Znam wielu, którzy po karierze stali pod sklepem lub siedzieli przy maszynach
Weszło Extra

Znam wielu, którzy po karierze stali pod sklepem lub siedzieli przy maszynach

W Anglii grę w piłkę łączył z pracą operatora gilotyny. W Polsce występował w balansującym na krawędzi Stomilu. Ale choć Piotr Skiba nigdy nie zarabiał wiele, udało mu się to, o czym marzy każdy piłkarz – stworzyć alternatywę na życie po karierze. Otworzył własną firmę, jest producentem rękawic bramkarskich, które przeszły już chrzest nawet w Champions League.

Zapraszamy.

*** 

Zawód piłkarza jest szczególny – po kilkunastu latach jesteś zmuszony wcisnąć reset. Zaczynasz w punkcie zero.

Każdy sportowiec boi się momentu zakończenia kariery. Co dalej? Jak pójdziemy do normalnej pracy, nikt nie da taryfy ulgowej za to, że kiedyś strzeliło się hat-tricka. Jak ktoś przyzwyczai się do pewnego poziomu życia za czasów uprawiania sportu, potem ciężko mu z niego zrezygnować.

Jak często temat „co po piłce” pojawia się w szatni?

Dość często, szczególnie wśród starszych zawodników. Dużo moich kolegów robi kursy trenerskie – ja też mam uprawnienia – część myśli o studiach.

Wiesz jaki jest problem z pójściem w trenerkę? To naturalny kierunek dla piłkarza, bo zostaje przy piłce, ale dobrze płatnych miejsc w trenerce jest nieporównywalnie mniej.

Tak, wiem o tym. Dużo moich znajomych pootwierało własne szkółki piłkarskie i to ich nakręca. Też miałem pomysł na szkółkę bramkarska, ale zabrakło czasu by go rozwinąć.

Pytanie czy rynek się niebawem nie nasyci. Jak każdy z was pozakłada swoje akademie, to za chwilę będzie więcej szkółek niż chętnych do grania.

To też zauważyłem, w Olsztynie jest ich coraz więcej, a przecież Stomil też ma akademię i coraz mocniej w nią inwestuje. Sam widzisz na tym przykładzie – chciałbyś kontynuować to, co robiłeś całe życie, a nie jest łatwo znaleźć ścieżkę. Każdy szuka pomysłu na siebie, ale to nowa rzeczywistość, w której trzeba umieć się odnaleźć. Co gorsza, wszystko, czego nauczyłeś się do tej pory, może się tu okazać nieprzydatne.

Ilu znasz piłkarzy, którzy się nigdy nie odnaleźli w nowej rzeczywistości?

Widuję ich w Olsztynie. Bez nazwisk, ale chłopaki, którzy kiedyś świetnie grali, byli cenionymi ligowcami, a teraz siedzą na maszynach czy gdzieś pod sklepem. Ktoś był w orbicie zainteresowań reprezentacji Polski, a potem słuch po nim zaginął. Przykre historie, których najczęstszym tłem jest alkohol. Ktoś chce się odstresować, złapać chwilę wytchnienia, bo wszystko wokół się wali. Myśli sobie: tylko dzisiaj się napiję! Trochę się wyluzuję! To mi potrzebne, żeby się ogarnąć. Uzasadni przed sobą wieczór przy flaszce, ale w praktyce sam zastawi na siebie pułapkę. Nic się przecież nie zmieniło i następnego dnia znowu łatwiej jest się napić, niż zmierzyć się z problemami. Tak zaczynają się cugi.

Wiesz, że według badań liczba przypadków wpadnięcia w depresję, a nawet samobójstw, u byłych piłkarzy jest bardzo wysoka?

Wcale się nie dziwię. Grasz owszem, ciałem, ale przede wszystkim głową. Ktoś się będzie śmiał, że stresy to ma chirurg podczas operacji, ale to bardzo płytkie spojrzenie – grasz przed tysiącami, jest ciągła presja wyniku, to też jest stres. Niektórym głowa nie wytrzymuje. A na koniec wielu z nas budzi się z ręką w nocniku. Przez cały okres uprawiania sportu masz dni zaplanowane: rano trening, potem to, potem tamto. Raptownie kończysz przygodę i nie wiesz co ze sobą zrobić. Przychodzą różne głupie myśli, nawet te najstraszniejsze.

Ty jaką miałeś najtrudniejszą sytuację?

Mówi się, że nadmiar wolnego czasu to zdradliwa cecha naszego zawodu. Może dlatego się uchowałem, że nie lubię mieć wolnego czasu. Nie cierpię nudy, cały czas coś musi się dziać. Zakasam rękawy i idę do pracy.

moja

Teraz masz rodzinę, syna, firmę, do tego wciąż grasz w Stomilu. Jest w co zainwestować czas. Ale dawniej, u progu kariery?

W trzecioligowym Stomilu miałem tylko stypendium, trzeba było dorabiać. Chodziłem na nocki rozkładać towar w Tesco, a jeszcze studiowałem pedagogikę. Kiedyś w plecaku wniosłem dezodorant, który dostałem od mamy. Był praktycznie pełny, parę razy psiknięty. Po całej nocy plecak trzepała ochrona, doczepili się do tego dezodorantu. Grozili sankcjami, a jak się kłóciłem, nawet policją. Dopiero moja przełożona poświadczyła, że na pewno nic nie ukradłem, że można mi zaufać.

Jak wyglądał twój grafik?

Na dwudziestą drugą meldowałeś się w markecie i siedziałeś tam do szóstej. O dziewiątej musiałem być na uczelni.

To kiedy ty spałeś?

Tak właśnie spałem, chyba na studiach, choć licencjat mam. Chodziłem jak widmo, ale trzeba było jakoś związać koniec z końcem. Nie trwało to też nie wiadomo jak długo, znalazłem wkrótce pracę w firmie przewozowej, gdzie rozliczałem tachografy. Jestem przyzwyczajony do tego, że piłka to nie wszystko. Ale zawsze dwie strony medalu. Może jakbym oddał się w całości piłce, grałbym gdzieś wyżej? Kto wie. Ale nikt nie wie co jest nam pisane.

W Anglii też nie mogłeś się skupić tylko na piłce.

Pojechałem na testy do Leeds, które akurat spadło z Premier League i wchodziło w wariant oszczędnościowy. Dla szarego chłopaka, który przyjeżdżał z polskiej trzeciej ligi, to był piłkarski raj. Baza… miałem aparat na kliszę, kładłem się na murawie i robiłem trawie zdjęcia, bo takie trawy w życiu nie wiedziałem. Po to się uprawia piłkę, żeby grać na takim poziomie i na takich obiektach. Nie znałem jednak angielskiego. Marcel Licka mi pomagał, pytałem go jak się mówi „plecy”, „podaj”, cuda nie widy. W praktyce nie potrafiłem komunikować się z obroną podczas gierek. Niemowa w bramce.

Po tygodniu poprosiłem znajomych z Anglii, żeby zapytali co ze mną. Usłyszałem, że mam fajne umiejętności, dobrze gram nogami, ale język to bariera na ten moment nie do przeskoczenia. Zachęcili mnie jednak, żebym został w Anglii, bo tu będą mieć mnie na radarze, a jak się nauczę angielskiego to może wrócę. Tak zaczęła się jazda karuzelą po niższych ligach.

Odebrałeś to jako cios, czy jednak głównie żyłeś nadzieją?

Anglia to marzenie z dzieciństwa. Jak grałem w FIFA, zawsze wybierałem angielskie kluby. Tata, gdy kopaliśmy piłkę, nazywał mnie Shilton, a moim idolem był Schmeichel. Później w Anglii zdarzało się notabene, że tak mnie nazywali – fryzura podobna, więc tak wołali. Może Bradford Park Avenue czy Guiseley to nie było Manchester United, ale ten kraj oddycha futbolem. Jedziesz, wszędzie stadiony, boiska, mecze. Stolica piłki nożnej.

Z czego żyłeś w Anglii?

Najpierw załatwili mi pracę w warsztacie, który robił kominy wentylacyjne. Byłem operatorem gilotyny, ciąłem aluminium…

Fajne hasło do CV: operator gilotyny.

Ucinała wszystko. Kilka miesięcy przy tej gilotynie stałem, razem z takim Clarkiem, który wszystko miał wytatuowane, wraz z językiem. Pracowałem od ósmej do szesnastej, o 17:30 miałem trening. Nie było łatwo przesiąść się z ciężkich „safe bootów” na korki. Aby zdążyć, od klubu dostałem starego, rozwalającego się Forda Fiestę, zresztą mój pierwszy samochód. Jestem wielkim fanem motoryzacji, więc jak ją dopadłem na parkingu… Wchodziłem na ręcznym, bawiłem się, a koledzy się śmiali, że Kubica przyjechał.

Nie wiem czy nie wróciłbym jednak szybko do Polski, gdyby nie to, że po około miesiącu przyjechała do mnie ówczesna partnerka, a dzisiejsza żona. Wynajęliśmy własny kąt i od tej pory po powrocie czekał na mnie ktoś bliski, kto służył wsparciem. Zawsze mogłem na Paulinę liczyć. W trudnych chwilach miała dużą dozę wyrozumiałości, za co jej dziękuję. Kto wie jak by się moje życie potoczyło bez niej.

SKIBA3

 Najgorsza praca, jaką wykonywałeś w Anglii?

Na linii produkcyjnej przy kosmetykach. Zmiany po dwanaście godzin cztery lub nawet pięć razy w tygodniu. Psychicznie męcząca, stój cały dzień i patrz… Nogi siadały, można było przysnąć. Znowu chodziłem jak widmo. Ale gdy chciało mnie Guiseley, postawiłem warunek: chcę pracę, która będzie związana z piłką. Tak trafiłem do producenta rękawic, który dzisiaj jest moją konkurencją.

Przełom w twoim życiu.

Cztery godziny dziennie, praca przy biurku, czasem tylko wizyta na magazynie, bo trzeba wysłać rękawice Jurkowi Dudkowi, Grześkowi Szamotulskiemu, Benowi Fosterowi czy innemu topowemu bramkarzowi. Dla mnie też zrobili dedykowane rękawice, takie same jak miał Jurek, tylko z napisem „PIOTR SKIBA”.

Kiedy urodziła się idea, żeby samemu otworzyć firmę?

Najpierw sprowadzałem sprzęt. Kupowałem go na wyprzedaży w Anglii i wysyłałem do Polski. Z domu zrobił się magazynek, rodzice ogarniali wysyłkę – za tę pomoc jestem im bardzo wdzięczny. Później, gdy już robiłem w firmie produkującej meble, zgłosił się do mnie dystrybutor sprzętu, który chciał wejść na polski rynek. Zapytali czy chciałbym reprezentować ich w Polsce. Opcja była na tyle kusząca, że zostawiłem Anglię za sobą, choć w zasadzie co roku szedłem w górę.

Trafiłeś nawet do reprezentacji Anglii.

Tak. Z okazji 150-lecia Sheffield United zorganizowano mecz z Anglią C, czyli kadrą złożoną z zawodników występujących w niższych ligach. Byłem jedynym obcokrajowcem. Trochę dziwne uczucie, bo przed meczem puszczano nam nawet hymn. Miło to wspominam, koszulka reprezentacji do dziś jest cenną pamiątką, no i jest to dowód, że szło mi nieźle. Kto wie jak by się to dalej ułożyło, ale coraz bardziej wkręcałem się w to, że muszę zabezpieczyć się finansowo poza boiskiem. Spakowałem się, była zima. Obniżone o siedem centymetrów Renault Megane zapakowałem po szczyt. Na granicy francuskiej zatrzymali mnie do kontroli. Chcieli, żebym cały samochód rozładowywał.

– Pani chyba żartuje. Nie jestem przemytnikiem, po prostu już do Anglii nie będę wracał.

Puściła mnie, choć nie była to do końca prawda, żona nawet została na Wyspach. Miałem się rozeznać, czy nowy pomysł będzie miał ręce i nogi, a jeśli nie, to wrócić. Nawet rodzicom nic nie mówiłem, że wracam.

Dlaczego im nic nie powiedziałeś?

Chciałem zrobić niespodziankę. Przyjechałem do mamy. Wyobraź sobie jak wyglądałem. Po drodze wypiłem pięć litrów red bulla. Oczy jak zapałki, bo nie spałem. Wiem, że to niebezpieczne, ale wracasz jak natchniony, chcesz być jak najszybciej wśród bliskich. Mama powiedziała:

– Boże, synu, co ty tu robisz! Dopiero z tobą rozmawiałam przez telefon!

– Tak mamo. W Ostródzie byłem.

W którym momencie postanowiłeś zerwać współpracę z Anglikami i założyć własną firmę?

Ubierałem bramkarzy broniących w Ekstraklasie, wszystko zaczynało się kręcić, ale dystrybutor nie chciał ze mną współgrać. Miałem wizję, pomysł, zgłaszałem coś – trafiałem na mur. Ich zdaniem powinienem tylko realizować to, co narzucone. Nie pasowało mi to, więc poszedłem na swoje.

Jak się do tego zabrałeś?

Miałem sklep sportowy 4keepers.pl, otrzymywałem z tego tytułu wiele ofert od fabryk. Udało mi się zdobyć próbki. Siedziałem w domu i badałem różne materiały. Nawet chałupniczymi sposobami – jak zachowują się w wodzie, jaką maja chwytność suchej piłki, jaką mokrej. Potem bawiłem się w projektanta. Siadałem przy kartce, wyciągałem kredki i flamastry, podpytywałem Paulinę jaki kolor tu i tu dobrać, a na koniec wysyłałem skan do fabryki. Przychodziły rękawice, testowałem je sam albo dawałem je chłopakom z Ekstraklasy.

Początkowo nie zarabiałem nic. Jak sprzedałem pięć par, to wszystko puszczałem w obieg i zamawiałem kolejne. Mama się denerwowała:

– Piotrek, po co ci tyle rękawic! Cały czas domawiasz! Kto to kupi, przestań, za dużo, przeinwestujesz!

– Mama, zaufaj mi.

Teraz mówi, ze miałem rację. Nasz stan magazynowy jest potężny. Jesteśmy gotowi do sezonu.

 Ile sprzedajesz ich rocznie?

Oj, nie liczyłem. Ale to tak jak z benzyną w samochodzie: ile wlejesz do baku, tyle spalisz. Nie oszukujmy się, podziwiam bramkarzy, którzy potrafią przez rok korzystać z jednych rękawic, ale to jest produkt, który się zużywa. Sam bronię, to wiem mniej więcej ile tych rękawic się zużywa.

Czym się kierujesz przy produkcji rękawic?

Jestem bramkarzem, wiem, jak ważna jest rękawica. Wiem, że czasem dobry sprzęt może zdecydować czy w 90 minucie, na mokrej nawierzchni, piłka prześlizgnie się między palcami czy zostanie złapana. Dlatego szczególną uwagę zwracam na jakość materiałów. Moje rękawice muszą mieć to coś. Mam już zaufaną fabrykę, korzystam z oryginalnych materiałów z Niemiec. Jestem pewien jakości, a nasza pianka to sekret.

 Co było przełomem dla 4keepers?

Debiut rękawic w Ekstraklasie. 2014, zaczął z nich korzystać Zbyszek Małkowski, który wprowadził nas na salony. Później zaczęli bronić w nich Łukasz Załuska, Jakub Słowik, Darek Trela, Piotr Leciejewski, Radek Majecki, Krzysiu Pilarz, Jakub Wrąbel i wielu innych z I, II czy niższych lig. Był z nami również Bartek Drągowski i wielu zagranicznych bramkarzy jak Emiljus Zubas czy obecnie Artur Rudko z Dynama Kijów. Również mamy swoją ambasadorkę wśród Kobiet , a jest nią Ania Szymańska. Co ważne, ja nikogo nie musiałem przekonywać, namawiać. Nasz najlepszy marketing to poczta pantoflowa. Ktoś sprawdzi rękawice w boju, uzna, że się nadają i poleca dalej. Bywało, że odchodzili od nas, próbowali cudzego sprzętu, a potem wracali. To produkt dla profesjonalistów, choć mamy przedział cenowy i jakościowy, tak by mieć ofertę również dla początkujących i dzieciaków. Ale spełniamy wymagania najbardziej wymagających, to mnie cieszy. Arek Malarz bronił w nich przecież na Bernabeu. Połowa litewskiej Ekstraklasy broni w naszych rękawicach. Jesteśmy bardzo widoczni na Ukrainie. Dla mnie to wszystko jest bodźcem do większego zaangażowania i cięższej pracy. Konkurencja jest ogromna, dlatego z moim teamem w pracy nie śpimy, każdy wie co ma robić. Cały czas się rozwijamy, wprowadzamy nowe technologie, testujemy materiały i sprawdzamy co jeszcze da się udoskonalić.

Jutro musisz skończyć karierę. Utrzymasz rodzinę tylko z firmy?

Na pewno zakasałbym rękawy jeszcze bardziej, ale myślę, że dałbym radę na spokojnie. Już nie raz byliśmy w takiej sytuacji, że nie płacili w Olsztynie przez pół roku, a jakoś funkcjonowałem. Liczę na to, że to jest moja przyszłość, że nie zabraknie nam dzięki temu na kawałek chleba.

Na razie jednak bronisz w Stomilu, czyli klubie, na który byłeś skazany. Twój rodzinny dom mieści się 400 metrów od stadionu.

Z siódmego piętra naszego bloku widziałem trybuny i jedną z bramek. Swego czasu, gdy na Stomil chodziło piętnaście tysięcy widzów, wystarczyło otworzyć okno i wiedziałeś, czy strzeliliśmy właśnie gola. Nie było w Olsztynie chłopaka, który nie chciałby grać w Stomilu. Gdy przyjeżdżały najlepsze firmy w kraju – Legia, Wisła, Widzew – na trybuny nie wcisnąłbyś igły. Mieliśmy najlepszą frekwencję w Polsce. My, ze swojego osiedla, chcieliśmy się zapisać całą „Drużyną Pana Tadzia”- nazwaliśmy się tak bo byliśmy z ulicy Pana Tadeusza. Chodziliśmy zbierać truskawki, żeby zarobić na koszulki – udało się, nasza osiedlowa ekipa miała dzięki temu jednakowe, białe stroje, z wymalowanymi farbą nazwiskami na plecach. Śmieszna sytuacja – na gwiazdkę dostałem zimowe rękawice. Wziąłem piankę z paletek do ping ponga, wyrwałem ją i przykleiłem do rękawic, żeby zrobić z nich bramkarskie. Od małego więc gdzieś są historie z projektowaniem.

I jak się sprawdzały?

Łapały. Mama zachwycona nie była, ale lania nie dostałem. Ochrzan jednak był na pewno.

A za co potrafiłeś dostać lanie?

Za oceny, za bójki z bratem – wiadomo jaka potrafi być braterska miłość. Darek jest trzy lata starszy. Kiedyś przyszli do niego koledzy, coś mnie tam zaczepiali. Wpadłem w taki szał, że ich gryzłem. Jednego tak pogryzłem, że pani w szkole go potem spytała z jakim psem się gryzł.

– Nie z psem, tylko z bratem Darka, proszę pani.

Chodziło się na ustawki szkolne. Chłopaki robili koło, dwóch rzucało tornister i wchodziło do środka. Miałem za dużo energii, a poza piłką uprawiałem też ping pong, tenisa, sztuki walki.

Pamiętasz swój pierwszy raz na Stomilu?

Zapisałem się do grupy, w której był między innymi Zbyszek Małkowski. Poszedłem razem z bratem, ale udawałem, że mam kilka lat więcej. Nie wiem jak to przeszło, by wyglądałem jak chucherko, ale zostałem. Do dziś się spotykam z opiniami na osiedlu: kto by pomyślał, że akurat ten mały Piotruś się przebije i będzie tyle lat grał w Stomilu?

Aktywny byłeś też na trybunach.

Takie czasy. Glany, obcisłe spodnie, kurtka Flyers na pomarańczową stronę i śmigamy z szalikiem na mecz. Stawałem pod zegarem i dopingowałem.

Bywało burzliwie?

Burzliwie to mało powiedziane. Deski i kamienie latały ci koło głowy. Niejedną zadymę się przeżyło, nie raz się uciekało przed policją, która ganiała po osiedlach lub strzelała z armatki wodnej.

Biłeś się kiedyś za Stomil?

Aż tak dosłownie to nie. Ale miałem tą sytuację z szalikiem jako piłkarz. Pierwszy raz w Gdyni mi go zwinęli. Został oddany, ale już nie zawisł na bramce, bo w kibicowskich realiach to szalik skrojony. Dostałem nowy. Drugi raz chcieli mi go ukraść. W porę się zorientowałem. Stałem na dwudziestym metrze, ale zobaczyłem kątem oka co się dzieje i ruszyłem bez sekundy zastanowienia.

Akcja z Gdyni na początku filmu

 Jedna z efektowniejszych interwencji w karierze.

Można tak powiedzieć, na pewno jedna z głośniejszych. Wieszam tak szalik od czasów czwartej ligi, to mój talizman, który zawsze jest ze mną w bramce. Herb na piersi oraz barwy to świętość.

Całe życie jestem związany ze Stomilem, nie wyobrażam sobie, żeby tego klubu w moim życiu nie było.

Pamiętasz jednak wyjątkowo trudne chwile. Nie oszukujmy się, Stomil stał się w pewnym momencie synonimem trudnej sytuacji finansowej.

„Organizacyjnie Stomil Olsztyn”. Co tu kryć, bywały dramatyczne chwile. Stawaliśmy na skraju. Kładliśmy się spać z myślą, że jutro klubu nie będzie. Ale było dla kogo walczyć. Kibice zawsze byli obecni w tej walce, ramię w ramię z nami bili się o Stomil do ostatniego tchu. Organizowali różne akcje, sprzedawali cegiełki, zawsze można było na nich liczyć, także w takich życiowych sprawach, jak choćby pomoc w załatwieniu nieodpłatnie przedszkola. Przecież zaległości finansowe były standardem. My, stąd, jeszcze jakoś sobie radziliśmy, ale jak ktoś przyjechał tu z drugiego końca Polski i wyrzucali go z mieszkania? Zdarzało się, że trenerzy dostawali wypowiedzenie z lokum i kilka dni mieszkali na stadionie. Normalności nie było.

Nawet w pięknych chwilach, na przykład awansu, zdarzały się śmieszne sytuacje. Zostaliśmy zaproszeni do prezydenta miasta. Poczęstunek, gratulacje i rozdawane koperty. Premia! Nareszcie! Później okazało się, że dostaliśmy prawo na jedno wejście na olsztyński basen (śmiech). To, że Stomil to wszystko przetrwał i wciąż gra na wysokim poziomie, to wielki, niedoceniany sukces.

 skiba awans

Czasami robiliście fantastyczne wyniki, kręciliście się wokół miejsc premiowanych awansem. Byliście dowodem reguły, według której bieda buduje atmosferę, a to przekłada się na wyniki.

Coś w tym jest. Jak się wychodziło na mecz, na murawę, człowiek na dziewięćdziesiąt minut się wyłączał. A potem wchodził do szatni: o Boże, wygraliśmy, co z tego? Nadal pieniędzy nie mamy, premii nie mamy, nic nie mamy. Ale żyliśmy nadzieją na lepsze jutro. I to lepsze jutro nadeszło. Idziemy ku dobremu. Mamy ładne boisko treningowe, powstaje akademia, boiska dla dzieciaków. Oddalamy się od myślenia czy będą pensje, czy będą odżywki, zaczyna być profesjonalnie. Można się skupić tylko i wyłącznie na grze w piłkę. Wiem, że wizytówką w Polsce jest wciąż przestarzały stadion. Oświetlenie na nim? Jak kanapka ze smalcem i kawiorem. Ale nowy stadion przecież ma powstać, mam nadzieję, że wraz z nim powrócą piękne czasy.

Jak dzisiaj łączysz wszystko czasowo? Rodzina, syn, firma, Stomil – sporo obowiązków.

Bywają nieprzespane noce. Jak Leoś sie urodził, spałem po dwie godziny dziennie. Człowiek trochę funkcjonował jak zombie. Teraz też czasami bywa i tak, że melduję się w pracy, siedzę tam rano, potem idę na trening, po treningu wracam do domu, w razie potrzeby załatwiam coś jeszcze w firmie, albo zajmuję Leosiem. Tak cały tydzień, ale gdy widzisz, że to przynosi efekty, że ma sens, nie uwiera cię, tylko nakręca.

Synowi kupiłeś pościel w barwach Stomilu?

Pierwsze dostał rękawice mini, specjalnie zrobione przez zaprzyjaźnioną fabrykę. Puściliśmy zdjęcie na Facebooku i najśmieszniejsze, że… ludzie chcieli takie maleńkie rękawice zamawiać dla swoich pociech. Później Leoś dostał śpioszki od mojego przyjaciela, Przemka Kuleszy, a od chłopaków z drużyny wielkiego miśka, tak dużego, że wiozłem go przez Olsztyn na przednim siedzeniu w samochodzie. Misiek oczywiście ma koszulkę Stomilu, Leoś ma szal, czapeczkę, od kibiców dostał śliniaczek.

Muszę cię jeszcze zapytać o twoją najsłynniejszą bramkę.

Miała wtedy więcej wyświetleń niż Madonna. Trafiła do angielskiego programu „What Will Happen Next”. Zapraszano tam celebrytów, którzy mieli zgadnąć co się stanie dalej. Hulało po portalach, sieci, nawet puściło to BBC. Otrzymywałem mnóstwo sms-ów z Polski: Piotrek, co ty odwaliłeś? No jak to co? Za dobry klej w łapkach! A tak serio, zmieniłem decyzję w ostatniej chwili. Chciałem wyrzucić piłkę do skrajnego zawodnika, a któryś z obrońców krzyknął, żebym się wstrzymał, bo z nami jadą. Chciałem ją przygarnąć do piersi i wyszło śmiesznie. Nie przejmowałem się, nie brałem tego do siebie. Dobra, świat o mnie usłyszał! Teraz niech usłyszy o moich rękawicach.

Leszek Milewski

Fot. Facebook Piotra

KOMENTARZE (4)

Dodaj komentarz

Powiadom o
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Janis Biodro
Dupa i ortografia.

Wywiad z domieszką artykułu sponsorowanego. Ty to jesteś cwaniak Leszku. Ile wziąłeś za tę chałturę? Czyżby Stano za mało płacił swoim przydupasom?

Chata Kumba

Na pewno płaci więcej niż ty dostajesz za bycie trollem

FC Bazuka Bolencin

Śledziory mają takich bohaterów co kradną bramkarzom szaliki po bramkach?
Nie, no szacun….

januszex8

http://realfixedmatchpl.blogspot.nl – Trafili kurs 320 i wkleili zdjecie kuponu juz na bloga! gralem z nimi ten kupon i trafilem!
juz to 3 kupon moj od nich i 3 trafiony! mają kolejny kupon już dostępny z kursem 50-500 polecam ich!

wpDiscuz

INNE SPORTY