Dziecko jak dziecko. Wiecznie biegające za piłką. Jak nie miał piłki, to brał butelkę albo robił sobie piłkę z papieru. I też kopał.

Dzisiaj o tym, że to właśnie stąd pochodzi Messi – poza pamięcią jego sąsiadów do teraz żyjących na tej ulicy – przypominają również dwa murale znajdujące się 100 metrów od posesji numer 525. Murale z podobizną właśnie lokatora tego mieszkania.

messi mural1 messi mural2
By znaleźć więcej śladów Messiego w Rosario, udałem się w wędrówkę taką samą drogą, jaką mały Leo pokonywał niemalże codziennie. Z domu na boisko Grandoli – pierwszego klubu filigranowego Argentyńczyka. Trasa ciągnąca się głównie wzdłuż ulicy Avenida Uriburu zajęła mi około dwudziestu minut. Po drodze minąłem jedno boisko, ale zarówno dzisiaj jak i w latach 90. XX wieku poza bramkami za wiele wspólnego z futbolem ono niema. Nic więc dziwnego, że Leo tak samo jak i ja nie zatrzymywał się i z piłką przy nodze szedł parę kroków dalej. Czy tak samo jak ja teraz Leo odczuwał strach idąc tą ulicą? Śmiem wątpić. Dla małego chłopczyka straszne są duchy czy mama po wywiadówce. Ja jednak nauczony doświadczeniem dnia poprzedniego, widząc mijających mnie typów spod ciemnej gwiazdy, trzymałem cały czas rękę w kieszeni. Gdzieś tam, nieprzypadkowo, w tej samej kieszeni znajdował się również gaz pieprzowy. Trzeba bowiem przyznać, iż barrio, w którym dorastał Messi do najprzyjemniejszych nie należy.

– Czego tu szukasz, kolego? Niebezpiecznie jest tutaj kręcić się z plecakiem – zagadnęła mnie starsza kobieta siedząca z wnukami tuż przy stadionie.
– W zasadzie to jestem dziennikarzem z Polski i szukam pana Carlosa Gomeza, który mieszka w okolicy, ale nie wiem gdzie.
– Po drugiej stronie boiska. A czego od niego chcesz?
– Wiem, że pracuje w klubie, chciałem wypytać o kilka rzeczy.
– O Messiego?
– Tak, znała go pani?
– Wszyscy go tu znają. Albo inaczej, wszyscy mówią że go znają – śmiała się.
– To w takim razie niech mi pani powie coś więcej o pani wspomnieniach.
– Zaczynał grać na tym boisku – wskazała na płytę znajdującą się za naszymi plecami. – Ale to pewnie wiesz. Jest jednak w wieku mojego syna, więc czasem razem kopali piłkę. Mój mąż zna dobrze jego tatę – Jorge Messiego, byli kumplami. Pamiętam jak Jorge razem z Leo wyjeżdżali do Barcelony, mąż był wówczas podekscytowany.
– To niesamowite – kipiałem z podniecenia. – A Antonella jest również z tej dzielnicy?
– Antonella to także „rosariana”, ale nie mieszkała w naszym barrio. Cieszę się jednak, że Leo ją poznał, bo są dzisiaj wspaniałym małżeństwem. Ich miłość jest wzorem dla wielu młodych ludzi, a Leo chyba też się cieszy, bo Antonella to piękna kobieta.

Stadion Grandoli jest typowym obiektem dla dzieci. Wielkości, myślę, podobnej do polskich orlików. Dzieci w tej części Rosario szkolą się na nim już od wielu lat. Tak samo Carlos Gomez mieszkający po drugiej stronie ulicy, który pracuje w klubie ponad 40 wiosen.

boisko messiego

– Pamiętam Leo jak u nas zaczynał. Był najmniejszy, ale nikt nie potrafił go powstrzymać na boisku. Nie dziwię się, że Barcelona go wzięła.
– A wasz klub Grandoli funkcjonuje do teraz. Chyba cieszycie się ogromną popularnością, prawda?
– Nie wszyscy wiedzą, gdzie zaczynał Messi, bo przecież do Barcelony odszedł z Newell’s Old Boys. Zdarzają się jednak czasami przypadki, że chłopaki przychodzą do naszego klubu dlatego, bo chcą być jak Leo Messi i u nas stawiają pierwsze kroki.
– I są jakieś szanse, że wydacie na świat nowego Messiego?

Mężczyzna zaśmiał się, odpowiadając, iż na to liczy, a ja pożegnałem się chwilę później. Skwar panujący w Argentynie dawał mi się we znaki, a do miejsca, w którym zostawiłem bezpiecznie swój większy plecak miałem ponad pięć kilometrów. Na koniec rzuciłem jeszcze raz wzrokiem w stronę boiska, na którym swoją przygodę z futbolem rozpoczynał Leo i szczęśliwy wróciłem po swoje toboły. Z Rosario pożegnałem się dzień później, ruszyłem w stronę Buenos Aires. Tym razem moim celem nie będzie szukanie domów, a futbolu. Tak, by zrozumieć, jak to możliwe, że w 40 milionowym kraju znajduje się aż 28 klubów grających w Primera Division.

Z Argentyny, Mateusz Koszela
Autostopem w świat sportu!

KOMENTARZE (4)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Ekstraklasa stan umysłu
Kartofliska

Mega!!! Szacunek!!!

danny_trejo

Newell’s Old Boys, nie New Old’s Boys. W Buenos Aires trzeba zachowac naprawde duza ostroznosc, zwlaszcza jesli jest sie gringo z 2 plecakami. No i raczej nie emanuj tam niechecia do Che. haha.

Użytkownik usunięty
Użytkownik usunięty

Treść usunięta

Fidel

Good Old Boys to był świetny zespół. Grał wszystko – i country i western.

wpDiscuz